Zainteresowanie problemem nierówności społecznych w III Rzeczypospolitej zaprowadziło pana do Polski międzywojennej?  

Zajmuję się problemem nierówności ekonomicznych w Polsce na przestrzeni ostatnich 200 lat. Aby zaś ustalić część miar nierówności, np. udział jednego procenta najlepiej zarabiających w dochodzie narodowym, musiałem wiedzieć, ile on wynosi. Dla II Rzeczypospolitej nie powstała żadna rekonstrukcja oparta o współczesne metody. Przystępując do badań, zakładałem, że nie otrzymam więcej niż jeden procent wzrostu.

Reklama
Reklama

Jesienią nakładem PWN ukażę się pańska książka „Bilans niepodległości. Gospodarka II RP”. Do tej pory obraz tego okresu był dość ponury, tymczasem okazuje się, że wzrost gospodarczy w latach 1924-1938 wynosił 2,5 proc. rocznie.

PKB II RP oszacowałem wspólnie z Maciejem Bukowskim oraz Michałem Kowalskim. Wpierw nasze wyniki ukazały się w formie artykułu naukowego. Teraz kończę pisać książkę, która na podstawie twardych danych na nowo opowie historię tego okresu. Wzrost gospodarczy okazał się szybszy, a obraz dominujący w literaturze – nadmiernie negatywny. A to sprawiło, że jeszcze bardziej zainteresowałem się tematem. Skoro policzyliśmy PKB, chciałem wyjaśnić, dlaczego wzrost gospodarczy II RP był szybki.

Czytaj więcej

Zaborów nie widać. Usług publicznych też nie. I zyskuje na tym Konfederacja

Musiałem zmienić własne przekonania na temat II Rzeczypospolitej. Jako naukowiec mogę tylko powiedzieć, że kiedy zmieniają się fakty, muszą się też zmienić oceny. Problemem okazało się w ogóle to, że faktów było do tej pory za mało.

W Muzeum Secesji w Płocku zestawiono fotografie – „Rewersy II Rzeczpospolitej”. Z jednej strony, modernistyczna architektura. Z drugiej, bezdomna kobieta, mieszkająca na klatce schodowej.

Polska międzywojenna bez wątpienia należała do biednych państw. Patrząc na poziom rozwoju gospodarczego, była 30 lat za Zachodem. Natomiast nie oznacza to, że się nie rozwijała. Skutecznie wychodziła z biedy, choć popełniła też liczne błędy – jako przykład podałbym politykę deflacyjną w okresie kryzysu i opóźnienie stabilizacji. 2,5 proc. wzrostu gospodarczego to więcej niż w Europie Środkowo-Wschodniej (2,0 proc.) i w Europie w ogóle (1,7 proc.). I szybciej niż w XIX w., kiedy wzrost na ziemiach polskich wynosił 0,9 proc. rocznie. Ba, szybciej niż w PRL (2[[.||,]]2 proc.). 

Mamy w swojej historii kolejny sukces i to w obszarze, który wcześniej sami uznawaliśmy za porażkę. To miła odmiana w ponurym XIX i XX w.

Dr Marcin Wroński

Zanim zacząłem pracę nad książką, przemawiał do mnie obraz: to PRL pchnął zacofaną Polskę do przodu, a miliony osób przeprowadziły się w tym okresie ze wsi do miasta. Ale to zaczął robić już przed wojną premier Eugeniusz Kwiatkowski, choć o dziesięć lat za późno. II RP to wzrost wielkości produkcji o 70 proc., miliony rodzin, które po raz pierwszy wysłały dzieci do szkoły (wcześniej nieobowiązkowej w byłym zaborze rosyjskim), 2 mln ludzi, którzy założyli konta w bankach i książeczki oszczędnościowe. Chciałoby się osiągnąć więcej, ale widać było ruch z dołu do środka rozkładu społecznego, przy czym na górze są wciąż układy postfeudalne. Zresztą to kraj o wysokim poziomie nepotyzmu – z Marią Minakowską pracuję nad rekonstrukcją sieci społecznej polskich elit. 

To była gospodarka zacofana względem zachodniej Europy, ale efektywnie ją nadganiająca. Jednocześnie Polska pozostawała krajem bardzo wysokich nierówności ekonomicznych – analizując rozkład dochodów, mówiłbym w tym przypadku raczej o strukturze latynoamerykańskiej niż europejskiej. 

Czyli?

