Czasami cenzura w II RP przybierała formę niemal paradoksalną: konfiskowano teksty opisujące wcześniejsze konfiskaty, przedruki materiałów dostępnych w innych gazetach, a nawet druki zawierające interpelacje posłów protestujących przeciw ograniczaniu wolności prasy.
Rankiem gazeta opuszczała drukarnię. Część nakładu trafiała do kiosków, część na pocztę, kolejne paczki wysyłano do innych miast. W redakcji rozpoczynano już pracę nad następnym wydaniem. I wtedy pojawiała się informacja: „numer został zajęty”. Rozpoczynał się wyścig z czasem. Polecenie musiało dotrzeć do urzędów i policji, zanim nakład rozejdzie się po kraju. Nawet prawnie skuteczna decyzja mogła więc okazać się spóźniona wobec informacji, która zdążyła wejść do obiegu. W aktach archiwalnych ten wyścig zostawił bardzo konkretny ślad: telefonogramy, raporty policyjne, postanowienia sądów, korespondencję między urzędami, a czasem także egzemplarz zajętej gazety. Z tych dokumentów można dziś odtworzyć drogę od decyzji o ingerencji do próby zatrzymania nakładu.
Jak działało zajęcie gazet w II RP: prawo prasowe, policja i sąd
Po odzyskaniu niepodległości Polska nie miała jednolitego prawa prasowego. W poszczególnych częściach kraju obowiązywały odmienne regulacje, częściowo odziedziczone po państwach zaborczych oraz wprowadzone już przez polskie władze. Rozporządzenie prezydenta RP z 10 maja 1927 r. o prawie prasowym miało przezwyciężyć to rozbicie. Sejm uchwalił jednak jego uchylenie, a spór o skuteczność tej decyzji zakończyło dopiero ogłoszenie uchwały w lutym 1930 r. Powrócono wówczas do wcześniejszych przepisów dzielnicowych. Szczegóły postępowania zależały więc od miejsca i obowiązujących w danym czasie regulacji.
Wieczorne wydanie „Kurjera Poznańskiego” z 12 listopada 1928 r. – z okazji 10. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości
W interesującym nas mechanizmie zajęcia powodem interwencji była treść uznana przez władze za przestępczą: niekiedy wystarczał jeden artykuł lub jego fragment, aby zatrzymać całe wydanie gazety. Należy przy tym odróżnić zarządzenie zajęcia, wydawane przez uprawniony organ administracji, prokuratora lub sąd, od jego wykonania, którym zajmowała się przede wszystkim policja. Egzemplarze odbierano w drukarni lub podczas kolportażu, zanim dotarły do wszystkich czytelników. Zajęcie mogło zatem nastąpić już po wydrukowaniu gazety, lecz jeszcze przed rozpoczęciem jej sprzedaży. Ingerencja w treść bywała jednak wcześniejsza. Aby uniknąć kosztów zatrzymania gotowego nakładu, redakcje przedstawiały urzędnikom odbitki szczotkowe, czyli próbne odbitki tekstu, i przed drukiem całego numeru usuwały zakwestionowane fragmenty. Jednak decyzja mogła zapaść w ostatniej w chwili; w przypadku dzienników mogło to być szczególnie bolesne. Groźba zajęcia skłaniała więc wydawców do poddawania materiałów wcześniejszej kontroli.
Jeżeli natomiast dochodziło do zatrzymania wydrukowanych egzemplarzy, ich dalszy los zależał od postępowania sądowego. Uchylenie zajęcia otwierało drogę do wznowienia kolportażu; jego zatwierdzenie utrzymywało zakaz rozpowszechniania, natomiast ostateczna konfiskata mogła prowadzić do zniszczenia egzemplarzy.
„Robotnik“ 1926: zajęcie numeru z interpelacją przeciw konfiskacie
W czerwcu 1926 r. warszawski „Robotnik” przekonał się, że interwencja poselska w obronie zajętej gazety może stać się powodem kolejnego zajęcia. Sprawa zaczęła się od numeru z 13 czerwca, zawierającego artykuły „Tragedja robotników ostrowieckich” (pisownia oryginalna) oraz „Niesłychane bezprawie na kresach”. Pierwszy z nich, autorstwa posła Antoniego Pączka, przedstawiał niskie zarobki ostrowieckich metalowców jako tło krwawych wydarzeń w mieście. Drugi dotyczył sytuacji w powiecie baranowickim.
Zajęcie zarządził ówczesny komisarz rządu na m.st. Warszawę Felicjan Sławoj-Składkowski. W piśmie do redaktora Jana Borskiego, opublikowanym następnie przez „Robotnika”, wskazał, że dopatruje się w obu artykułach znamion przestępstwa z art. 263 kodeksu karnego. Powołując się na art. 27 części I dekretu prasowego z 7 lutego 1919 r., zawiadomił o obłożeniu numeru aresztem i skierowaniu sprawy do prokuratora przy Sądzie Okręgowym w Warszawie. Za określeniem „konfiskata”, którym posługiwała się gazeta, kryło się więc na tym etapie administracyjne zajęcie numeru, połączone z przekazaniem sprawy organom wymiaru sprawiedliwości.
