Nie planowali rewolucji. Chcieli godnych płac, uczciwego traktowania i prawa do wyrażenia swojego niezadowolenia. Za każdym razem historia wyglądała podobnie – protest rodził się w zakładach pracy, szybko przenosił się na ulice, a odpowiedzią komunistycznych władz były pałki, broń i wojsko. Poznań w 1956 r., Wybrzeże w grudniu 1970 r. oraz Radom i Ursus w czerwcu 1976 r. stały się symbolami walki robotników z systemem, który deklarował, że rządzi w ich imieniu. Każdy z tych buntów miał własne przyczyny i przebieg, ale wszystkie pozostawiły po sobie ofiary, tysiące ludzkich dramatów oraz przekonanie, że PRL nie zamierza rozwiązywać społecznych problemów dialogiem.
Choć bezpośrednim impulsem do wybuchu protestów były najczęściej kwestie ekonomiczne – podwyżki cen, spadający poziom życia czy pogarszające się warunki pracy – bardzo szybko przeradzały się one w otwarty sprzeciw wobec sposobu sprawowania władzy. Robotnicy domagali się nie tylko chleba, lecz także szacunku, uczciwości i prawa do bycia wysłuchanym. Zamiast rozmowy spotykali się jednak z propagandą, represjami i przemocą. Każdy kolejny bunt pozostawiał po sobie coraz głębsze przekonanie, że komunistyczny system nie potrafi rozwiązywać konfliktów inaczej niż przy użyciu siły.
Czytaj więcej
Wysoki, elokwentny, przyjęty przez robotników „przez aklamację”. Kilka miesięcy później został oskarżony przez własnych ludzi o zdradę. Kim naprawd...
Największą słabością PRL okazało się to, że państwo coraz częściej występowało przeciwko ludziom, których oficjalnie nazywało „fundamentem przewodniej siły narodu”. Każdy kolejny krwawo stłumiony protest podważał wiarygodność komunistycznej władzy i osłabiał jej społeczne poparcie. Poznański Czerwiec ’56 przyspieszył odejście od najtwardszego stalinizmu, Grudzień ’70 doprowadził do upadku ekipy Władysława Gomułki, a Czerwiec ’76 stał się impulsem m.in. do powstania Komitetu Obrony Robotników. W efekcie bunty te nie tylko zachwiały fundamentami systemu, lecz także przygotowały grunt pod narodziny demokratycznej opozycji, powstanie „Solidarności” i przemiany, które doprowadziły do upadku komunizmu w Polsce.
Poznański Czerwiec ’56. Pierwszy wielki bunt robotników
Wydarzenia, które rozegrały się 28 czerwca 1956 r., pokazały, że społeczne niezadowolenie osiągnęło poziom, którego propaganda nie była już w stanie ukryć.
Iskrą zapalną stała się sytuacja w Zakładach im. Józefa Stalina, czyli dawnych i obecnych zakładach Hipolita Cegielskiego. Robotnicy od miesięcy skarżyli się na podnoszenie norm produkcyjnych, niskie wynagrodzenia oraz fatalne warunki pracy. Oczekiwali również poprawy bezpieczeństwa i sprawniejszej organizacji produkcji, która eliminowałaby kosztowne przestoje. Gdy więc wysłana do Warszawy delegacja usłyszała obietnice rozwiązania najważniejszych problemów, wydawało się, że konflikt uda się zażegnać. Szybko okazało się jednak, że deklaracje władz nie mają pokrycia w rzeczywistości.
Rankiem 28 czerwca załoga „Cegielskiego” rozpoczęła strajk, a następnie wyszła na ulice Poznania. Do protestujących błyskawicznie dołączali pracownicy kolejnych zakładów, dzięki czemu manifestacja przerodziła się w wielotysięczny pochód. Demonstranci zamierzali przedstawić swoje postulaty władzom miasta. Początkowo protest miał spokojny charakter. Uczestnicy śpiewali „Mazurka Dąbrowskiego” i „Rotę”, starając się zachować porządek. Wielu wierzyło jeszcze, że rozmowy z przedstawicielami państwa doprowadzą do porozumienia.
