Władza komunistyczna miała nadzieję, że „uda się” jej skanalizować protest górników i wykorzystać ich do rozbicia rodzących się niezależnych samorządnych związków zawodowych. Podpowiadano stworzenie NSZZ górników i Polski południowo-wschodniej. Ale to się władzy komunistycznej wówczas nie udało. Dlatego półtora roku później, w grudniu 1981 r., ten region był najbardziej pacyfikowanym miejscem w kraju. Osiem lat później, również 3 września (1988), w „Manifeście Lipcowym” zakończył się trzytygodniowy strajk górniczy. To był wstęp do Okrągłego Stołu.

„Trza fedrować, fedrować, fedrować!” – to zawołanie towarzyszyło polskiemu górnictwu przez całe czterdziestolecie Polski Ludowej. Był to czas wołania władzy o węgiel. Górnictwo, gdyby prześledzić pod tym kątem historię PRL, władza kokietowała w sposób szczególny, jak żaden inny zawód: „z pracy trudu i znoju waszych rąk rośnie Ludowa Ojczyzna”, „węgiel – towar nr 1 polskiego eksportu”. Złośliwie dodawano jednak: „więcej węgla i stali to się nam nie zawali”.

Czytaj więcej

Uwikłani. Solidarność po śląsku. Długi cień podejrzeń na Sienkiewiczu

A mimo to górnicy – „dopieszczani” wszak przez lata PRL – zastrajkowali w końcu sierpnia 1980 r. Władza ludowa uznała ich strajk za zdradę. I bolało ją to najbardziej. Stąd chęć zastraszenia, zemsty. To dlatego tak brutalnie potraktowano górników i Śląsk w grudniu 1981 r. w czasie wprowadzania stanu wojennego.

Pacyfikacje strajkujących kopalni

W akcjach strajkowych w grudniu 1981 r., po wprowadzeniu stanu wojennego, w samym tylko górnictwie węgla kamiennego na Górnym Śląsku wzięło udział ponad 45 tys. osób. Zginęło 9 górników kopalni „Wujek”. Wielu górników było rannych: 123 poszkodowanych objętych zostało leczeniem szpitalnym, a 3042 skorzystało z doraźnej pomocy lekarskiej. Prawie 1100 górników zwolniono dyscyplinarnie z pracy, a 141 wytoczono postępowanie karne. Strajkowało 25 na 68 kopalń. Zatrzymano prawie tysiąc osób, skazano 121, kilkuset postawiono przed kolegiami ds. wykroczeń (ówczesne sądy 24-godzinne). Oprócz górników pracę straciło prawie półtora tysiąca pracowników innych zakładów.

Do tłumienia protestów Milicja Obywatelska miała 5,5 tys. funkcjonariuszy, z czego 2,5 tys. przysłano spoza Śląska. Część sił lokalnych stanowili członkowie ORMO (1088). Posługiwano się również jednostkami LWP.

Na Śląsku atak na zakłady przemysłowe był totalny, dobrze zorganizowany, przeprowadzony wielkimi siłami milicji, wojska i Służby Bezpieczeństwa. Zastraszać miały również komunikaty Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON), zapowiadające ostre represje. Wbrew temu, a może właśnie na skutek tej skali operacji, odzew na wprowadzenie stanu wojennego był największy w kraju. Mimo braku łączności i koordynacji niezależnie od siebie zastrajkowało w regionie kilkadziesiąt przedsiębiorstw. Największe nasilenie protestów miało miejsce 14 i 15 grudnia, czyli w poniedziałek i wtorek po wprowadzeniu stanu wojennego. Strajkowały kopalnie, huty, w tym największa „Huta Katowice”, przedsiębiorstwa transportowe, fabryki.