W obronie pisma wystąpili posłowie socjalistyczni. Ich interpelacja zawierała pełną treść zakwestionowanych artykułów. Kiedy 30 czerwca „Robotnik” opublikował ją w numerze 177, czytelnicy mieli otrzymać teksty zatrzymane wcześniej przez władze – tym razem jako część dokumentu parlamentarnego. Komisariat Rządu zajął jednak również ten numer. Nie chodziło zatem jedynie o zakazanie wiadomości o proteście: ponowna ingerencja uniemożliwiała rozpowszechnianie treści, które posłowie przytoczyli, kwestionując wcześniejszą konfiskatę.
Czytaj więcej
W drugiej połowie lat 60. grupa młodych ludzi stworzyła konspiracyjną organizację, która chciała niepodległej Polski. „Ruch” wydawał pisma poza cen...
Sprawa wróciła do sejmu. Na posiedzeniu 5 lipca Mieczysław Niedziałkowski zwrócił się do marszałka o interwencję w związku z zajęciem „Robotnika” za wydrukowanie interpelacji. Marszałek zapowiedział porozumienie się z właściwymi ministrami. Powstało błędne koło: zajęcie gazety wywołało interwencję poselską, publikacja interwencji – następne zajęcie, a ono z kolei – kolejny protest w parlamencie.
Na odebraniu egzemplarzy sprawa się nie zakończyła. „Naprzód” z 2 kwietnia 1927 r. informował o postępowaniu przeciwko redaktorowi odpowiedzialnemu za przedruk interpelacji, opatrując wiadomość tytułem: „»Robotnik« skazany za przedrukowanie interpelacji sejmowej”. Parlamentarne pochodzenie dokumentu nie uchroniło więc ani numeru przed zajęciem, ani jego redaktora przed procesem. Przypadek ten pokazuje, że możliwość zakwestionowania działań władz przez Sejm nie gwarantowała swobodnego rozpowszechnienia tej krytyki na łamach gazety.
Konfiskaty w Warszawie w 1929 r.: „Rekord konfiskat“ i „Słowo Pomorskie“
O skuteczności zajęcia decydowała szybkość działania. Najłatwiej było zatrzymać nakład, gdy znajdował się jeszcze w drukarni. Kiedy gazeta trafiała do kolportażu, jej egzemplarzy trzeba było szukać w przesyłkach pocztowych, kioskach i u sprzedawców. Każda zwłoka zwiększała szansę, że część nakładu dotrze do czytelników.
Przykład interwencji w warszawskiej drukarni przynosi „Robotnik” z 12 października 1929 r. W notatce „Rekord konfiskat” redakcja opisała trzy wizyty policji w ciągu jednego dnia. W południe funkcjonariusze zajęli odezwę Warszawskiego Okręgowego Komitetu Robotniczego PPS, o godz. 15. odezwę Warszawskiej Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, a o godz. 21. „Chłopską Prawdę”. Pierwsze dwa druki dotyczyły zajść związanych z obchodami Dnia Młodzieży i zawierały protest przeciw działaniom władz.
Według relacji „Robotnika” autorzy odezwy młodzieżowej celowo nadali jej spokojny ton, licząc na uniknięcie konfiskaty. Mimo to policja zatrzymała druk. W przypadku „Chłopskiej Prawdy” redakcja twierdziła natomiast, że Komisariat Rządu nie poinformował jej o przyczynach zajęcia. Policjanci odbierali więc przygotowane numery, a wydawca, jak wynika z jego relacji, nie zawsze znał w chwili interwencji powody zatrzymania nakładu.
Wileńskie „Słowo” z 22 marca 1927 r., m.in. z artykułem Stanisława Cata-Mackiewicza „Powtarzamy stale”, podpisanym „Cat”
Czy gazeta mogła opisać proces dotyczący zakazanego artykułu? Mogła próbować, ale przytoczenie jego fragmentu groziło kolejną konfiskatą. Przekonało się o tym „Słowo Pomorskie” w listopadzie 1929 r. Pismo wróciło do sprawy zakwestionowanego wcześniej artykułu posła Romana Rybarskiego pt. „Charaktery”. Opisując proces prasowy, zamieściło cytat z tekstu, który stał się przyczyną postępowania.
Dla władz oznaczało to ponowne rozpowszechnianie zakazanej treści. Zajęto więc także numer z relacją o procesie, a 16 listopada Sąd Okręgowy w Toruniu zatwierdził tę decyzję. Czytelnik miał się dowiedzieć, że gazeta stanęła przed sądem, ale wyjaśnienie mu, za jakie słowa, mogło znów sprowadzić na redakcję policję.