Poznań ’56 – manifestacja na ul. Armii Czerwonej (obecnie: Świętego Marcina)
Nastroje zmieniły się, gdy w tłumie rozeszła się wiadomość, że delegacja robotników została rzekomo aresztowana. Choć informacja okazała się nieprawdziwa, wywołała gwałtowną reakcję. Część manifestantów ruszyła pod więzienie przy ulicy Młyńskiej, uwalniając osadzonych i zdobywając broń z więziennej zbrojowni. W innych miejscach miasta protestujący zajęli budynki sądu i prokuratury, niszcząc dokumenty symbolizujące komunistyczny aparat represji. Tymczasem obecni na Międzynarodowych Targach Poznańskich zagraniczni dziennikarze przekazywali informacje o wydarzeniach poza granice Polski, uniemożliwiając władzom całkowite przemilczenie protestu.
Do pierwszych strzałów doszło w rejonie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ulicy Kochanowskiego. W mieście szybko pojawili się zabici i ranni. Wśród ofiar znalazł się trzynastoletni Romek Strzałkowski, który z czasem stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli poznańskiego Czerwca ’56.
Komunistyczne kierownictwo nie zamierzało negocjować. Biuro Polityczne KC PZPR podjęło decyzję o siłowym stłumieniu protestu. Do Poznania skierowano niemal 10 tys. żołnierzy, blisko 360 czołgów oraz działa pancerne. Dowodzący operacją generał Stanisław Popławski wprowadził wojsko do centrum miasta, zamieniając jego ulice w pole walki. Żołnierzom tłumaczono, że jadą rozprawić się z prowokacją inspirowaną przez zachodnich agentów. Jeszcze 29 czerwca centrum Poznania pozostawało pod kontrolą wojska, a pojedyncze strzały rozlegały się również następnego dnia.
Bilans pacyfikacji był tragiczny. Historycy podają różne dane dotyczące liczby zabitych – zginęło co najmniej 57 osób, choć część badań wskazuje nawet na 79 ofiar śmiertelnych. Ponad 600 osób zostało rannych, a setki uczestników protestu zatrzymano. Wielu z nich podczas przesłuchań doświadczyło brutalnego traktowania.
Choć władzy udało się opanować sytuację siłą, poznański Czerwiec ’56 miał dalekosiężne konsekwencje dla dalszych losów PRL. Po raz pierwszy na taką skalę robotnicy otwarcie wystąpili przeciw państwu i partii, które oficjalnie przedstawiały się jako ich reprezentant. Wydarzenia z czerwca 1956 r. zachwiały wizerunkiem komunistycznego systemu, przyspieszyły polityczne zmiany i na trwałe zapisały się w pamięci jako pierwszy wielki bunt społeczeństwa przeciwko władzy PRL.
Czytaj więcej
Czerwiec 1956 r., jak wiele wydarzeń z historii PRL, ma swoje mity. Wiele z nich funkcjonowało jeszcze w trakcie powstania, inne zrodziły się późni...
Znaczenie Czerwca ’56 było jednak znacznie głębsze. Protest uświadomił także części komunistycznych elit, że dalsze utrzymywanie stalinowskich metod rządzenia może doprowadzić do kolejnych wybuchów społecznego gniewu. Właśnie dlatego bunt poznańskich robotników stał się jednym z najważniejszych impulsów prowadzących do destalinizacji i politycznych zmian w październiku 1956 r. Wielu historyków uważa, że bez wydarzeń w Poznaniu proces odchodzenia od stalinizmu w Polsce mógłby zostać odsunięty o wiele lat.
Grudzień ’70. Strzały do robotników na Wybrzeżu
Czternaście lat po poznańskim czerwcu robotnicy ponownie wyszli na ulice przeciwko komunistycznej władzy. Tym razem protest objął całe Wybrzeże i okazał się jeszcze bardziej krwawy. Grudzień 1970 r. przeszedł do historii jako jeden z najtragiczniejszych momentów w dziejach PRL; stał się symbolem władzy, która przeciw własnym obywatelom użyła wojska, czołgów i ostrej amunicji.
Bezpośrednią przyczyną wybuchu protestów była ogłoszona 12 grudnia 1970 r. gwałtowna podwyżka cen. Władze zdecydowały się podnieść ceny kilkudziesięciu grup towarów, przede wszystkim żywności i innych produktów codziennego użytku. Dla wielu rodzin oznaczało to dramatyczne pogorszenie poziomu życia. Jednocześnie tańsze stały się towary kupowane znacznie rzadziej, co tylko potęgowało społeczne przekonanie, że rządzący całkowicie oderwali się od rzeczywistości.