Czytaj więcej

Chcieli chleba, dostali czołgi. Historia robotniczych buntów w PRL

W 1986 r. jeden z liderów śląskiego podziemia i współtwórców Tajnej Komisji Koordynacyjnej „Solidarności”, ps. Karol, późniejszy premier, prof. Jerzy Buzek, mówił: „Kim były kopidoły, które zjechały do kopalni 13 i 14 grudnia 1981 roku i zaczęły strajkować? Akurat tego dnia zjechali strajkować i Ślązacy, i napływowi. Ale rzeczywiście, postawy miejscowych i napływowych są różne. Ma to swoje wytłumaczenie. Na terenie, na którym jesteśmy obcy, gdzie nie zostajemy dłużej, pozwalamy sobie na robienie różnych rzeczy, takich, z których nie będziemy musieli się rozliczać. Tam, gdzie chcemy zostać na zawsze, czy w miejscu urodzenia, jakiś wewnętrzny hamulec broni nas przed ich robieniem. Z drugiej strony, ludzie, którzy nie urodzili się na Śląsku, a tylko tu zamieszkali, chętniej idą na manifestacje. »Jak mnie wyp...przą, to najwyżej wrócę w Kieleckie« – myśli łapaniec. U napływowych z jednej strony spotykamy się z postawą naganną moralnie, z drugiej, z nieprawdopodobną odwagą i zdolnościami do brawurowej akcji. Ale tym, którzy mówią, że 13 grudnia kopidoły poszły kopać, należałoby to wcisnąć z powrotem w gardło. Determinacja śląskich górników brała się może stąd, że oni w pewnym sensie uznawali Solidarność za swoją władzę. I tej władzy, w tym momencie, oddali cześć. W kopalniach działy się wówczas rzeczy straszne. Świadomość ludzka nie wymaże tego tak szybko. Ci, co wtedy strajkowali i oglądali rozbijanie kopalń przez ZOMO, wciąż budzą się z tym wspomnieniem”.

14 i 15 grudnia 1981 r.

Zaatakowano trzy strajkujące zakłady: kopalnię „Wieczorek” oraz huty – „Katowice” i „Baildon”. Celem pierwszej tego dnia akcji, rozpoczętej o godz. 10, była katowicka kopalnia „Wieczorek”. Pacyfikacja trwała cztery godziny. Przeciwko dwóm tysiącom strajkujących wysłano siedmiuset milicjantów i armatki wodne.

Tego też dnia zaatakowano „Hutę Katowice”. Siły były większe: obok ZOMO, ORMO i sześciu armatek wodnych użyto także cztery kompanie piechoty, cztery kompanie czołgów i dwie kompanie rozpoznania. Interwencja odniosła połowiczny sukces – strajkujący wycofali się na lepiej zabezpieczone wydziały.

Wieczorem rozpoczęła się interwencja w „Hucie Baildon” w Katowicach, gdzie strajk podjęły aż 4 tys. osób. Zaangażowano siły milicyjne oraz dwie kompanie rozpoznania LWP. Akcja trwała dwie godziny. Strajkujący nie stawiali oporu. Pobito ich w trakcie przepuszczania przez tzw. milicyjną „ścieżkę zdrowia”. Następnego dnia siły pacyfikacyjne podzielono na dwie części. Ponad tysiąc zomowców, kilkuset ormowców oraz cztery armatki wodne wysłano na teren Rybnickiego Okręgu Węglowego. Drugą – kilkusetosobową – skierowano do tłumienia strajku w KWK „Staszic”. Zomowców wspierały dwie kompanie wojska i pluton czołgów. Użyto gazów i armatek wodnych. Brutalnie zaatakowano również mieszkańców hotelu pracowniczego, skąd wypychano górników przez okna...

Druga grupa operowała na terenie Jastrzębia. Rano zaatakowała kopalnię „Jastrzębie” (w niej miał powstać MKS). Przeciw strajkującym trzem tysiącom górników użyto gazów i pałek. Stosunkowo spokojnie przebiegało „odblokowanie” kopalni „Moszczenica”, gdzie załoga opuściła bocznymi drogami atakowany zakład.

Pacyfikacja kopalni „Manifest Lipcowy” 15 grudnia 1981 r. – zdjęcie ze zbiorów Społecznego Komitetu

Pacyfikacja kopalni „Manifest Lipcowy” 15 grudnia 1981 r. – zdjęcie ze zbiorów Społecznego Komitetu Pamięci Górników Poległych 16 Grudnia 1981 r.