Po pierwsze, to niski udział pracy w PKB. Na zachodzie Europy były to wartości rzędu 55-70 proc., w II RP – niecałe 50 proc. Jednocześnie występowały wysokie różnice produktywności pomiędzy sektorami. Po drugie, zróżnicowany był poziom rozwoju gospodarczego w regionach – zabór pruski wyprzedzał Królestwo Polskie o 25 lat, Królestwo Polskie Galicję o 20 lat, a Galicja kresy północno-wschodnie także o 20 lat.  To tak jakby Polskę tworzyły znane nam dziś województwa poznańskie i pomorskie, mazowieckie i łódzkie z 2000 r., Małopolska i Podkarpacie z 1980 r. oraz Lubelszczyzna i podlaskie z 1960 r.

„Pierwsi od dawna żyją już w gospodarce cyfrowej, ostatni są dumni z budowy Nowej Huty. Cztery różne światy” – wyjaśnia pan w książce. 

To wszystko przekładało się na nierówności dochodowe, które mimo wszystko w tym okresie spadały. Współczynnik Giniego (najważniejsza miara nierówności dochodowych lub majątkowych w społeczeństwie, określająca stopień nierównomierności ich rozkładu – red.) w roku 1924 wynosił 0,6, a w 1938 – 0,52. Bo wystąpiła silna konwergencja regionalna. 

Dzisiaj w Polsce mamy do czynienia z dywergencją – po 1989 r. nastąpił szybki wzrost gospodarczy, ale on jest szybszy w tych województwach i powiatach, które już wcześniej były bogate. Nierówności regionalne w Polsce albo rosną, albo utrzymują się na podobnym poziomie. Co do zasady, to konwergencja jest silnikiem wzrostu gospodarczego. Historycy zaskakująco szybką konwergencję w II RP przegapili. Wzrost gospodarczy to nie tylko liczba, ale zjawisko przestrzenne. 

Pisze pan: „Polska międzywojenna to historia sukcesu gospodarczego – szybkiej odbudowy, dynamicznego wzrostu, konwergencji regionalnej”. 

Częścią problemu, jaki stanowi nasz obraz II RP, jest to, że badacze do tej pory koncentrowali się przede wszystkim na tym, co działo się w Polsce centralnej – rozmawiamy o ziemiach, które przed i po II wojnie światowej były częścią kraju. A wzrost gospodarczy – jako ekonomista uważam, że to bardzo ciekawe – następował na jego kresach, dla których konwergencja była korzystna. Opowiedzmy sobie tę historię w ten sposób: powstaje nowe państwo, które musi zunifikować rynki czterech różnych regionów. I okazało się, że udało się to zrobić dość szybko. A inaczej: z czterech regionalnych gospodarek stworzona zostaje jedna narodowa. 

Przy czym wieś rozwijała się szybciej niż miasta. Dlatego, że nastąpiła dyfuzja technologii – po I wojnie światowej nowoczesne rolnictwo rozwijało się w Wielkopolsce, podczas gdy na kresach praktyką była wciąż trójpolówka; przejście na naukową rotację roślin (płodozmian – red.) pociągnęło za sobą wzrost regionu. W pierwszych latach II RP plony na kresach to ok. połowy tych zbieranych w Wielkopolsce. Pod koniec tego okresu – to już mniej więcej 80 proc. Na marginesie: Wielkopolska znalazła się w trudnym położeniu podczas wojny celnej z Niemcami.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Jaka Polska jest warta poświęceń?

Ekonomiści zwykle stawiają znak równości pomiędzy wzrostem gospodarczym a uprzemysłowieniem – w tej optyce II RP, która się nie uprzemysławia, jest państwem porażki. Natomiast rzeczywistość jest dalece bardziej zniuansowana. Przedmiotem sporu była koniunktura przemysłowa w okresie międzywojennym. Proponowałbym spojrzeć na wartość produkcji, a nie liczbę jednostek. Zobaczymy wówczas, że przemysły pierwszej rewolucji przemysłowej (węgiel, żelazo itd.) się kurczą, za to rozwijają nowe – elektrotechniczny, chemiczny. To PRL łączymy z elektryfikacją, ale dane o wzroście produkcji energii elektrycznej w II RP dają inny obraz: rośnie w co najmniej takim samym tempie jak w innych gospodarkach peryferyjnych w Europie, a może nawet szybciej; tak naprawdę elektryfikacja dużego przemysłu nastąpiła przed wojną, a to technologia, która przynosi w długim okresie wzrost produktywności. Nowe COP-owskie fabryki powstawały wg. obecnych standardów. Przemysł w międzywojennej Polsce rośnie powoli, ale szybko się modernizuje, a rośnie przy tym produktywność pracy – o tym zresztą też możemy różnie opowiedzieć, bo z jednej strony mamy wysokie bezrobocie, z drugiej – ci, którzy pracują, wytwarzają więcej. 

