Dopóki żyją ludzie, którzy pamiętają, to historia „ma głos”. Później pozostają tylko dokumenty, fotografie, książki i archiwa. Tak pomyślałam, gdy przypomniały mi się słowa Wandy Traczyk-Stawskiej, zmarłej 18 sierpnia kombatantki Armii Krajowej i uczestniczki Powstania Warszawskiego: „Nie stój, nie patrz, gdy się zło dzieje, tylko reaguj natychmiast, bo to jest twój obowiązek”.

I podobnie myślę, gdy odtwarzam w pamięci historię życia mojego ojca, Franciszka Przybysza, który nigdy nie „krzyczał” o miłości do ojczyzny. On tej ojczyźnie całe życie służył, począwszy od udziału w powstaniu wielkopolskim, poprzez czasy wojennej okupacji, konspiracyjnej walki, aż do powojnia, kiedy w trudnych czasach realnego socjalizmu nigdy nie pozwolił odebrać sobie godności w imię konformistycznych potrzeb. Nigdy nie przyjął „czerwonej” legitymacji, bo nie chciał się zaprzedać komunistycznej władzy. Ojczyźnie służył, jak umiał, dzieląc się swoją wiedzą ku pożytkowi rodaków, a swoim dzieciom przekazując wartości, którym powinny być wierne.

Czytaj więcej

Osiem czołgów z jednego działka. Tak podporucznik Łukasz Ciepliński zatrzymał niemieckie natarcie

Patriotyzm według młodych

Opisuję historię mojego ojca nie po to, aby naszym dzieciom i wnukom po raz kolejny opowiedzieć, że były powstania, że była wojna, że ludzie ginęli i cierpieli, że byli bohaterowie i zdrajcy. Takie historie mają sens pod warunkiem, że nie są tylko kroniką z przeszłości, ale sposobem na przekazanie współczesnemu pokoleniu odpowiedzi m.in. na pytanie: komu zawdzięczamy to, że mamy własne państwo, wolność, możliwość decydowania o sobie?

Pamięć o wojnie nie jest cenna dlatego, że każe nam żyć przeszłością, ale dlatego, że pozwala poznać i docenić walkę o wartości, za które poprzednie pokolenia płaciły bardzo wysoką cenę. Tylko czy wspomnienia ludzi, którzy przeżyli wojnę i działalność konspiracyjną jeszcze dziś obchodzą młode pokolenie? I jak to pokolenie pojmuje znaczenie słowa „patriotyzm”? Z takimi pytaniami zwróciłam się do moich wnuków, którzy niedawno weszli w swoje dorosłe życie. Oto co usłyszałam.

Franek – student szkoły filmowej: „Moje pokolenie ma duży szacunek do ludzi, którzy walczyli i poświęcali życie dla ojczyzny i w obronie swoich ideałów, ale jednocześnie mało interesujemy się historią, konkretnymi wydarzeniami, datami, bo to w jakimś sensie jest dla nas rozdział zamknięty. Natomiast pojęcie patriotyzmu widzę obecnie dwojako: jako przywiązanie do kraju, miejsc i ludzi, pracę dla dobra kraju, ale też widzę inną jego stronę, a mianowicie wykorzystywanie haseł patriotycznych do politycznych gierek, które z miłością do ojczyzny nie mają wiele wspólnego”.

Czytaj więcej

Trudna prawda o życiu kobiet na przedwojennej polskiej wsi

Alicja – absolwentka szkoły filmowej, reżyserka: „Myślę, że dla ludzi w moim wieku wojny, powstania, konspiracje to odległa historia, to niemal abstrakcja jakaś, bo trudno nam się utożsamiać z czymś, czego nie przeżyliśmy ani my, ani nasi rodzice, ani nawet dziadkowie. Ale też zdajemy sobie sprawę, że znajomość historii jest formą patriotyzmu, tylko że ten nasz współczesny patriotyzm nie jest związany ani z wojną, ani z walką o byt czy tożsamość narodową, ale wyraża się poprzez dbanie o chodzenie na wybory, poprzez świadomość tego, co się dzieje w polityce, świadomość wad i zalet naszego społeczeństwa, a także poprzez szukanie przestrzeni dla działań, służących dobru i bezpieczeństwu naszej ojczyzny”.

