Nie zachowała się teczka pracy „Kazimierskiego” ani dokument wprost przypisujący ten pseudonim Moczarskiemu. Jednak dokumentacja WSW oraz zachowana w aktach SB i zbiorach prywatnych korespondencja Chmielewicz z Moczarskim pozwalają jednoznacznie stwierdzić, że pod pseudonimem „Kazimierski” występował Kazimierz Moczarski.
Kobieta z alei Szucha
Historia rozpoczyna się w okupowanej Warszawie. Irena Chmielewicz od jesieni 1939 r. do lipca 1944 r. pracowała w warszawskiej siedzibie Gestapo jako maszynistka, tłumaczka i sekretarka. Wielu świadków twierdziło, że także osobiście przeprowadzała niektóre przesłuchania. Była zatrudniona w referacie IV A zwalczającym polski ruch oporu i pozostawała w ścisłym kontakcie m.in. z SS-Untersturmführerem Erichem Mertenem, szefem kontrwywiadowczego referatu Gestapo. Merten zwerbował Ludwika Kalksteina i kierował akcją aresztowania generała Roweckiego. W alei Szucha Chmielewicz zetknęła się ze zmaltretowanymi w czasie śledztwa: Janem Piekałkiewiczem, Pawłem Finderem i Małgorzatą Fornalską. Tam też poznała aresztowanego Kalksteina, z którym później się zaprzyjaźniła, podobnie jak z jego ówczesną żoną Blanką Kaczorowską.
Czytaj więcej
Peerelowskie MBP podsłuchiwało i nagrywało rozmowy więźniów „Mokotowa” w latach 1950–1956. Tak wynika z odnalezionej dokumentacji. Ale czy wśród in...
Jej okupacyjna biografia nie poddaje się łatwym kwalifikacjom. Chmielewicz twierdziła po wojnie, że pracę w Gestapo podjęła na polecenie polskiej organizacji konspiracyjnej, z którą utraciła kontakt. W rozmowach z Krzysztofem Kąkolewskim Moczarski nie wykluczał tej wersji, choć jego pogląd pozostał odosobniony. Według materiałów zgromadzonych później przez MBP i WSW po niemieckiej klęsce pod Stalingradem Chmielewicz nawiązała kontakt z komórką AK i przekazywała informacje o planowanych represjach, aresztowaniach i łapankach (m.in. Bolesławowi Kozubowskiemu, szefowi kontrwywiadu Komendy Okręgu Warszawskiego ZWZ-AK).
Jej pomoc podziemiu potwierdzał m.in. Moczarski, oficer Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, ps. Rafał. W piśmie obrońcy Chmielewicz z 1948 r. przywołano jego zeznania, według których od jesieni 1943 r. dostarczała informacji o działalności i zamierzeniach Gestapo. Do Moczarskiego trafiały one poprzez jego współpracownika z Okręgowego Kierownictwa Walki Podziemnej, restauratora Adama Hauke, przyjaciela zmarłego przed wojną męża Chmielewicz. Ten pośredni kontakt z Chmielewicz wzbudził jednak podejrzenia kontrwywiadu Delegatury Rządu na Kraj; z tego powodu Moczarskiego rozpracowywała Brygada Wywiadowcza kierowana przez Wiktora Franciszka Boczkowskiego-Boćkowskiego.
Moczarski i Chmielewicz nie znali się wówczas osobiście. Bezpośrednio spotkali się dopiero 2 sierpnia 1946 r. w więzieniu mokotowskim, gdzie oboje zostali osadzeni. Moczarski był wówczas pisarzem Oddziału IX, a więc więźniem funkcyjnym zajmującym względnie uprzywilejowaną pozycję w więziennej hierarchii. Chmielewicz skojarzyła go po zasłyszanym od współwięźniarki okupacyjnym pseudonimie „Rafał”. Tego samego dnia Chmielewicz zwróciła się do Specjalnego Sądu Karnego w Warszawie o powołanie go na świadka. Pisała: „Ob. Moczarski nie był mi osobiście znany do dnia dzisiejszego, mnie natomiast pamięta z nazwiska i imienia jako informatora »wtyczki«”. Dokument uchwycił więc moment, gdy osobiście się poznali i rozpoznali wcześniejszą, pośrednią relację z okupacji.