Foto: IPN

W trzeciej jastrzębskiej kopalni – „Manifest Lipcowy” (dawniej i dziś: „Zofiówka”) strajkowało 2,5 tys. osób. W ich pamięci została strzelanina, jaka miała miejsce w czasie pacyfikacji. Twierdzili – jak mi to opowiadali siedem lat później w czasie strajku w 1988 r. – że były to normalne kule, wystrzeliwane przez kilku facetów w żółtych kombinezonach, z zasłoniętymi twarzami, którzy kryli się za plecami otaczającej kopalnię milicji. Pokazywali mi wtedy zacementowane świetliki, w których szyby były zniszczone w grudniu 1981 r. właśnie kulami milicyjnych pistoletów.

„Większość stwierdziła, że zostajemy, wychodzimy na plac i bronimy kopalni. Każdy bierze, co może do ręki. Błyskawicznie wszelkiego rodzaju pręty, łomy, trzonki od kilofów, od miotów zostały wyzbierane. Wielotysięczna rzesza górników staje przed cechownią na długości bramy Jedynki i Dwójki zamiarem obrony kopalni” – opowiadał Alojzy Pietrzyk, górnik kopalni „Manifest Lipcowy”. Atak rozpoczął się w południe.

„Zza bramy padły serie z broni palnej. Rannych górników odnoszono na punkt opatrunkowy. W tym czasie bezbronni górnicy w konfrontacji z czołgami i z bronią palną tłukli reflektory w tych czołgach, które wjechały, walili stylami po burtach i ciągle spychani byli przez te czołgi. Za nimi szło ZOMO. Krzyczano: »Gestapo, Gestapo!«. Spychani byliśmy w stronę warsztatów mechanicznych, szybów, magazynów, a część w stronę placu drzewnego. Przed kopalnią ludzie rzucali pieniędzmi po burtach czołgów. Wołali do żołnierzy, bo myśleli, że ci w mundurach to Rosjanie. Pluli na nich”...

To były pierwsze strzały w stanie wojennym.

16 grudnia 1981 r.

To był najtragiczniejszy dzień stanu wojennego. Przeciwko strajkującym górnikom katowickiej kopalni „Wujek” wysłano: ponad dziesięć kompanii milicji, sześć kompanii wojska, sześć plutonów czołgów, pluton specjalny ZOMO (17 osób), siedem armatek wodnych, helikopter, 55 wozów bojowych. W efekcie użycia broni przez jednostki pacyfikujące było 9 ofiar śmiertelnych, a 21 osób zostało rannych. Na miejscu polegli: Józef Czekalski (48 lat), Krzysztof Giza (24 lata), Ryszard Gzik (35 lat), Bogusław Kopczak (28 lat), Zenon Zając (22 lata), Zbigniew Wilk (30 lat), Andrzej Pełka (19 lat); w szpitalu zmarli: Jan Stawisiński (21 lat) i Joachim Gnida (28 lat). Dramat kopalni „Wujek” oraz psychoza zagrożenia wzmogły jednak w tym regionie chęć do obrony.

Czytaj więcej

Upadek komunizmu w Polsce zaczął się za Gierka

Wojskowi komisarze zakładów pracy prowadzili negocjacje ze strajkującymi załogami. Grozili represjami karnymi i interwencją. Czasami wywierały efekt oczekiwany, czasami zaostrzały protest. W kopalni „Anna” w Pszowie komisarz wojskowy, chcąc zdementować informacje o „krwawej” pacyfikacji w kopalni „Jastrzębie”, zaproponował wyjazd delegacji strajkujących. Ale po powrocie potwierdziła ona użycie siły. W efekcie górnicy zjechali pod ziemię i tam ponad 100 strajkowało aż do 20 grudnia 1981 r. W całym regionie natomiast najdłużej protestowały: „Huta Katowice” oraz kopalnie „Piast” i „Ziemowit”.

Atak na „Hutę Katowice” ze względu na znaczenie kombinatu, obawy przed sabotażem oraz możliwościami różnorodnych działań ze strony strajkujących, przygotowywano długo. Komitet Strajkowy, nie widząc żadnych możliwości negocjacji, 23 grudnia o godz. 5.30 zakończył strajk. O godz. 13. do huty wjechały czołgi 10. Sudeckiej Dywizji Pancernej. Z pracy zwolniono blisko jedną piątą załogi.