Te wypowiedzi utwierdziły mnie w przekonaniu, że o historii, która jest dla młodego pokolenia niemal abstrakcją, trzeba jednak mimo wszystko mówić, pisać, ale nie po to, by udowadniać, że kiedyś ludzie byli lepsi, bo łatwo jest stworzyć piękny, ale nie do końca prawdziwy obraz przeszłości. Byli bohaterowie i byli zdrajcy, byli mocni i słabi. Zatem jeśli pokażemy człowieka nie jako pomnik, ale jako istotę z całym jej bólem, strachem, czasem słabością, a czasem heroiczną odwagą, to może łatwiej będzie się młodemu człowiekowi utożsamić z takim przekazem przeszłości. Opowiadajmy nie tylko o tym, co się wydarzyło, ale też jak człowiek żył w tamtym świecie, jakie podejmował decyzje, czym była odwaga, zdrada, solidarność oraz odpowiedzialność.

„Ocalić od zapomnienia”

Opowiem historię mojego ojca, bo wspomnienia są czymś więcej niż suchym zapisem wydarzeń: są przekazywaniem doświadczeń z pokolenia na pokolenie. I kto wie, może coś z tego, co wydarzyło się kiedyś, pomoże nam zrozumieć lepiej świat, w którym żyjemy dzisiaj. To prawda, że pamięć jest wyrazem patriotyzmu, ale owocem tego patriotyzmu powinna być odpowiedzialność za naszą przyszłość.

Mój ojciec urodził się w roku 1898, w czasach nazywanych epoką fin de siècle. Mógłby być moim dziadkiem. Mama też już nie była młoda. A jednak zdecydowali się i dali mi życie. Historia mojego ojca zasługuje na oddzielną monografię, ale to wymaga czasu i prześledzenia mnóstwa dokumentów. Nie do wszystkich udało mi się dotrzeć. Jednak te, które się częściowo zachowały w rodzinnym archiwum, a także fakty, które zapamiętałam z ustnego przekazu, spróbuję „ocalić od zapomnienia”, przypominając niektóre ważne wydarzenia z życia mojego ukochanego taty Franciszka. Jestem dumna, że miałam takiego ojca.

Franciszek Przybysz (1898–1980) – żołnierz I wojny światowej, uczestnik powstania wielkopolskiego i

Franciszek Przybysz (1898–1980) – żołnierz I wojny światowej, uczestnik powstania wielkopolskiego i – jako chorąży – kampanii wrześniowej. Wspierał też powstańców warszawskich, a po wojnie był m.in. pracownikem Urzędu Rezerw Państwowych

Foto: Archiwum rodzinne

Naukę rozpoczął w 1905 r. w szkole niemieckiej, jak wszystkie polskie dzieci urodzone na terenie zaboru pruskiego. Najpierw chodził do Grundschule, odpowiednika naszej podstawówki, a potem do Realschule w Inowrocławiu. Matura i ciąg dalszy edukacji to już czasy po odzyskaniu niepodległości. Niewiele pamiętał z wydarzeń dotyczących strajku szkolnego dzieci w obronie języka polskiego, ale opowiadał mi, jak boleśnie ukarał go niemiecki nauczyciel za to, że odezwał się do swojego kolegi po polsku. Nauczyciel bił go szpicrutą po wewnętrznej stronie dłoni, aż skóra popękała do krwi. Ojciec miał wtedy zaledwie siedem lat.

Piekło Verdun

W 1914 r. wybuchła I wojna światowa, dwa lata później mój ojciec jako 18-latek został przymusowo powołany do niemieckiej armii i wysłany na front zachodni. Z armią niemiecką dotarł do Paryża, a potem do Verdun, gdzie rozegrała się jedna z największych bitew I wojny światowej, podczas której zginęło łącznie około miliona francuskich i niemieckich żołnierzy. Miasto Verdun stało się synonimem waleczności armii francuskiej, ale też symbolem absurdu tej wojny. Były to bitwy na wyniszczenie, Francuzi ściągali zewsząd posiłki, tak więc byli w ich armii żołnierze z kolonii francuskich, z Maroka, z Senegalu. Jako małej dziewczynce utkwiła mi w pamięci taka opowieść ojca. Nie wiem, na ile dokładnie ją zapamiętałam, ale było to tak. Podczas jednej z bitew zobaczyli w pewnym momencie oddział czarnoskórych wojowników, którzy biegli w ich stronę z wielkimi nożami. Nie był to zwyczajny widok, wpadli w panikę i ze strachu zaczęli po prostu uciekać. Ci, którzy wpadli na pole porośnięte wysokim zbożem, zdołali się jakoś uratować.

