Tymczasem tytułowe zdanie, w literackim kształcie postulujące uhonorowanie kobiet w powstaniu, zostało napisane już 60 lat temu, a przekonanie autora o konieczności uczczenia bezprzykładnego męstwa mieszkanek powstańczej Warszawy, a także w szerszym sensie oddania szacunku wszystkim biorącym w nim udział cywilom, bierze się z jego osobistych doświadczeń jako uczestnika powstania i zarazem jego dokumentalisty.
Tym dokumentalistą był Edward Serwański (1912–2000), prawnik i historyk, powstaniec warszawski ps. Mietek, profesor Instytutu Zachodniego w Poznaniu, autor trzech książek o powstaniu, inicjator i kierownik unikatowej w skali okupowanej Europy tajnej akcji naukowo-dokumentacyjnej pod kryptonimem „Iskra-Dog”. Sama zaś naukowa kwerenda, brawurowa, bo prowadzona pod okiem wroga, podjęta została już w połowie sierpnia 1944 r., a jej celem było utrwalenie pamięci o niemieckich zbrodniach podczas powstania, głównie na ludności cywilnej, siłą rzeczy więc na kobietach – matkach, żonach, córkach, dziewczętach, staruszkach.
Jak wyglądał przemarsz ludności cywilnej przez Wolę w sierpniu 1944 r.
Fraza o dzielności Warszawianek odnosi się bezpośrednio do wydarzeń, które miały miejsce w czasie powstańczych miesięcy w 1944 r. Wtedy to, a dokładniej 7 sierpnia, „Mietek”, po ucieczce z dworca kolejowego w Pruszkowie, dokąd został wywieziony po upadku Starego Miasta, będąc pod przemożnym wrażeniem apokaliptycznych scen zagłady ludzi i miasta, których był świadkiem w czasie przemarszu w kolumnie ewakuacyjnej przez Wolę, wpadł na pomysł zapisu tego horrendum w postaci zorganizowanej akcji dokumentacyjnej, która po wojnie będzie „dowodem w sprawie” nie tylko dla historyków i prawników, ale też dla socjologów. Koncept tej konspiracyjnej kwerendy, którą nazwał „Iskra-Dog”, został natychmiast zaaprobowany przez profesora Zygmunta Wojciechowskiego, jednego z szefów „Ojczyzny” – niepodległościowej organizacji wywodzącej się z Wielkopolski i związanej z tzw. myślą zachodnią. Profesor pomógł nadać akcji właściwy kierunek naukowo-badawczy i zapewnił jej finansowanie z zasobów Delegatury Rządu na Kraj. Plonem tej operacji, trwającej od połowy sierpnia do stycznia 1945 r., było 314 zeznań świadków zbrodni, które, spisane „na gorąco” w warunkach polowych przez ankieterów powstańczej kwerendy, zostały tajnie, z narażeniem życia, przepisane na maszynie, zaopatrzone w konspiracyjne szyfry, zabezpieczone profesjonalnie w konwiach na mleko i zakopane koło Brwinowa, a po wojnie odkopane, odkodowane i opracowane w postaci tzw. protokołów powstańczych i wydane w trzech publikacjach naukowych.
Czytaj więcej
Churchill i Roosevelt mogli zorganizować skuteczną pomoc lotniczą dla powstania nawet bez współpracy z Sowietami. To znacznie zwiększyłoby szanse p...
Już w swojej najwcześniejszej książce pt. „Zbrodnia niemiecka w Warszawie 1944”, wydanej w kwietniu 1946 r., opisując marsz kolumny ewakuacyjnej z ulicy Elektoralnej przez Wolę w dniu golgoty jej mieszkańców, w którym brał udział przebrany w cywilne rzeczy („zdjąłem przepaskę AK, czapkę z orzełkiem z głowy, zabezpieczyłem [...w piwnicy...] kompromitujący materiał”), z wielkim szacunkiem pisze o kobietach: „Pochód, przesuwając się od kościoła Karola Boromeusza aż po Żelazną stanowił jedno pasmo udręki, szykan i tortury. Przeżycia każdego z nas, pędzonych jak bydło, zaszczutych strachem [...] na tle ruin i potwornego pożaru, urastały do czegoś nieziemskiego. [...] Do głębi wzruszyła mnie postawa kobiet. Z zacięciem, w jakimś dogłębnym skupieniu, zwracając wyłączną uwagę na dzieci i toboły, maszerowały jak żołnierze naprzód, pilnując specjalnie, aby się nie narazić. W czasie całej tej drogi, to znaczy aż do Żelaznej, gdzie kobiety od nas odłączono, nie było żadnego wypadku, żebym usłyszał lamenty, gorzkie płacze”.