23 grudnia zakończył się również strajk w kopalni „Ziemowit”. Pod ziemią strajkowało tam 1300 górników.

Czytaj więcej

Kto chciał wysadzić w powietrze Gomułkę i Chruszczowa?

Najdłużej trwała strajkowa szychta u „Piasta”, gdzie blisko tysiąc ludzi siedziało pod ziemią przez dwa tygodnie, do 28 grudnia 1981 r. Był to ostatni w Polsce strajkujący po wprowadzeniu stanu wojennego zakład przemysłowy. W czasie procesu mecenas Jerzy Kurcyusz, obrońca oskarżonego o kierowanie strajkiem Zbigniewa Bogacza, powiedział: „wbrew oporom ludzi złych lub głupich, wbrew żądaniom drakońskich kar porozumienie kiedyś nastąpić musi”. Sąd Bogacza uniewinnił. Był to wyjątkowy wyrok w tym czasie.

Determinacja strajkujących górników

W 1984 r. Tadeusz Jedynak, ówczesny szef śląskiego podziemia (internowany przez rok: od 13 grudnia 1981 do 23 grudnia 1982 r.; kilka miesięcy później namówiony przez „Karola”, prof. Jerzego Buzka, zszedł do Podziemia i działał jako szef Regionalnej Komisji Koordynacyjnej nielegalnej „Solidarności”) mówił, że grudzień 1981 r. pokazał desperację i determinację górników: „Widzieliśmy tę siłę 13 grudnia. Myślę, że Śląsk został jakby uratowany. Wbrew pozorom ubecja do końca nie miała rozpracowanych wszystkich działaczy. Oni znali ludzi z nazwiska, ale nie mogli tak wyłożyć ludzi na patelnię, jak to zrobili w innych regionach. Może dlatego, że to za duże terytorium, za dużo MKZ-ów, żeby wszędzie szperać. Było parę nazwisk znanych i tych ludzi w jakiś sposób się przycisnęło. Oczywiście zdejmowano zakładowych przewodniczących, zdejmowano jakichś innych ludzi. A te strajki w zakładach po 13 grudnia robili całkiem inni ludzie. Ludzie, którzy się od tych swoich przywódców na zakładach pracy nauczyli”.

Tadeusza Jedynaka (1949–2017) aresztowano w czerwcu 1985 r., siedział w Warszawie przy Rakowieckiej pod zarzutem zdrady państwa, wypuszczono go na mocy amnestii we wrześniu 1986 r.

Wprowadzenie stanu wojennego w powszechnej świadomości właściwie wiąże się tylko z kopalnią „Wujek” w Katowicach. Jednak strzelano do górników nie tylko tam, ale również w kopalniach Rybnickiego Okręgu Węglowego. Żądania górników były konkretne – odwołanie stanu wojennego i wypuszczenie aresztowanych działaczy „Solidarności”.

Czytaj więcej

Zmarnowana dekada Edwarda Gierka

O katowickim dramacie wychodzące w tych pierwszych dniach stanu wojennego specjalne gazety wydawane przez dobrane zespoły dziennikarzy informowały bardzo oględnie. Podobne komunikaty podane zostały przez zmilitaryzowane telewizję i radio. Mowa była o „nieodpowiedzialnych elementach”, a więc wrócono do retoryki używanej w mediach po wydarzeniach radomskich roku 1976.

Po stłumieniu strajków w górnictwie zaczęło się wprowadzanie małej stabilizacji. Tysiące górników zaangażowanych w pracę solidarnościową było internowanych albo zmuszano ich do emigracji. Byli pozbawieni możliwości dokonywania jakikolwiek zmian miejsca swojej pracy czy zamieszkania.

Dlaczego tak brutalnie spacyfikowano Śląsk?