Pierwszy strajk wybuchł 14 grudnia w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Robotnicy domagali się wycofania podwyżek oraz rozmów z władzami. Gdy nikt nie chciał podjąć negocjacji, tysiące stoczniowców ruszyło pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Początkowo demonstranci liczyli na dialog, jednak narastające napięcie i pogłoski o zatrzymaniu przedstawicieli protestujących doprowadziły do gwałtownych starć. W centrum Gdańska pojawiły się barykady, płonęły budynki i samochody, a milicja użyła gazów łzawiących oraz broni.
Grudzień ’70 – płonąca siedziba Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku przy ul. Wały Jagiellońskie stała się jednym z najbardziej wyrazistych symboli robotniczej rewolty
Kierownictwo państwa bardzo szybko zdecydowało, że protest należy zdławić siłą. W Warszawie zebrał się sztab z udziałem najwyższych władz partyjnych i wojskowych, a Władysław Gomułka wyraził zgodę na użycie ostrej amunicji przeciw demonstrantom. Na Wybrzeże skierowano tysiące żołnierzy, oddziały milicji oraz jednostki pancerne. Dla komunistycznych przywódców robotniczy bunt nie był wyrazem społecznego niezadowolenia, lecz przejawem „kontrrewolucji”, którą należało bezwzględnie stłumić.
W kolejnych dniach fala strajków rozlała się na Gdynię, Szczecin, Elbląg i Słupsk. Protest przestał być wyłącznie odpowiedzią na podwyżki cen – stał się buntem przeciw sposobowi sprawowania władzy. Mimo to przedstawiciele PZPR nie podjęli poważnych rozmów z robotnikami, wybierając rozwiązanie siłowe.
Najbardziej dramatyczne wydarzenia rozegrały się 17 grudnia w Gdyni. Dzień wcześniej wicepremier Stanisław Kociołek publicznie apelował do stoczniowców o powrót do pracy. Gdy następnego ranka robotnicy wysiedli z pociągów i ruszyli w stronę stoczni, zostali zatrzymani przez wojsko. Bez skutecznego ostrzeżenia padły strzały. Ludzie ginęli na ulicach, a wielu zostało ciężko rannych. Obraz niesionego na drzwiach ciała 18-letniego Zbyszka Godlewskiego stał się jednym z najbardziej przejmujących symboli Grudnia ’70 i na trwałe zapisał się w pamięci Polaków.
Walki trwały jeszcze przez kilka następnych dni. Do demonstrantów strzelano nie tylko w Gdyni, lecz także w Gdańsku i Szczecinie. Zatrzymanych bito podczas przesłuchań, a tysiące osób trafiło do aresztów. Według oficjalnych danych śmierć poniosło 45 osób, ponad 1100 zostało rannych, a ok. trzech tysięcy uczestników protestów zatrzymano. W operacji pacyfikacyjnej uczestniczyło blisko 27 tys. żołnierzy, setki czołgów i transporterów opancerzonych oraz lotnictwo wojskowe. Nigdy wcześniej władze PRL nie użyły przeciw własnym obywatelom tak wielkich sił.
Demonstracje Grudnia ’70 w Gdyni – ciało zastrzelonego Zbyszka Godlewskiego niesione przez demonstrantów
Choć protest został zdławiony, jego polityczne konsekwencje okazały się ogromne. Odpowiedzialnością za tragedię obciążono ekipę Władysława Gomułki, który już 20 grudnia utracił stanowisko I sekretarza KC PZPR. Zastąpił go Edward Gierek zapowiadający nowy początek i odbudowę zaufania społeczeństwa. Zmiana przywódcy nie oznaczała jednak rozliczenia winnych. Przez kolejne dziesięciolecia osoby odpowiedzialne za wydanie rozkazu użycia broni wobec robotników unikały odpowiedzialności, a rodziny ofiar musiały długo czekać na prawdę i sprawiedliwość.
Grudzień ’70 pokazał, że komunistyczna władza była gotowa bronić swojego monopolu nawet za cenę życia obywateli. Tragiczne wydarzenia na Wybrzeżu nie zakończyły jednak społecznego oporu. Przeciwnie – pozostawiły głęboką ranę i przekonanie, że bez zasadniczych zmian politycznych podobne tragedie będą się powtarzać. Sześć lat później te obawy potwierdziły wydarzenia w Radomiu i Ursusie.