W tym samym wniosku domagała się przesłuchania Anny Rościszewskiej, siostry Moczarskiego. Miała potwierdzić starania Chmielewicz o odnalezienie ich zaginionego brata, działającego w konspiracji pod legalizacyjną tożsamością „Andrzeja Krawczyka”. Był nim Jan Michał Moczarski, aresztowany 6 grudnia 1943 r. w kawiarni Kleszcza przy ul. Marszałkowskiej i tego samego dnia rozstrzelany w ruinach warszawskiego getta. W innych materiałach pojawiają się przekazane przez Chmielewicz nazwiska trzech funkcjonariuszy Gestapo odpowiedzialnych za jego śmierć: Kurta Engelsa, Karla Witzkego i Alfreda Mielkego. Nie jest jasne, kiedy pełny zakres tych informacji przekazała Moczarskiemu. Dokument z 2 sierpnia 1946 r. dowodzi, że sprawa „Andrzeja Krawczyka” łączyła Chmielewicz z rodziną Moczarskich już od okupacji. Nie przesądza jednak, jak szczegółową wiedzę o śmierci brata miał wówczas Moczarski ani kiedy poznał wszystkie informacje Chmielewicz.
Po wojnie Chmielewicz aresztowano, a Specjalny Sąd Karny skazał ją na karę śmierci, zamienioną następnie na dożywotnie więzienie. Karę odbywała na Mokotowie, w Fordonie i Grudziądzu. Relacje współwięźniarek z Mokotowa sugerują, że MBP mogło wykorzystywać ją jako agentkę celną. W październiku 1956 r. odzyskała wolność. Dwa lata później wyjechała do córki w Australii, lecz ostatecznie znalazła się u siostry w Berlinie Zachodnim. Tam odnalazł ją kontrwywiad wojskowy PRL.
Operacja prowadzona kilkoma drogami
Jesienią 1960 r. Zarząd I Szefostwa WSW otrzymał informację, że była pracownica warszawskiego Gestapo przebywa w Berlinie Zachodnim i prawdopodobnie kontaktuje się z Ludwigiem Hahnem, byłym szefem krakowskiego, a następnie warszawskiego Gestapo. Podejrzewano, że Chmielewicz może pozostawać w zainteresowaniu wywiadu zachodnioniemieckiego lub brytyjskiego. Założono jej teczkę „opracowania informacyjnego”. Operację prowadzono z udziałem służb sowieckich i wschodnioniemieckich. Według dr. Bartosza Kapuściaka w tej sprawie z WSW współdziałały Główny Wydział I Stasi oraz 3. Zarząd KGB. Berliński adres Chmielewicz ustalono z pomocą kontrwywiadu sowieckiego.
Pierwszy wariant zakładał dotarcie do Chmielewicz pod obcą flagą: WSW miała ukryć swoją rzeczywistą rolę i wystąpić jako rzekoma instytucja izraelska. W sierpniu 1962 r. powstał plan przedsięwzięć operacyjnych oznaczony klauzulą: „Tajne specjalnego znaczenia”. Chmielewicz miała otrzymać kopie pochodzących od niej dokumentów i list podpisany „I. Guterman”. Legenda zakładała, że nadawca reprezentuje instytucję działającą od powstania państwa Izrael, znającą zarówno okupacyjną przeszłość Chmielewicz, jak i jej aktualne życie w Berlinie Zachodnim. Odbiór propozycji miała potwierdzić umówionym ogłoszeniem w „Berliner Zeitung”. Kopie autentycznych dokumentów miały uwiarygodnić legendę i zademonstrować możliwości inicjatorów. Autorzy zastrzegali, że nie chodzi o szantaż, lecz o „wykazanie możliwości”, przewidywali jednak, że w razie odmowy Chmielewicz będzie można skompromitować w prasie polskiej lub wschodnioniemieckiej. Presja była więc wpisana w konstrukcję operacji. WSW próbowała też dotrzeć do niej przez Australię, wykorzystując wyjazd znanego piłkarza Legii Warszawa i reprezentanta Polski Edmunda Zientary, występującego w dokumentacji jako agent „Krysia”. Zientara wyjeżdżał na dwuletni pobyt sportowy do Melbourne. Miał nawiązać bliższą znajomość z Teresą Matysiak, córką Chmielewicz, i jej mężem, zebrać informacje o rodzinie, a przed powrotem nakłonić córkę do przekazania listu matce w Berlinie. Przewidziano nawet pozornie niewinne sformułowania szyfrujące meldunki. Poznanie Teresy lub jej męża miało oznaczać spotkanie „przystojnej Niemki z pochodzenia”, a trudności z zadaniem – problemy z przyzwyczajeniem się do australijskiego klimatu. Operacja obejmowała Berlin, Warszawę i Melbourne. Wykorzystywano prasę, pocztę, zakonspirowaną korespondencję, sportowca podróżującego za granicę i agenturę obserwacyjną. Brakowało jednak kogoś, kto mógłby zbliżyć się do Chmielewicz bezpośrednio, naturalnie i wiarygodnie. Wtedy pojawił się „Kazimierski”.