Ale słowa uznania autor znajduje również dla mężczyzn, traktowanych bezceremonialnie przez Niemców w tym budzącym grozę przemarszu „jak bandytów, morderców czy podpalaczy”. A przecież byli to zwykli ludzie: ojcowie, synowie, bracia, starcy, chorzy i kaleki: „Imponująca była postawa mężczyzn. [...] jedno wielkie ciało, jak lawa przelewana przez ulicę, skamieniała w milczeniu, bez próśb, bez krzyków, bez jakichkolwiek manifestacji strachu czy lęku”.
W wyżej wymienionej książce, ale też w dwóch następnych: „Dulag 121 – Pruszków. Sierpień – październik 1944 roku” i wydanym 20 lat później „Życiu w powstańczej Warszawie”, mieści się razem ponad 200 świadectw zbrodni niemieckich, w których opisy postaw ludności cywilnej dowodzą jej cichego bohaterstwa, poczucia solidarności społecznej, a także determinacji w sile przetrwania. Najwięcej jest świadectw kobiet, bo to one, pozostając najczęściej w czasie walk na tzw. pozafrontowej pozycji, wspierały jednocześnie powstańców w ich walce i dzieliły z nimi ich los. One też, już jako uchodźczynie z oblężonego miasta, najczęściej odpowiadały na pytania ankieterów; mężczyźni, szczególnie powstańcy, byli mniej skłonni do składania zeznań.
Codzienna praca kobiet w walczącej Warszawie. Kuchnie polowe, barykady, punkty sanitarne
Ze stron książek Serwańskiego wyłania się obraz mieszkanek Warszawy jako tych, które, mimo że przeżywały swoją osobistą gehennę, odgrywały w codziennym życiu walczącej stolicy ważne społeczne role. To właśnie one organizowały kuchnie polowe i tzw. garkuchnie dla powstańców i tych, co stracili dach nad głową; zdobywały aprowizację, a potem w prowizorycznych warunkach gotowały „coś z niczego”, czyli tzw. zupę plujkę. Przynosiły z narażeniem życia wodę ze studni, tworzyły improwizowane punkty sanitarne, oddawały pościel, ubrania i prześcieradła na bandaże. Budowały barykady, odkopywały rannych w ruinach domów i pielęgnowały ich; gasiły pożary, naprawiały mundury, szyły opaski powstańcze i flagi narodowe.
„Alarm w nocy! Trzeba budować natychmiast barykady. Wśród nieprzeniknionych ciemności, prawie że ulewnego deszczu, wszyscy – od dziecka aż do najstarszych – godzinami krzątają się na ulicy, wykonywając najcięższą prace. [...] Widziałem w nocy, jak w czasie budowania barykad starsze wiekiem kobiety pracowały z kilofem w ręku, kopały doły i nosiły ciężkie, kamiennie płyty na barykady”.
W „Zbrodni niemieckiej w Warszawie 1944” jest wiele innych przykładów dzielności, hartu ducha i przedsiębiorczości kobiet, wszystkie zaś były one – jak podkreśla autor książki – na swój sposób manifestacją oporu Warszawianek wobec okupanta-agresora:
Żołnierze Waffen-SS w trakcie Powstania Warszawskiego nie okazywali litości cywilnej ludności miasta
„Nim się dostało wodę, trzeba było czekać wiele godzin, bo co chwile przychodziło wojsko i wypędziwszy cywilów napełniało własne, ogromne kadzie. Cywile, zwłaszcza kobiety, nie ustępowały bez protestu; w rezultacie wyzwiska, klątwy, odgrażanie karabinem, nieraz pobicie były na porządku dziennym. [...] po paru pierwszych dniach walki utarł się zwyczaj zawieszania działań wojennych na dwie godziny, pomiędzy godziną 12.00 a 14.00, w którym to czasie gromady kobiet, zaopatrzone w białe flagi, szły do koszar SS przy ulicy Rakowieckiej i do koszar lotniczych przy ulicy Puławskiej, zanosząc uwięzionym tam mężczyznom, zabranym z domów przy sąsiednich ulicach, posiłki i paczki odzieżowe”.