Sierpniowe strajki 1980 r. w kopalniach zmieniły całkowicie obraz górnictwa w świadomości społecznej i otworzyły oczy na dramatyczną sytuację, w jakiej znalazło się ono w Polsce – drugim w świecie eksporterem węgla. Górnicy protestowali przeciwko pracy przez siedem dni w tygodniu, zmuszaniu ich do pracy przez dwie dniówki z rzędu. Bo zamiast siedmiu godzin pod ziemią, pracowali tych godzin 14 (!), za to władza oszczędzała na koszcie dowozu ludzi do pracy. W efekcie wielu górników przepracowywało 35, a nawet 36 dniówek miesięcznie.

Podstawowymi powodami protestu była pogarszająca się sytuacja ekonomiczna górniczych rodzin oraz wprowadzanie nowej metody pracy, tzw. czterobrygadówki. Sprawiała, że górnik niedzielę miał wolną raz na sześć, siedem tygodni. Wypoczywał w środku tygodnia, kiedy dzieci były w szkole, a żona w pracy. Żądali więc wolnych sobót i niedziel. „Jak będziemy mieli zagwarantowane wolne soboty, to będzie cień nadziei na to, by wolne mieć choć niedziele!”. Ten postulat popierali księża, bo robocze niedziele uniemożliwiały śląskim górnikom uczestniczenie w niedzielnych nabożeństwach.

Śpiący na podłodze górnicy w czasie strajku w kopalni „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu-Zdroju (1988 r

Śpiący na podłodze górnicy w czasie strajku w kopalni „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu-Zdroju (1988 r.)

Foto: Jarosław J. Szczepański

Żądano: podania do publicznej wiadomości informacji o strajku, informacji o poparciu 21 postulatów z Wybrzeża, zreformowania górniczej służby zdrowia, poprawy bezpieczeństwa pracy, prowadzenia przez państwo racjonalnej gospodarki węglem, dodatków za szkodliwość pracy w zakładach przeróbczych, zwiększenia dodatku z tytułu Karty Górnika, przestrzegania dobrowolności pracy w dni wolne, obniżenia wieku emerytalnego, reformy górniczej służby zdrowia, uniezależnienia tzw. czternastej pensji od absencji powypadkowej i urlopów okolicznościowych, zaliczenia pylicy płuc do chorób zawodowych, likwidacji talonów na atrakcyjne towary, przestrzegania zasady dobrowolności pracy ponadnormatywnej, zapewnienia pracownikom dozoru ośmiogodzinnego dnia pracy, poprawy zaopatrzenia, likwidacji sklepów komercyjnych, zakazu pracy na rzecz kierowników kopalń.

Upublicznienie tych postulatów pokazało ludziom w Polsce, że górnictwo i Śląsk nie są krainą mlekiem i miodem płynącą. A obraz szczęśliwego górnika w pięknym stroju i barwnym pióropuszu był wszechobecny.

Zaczęło się w kopalni „Manifest Lipcowy”...

„We czwartek 28 sierpnia trzecia zmiana odmówiła zjazdu. Ludzie zebrali się i powiedzieli, że chcą gadać z dyrektorem. Ten początek był bardzo niemrawy. Dyrektor Duda przyleciał z krzykiem. Parę godzin później był już na kopalni minister Lejczak – opowiadał Tadeusz Jedynak, górnik z „Manifestu”. – Chcieli nam dać podwyżkę i żebyśmy od razu do roboty poszli. Widać jednak było, że ani minister, ani dyrekcja nie bardzo wiedzą, co z nami robić. Był i krzyk, i groźby. Rano, nim się zaczęła pierwsza zmiana, wiedzieliśmy już, że stoją następne kopalnie Rybnickiego Zjednoczenia. Przyjechali do nas z Boryni”.

Jednym z żądań w końcu sierpnia 1980 r. było podanie w telewizji informacji o strajku górników.

W piątek 29 sierpnia rozmowy spaliły na panewce. Przeciągano je, zwlekano z rozpoczęciem sensownych pertraktacji. Rząd czekał, aż podpisze porozumienia w Gdańsku i Szczecinie. Ale niektórzy ludzie z PZPR czekali na to, że do strajku przyłączy się więcej kopalń. Rząd twierdził, że spełnił jeden z górniczych warunków.

W sobotę 30 sierpnia podano w „Dzienniku Telewizyjnym”, że kopalnie „stoją”.