Oficer AK, autor książki o Stroopie
W dokumentach WSW „Kazimierski” został opisany jako oficer rezerwy, były członek wywiadu AK i dziennikarz „Kuriera Polskiego”, przygotowujący książkę o okupowanej Warszawie i generale Stroopie. Miał wcześniej kontakt z Ireną Chmielewicz, a redakcja dawała możliwość służbowej delegacji do NRD. Opis prowadzi bezpośrednio do Kazimierza Moczarskiego.
Czytaj więcej
23 sierpnia obchodzony jest Europejski Dzień Ofiar Reżimów Totalitarnych. Europejska Sieć Pamięć i Solidarność (ESPS) prowadzi kampanię społeczno-e...
Po odzyskaniu wolności Moczarski rozpoczął w 1957 r. pracę w „Kurierze Polskim”. Był oficerem rezerwy WP, oficerem AK, członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i pracował nad książką o Stroopie. WSW nazywała go byłym oficerem wywiadu AK, choć formalnie w nim nie służył. Określenie mogło wynikać z działalności w Okręgowym Kierownictwie Walki Podziemnej, gdzie kierowana przez niego komórka dochodzeniowo-śledcza figurowała jako grupa wywiadowcza.
Oficer prowadzący „Kazimierskiego” używał wobec niego inicjałów „MK”. Ponieważ WSW zapisywała dane w kolejności nazwisko-imię, należałoby je odczytywać jako „Moczarski Kazimierz”. Sama zgodność inicjałów nie przesądza identyfikacji, ale jest jednym z wielu elementów wskazujących na tę samą osobę. Znacznie mocniej identyfikację potwierdza relacja Moczarskiego z Chmielewicz, zwłaszcza sprawa jego brata Jana Michała, działającego jako „Andrzej Krawczyk”. Wniosek Chmielewicz z dnia 2 sierpnia 1946 r. łączy w jednym dokumencie ją, Moczarskiego, jego siostrę Annę Rościszewską oraz wyjątkową konspiracyjną tożsamość ich brata – „Andrzeja Krawczyka”. Kilkanaście lat później WSW przypisuje „Kazimierskiemu” dokładnie ten sam rodzinny wątek, a oficer prowadzący odnotowuje, że sprawa zamordowanego brata była jednym z motywów jego zainteresowania Chmielewicz. To nie ogólna zbieżność biograficzna, lecz unikatowy identyfikator rodzinny.
Do danych biograficznych oraz rodzinnych dochodzą dowody korespondencyjne. Po nawiązaniu kontaktu operacyjnego WSW poleciła „Kazimierskiemu” zdobyć adres Chmielewicz i rozpocząć wymianę listów.
W aktach SB niezależnie zachowały się odpowiedzi Chmielewicz do Moczarskiego na listy, które wysłał do niej z inspiracji WSW oraz kopia koperty zaadresowanej na jego imię i nazwisko. SB nie znała operacyjnego tła korespondencji i nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego Moczarski wznowił kontakt. Zestawienie obu dokumentacji wyjaśnia jego znaczenie: WSW opisuje listy „Kazimierskiego”, a akta SB zachowały odpowiedzi adresatki skierowane do Moczarskiego.
Identyfikację uzupełnia pismo WSW do Centralnego Zarządu Więziennictwa z czerwca 1962 r., w którym nazwiska Ireny Chmielewicz i Kazimierza Moczarskiego znalazły się razem w związku z osobami pozostającymi w zainteresowaniu operacyjnym wojskowego kontrwywiadu.