Czytaj więcej

Bitwa pod Verdun i walki o fort Vaux

W trwającej prawie rok bitwie, która przeszła do historii jako „piekło Verdun”, ostatecznie zwyciężyli Francuzi. Ojciec mawiał, że Niemcy nie mogli wygrać, mając w swojej armii takich żołnierzy, jak on i wielu innych Polaków, zmuszonych do udziału w tej wojnie przez znienawidzonego zaborcę. Niektórzy, jak mój tato, przysięgli sobie, że nie zabiją żadnego Francuza i na ogół słowa dotrzymywali. Zresztą Francuzi o tym wiedzieli i nawet lubili Polaków, o czym mój ojciec mógł się osobiście przekonać. Kiedyś w Paryżu wszedł do fryzjera. Oczywiście, był w niemieckim mundurze. Fryzjer poprosił, aby usiadł na fotelu, był jedynym klientem. Pomocnik fryzjera ostentacyjnie ostrzył brzytwę, spoglądając w kierunku swojego szefa. Ojciec uchwycił ich porozumiewawcze spojrzenie, obleciał go strach. Znał francuski, szybko wyjaśnił, że nie jest Niemcem, tylko Polakiem i nie służy w tej armii z własnego wyboru. Fryzjer uśmiechnął się ze zrozumieniem i powiedział: „Proszę się nie bać, Polakowi krzywdy nie zrobimy”.

Powstanie wielkopolskie i II RP

W 1918 r., po powrocie z frontu zachodniego do bazy w Szczecinie, na wieść, że Poznań przygotowuje się do wyzwolenia spod jarzma pruskiego, mój ojciec bez wahania samowolnie opuścił szeregi niemieckiej armii i 26 grudnia przybył na Dworzec Główny w Poznaniu, przerywając podróż do rodzinnego miasta – Inowrocławia. Dzień później rozpoczęło się powstanie. Wstąpił od razu do oddziałów powstańczych, razem z innymi „uciekinierami”, nie zważając, że nadal ma na sobie niemiecki mundur, co niektórych myliło, ale specjalnie nie dziwiło. Wkrótce jego oddział zdobył słynną redutę Grolmana, jeden z dwóch fortów głównych w Poznaniu, twierdzę mającą kluczowe znaczenie obronne, zbudowaną po 1815 r. z inicjatywy generała Karla von Grolmana.

W tym też czasie został zarejestrowany i wpisany do ewidencji powstańców wielkopolskich. W połowie stycznia 1919 r. przydzielono go do 1. Pułku Artylerii Polowej. Wziął udział w licznych bojowych bataliach w rejonie Czarnkowa i Chodzieży, aż do czasu wypędzenia Niemców za Noteć. Po wyzwoleniu całej Wielkopolski pułk, w którym walczył mój ojciec, przemianowano na 15. Pułk Artylerii Lekkiej.

Czytaj więcej

Powstanie wielkopolskie - największe powstańcze zwycięstwo Polski

16 stycznia 1919 r. generał Józef Dowbor-Muśnicki objął funkcję naczelnego wodza wojsk wielkopolskich, a 28 czerwca 1919 r. na mocy traktatu wersalskiego Wielkopolska została przyłączona do Polski. Rok później mój ojciec odebrał osobiście z rąk gen. Dowbora-Muśnickiego Krzyż Powstańczy – chwalebną odznakę dla zasłużonych powstańców wielkopolskich.

Powstanie Wielkopolskie było jedną z nielicznych zwycięskich insurekcji w polskiej historii. Zastanawiam się, dlaczego bardziej lubimy wspominać nasze klęski, niż mówić o zwycięstwach?