„Nam się zdawało, że coś w tym dzienniku nie gra. Za często odbierał spiker telefon, kręcił coś” – komentował Grzegorz Stawski, pierwszy pracownik kopalnianego dozoru, który przyłączył się do robotniczego protestu.

Dopiero w Warszawie dowiedziałem się, że władze to wydanie „Dziennika Telewizyjnego” zmanipulowały: na Śląsku mówiono o strajku kopalń, a reszta kraju oglądała materiał o wczasach żaglowych.

Zmiany po podpisaniu porozumienia jastrzębskiego zwiększyły bezpieczeństwo na dole, zmniejszyły wypadkowość, zwiększyły poprzez poprawę organizacji pracy dobowe wydobycie, ale – z powodu likwidacji pracy w soboty i niedziele – wydobycie węgla kamiennego zmniejszyło się. Tym władza i propaganda tłumaczyła w 1981 r. narastający kryzys gospodarczy.

Węgiel jako podstawa gospodarki PRL

W 1946 r. wydobyto w Polsce 47 milionów ton „czarnego złota”. W 1960 r. – już 104 mln ton. W 1979 r. – ponad 200 milionów ton, co dało Polsce 4. miejsce w świecie. Jesienią 1981 r. władza poinformowała, że wydobycie węgla spadnie do 166 milionów ton. Odpowiedzialnymi za to uczyniono górników.

Rzeczywistość była inna: to właśnie ówczesna górnicza „Solidarność” i eksperci skupieni wokół Krajowej Komisji Górnictwa powiedzieli głośno o tym, że większe wydobycie niszczyło kopalnie. Samorząd, który działał w kopalniach w 1981 r. konsekwentnie pilnował, aby kopalnie fedrowały jedynie pięć dni w tygodniu. Przez dwa pozostałe prowadzono prace remontowe.

Grzegorz Stawski twierdził w 1981 r., że: „tak rabunkowej gospodarki węglem, jaka była prowadzona w polskich kopalniach, nie było na świecie. Pod ziemią mamy dużo czarnego złota – gospodarce brakuje go. Ale nie ma w tym winy górników. Patrzenie władzy na ręce poprawiło bezpieczeństwo i usprawniło pracę”.

Opinie podważające nieomylność komunistycznych zasad gospodarowania i zarządzania „zmusiły” władze wojskowe do zaprowadzenia porządku w kopalniach. Właśnie na Śląsku ten porządek zaprowadzano tak, by górnicy stracili na długo chęć zdradzania władzy robotniczej. W prasie oficjalnej górnictwo po wprowadzeniu stanu wojennego wyglądało dużo lepiej niż w rzeczywistości. Śląsk zamarł po spacyfikowaniu go przez siły stanu wojennego. Rzeczywistość nie przebijała się przez cenzurę. Prasa podziemna miała trudności z trafieniem do świadomości ogółu. Pomagały czytające ją regularnie polskie radia z zagranicy, m.in. Wolna Europa, RFI czy BBC. I tą drogą wiedza o złej kondycji polskiego górnictwa lat 80. docierała do Polaków.

Przywódcy strajków dostali wyroki od trzech do siedmiu lat więzienia. Nikt wówczas nie miał nadziei na szybką amnestię. Ludzie, których odwiedzałem na początku 1982 r. na Śląsku, patrzyli na mnie z przerażeniem i zdziwieniem. Obawiali się prowokacji. W 1982 r., kiedy wielu działaczy „Solidarności” zostało internowanych lub siedziało w więzieniach, szczególnie na Śląsku władza starała się zmusić opozycyjnie nastawionych górników i robotników do wyjazdu z Polski. Codziennością były zmilitaryzowane kopalnie i specjalne traktowanie ludzi. Górnictwem zarządzał generał – bliski współpracownik Jaruzelskiego. Wojskowi byli komisarzami w kopalniach. To pogarszało stosunki międzyludzkie i zwiększało ilość tragicznych wypadków pod ziemią.