Oprócz relacji przedstawiających godne postawy społeczne Warszawianek, liczne zeznania ilustrują przykłady bezprzykładnego okrucieństwa, których doświadczały kobiety jako ofiary barbarzyńskich metod prowadzenia walki. Były np. pędzone przed czołgami jako żywe tarcze, wykorzystywane do rozbierania barykad, do przenoszenia trupów niemieckich żołnierzy, a także jako ochrona dla Niemców przy zbieraniu ich rannych.
„Nadjechały czołgi – oddzielono mężczyzn od kobiet. [...] Kobiety pędzono przed czołgami w kierunku Nowego Świata. Raz rozpętała się straszna strzelanina. Ze wszystkich stron kulki świstały”.
„Przeprowadzono je [kobiety] do Ogrodu Saskiego i stąd kazano iść jako ochrona do zbierania rannych żołnierzy pod Żelazną Bramą. Musiały iść wyprostowane, choć przy nich żołnierze niemieccy czołgali się po ziemi, gdyż ze wszystkich stron świstały kule”.
Ale chyba najbardziej tragiczne dla mieszkanek stolicy były barbarzyńskie akty przemocy seksualnej na nich: starszych i młodszych, na ciężarnych i położnicach, również na staruszkach i dziewczynkach, które miały miejsce w całej Warszawie, ale głównie w obozie przejściowym na tzw. Zieleniaku, a także – o czym niewiele wiadomo – w Śródmieściu, przede wszystkim w szpitalach, np. Dzieciątka Jezus i w klinice położniczej przy ul. Starynkiewicza. W „Zbrodni niemieckiej w Warszawie 1944”, w rozdziale „Ochota Zieleniak”, jest kilkadziesiąt takich wstrząsających opisów, a w rozdziale „Śródmieście” przynajmniej 12. „Wraz ze zbliżającym się zmierzchem rozpoczynały się w szpitalu dzikie gonitwy. Biada kobiecie, która nie zdążyła się ukryć przed rozjuszonymi żołdakami”.
Żywe tarcze, praca przymusowa, przemoc seksualna. Co zapisano w zeznaniach świadków
Czytając przykłady porażających relacji świadków powstańczych dramatów, których w „Zbrodni niemieckiej w Warszawie 1944” opublikowano 146, trudno zapewne będzie uwierzyć, że w/w pionierska dokumentacja źródłowa – najcenniejsza i najstarsza, bo oparta na autentycznych relacjach świadków – przez dziesięciolecia, a dokładniej przez ponad 70 lat pozostawała na marginesie powszechnej świadomości historycznej (reprint ukazał się dopiero 10 lat temu w Wydawnictwie Instytutu Zachodniego). Równie trudno uwierzyć w to, że nie przebiła się skutecznie do narracji o powstaniu do dzisiaj, czego dowodem jest zdarzające się, podobnie jak w poprzednich dekadach, pomijanie jej lub nierzetelne cytowanie w historiografii, książkach popularnonaukowych, a także w pozycjach reportażowych.
Jest to zastanawiające również i z tego względu, że „Zbrodnia niemiecka w Warszawie 1944” stanowi dokument historyczny wagi międzynarodowej. Została bowiem włączona do materiałów oskarżycielskich polskiej delegacji w Norymberdze. Trzy z zawartych w książce relacji jako jedyne polskie źródło dowodów zbrodni Waffen-SS wobec cywilów w czasie powstania zostały odczytane na sali Trybunału w Norymberdze 6 sierpnia 1946 r. (zapis dostępny w Internecie).