Z okresu dwudziestolecia międzywojennego zachowało się niewiele pamiątek czy dokumentów dotyczących taty. Znalazłam notatkę, że studiował w Szkole Oficerskiej dla Podoficerów w Bydgoszczy, ale na skutek wykrytej choroby serca i ogólnego wycieńczenia organizmu nie mógł pójść do czynnej służby, mógł pracować tylko w służbie administracyjnej. Uzupełniał edukację w Szkole Handlowej (niestety, nie wiem, w jakim mieście, może w Warszawie?) na kierunku rolniczym. Wyspecjalizował się w dziedzinie konserwacji artykułów zbożowych, stąd praca w charakterze rzeczoznawcy na Giełdzie Zbożowo-Towarowej w Warszawie oraz w laboratorium wojskowym, gdzie badał jakość towarów spożywczych. W 1938 r. został przeniesiony do Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych, a w maju 1939 r. oddelegowano go do sztabu SGO „Narew” dowodzonej przez gen. Czesława Młota-Fijałkowskiego.

Czytaj więcej

Dr Marcin Wroński: II RP była innym krajem, niż nam się wydaje. Szczególnie w obszarze gospodarczym

Polskie Termopile

Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew” została powołana 23 marca 1939 r. decyzją generalnego inspektora sił zbrojnych marszałka Polski Edwarda Śmigłego-Rydza. Zadaniem SGO „Narew” była obrona północno-wschodniego odcinka frontu.

W dniach 7–10 września siedmiuset polskich żołnierzy pod dowództwem kapitana Władysława Raginisa stoczyło walkę w obronie odcinka „Wizna” nad Narwią. Jaką szansę w tej bitwie miało kilkuset polskich żołnierzy wobec 40-tysięcznej armii przeciwnika? Żadnej. Dlatego bitwa pod Wizną, zwana „polskimi Termopilami”, stała się symbolem odwagi i niezłomności polskich żołnierzy. W tej bitwie brał udział chorąży Franciszek Przybysz – mój ojciec.

Z tamtych wydarzeń odnotowałam tylko jedno wspomnienie ojca. Z racji biegłej znajomości języka niemieckiego był tłumaczem podczas przesłuchiwania jeńców wojennych. Jeden z nich, młody niemiecki lotnik, licząc na łaskawsze potraktowanie, przestrzegł o dużym zgrupowaniu wojsk pancernych i radził, aby Polacy jak najprędzej się wycofali. Niestety, jego ostrzeżenia okazały się prawdziwe. Rano 9 września Niemcy rozpoczęli całodniowy ostrzał artyleryjski, ich przewaga była druzgocąca. Tylko część oddziałów udało się wycofać, reszta zeszła do schronów bojowych. Kiedy skończyła się amunicja, dowodzący kapitan Raginis nakazał żołnierzom opuścić schrony, a sam odebrał sobie życie. Ci, którzy ocaleli, trafili do niewoli. Wśród nich był mój ojciec.

Czytaj więcej

Motocyklem na barykady. „Nosiłem w kanistrach benzynę z placu Napoleona”

Najpierw przebywał w obozie w Prusach Wschodnich w okolicy Rastenburga, później został przetransportowany do obozu na Dolnym Śląsku, nadzorowanym na szczęście przez Bawarczyków, którzy nieco łagodniej traktowali Polaków. Został zwolniony w maju 1940 r. Wrócił do Warszawy do rodziny. Czekały tam na niego żona i córka. Mieszkali przy ul. Szustra 67.

Konspiracja w czasie okupacji

Znał się na konserwacji żywności oraz zboża i w dodatku znał język niemiecki, był więc znakomitym kandydatem do pracy w Zakładach Przemysłowo-Zbożowych w Warszawie. Tu na stanowisku kierownika zakładów pracował do 1942 r., potem rok w Krakowie, kolejny rok – w Siedlcach, a od lipca 1944 r. został kierownikiem magazynów zbożowych mieszczących się w dużych halach na Pradze w Warszawie. Były to jednocześnie lata jego pracy konspiracyjnej, ścisłego współdziałania z ruchem oporu. Wydawał po kryjomu żywność pracownikom, ich rodzinom, okolicznej ludności, partyzantom, a także powstańcom.