Dla górników był kij i marchewka

Kartka górnicza dawała możliwość kupienia sześciu kilogramów mięsa, podczas gdy zwykły śmiertelnik miał szansę na jedynie 2,5 kg wyrobów mięsnych i mięsopochodnych. Górnik miał też większe przydziały alkoholu i papierosów, które w pierwszym okresie stanu wojennego były reglamentowane. Najważniejsze były jednak przywileje z tytuły książeczek G, czyli możliwość kupowania za pracę sobotnią i niedzielną towarów, których w Polsce nie było: lodówek, pralek, nart. Barbórki lat 1982–1988 wiązały się zawsze z akademiami, karczmami piwnymi, orderami, ale też ćwiartką gorzały i pętem kiełbasy...

W 1982 r. zwiększono wydobycie – spadło to dobowe, ale wydłużono tydzień pracy. Militaryzacja kopalń, przywiązanie do zakładu i nakaz przychodzenia sześć dni w tygodniu do roboty swoje robiły. Do „poprawy” sytuacji w kopalniach przyczyniło się skierowanie przez ministra górnictwa już w styczniu 1982 r. dużych ilości części zamiennych sprowadzonych z Zachodu (wprawdzie sprowadzono je w połowie 1981 r., ale – jak oficjalnie podkreślał to w Sejmie w lutym 1982 r. szef resortu, gen. Piotrowski – „nie dawano ich do kopalń w 1981 r., by nie wspomagać przeciwnika politycznego. Nowe części dałyby jeszcze większe wydobycie dobowe”). Władze wojskowe tymczasem sądziły, iż tym zastrzykiem bardziej zwiększą wydobycie w 1982 r. Nie spodziewały się jednak aż takiego oporu górników i tak wielkiego osłabienia wydajności pracy.

Górnicy, przytłoczeni ciężarem najdłuższego w dziejach PRL protestu przeciw władzy, przestali czuć się gospodarzami zakładów. Bali się podpaść, bo równało się to z przeniesieniem do innego, gorzej płatnego oddziału wydobywczego, a to zależne było od decyzji bezpośredniego nadzoru – sztygara. Bali się ludzi, których w 1982 r. przyjmowano do kopalń, a których zadaniem była nie tyle praca wydobywcza, ile informowanie o nastrojach. Górnictwo jest fachem, w którym ludzie często poza kopalnią nie mają ze sobą kontaktu, są dowożeni z odległych miejscowości. Na dole praca nie sprzyja przyjaźniom czy koleżeństwu, za to konieczne jest zaufanie do umiejętności partnerów. Ludzi przerzucano z oddziału na oddział. Po to, by nie nawiązywali zbyt dobrych kontaktów.

Całe lata 80. były dla górnictwa i Śląska takim samym czasem, jak dla reszty Polski – krzykiem i wyzwiskami starano się wymusić posłuszeństwo. To dokuczało górnikom na tyle, że punkt „zniesienia chamstwa na dole” był aktualny zarówno w porozumieniu jastrzębskim z 1980 r., jak i w czasie strajków w 1988 r., a także przy Okrągłym Stole (1989). Największym jednak niebezpieczeństwem była w latach 80. ogromna wypadkowość, która zaczęła się zmniejszać dopiero po roku 1990.

W tekście korzystałem m.in. z opracowania Jana Jurkiewicza „Jedna dekada – trzy epoki. 1980-1989” (Warszawa 2005); „Górnicza Solidarność w województwie katowickim 1980–1989” (Katowice–Zabrze–Warszawa 2021) oraz publikacji własnych, m.in. książek „Górnik Polski. Ludzie z pierwszych stron gazet” (Iskry 2005) oraz „O strajku, Manifeście Lipcowym, Jastrzębiu i tym, co się tam działo do stanu wojennego opowiada Tadeusz Jedynak” (Instytut Kultury Popularnej, Poznań 2021), a także reportażu „Bardzo czarny Śląsk” (kwartalnik „Dwadzieścia jeden”, nr 5/1987, Warszawa Rytm).

26 sierpnia br. w Muzeum Miejskim w Jastrzębiu-Zdroju uroczyście otwarto wystawę „Szychta wolności. Jastrzębie- -Zdrój 1980–1988”, którą będzie można oglądać w dniach 27 sierpnia – 31 października br. Znalazły się na niej także fotografie Jarosława J. Szczepańskiego.