Zachowane dokumenty nie pozostawiają zatem wątpliwości co do tożsamości człowieka występującego w aktach WSW pod pseudonimem „Kazimierski”. Był nim Kazimierz Moczarski.
Listy pisane na polecenie WSW
Po wyjściu z więzienia Chmielewicz napisała do Moczarskiego dwa listy, na które nie odpowiedział. Korespondencję podjął dopiero z inspiracji WSW, gdy zgodził się – między październikiem a grudniem 1962 r. – pomóc kontrwywiadowi w dotarciu do niej. Płaszczyzną kontaktu stały się jego badania historyczne. Moczarski poprosił Chmielewicz o informacje o okupacji, Gestapo i Stroopie. Odpowiedziała serdecznie, zaprosiła go do Berlina Zachodniego i deklarowała udostępnienie niewielkiego mieszkania. Zastrzegła tylko, że jako mieszkanka zachodniej części miasta nie może spotkać się z nim po stronie wschodniej.
„Kazimierski” otrzymał polecenie uzyskania służbowej delegacji do redakcji wschodnioberlińskiego „Der Morgen”. Wykorzystał do tego „Kuriera Polskiego” i uzyskał zgodę Międzyresortowej Komisji Wyjazdów Zagranicznych Dziennikarzy przy SDP. 28 października 1963 r. mjr Zdzisław Galczak, oficer prowadzący Moczarskiego, sporządził tajny plan wyjazdu. Po jednym lub dwóch dniach w Berlinie Wschodnim „Kazimierski” miał przekroczyć granicę, odwiedzić Chmielewicz, rozpoznać jej sytuację i ustalić, gdzie pracuje, z kim utrzymuje kontakty, czy zna byłych gestapowców oraz jaki ma stosunek do Polski. Jeśli rozpoznanie wypadłoby korzystnie, miał przedstawić propozycję współpracy. Jego rola miała ograniczać się do otwarcia rozmowy i umówienia Chmielewicz z właściwym pracownikiem operacyjnym. Przedsięwzięcie zabezpieczał agent „Basia”, który miał rozpoznać okolicę i obserwować „Kazimierskiego” w Berlinie Zachodnim. 30 października mjr Galczak i Moczarski razem wyjechali do Berlina.
Trzy dni w Berlinie Zachodnim
Pierwsza wizyta odbyła się 1 listopada 1963 r. „Kazimierski”, po pozostawieniu zbędnych dokumentów osobistych, bez komplikacji przekroczył granicę i pojechał kolejką podziemną do mieszkania Chmielewicz. Agent „Basia” podążał za nim w pewnej odległości.
Spotkanie trwało około trzech i pół godziny. Chmielewicz przyjęła go serdecznie, początkowo z rezerwą. WSW uzyskała szczegółowy obraz jej życia: mieszkała samotnie w skromnym pokoju z kuchnią, bez samochodu, telewizora i lodówki. Jedynym dostrzeżonym przez wysłannika związkiem z Polską był obrazek Matki Boskiej. Pracowała niedaleko domu, w urzędzie dzielnicy Neukölln, zarabiając ok. 800 marek miesięcznie. Krytycznie oceniała sytuację w Polsce, choć w jej wypowiedziach pojawiały się – jak zapisano – „nutki sentymentu”. Przyjęła upominki, sporządziła listę zakupów dla żony gościa i przekazała przez niego używaną odzież dla znajomej w Polsce. Po powrocie „Kazimierskiego” na stronę wschodnią omówiono wizytę i zdecydowano, że następnego dnia ma przedstawić właściwą propozycję.
Czytaj więcej
Fragment notatki SB z 1978 r. prowadzi do Paryża lat 30. XX w., do placówki „Rollin” i prometejskiego zaplecza Oddziału II. Moczarski pojawia się w...
2 listopada Moczarski ponownie przekroczył granicę. Chmielewicz czekała na niego w mieszkaniu. Większą część dnia spędzili na zwiedzaniu miasta; przedstawiła go rodzinie siostry i zaprosiła na niedzielny obiad. Noc spędził w jej mieszkaniu, a ona u siostry. Dopiero wieczorem 3 listopada rozmowa zeszła na temat, dla którego kontrwywiad zorganizował podróż.