W czasie rzezi, jaką Niemcy zgotowali Żydom, zatrudnił w Krakowie znaczną ich grupę do pracy w magazynach, wydał im tzw. lewe przepustki, myląc czujność niemieckich żandarmów.

W Siedlcach, w pobliskich lasach, działały liczne grupy partyzantów, utworzone z okolicznej ludności. Ojciec współpracował z ich przywódcami, wydając im zboże. Wśród załogi magazynów znajdowała się zakonspirowana grupa partyzantów, którą dowodził podporucznik Chojecki, pracujący jako magazynier. Ojciec był informowany o każdym wyjściu na akcję. Musiał im zapewnić bezpieczne opuszczenie stanowisk pracy, aby Niemcy nie mogli się w niczym zorientować. Kiedy okazało się, że prawdopodobnie doszło do zdrady, o czym powiadomili go partyzanci, na wyraźne polecenie władz Polskiego Państwa Podziemnego wrócił do Warszawy.

Czytaj więcej

„Imię Warszawianek godne jest nieśmiertelnej sławy kartagińskich kobiet”

W ostatnich dniach lipca 1944 r. Niemcy już wiedzieli o szykującej się akcji powstańczej i opuścili placówkę, gdzie na Pradze mieściły się hale magazynowe. Korzystając z ich nieobecności, mój ojciec rozpoczął wydawanie załodze i powstańcom żywności, zboża, mąki i innych artykułów.

Powstanie Warszawskie

1 sierpnia o godz. 17.00 wybuchło Powstanie Warszawskie. Tego dnia zginęły żona i córka mojego ojca. Nie zdążył się z nimi pożegnać. Wskutek bombardowań legł w gruzach dom, w którym mieszkali przy ul. Szustra. Ojciec niechętnie wracał do tych tragicznych wydarzeń. Długo dręczyła go myśl, że gdyby był tego dnia przy żonie i córce, to może zdołałby je uratować.

Przestał się bać o swoje życie, rozpoczął niemal desperackie działania. Setki ludzi ściągnął do magazynów – dużych hal zapełnionych zbożem. Ukrywał ich, gdzie tylko było można: w halach, kanałach podziemnych i różnych zakamarkach. Gdy pod koniec sierpnia Niemcy zaczęli wracać na placówkę, niektórzy ludzie uciekli, ale sporo z nich zostało. Ojciec próbował przekonać Niemców, że zmuszony był ściągnąć tylu ludzi do pracy, ponieważ są upały i wszystko może się zepsuć. Prawie ich przekonał; zarządzili zorganizowanie wywozu zboża do Niemiec. I wtedy rozpoczął się sabotaż na dużą skalę. Nagle okazało się, że cały sprzęt pomocniczy, jak transportery, dmuchawy, silniki i inne tego typu rzeczy „wymagają” naprawy. Chodziło o to, żeby jak największą ilość zboża i innej żywności uratować przed wywózką.

Niemcy zdecydowali, że dopóki nie opróżnią magazynów, nikt nie może opuścić swojego stanowiska pracy. Wbrew temu zakazowi ojciec pozwolił ludziom, aby w nocy udali się do swoich domów – pod warunkiem, że przed godz. 5.00 spowrócą do magazynów. Wszyscy słowa dotrzymali i jak jeden mąż o godz. 4.30 byli na swoich stanowiskach. Tylko że właśnie tej nocy Niemcy zarządzili zbiórkę o godz. 4.00. Gestapowscy, jak się zorientowali, co się wydarzyło, wpadli we wściekłość, jeden z nich wyciągnął w stronę ojca pistolet. Zanim pociągnął za spust, ojciec stanął obok swojej załogi, po czym powiedział stanowczo i spokojnie: „Was jest kilku, nas wielu, jeśli mnie zastrzelisz, moi ludzie rozerwą was na strzępy”. Jeden z oficerów w randze porucznika o nazwisku Quik, kazał opuścić Niemcowi broń i nie pozwolił na wykonanie wyroku śmierci. Wkrótce przybył naczelny dyrektor magazynów i po naradzie z Niemcami zabrał ojca do Krakowa, gdzie też były magazyny zbożowe. Czy przestraszyli się, czy byli po prostu tak pragmatyczni? Tego się nie dowiemy, ale ja myślę, że jedno i drugie.