Co to znaczy?

Wielki Kryzys okazał się mechanizmem selekcji – padły najsłabsze firmy, czyli zwolniono pracowników, którzy wytwarzali najmniej. Z punktu widzenia społecznego to była katastrofa. Ale gdyby doszło do realokacji zasobów pracy i kapitału, a ci ludzie nie zostaliby na bruku, byłby to bodziec do rozwoju gospodarczego. 

Foto: Tomasz Sitarski

W szczycie Wielkiego Kryzysu stopa bezrobocia w wielkich miastach wynosiła 34-35 proc. Na tle Europy to bardzo dużo (ok. 30 proc.). To wtedy – w najgorszym możliwym okresie – na rynek pracy weszło pokolenie wyżu demograficznego z wczesnych lat 20. (roczniki liczące po milion osób). Jednocześnie ustaje emigracja. Podsumowując: to szybko rozwijająca się gospodarka, która nie do końca poradziła sobie z presją demograficzną, ponieważ ta nadmiernie się skumulowała w kilku rocznikach i nałożył się na nią Wielki Kryzys. 

Wróćmy do nierówności.  

W rolnictwie, które rosło szybciej, ludzie zarabiają zwykle mniej niż w innych sektorach gospodarki, więc nierówne sektorowe stopy wzrostu sprawiają, że na wzroście gospodarczym bardziej korzystają biedniejsi. Odwrotnie niż w Polsce po 1989 r. – z szybkiego wzrostu gospodarczego skorzystały wówczas w pierwszej kolejności osoby bogatsze. 

II RP jest więc krajem mocno nierównym, ale jednak nierówności spadają, ponieważ trendy gospodarcze są korzystne raczej dla biednych niż bogatych. Choćby z pamiętników wyłania się inny obraz. Ale gospodarka to złożony układ, a w nim jest więcej aktorów niż lewicująca inteligencja, która publikuje w ówczesnych gazetach artykuły o swojej bardzo trudnej sytuacji. A media – i są na to badania, trend jest globalny – chętniej prezentują negatywny obraz świata, bo na takie treści reagujemy emocjonalnie i w ten sposób więcej zarabiają. 

I znów: odwrotnie niż w III RP, której historię opowiadali głównie ludzie sukcesu. 

W archiwum w Łodzi pracowałem ze spisami akcjonariuszy – bo tworzę listę stu najbogatszych Polaków okresu międzywojennego. Okazywali się dla mnie postaciami zupełnie anonimowymi – więcej wiedziałem o – dajmy na to – bezrobotnym spod Kielc, który wysłał swój pamiętnik na jeden z popularnych wtedy konkursów.

Inna rzecz: znaczna część burżuazji nie była Polakami. 30 proc. mieszkańców II RP należało do mniejszości, a patrząc na górny centyl rozkładu dochodów – 40 proc. (najwięcej jest w tej grupie Żydów i przede wszystkim Niemców). To historie nieopowiedziane. 

Czytaj więcej

Jan M. Jackowski: Antoni Patek jest symbolem polskiej przedsiębiorczości i patriotyzmu

Pańskie ustalenia wywracają do góry nogami to, jak myślimy o II RP. 

Bo my w ogóle nie lubimy mówić o sukcesach. Sprawdziłem badania: Polacy są jednym z najbardziej pesymistycznych narodów. To nie był kraj cudowny, ale gospodarka II Rzeczypospolitej jest historią sukcesu, choć ograniczonego, bo wzrost gospodarczy mógł być szybszy. To gospodarka rosnąca szybciej od innych w bardzo trudnych warunkach zewnętrznych. W 1918 r. zniszczony był co trzeci budynek (to najwyższy poziom zniszczeń na kontynencie), PKB spadło o 50 proc. A na horyzoncie: wojna polsko-bolszewicka, hiperinflacja, wojna celna z Niemcami, restrykcje w obszarze emigracji.