Propozycja „czynników wojskowych”
Moczarski zaczął od artykułów o wojennych losach Chmielewicz. Miał powiedzieć, że środowiska dziennikarskie zamierzały publikować cykl o kolaboracyjnej działalności Polaków, lecz dalsze teksty powstrzymały „pewne czynniki wojskowe”, uznając je za szkodliwe dla interesu narodowego.
Nawiązywało to do wcześniejszej koncepcji presji przez publikacje prasowe. Wojskowy kontrwywiad występował zarazem jako instytucja, która dysponuje kompromitującym materiałem i może powstrzymać jego użycie. Następnie „Kazimierski” przedstawił zasadniczą propozycję. W imieniu polskich „czynników wojskowych” poprosił Chmielewicz o pomoc w identyfikowaniu osób prowadzących z Berlina Zachodniego lub RFN działalność wymierzoną w Polskę. Nie oczekiwano natychmiastowej odpowiedzi: miała przemyśleć, czy jest gotowa w takiej lub innej formie pomagać Polsce. Chmielewicz odmówiła bez dłuższego namysłu. Tłumaczyła, że jest starsza, wiele przeszła i chce na starość spokoju. Zamierzała pracować jeszcze rok lub dwa, potem przejść na emeryturę. Publikacje prasowe mogły jej zdaniem wyrządzić krzywdę moralną, ale nie zaszkodzić w oczach Niemców, gdzie jej przeszłość była znana. W razie trudności mogła wyjechać.
Według relacji złożonej oficerowi prowadzącemu Moczarski nadal ją przekonywał: mówił, że stosunki w Polsce zmieniły się na korzyść, a rozmówcy byliby godni zaufania i znajdowali się „na odpowiednim poziomie”. Chmielewicz zdania nie zmieniła. Rozmowa zaczęła się około dziewiętnastej i przeciągnęła tak, że Moczarski wrócił na umówione miejsce półtorej godziny po terminie, ok. 22.30. Odbyła się nie – jak planowano – w lokalu publicznym lub na wolnym powietrzu, lecz w mieszkaniu Chmielewicz.
Moczarski przekazał później WSW, że Chmielewicz „najprawdopodobniej pracuje przeciwko Polsce”. Uważał, że w którymś momencie celowo „wystawiła go” w odkrytym miejscu berlińskiej ulicy, by ktoś mógł go z ukrycia obejrzeć lub sfotografować.
Oficer prowadzący zanotował też, że Moczarski „przeżywał dość silnie swoją misję”: obawiał się aresztowania przez służby niemieckie, a zarazem przeżywał nowe szczegóły śmierci brata przekazane przez Chmielewicz. Sprawę Jana Michała znał od lat, lecz spotkania berlińskie przyniosły kolejne informacje o jego aresztowaniu i egzekucji.
Z punktu widzenia WSW zasadniczy cel misji nie został osiągnięty: Chmielewicz odmówiła współpracy. Moczarski jednak do końca realizował plan – przedstawił propozycję, argumentował za nią i zdał ustne relacje oficerowi prowadzącemu. Po powrocie oficerowie domagali się także sprawozdania pisemnego. Obiecywał je sporządzić, tłumacząc zwłokę trudnościami domowymi związanymi z operacjami córki i żony. Elżbieta Moczarska, córka, przeszła operację serca 13 czerwca 1963 r., a Zofia Moczarska miała operację żołądka 31 grudnia 1963 r. O zdrowie córki Chmielewicz pytała w liście z lipca 1963 r., omawiając przy okazji przygotowania do wizyty w Berlinie; w grudniu 1963 r. tłumaczyła milczenie Moczarskiego stanem zdrowia żony i jej planowaną operacją.
Kontakt z Chmielewicz trwał. Moczarski prosił oficera prowadzącego o instrukcje, ponieważ Chmielewicz otworzyła „konspiracyjny” kanał komunikacji: wysyłała do przedwojennej znajomej w Warszawie listy z informacjami dla Moczarskiego, a ta mu je przekazywała. Listy te zachowały się w zbiorach prywatnych. Z notatek oficera prowadzącego „Kazimierskiego” wynika, że Moczarski przekazywał WSW otrzymywane tą drogą informacje i pytał, jak reagować na działania sugerowane przez Chmielewicz. Dokumentacja prywatna i materiały WSW tworzą więc dwa niezależne ślady tej samej relacji, ponownie wiążąc działania przypisywane „Kazimierskiemu” z Moczarskim.