Samą zaś akcję „Iskra-Dog” spotkał jeszcze gorszy los. Na przestrzeni 80 lat zniknęła prawie całkowicie z polskiego dyskursu o powstaniu. Jest to wręcz kuriozalne, bo ta brawurowa, ale oparta na ścisłe naukowych zasadach konspiracyjna akcja o społecznym charakterze, która dopiero od kilku lat zaczyna być porównywana do akcji „Oneg Szabat” Emanuela Ringelbluma, nie zainicjowała się i nie przeprowadziła się sama! Podobnie jak nie spadło z Księżyca 314 zebranych dzięki niej bezcennych, bo autentycznych zeznań świadków.
Żeby zrozumieć, dlaczego tak się działo w przeszłości i dlaczego do dzisiaj zarówno książka, jak i „Iskra-Dog”, mimo wzrastającego publicity, nie zajmują należnego miejsca w narracji o powstaniu, trzeba mieć na względzie, że publikacja ta, jak i cała późniejsza działalność naukowa Serwańskiego, a także publicystyczna i społeczna, zderzyła się z reżimem komunistycznej władzy i była dla niej skrajnie niewygodna pod względem polityczno-ideologicznym.
Represje komunistycznej władzy wobec Edwarda Serwańskiego po wojnie
Dla komunistów „Mietek”, jako oficer AK, działacz Delegatury Rządu na Kraj i podziemnej organizacji „Ojczyzna”, był reprezentantem wrogiego reakcyjnego podziemia. Dokumentowanie zbrodni niemieckich w powstaniu przez konspiratorów powiązanych z Londynem uderzało w oficjalną linię partii. Co więcej, skrajnie niewygodne dla komunistycznego rządu były fragmenty zeznań, głównie z Zieleniaka, opisujące barbarzyńskie gwałty i mordy na cywilach dokonywane przez oddziały RONA (rosyjskojęzyczne formacje złożone w większości z byłych obywateli sowieckich). Były one nie do przyjęcia w dobie narzuconej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Książka zdołała się jeszcze ukazać w krótkim czasie względnej swobody, która trwała od zakończenia wojny do 1947 r. Potem temat Powstania Warszawskiego przez lata był zakazany, a jeśli się pojawiał to jako „burżuazyjna prowokacja lub awantura”, a jego przywódców przedstawiano jako zdrajców narodu.
„Mietek” zdążył jeszcze, na podstawie relacji z powstańczej kwerendy, opublikować drugą książkę, tym razem o obozie przesiedleńczym w Pruszkowie. Ale następna pozycja, chociaż pojawiła się już w zapowiedziach wydawniczych, wyszła dopiero niemal po 20 latach, w 1965 r., i w dodatku bardzo ocenzurowana i pod zupełnie innym tytułem: „Życie w powstańczej Warszawie”. Bo wcześniej, już w roku 1948 „Mietek” – jako wróg ludu – po aresztowaniu, śledztwie i sfingowanym procesie znalazł się w ubeckim więzieniu z wyrokiem 7 lat, z czego (po amnestii) odsiedział 3,5.
Ludność cywilna Woli prowadzona ulicą Wolską, przypuszczalnie w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. podczas tzw. rzezi Woli
Jak każdy więzień polityczny po odbyciu kary pozostawał pod ścisłym dozorem Urzędu Bezpieczeństwa, inwigilowany w życiu prywatnym i społecznym, obłożony cenzurą naukową. Egzemplarze „Zbrodni niemieckiej w Warszawie 1944” były po wojnie trudno osiągalne. W okresie całego PRL-u rozpowszechnianie tego typu publikacji podlegało ograniczeniom, były też one wycofywane z bieżącego obiegu bibliotecznego. Represje stalinowskie względem Serwańskiego w komunistycznej Polsce takie jak: szykany i nękanie w życiu prywatnym i zawodowym, podsłuchy w domu, kontrola korespondencji, ustanowienie wokół niego sieci donosicieli TW, blokowanie i ingerowanie w publikacje naukowe, opóźnianie kariery naukowej, trwały aż do początków lat 80.
Polityczny klimat był niesprzyjający dla książki również i dlatego, że drastyczne opisy mordów i gwałtów opisane w publikacji nie pasowały do propagandowej tezy o „nowych i postępowych” Niemczech, czyli tych, które w postaci NRD powstałej w 1949 r. zostały włączone do „bratniego” obozu socjalistycznego. Tzw. wschodnich Niemców przedstawiano bowiem jako „antyfaszystów” i starano się nie łączyć ze zbrodniczą spuścizną nazistowskich Niemiec.