Na zdjęciu: powstańcza stołówka w restauracji „Adria” przy ul. Moniuszki. Franciszek Przybysz w czas

Na zdjęciu: powstańcza stołówka w restauracji „Adria” przy ul. Moniuszki. Franciszek Przybysz w czasie Powstania Warszawskiego pomagał cywilom i powstańcom

Foto: Muzeum Wojska Polskiego

Życie po wojnie

Wojna dobiegała końca. Już w marcu 1945 r. na polecenie Centrali Zakładów Przemysłu Zbożowego zaproponowano ojcu poprowadzenie magazynów zbożowych w Żyrardowie, rok później przekształconych na magazyny towarów z UNRRA. Starsze pokolenie doskonale pamięta paczki, które przychodziły od „cioci Unry”. Młodszemu pokoleniu warto przypomnieć, że skrót UNRRA pochodził od nazwy organizacji, która powstała w Waszyngtonie w 1943 r., i oznaczał: United Nations Relief and Rehabilitation Administration, czyli Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy. Celem tej organizacji była pomoc dla krajów Europy i Azji, które najbardziej ucierpiały w II wojnie światowej. Do Polski w latach 1945–1947 UNRRA dostarczyła ponad 2 mln ton różnych towarów: maszyny budowlane i rolnicze, odzież, sprzęt medyczny, leki, zboże i słynne paczki żywnościowe.

Komunistom nie podobała się pomoc, która nadchodziła z Ameryki. Dość szybko zerwali kontakty z UNRRA, chociaż statki ze zbożem płynęły do nas z USA jeszcze w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia. Tylko że o tym społeczeństwo nie było i nie mogło być informowane. Ja wiedziałam, ponieważ to mój ojciec przyjmował i zatwierdzał głównie pod kątem jakości setki ton zboża, które w ramach bezzwrotnej pomocy przysyłali nam Amerykanie i które trafiały do rozsianych po całej Polsce magazynów zarządzanych przez Urząd Rezerw Państwowych w Warszawie.

Czytaj więcej

„Nie o domy chodzi, lecz o wolność”. Nina Majewska-Brown o dramacie cywilów w Powstaniu Warszawskim

Ale cofnijmy się na moment w czasie. Kończył się rok 1944, ojciec w Warszawie nie miał już ani rodziny, ani domu. Po wyjeździe z Krakowa zatrzymał się w Pruszkowie u brata swojej żony i jego córki Jadwigi. Ciocia Jadzia, bo tak zawsze o niej myślę, była najlepszą przyjaciółką mojej mamy. Kiedy mama któregoś dnia ją odwiedziła, tak przedstawiła nowego lokatora: „To jest mój ukochany wujaszek Zygmunt”. W tym miejscu muszę wyjaśnić, że Zygmunt, to drugie imię mojego taty, imię, którego używał zazwyczaj w kontaktach rodzinnych.

Tak poznali się moi rodzice. Oboje stracili ukochane osoby, oboje wiele wycierpieli, stworzyła się między nimi nić porozumienia, potem przyjaźń i wreszcie miłość, taka, o której się mówi, że jest do „grobowej deski”. Byli cudownym małżeństwem, szanowali siebie i rozumieli, wzajemnie wspierali, zawsze mogli na siebie liczyć. Dlatego ja i mój brat mieliśmy naprawdę spokojne i szczęśliwe dzieciństwo.

W latach 50. ojciec zaczął pracę w Urzędzie Rezerw Państwowych w Warszawie na stanowisku starszego inspektora w Departamencie Planowania i Obrotu. Urząd miał siedzibę przy ulicy Wspólnej, w tym samym miejscu, gdzie obecnie znajduje się Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Odwiedziłam kiedyś ten gmach przy okazji wywiadu, który przeprowadzałam z ówczesnym ministrem, do swojego wydawnictwa. Stanęłam przed drzwiami pokoju, w którym kiedyś pracował mój tata, wyobraziłam sobie, że za chwilę otworzę drzwi, a tata podniesie głowę znad biurka, ucieszy się jak zawsze na mój widok i spyta: „To dokąd się dziś wybierzemy, Krysieńko?”.