Gdyby wcześniej nastąpiła korekta polityki prowadzonej w kryzysie, Polska rosłaby nie o 2,5, a o 3,5 proc. Ale jedynym okresem w dziejach Polski, który pod względem tempa wzrostu gospodarczego może konkurować z dwudziestoleciem, to okres po 1989 r. Transformacja Polski miała miejsce w najlepszym dla tego rodzaju procesów czasie – swobodnego handlu, tryumfu liberalizmu. II RP takiego szczęścia nie miała. Tak, był to kraj nierówny, gospodarka wciąż była zacofana, ale Polska skracała dystans, a niepodległość jej się opłaciła. Jeśli polityka interwencjonistyczna ma kiedyś działać, to w takiej gospodarce jak II RP. 

Zabór pruski wyprzedzał Królestwo Polskie o 25 lat, Królestwo Polskie Galicję o 20, a Galicja kresy północno-wschodnie także o 20. To tak jakby Polskę tworzyły znane nam dziś województwa poznańskie i pomorskie, mazowieckie i łódzkie z 2000 r., Małopolska i Podkarpacie z 1980 r. oraz Lubelszczyzna i podlaskie z 1960 r.

Dr Marcin Wroński

Do 1935 r. Polska twardo trzyma się standardu złota, po części na skutek uporu Józefa Piłsudskiego, po części ze względów geopolitycznych (sojusz z Francją). Reszta Europy wychodzi z kryzysu, my wciąż w nim tkwimy. W późnym 1935 r. zmienia się polityka gospodarcza. Przychodzi Eugeniusz Kwiatkowski, rozpoczyna budowę COP. Inwestycje warte 15 proc. PKB przynoszą silne efekty mnożnikowe – przybywa pół miliona miejsc pracy, PKB wzrasta o 20 proc. Polska nadgania stracone lata. Jednocześnie porażką ostatnich lat jest niewystarczające przygotowanie do II wojny światowej. Pod względem wydatków na obronność II RP to państwo przedziwne. Z jednej strony w całym okresie międzywojennym wydaje na obronność bardzo dużo – przeciętnie 4,5 proc. Więcej wydaje tylko ZSRR. Jednocześnie jako jedno z niewielu państw (tu znów towarzyszy nam ZSRR) nie zwiększa nakładów na obronność w późnych latach 30., kiedy pogarsza się sytuacja międzynarodowa. A była do tego przestrzeń, konsekwencje braku koniecznych decyzji ponosimy we wrześniu 1939 r.

Pański artykuł naukowy o tym znalazł czytelnika w Australii, który zacytował go w swojej pracy doktorskiej poświęconej wpływom restrykcji migracyjnych w USA na gospodarkę w latach 1921-1924. Po co nam w 2026 r. wiedza o PKB międzywojennej Polski?

II RP to ciekawy warsztat badawczy, który pozwala lepiej zrozumieć, jak działa rozwój gospodarczy w państwach gospodarczych i ocenić jego źródła, w tym rolę konwergencji regionalnej i integracji rynku wewnętrznego. Rekonstrukcja na poziomie powiatów dowodzi, że wzrost gospodarczy jest zjawiskiem nie tylko w czasie, ale i przestrzeni. 

Oprócz lepszej wiedzy o tym okresie przynosi to lepsze zrozumienie mechanizmów gospodarki. A wiedza o poziomie dochodów w przeszłości jest nam potrzebna, by ocenić wzrost w kolejnych latach. Czyli ocena PRL musi zależeć od punktu wyjścia. A gdyby nie II wojna światowa i PRL – to moja intuicja – Polska byłaby podobna do Wielkiej Brytanii, czyli bogatsza i miałaby nierówną strukturę społeczną. Z drugiej strony – tę sztywną strukturę fundujemy sobie dziś sami, np. poprzez coraz bardziej popularne prywatne szkoły. Wreszcie, mamy w swojej historii kolejny sukces i to w obszarze, który wcześniej sami uznawaliśmy za porażkę. To miła odmiana w ponurym XIX i XX w.

Dr Marcin Wroński

Dr Marcin Wroński

Foto: Rada Fiskalna

Rozmówca

Dr Marcin Wroński

Ekonomista, historyk gospodarczy, adiunkt w Kolegium Gospodarki Światowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. W przeszłości pracował na Uniwersytecie Harvarda i w Paryskiej Szkole Ekonomii. Bada rozwój gospodarczy ziem polskich na przestrzeni dziejów, podział jego owoców. Członek Rady Fiskalnej