Narracja militarna zdominowała pamięć o Powstaniu Warszawskim
Pewną rolę w ignorowaniu dorobku naukowego Serwańskiego odegrał fakt, że badania nad powstaniem w latach 60. i późniejszych zostały zdominowane przez ośrodki badawcze w Warszawie, koncentrowały się m.in. wokół prac Głównej Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich. „Rodacy z Warszawy” – jak mawiał Serwański – nie byli skłonni zaznaczać faktu, że pierwsze badania nad zbrodniami w czasie powstania zrealizowała z powodzeniem wielkopolska grupa działaczy niepodległościowych ze wspomnianej wcześniej „Ojczyzny”, a więc historycy, naukowcy i działacze niepodległościowi – przyszli założyciele Instytutu Zachodniego z profesorem Zygmuntem Wojciechowskim na czele.
Co więcej, przez całe dekady powstanie wykorzystywano w celach propagandowych. Historycy wojskowości, którzy nadawali ton debacie, koncentrowali się na militarnej stronie zrywu: czynie zbrojnym, żołnierzach i ich walce z bronią w ręku. Tymczasem „Zbrodnia...” w awangardowy sposób (pojęcie „historii społecznej” jeszcze wtedy nie istniało) poruszała kwestie natury pozawojskowej i skupiała się na stronie społecznej i socjologicznej tego dramatu, pochylała się w głęboko humanistycznym geście nad niedolą jednostek uwikłanych w piekło totalitarnego systemu.
Edward Serwański „Mietek” (1912–2000) – polski historyk, polityk i działacz społeczny, autor m.in. „Zbrodni niemieckiej w Warszawie 1944”
Natomiast narracja militarna siłą rzeczy przyłożyła się do tworzenia pamięci o powstaniu na gruncie mitu heroicznego i martyrologicznego. W tym nieskazitelnym obrazie bohaterskiego zrywu narodowego nie było miejsca na drastyczne opisy świadków opowiadających o swojej gehennie, bezradności oraz upodleniu. A przecież dotyczyło to 150–200 tys. cywilów! Dla porównania: liczbę powstańców ocenia się na ok. 18 tys. (wliczając tzw. uzupełnienia: ok. 50 tys.).
I wreszcie, trudno się dziwić, że skoro epos powstania tworzony był „patriarchalnie” – przez historyków, głównie mężczyzn – to świadomie pomijano dramat tysięcy barbarzyńsko zgwałconych kobiet i ich martyrologię. Temat gwałtów uznano za zbyt bolesny, wręcz uwłaczający dla i tak już straumatyzowanego po wojnie narodu, w którym mężczyźni nie zdołali uchronić swoich matek, żon i córek przed bestialstwem najeźdźcy.
Prześledziwszy losy książki i jej autora, lepiej chyba można zrozumieć przyczyny, dla których w państwie komunistycznym pomijano milczeniem lub ignorowano niewygodne dla władzy pozycje, a ich autorom zamykano lub przynajmniej „przymykano usta”. W tym kontekście oczywistym staje się odpowiedź na pytanie, dlaczego trzeba było czekać aż 70 lat, aby uhonorować dramat cywilów, ustanawiając w 2015 r. dla nich święto obchodzone 2 października: Dzień Pamięci o Cywilnej Ludności Powstańczej Warszawy. Szkoda, że wielu z nich już go nie doczekało.
Korzystałam z następujących źródeł – tytuł i cytaty pochodzą z: „Życie w powstańczej Warszawie. Sierpień – wrzesień 1944. Relacje – dokumenty” – opracował, wstępem, przypisami i aneksami opatrzył Edward Serwański. PAX, Warszawa 1965. Ponadto: „Zbrodnia niemiecka w Warszawie 1944” – zeznania i zdjęcia opracowali: Edward Serwański i Irena Trawińska. Wydawnictwo Instytutu Zachodniego, Poznań 1946; „Ilustrowany Kurier Polski”, 2/3 listopada 1947, nr 300.