Kontakt operacyjny czy tajny współpracownik?
Dokumenty WSW nie są konsekwentne w określaniu statusu „Kazimierskiego”. Mjr Galczak nazywał go zamiennie: „tajnym współpracownikiem”, „agentem” i „kontaktem operacyjnym”. Nie należy z tej nieprecyzyjności automatycznie wybierać najbardziej obciążającego terminu. Instrukcja regulująca pracę kontrwywiadowczą w wojsku w 1957 r. nie w pełni odpowiadała późniejszej praktyce Zarządu I SWSW. Jak zwraca uwagę Wojciech Sawicki, co najmniej od początku lat 60. w kontrwywiadzie wojskowym funkcjonowała niezdefiniowana żadną normą kategoria osobowego źródła informacji określana jako „kontakt operacyjny”, „nigdzie formalnie nierejestrowana”. Ustalenie to ma znaczenie dla przypadku Moczarskiego, bo pokazuje, że w praktyce kontrwywiadu wojskowego wykonywanie zadań w charakterze osobowego źródła informacji nie musiało wiązać się z formalną rejestracją.
Od 1 października 1939 r. do września 1944 r. siedziba niemieckiego Gestapo w okupowanej Warszawie mieściła się w budynku przy alei Szucha 25
W przypadku Moczarskiego nie zachowało się podpisane zobowiązanie do współpracy i nie wiadomo, czy kiedykolwiek je podpisał. Nie odnaleziono również jego teczki personalnej, teczki pracy ani własnoręcznych raportów; pozostał jedynie sporządzony przez niego odręczny plan berlińskiego mieszkania Chmielewicz. W tej sytuacji najostrożniej określać go jako kontakt operacyjny WSW – osobowe źródło pozyskane do wykonania konkretnego zadania.
Niezależnie od niejednoznacznej nomenklatury operacyjny charakter jego działań nie budzi jednak wątpliwości. Moczarski zgodził się pomóc w dotarciu do Chmielewicz, na polecenie WSW podjął korespondencję, wykorzystał pracę dziennikarską do uzyskania delegacji, pojechał z oficerem prowadzącym, realizował plan, przedstawił propozycję współpracy i informował służbę o rezultatach rozmów oraz późniejszej korespondencji, prosząc o dalsze instrukcje. Dokument z maja 1965 r. stwierdza, że „Kazimierski” wykonał zadanie, do którego został pozyskany, a ponieważ brakowało innych celów, do których mógłby zostać wykorzystany, jego materiały należało przekazać do archiwum. W lipcu sprawę formalnie zamknięto z powodu odmowy Chmielewicz. Była to więc współpraca zadaniowa, trwająca od końca 1962 r. do połowy 1965 r. i ograniczona do konkretnej operacji.
Wojskowa pomoc przy książce o Stroopie
W dokumentacji pojawia się jeszcze element istotny dla genezy „Rozmów z katem”. Oficer prowadzący zapisał, że należy pomóc „Kazimierskiemu” zebrać materiały o Stroopie do przygotowywanej książki. Nie była to operacyjna przykrywka: Moczarski rzeczywiście nad nią pracował.
Kontakt z Chmielewicz miał dla WSW dwa cele: nawiązanie kontaktu operacyjnego, przedstawienie propozycji współpracy i doprowadzenie do przewerbowania oraz zdobywanie informacji o byłych funkcjonariuszach Gestapo, którzy przeżyli wojnę i zajmowali prominentne stanowiska w NRF.
Interesy autora i służby przecinały się. WSW chciała dotrzeć do kręgu byłych funkcjonariuszy warszawskiego Gestapo, zwłaszcza ludzi związanych z Ludwigiem Hahnem. Moczarski szukał materiałów historycznych, wyjaśniał okupacyjne wątki rodzinne i rekonstruował środowisko, o którym pisał. Sprawa śmierci Jana Michała Moczarskiego była starsza niż operacja WSW. Dokument z 2 sierpnia 1946 r. dowodzi, że Chmielewicz już za okupacji uczestniczyła w ustalaniu losu „Andrzeja Krawczyka”. Materiały z 1963 r. pokazują, że Moczarski nadal szukał szczegółów aresztowania i egzekucji brata, a kontakt z nią pozwalał uzupełniać wcześniejszą wiedzę.