Czerwiec ’76. Zwycięstwo robotników i represje
Sześć lat po tragedii na Wybrzeżu komunistyczne władze ponownie postanowiły sięgnąć do kieszeni obywateli. Edward Gierek obejmował władzę pod hasłem poprawy poziomu życia i modernizacji kraju. Nowa ekipa zapowiadała, że Polska szybko nadrobi dystans dzielący ją od państw zachodnich. Podczas V Plenum KC PZPR w maju 1971 r. Gierek mówił: „Idzie o wielką sprawę – o to, aby w okresie życia jednego pokolenia zbudować drugą Polskę – Polskę zasobniejszą, odpowiadającą aspiracjom obywateli nowoczesnego kraju przemysłowego”. Hasło „drugiej Polski” miało oznaczać nie tylko wzrost produkcji, lecz także wyższe płace, więcej mieszkań, rozwój przemysłu i poprawę codziennych warunków życia.
Początkowo strategia ta przynosiła widoczne efekty. Państwo zaciągało jednak ogromne kredyty na Zachodzie, przeznaczając pożyczone pieniądze na inwestycje, zakup technologii i rozwój produkcji. Przez kilka lat pozwalało to zwiększać konsumpcję i podnosić poziom życia, ale nie zmieniło podstawowych mechanizmów niewydolnej gospodarki centralnie planowanej. Inwestycje często były nietrafione, część zakupionych technologii nie przynosiła oczekiwanych efektów, a zadłużenie zagraniczne szybko rosło.
Czytaj więcej
Już 4 września rozpoczniemy publikację cyklu tekstów o polskiej opozycji demokratycznej.
W połowie lat 70. coraz wyraźniej było widać, że model ten zaczyna się wyczerpywać. Rosły koszty obsługi zagranicznego zadłużenia, pogarszały się wyniki handlu zagranicznego, a gospodarka nie była w stanie zapewnić odpowiedniej ilości towarów na rynek. W sklepach coraz częściej brakowało podstawowych produktów, a władze ponownie zaczęły rozważać podwyżki cen. Obietnica zbudowania „drugiej Polski” zderzała się więc z coraz bardziej widocznymi problemami gospodarki.
W tej sytuacji twarzą kolejnej próby uporządkowania finansów państwa miał stać się premier Piotr Jaroszewicz. 24 czerwca 1976 r. podczas posiedzenia Sejmu poinformował o planowanej podwyżce cen wielu podstawowych artykułów. Rząd próbował złagodzić społeczne nastroje, zapowiadając system rekompensat i konsultacje z przedstawicielami zakładów pracy. Tym razem jednak władze przekroczyły granicę społecznej cierpliwości. Większość Polaków odebrała te deklaracje jako próbę narzucenia z góry podjętej decyzji. Już następnego dnia zamiast zapowiadanych konsultacji rozpoczęła się fala strajków.
25 czerwca protesty wybuchły w ponad stu zakładach pracy w całym kraju. Największy rozmach osiągnęły w Radomiu, Ursusie i Płocku. Łącznie udział w nich wzięło ponad 80 tys. osób. W Radomiu robotnicy wyszli na ulice miasta, domagając się wycofania podwyżek. Gdy rozmowy z przedstawicielami władz nie przyniosły rezultatu, demonstracja przerodziła się w gwałtowny protest. Tłum zdobył i podpalił gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR – symbol komunistycznej władzy w mieście.
Równie dramatyczne wydarzenia rozegrały się w Ursusie. Robotnicy Zakładów Mechanicznych zablokowali jedną z najważniejszych linii kolejowych prowadzących z Warszawy na Śląsk: po rozkręceniu fragmentu torów unieruchomili ruch pociągów. Był to spektakularny protest, który sparaliżował ważny szlak transportowy i pokazał determinację uczestników.
Czytaj więcej
„List 59”, którego 50. rocznica przypada 5 grudnia br., był kluczowym wydarzeniem dla kształtującej się nie tylko w Polsce, ale także całym tzw. bl...