Żałuję, że ojciec nie doczekał wyzwolenia naszego kraju spod jarzma komunistycznych rządów. Miał głęboką nadzieję, że kiedyś to się stanie i uczył mnie, że bez względu na okoliczności zawsze trzeba być wiernym sobie, swoim poglądom i przekonaniom. Dlatego nigdy nie wstąpił do komunistycznej partii, nigdy nie miał „czerwonej” legitymacji i dlatego też nigdy nie mógł liczyć na wyższe stanowisko, np. dyrektorskie. A wiedział, że wystarczyło podpisać cyrograf partyjnej przynależności, by wiele drzwi stanęło otworem. Wolał poprzestać na tym, co ma, i mieć spokojne sumienie. Jeździł po całej Polsce, wizytując magazyny rezerw państwowych, przyjmował kolejne transporty zboża ze Stanów, ale też organizował różne szkolenia, prowadził wykłady i dzielił się swoją wiedzą z młodszym pokoleniem. Miał 72 lata, kiedy odszedł na emeryturę, ale nadal był człowiekiem niezwykle aktywnym, działał w różnych stowarzyszeniach, kołach historycznych, naukowych, no i uwielbiał zajmować się swoją wnuczką Anią (innych wnuków jeszcze nie było).

Czytaj więcej

Chcieli chleba, dostali czołgi. Historia robotniczych buntów w PRL

Kontaktował się z kolegami z powstania wielkopolskiego i z tymi z czasów II wojny światowej, a także z ludźmi, którym uratował kiedyś życie. Nie zapomnieli, co dla nich zrobił, złożyli oświadczenia i wnioski o uhonorowanie ojca za jego bohaterstwo. Za udział w powstaniu wielkopolskim decyzją Rady Państwa został mianowany na stopień podporucznika, a za działalność w czasie wojny otrzymał Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski. Zmarł 20 kwietnia 1980 r. Pogrzeb odbył się w kościele pod wezwaniem św. Kazimierza w Pruszkowie. Zaraz za trumną szła jego ukochana mała wnuczka Ania. Na czerwonej aksamitnej poduszeczce niosła dumnie wszystkie ordery i odznaczenia swojego dziadka.

Od śmierci mojego ojca minęło 46 lat, tyleż samo lat minęło od czasu, kiedy w Gdańsku komunistyczna władza podpisała z Lechem Wałęsą słynne porozumienia sierpniowe, które otworzyły nam drogę do wolności.

Czy w świecie, w którym przez blisko 50 lat tak wiele się zmieniło, pozostało coś stałego i niezmiennego pomimo upływu czasu? Niezmienne pozostały nasze uczucia: wciąż przeżywamy strach i cierpienie, miłość i zdradę, lęk przed zagadką życia, samotność i bezsilność wobec życiowych kataklizmów, ale też niezmiennie czujemy potrzebę wolności czy pragnienie zachowania własnej godności.

Czytaj więcej

Kazimierz Moczarski w operacji WSW. Misja w Berlinie Zachodnim

Dlatego myślę, że w tym niespokojnym i zmiennym świecie, w którym młode pokolenie coraz częściej słyszy takie słowa, jak wojna, bezpieczeństwo, zagrożenia, wspomnienia z przeszłości mogą przestać być tylko odległą historią. Mogą stać się lekcją historii i pytaniem o to, kim jesteśmy i jak zachowalibyśmy się dzisiaj, gdyby przyszło nam dokonywać wyborów, jakich przed laty dokonywali nasi przodkowie. Czy potrafilibyśmy zachować godność, gdyby ktoś próbował nam ją odebrać? I czy potrafilibyśmy wytyczyć granice, gdzie kończy się wygodne życie, a zaczyna próba charakteru?

Dużo tych pytań, ale jedno wiem na pewno: pamięć o przeszłości nie powinna przesłaniać troski o teraźniejszość i przyszłość. Trzeba szanować historię własnego kraju, lecz nie można wykorzystywać tej pamięci do budowania nienawiści, bo prawdziwy patriotyzm zaczyna się wtedy, gdy pamięć zamienia się w odpowiedzialność.

We wspomnieniach o ojcu wykorzystałam fragmenty mojej książki „Motyl w środku zimy. W poszukiwaniu niestraconego czasu” (Wydawnictwo ANAGRAM, Warszawa 2022).