Nie wiadomo, czy i jakie materiały otrzymał dzięki pomocy WSW ani które informacje trafiły później do „Rozmów z katem”. Źródła nie pozwalają też rozdzielić szczegółów śmierci brata na te znane wcześniej, pochodzące z powojennych ustaleń Chmielewicz oraz uzyskane lub zweryfikowane podczas kontaktu w 1963 r. Wiadomo natomiast, że po wyjściu z więzienia Moczarski zbierał materiały, korespondował i rozmawiał ze świadkami. Jego książka była rezultatem późniejszej, wieloletniej pracy dokumentacyjnej, gromadzenia i weryfikowania wiedzy.
Co się stało z teczką „Kazimierskiego”?
Nie zachowała się teczka „Kazimierskiego”, którego w rozproszonej dokumentacji WSW określano jako kontakt operacyjny, agenta i tajnego współpracownika. Materiały jego współpracy z II Oddziałem Zarządu I SWSW złożono w archiwum 23 lipca 1965 r. 21 lat później, 15 czerwca 1986 r., protokołem nr 93, pod pozycją 8318, zakwalifikowano je do zniszczenia i wpisano do inwentarza E-2 pod numerem 18113. Inwentarz E-2 służył zwykle materiałom rozpracowania operacyjnego, nie zaś dokumentacji osobowych źródeł informacji. W warunkach pośpiechu, komasowania dokumentów i spiętrzenia prac archiwalnych protokół mógł jednak objąć także materiały takiego źródła. Według Radosława Petermana teczkę „Kazimierskiego” najprawdopodobniej zniszczono 20 czerwca 1989 r.
Nie zamieniajmy jednej legendy na drugą
Moczarski był oficerem AK, więźniem poddanym brutalnej presji i nieludzkiemu traktowaniu, człowiekiem skazanym przez komunistyczny sąd na śmierć. Późniejsze kontakty z WSW tego nie unieważniają. Doświadczenie represji nie może jednak zastępować krytycznej analizy jego dalszych wyborów. Z materiałów wynika, że Moczarski zgodził się wykonać zadanie dla SWSW LWP. Nie był przypadkowym ani nieświadomym uczestnikiem operacji: w Berlinie Zachodnim wystąpił wobec Chmielewicz jako wysłannik polskich „czynników wojskowych”.
Ujawnienie roli „Kazimierskiego” grozi dwoma przeciwnymi uproszczeniami: przemilczeniem dokumentów w obawie o utrwalony wizerunek Moczarskiego albo sprowadzeniem jego biografii do współpracy z wojskowym kontrwywiadem PRL. Oba podejścia są błędne.
Tablica z napisem: „Uwaga! Opuszczacie teraz Berlin Zachodni”, 1961 r. (podkreślone słowo „jetzt”, czyli „teraz”, w tym przypadku oznacza „właśnie w tym miejscu”)
Nie da się dziś odpowiedzieć na wszystkie pytania. Brakuje dokumentu wprost łączącego pseudonim „Kazimierski” z prawdziwym nazwiskiem, szyfrogramów przesyłanych podczas przekraczania granicy Berlina oraz materiałów pozwalających dokładniej odtworzyć sposób pozyskania Moczarskiego.
Brak teczki ogranicza przede wszystkim możliwość precyzyjnego określenia jego formalnego statusu wobec WSW, ale nie podważa identyfikacji. Opiera się ona na wyjątkowo charakterystycznych danych biograficznych i rodzinnych oraz wzajemnie potwierdzającej się dokumentacji WSW, SB i prywatnej korespondencji. Historia „Kazimierskiego” nie domyka biografii Moczarskiego, lecz otwiera kolejny trudny rozdział. Jego życie wielokrotnie przecinało się ze światem tajnych służb: przed wojną, podczas okupacji, w więzieniu i po odzyskaniu wolności. Nie oznacza to, że wszystkie te doświadczenia miały ten sam charakter. Oznacza natomiast, że biografia Moczarskiego wymaga badania bez ochronnych uproszczeń.
Nie chodzi zatem o zastąpienie legendy bohatera legendą agenta. Chodzi o przywrócenie historii jej właściwej złożoności.