Władze odpowiedziały siłą. Do Radomia, Ursusa i innych miast skierowano oddziały ZOMO oraz milicji. Choć tym razem nie użyto broni palnej na taką skalę jak w grudniu 1970 r., pacyfikacja protestów była niezwykle brutalna. Demonstrantów bito podczas zatrzymań i przesłuchań, wielu z nich zmuszano do przechodzenia przez „ścieżki zdrowia”, czyli szpalery funkcjonariuszy okładających zatrzymanych pałkami. Ofiarami przemocy padali nie tylko uczestnicy protestów, ale również przypadkowe osoby.
Jednocześnie władza zdała sobie sprawę, że bunt może objąć kolejne regiony kraju. Jeszcze tego samego dnia podjęto decyzję o wycofaniu planowanych podwyżek. Był to pierwszy przypadek w historii PRL, gdy masowe protesty robotnicze zmusiły komunistyczne kierownictwo do tak szybkiego ustępstwa. Sukces okazał się jednak gorzki. W ślad za cofnięciem decyzji ruszyła fala represji. Setki osób zwolniono z pracy, tysiące zatrzymano, a uczestników protestów stawiano przed sądami w przyspieszonych procesach. Wysokie wyroki więzienia miały odstraszyć wszystkich, którzy mogliby pójść ich śladem.
Szczególnie brutalny charakter przybrały represje w Radomiu. Do pacyfikacji protestów skierowano około 1600 funkcjonariuszy mundurowych, wspieranych przez kilkudziesięciu funkcjonariuszy w cywilu. Po kilku godzinach walk ulicznych milicja odzyskała kontrolę nad miastem i rozpoczęła masowe zatrzymania. Zatrzymanych przewożono do komendy Milicji Obywatelskiej, gdzie wielu z nich było brutalnie bitych i maltretowanych.
Represje nie ograniczały się do osób rzeczywiście uczestniczących w protestach. Jedną z ich ofiar był Jan Brożyna, przypadkowo zatrzymany i śmiertelnie pobity przez patrol MO. Za jedną z ofiar Czerwca ’76 uznawany jest również ksiądz Roman Kotlarz. Duchowny, który publicznie okazał solidarność z protestującymi robotnikami, wkrótce po demonstracjach został pobity przez nieznanych sprawców, prawdopodobnie funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Kilka tygodni później zmarł.
Czytaj więcej
3 września 1980 r. w Jastrzębiu-Zdroju w kopalni „Manifest Lipcowy” górnicy podpisali z władzami tzw. porozumienie jastrzębskie. Było ono trzecim d...
Represje wobec uczestników protestów wywołały reakcję środowisk inteligenckich, pisarzy i działaczy opozycyjnych. Organizowano zbiórki pieniędzy dla rodzin represjonowanych, zapewniano pomoc prawną i nagłaśniano przypadki łamania praw człowieka. Z tej spontanicznej akcji solidarności narodził się we wrześniu 1976 r. Komitet Obrony Robotników. Po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej na taką skalę doszło do trwałej współpracy środowisk robotniczych i inteligenckich, które wspólnie wystąpiły w obronie prześladowanych przez komunistyczne państwo.
Znaczenie Czerwca ’76 wykraczało jednak daleko poza same protesty. Robotnicy z Radomia, Ursusa i Płocka zmusili władze do wycofania podwyżek cen, ale zapłacili za to zwolnieniami z pracy, więzieniem i brutalnymi represjami. Paradoksalnie właśnie ta fala prześladowań doprowadziła do narodzin zorganizowanej opozycji demokratycznej. Doświadczenia zdobyte podczas niesienia pomocy represjonowanym stały się fundamentem współpracy, która cztery lata później zaowocowała powstaniem „Solidarności”.
Pod tym względem Czerwiec ’76 był wydarzeniem przełomowym. Oznaczał nie tylko kres wiary w sukces gierkowskiej „drugiej Polski”, ale również początek procesu, który doprowadził do największego ruchu społecznego w historii PRL, a w konsekwencji do przemian 1989 r. i upadku systemu komunistycznego w Polsce.
„KOR, czyli jak rodziło się społeczeństwo obywatelskie. 50 lat Komitetu Obrony Robotników”. 23 września 1976 r. czternaście osób podpisało dokument, który był odpowiedzią na represje wobec robotników uczestniczących w protestach Czerwca ’76. Nie wiedzieli jeszcze, że tworzą organizację, która stanie się jednym z najważniejszych środowisk demokratycznej opozycji w PRL.