Przedruk przemówień sejmowych w prasie: „Diło“ i „Kurjer Poznański“
Jeszcze bardziej kłopotliwe były przypadki, gdy przedmiotem konfiskaty stawała się treść, która wcześniej funkcjonowała już w oficjalnym obiegu publicznym. Granica między tym, co można było powiedzieć z trybuny sejmowej, a tym, co wolno było następnie wydrukować w gazecie, nie zawsze okazywała się oczywista.
W lutym 1929 r. poseł Wołodymyr Zahajkewycz, przemawiając w imieniu Klubu Ukraińskiego, przywołał przypadki lwowskiego dziennika „Diło”. Według jego relacji pismo skonfiskowano m.in. za opublikowanie wygłoszonego wcześniej w sejmie przemówienia prezesa Klubu Ukraińskiego. W kolejnym przypadku „Diło” miało zostać zajęte po zamieszczeniu mowy posła Dmytra Palijiwa z 31 stycznia 1929 r., której tekst odtworzono na podstawie oficjalnego diariusza sejmowego.
Słowa zapisane w oficjalnej dokumentacji parlamentarnej mogły więc stać się przedmiotem ingerencji władz po przeniesieniu na łamy gazety. Sam fakt wygłoszenia mowy w sejmie nie zapewniał ochrony jej prasowemu przedrukowi.
Czytaj więcej
Powstał w czasie politycznej odwilży i szybko stał się jednym z ważniejszych miejsc niezależnej debaty w PRL. W Klubie Krzywego Koła spotykali się...
Skutek zależał także od rytmu wydawniczego. W przypadku dziennika nawet krótkie opóźnienie mogło oznaczać poważną stratę: wiadomości szybko się dezaktualizowały, a numer tracił wartość handlową (inaczej wyglądała sytuacja tygodnika czy miesięcznika, dla których kilkudniowe opóźnienie nie musiało mieć równie niszczących konsekwencji). Dobrym przykładem problemu jest „Kurjer Poznański”, który od 1925 r. do września 1939 r. ukazywał się dwa razy dziennie: po publikacji artykułu o rozwiązaniu Obozu Wielkiej Polski na Pomorzu numer zajęto w Gdyni, lecz sąd uchylił zarządzenie, uznając, że wskazana podstawa prawna nie uzasadniała konfiskaty. Formalne zwycięstwo wydawcy nie oznaczało jednak automatycznego usunięcia skutków wcześniejszego zatrzymania nakładu.
Konfiskata „Kurjera Porannego“ i wywiadu z Piłsudskim w 1926 r.
Komisariatowi Rządu na m.st. Warszawę podlegała przede wszystkim kontrola wydawanych w stolicy tytułów o zasięgu ogólnopolskim. Jego rola nie ograniczała się więc do zatrzymywania gazet w Warszawie. Telegramy, telefonogramy i pisma o zajęciu kierowano do władz administracyjnych i policji w innych częściach kraju, aby zatrzymać egzemplarze znajdujące się już poza miejscem wydania. Decyzja podjęta w stolicy mogła w ten sposób prowadzić do wycofywania tego samego numeru jednocześnie w wielu województwach.
Jak bardzo liczyła się szybkość działania, pokazała konfiskata „Kurjera Porannego” z 11 maja 1926 r. Gazeta opublikowała wywiad z Józefem Piłsudskim, w którym ostro zaatakował on nowy rząd Wincentego Witosa. Kiedy numer znajdował się już w kolportażu, na polecenie Komisariatu Rządu policja przystąpiła do jego konfiskowania. Egzemplarze odbierano sprzedawcom i wycofywano z kiosków, jednak znaczna część nakładu zdążyła już trafić do czytelników.
Kontrola poczty i druków antypaństwowych na Pomorzu
Nieprzypadkowo w aktach administracyjnych zachowały się także instrukcje dotyczące postępowania urzędów pocztowych z drukami uznawanymi za antypaństwowe. Poczta była jednym z kluczowych elementów systemu rozpowszechniania prasy.
Dobrym przykładem jest Pomorze. Z lat 1933–1934 zachowała się osobna dokumentacja dotycząca kontroli w urzędach pocztowych druków o treści antypaństwowej oraz zasad postępowania z takimi przesyłkami. Nie chodziło więc wyłącznie o odebranie już rozłożonych w kioskach gazet. Kontrola egzemplarzy poszczególnych tytułów mogła rozpocząć się wcześniej – na etapie ich transportu i dystrybucji.
Strona tytułowa warszawskiego „Kurjera Porannego” z 23 września 1926 r.
Jeżeli udało się zatrzymać przesyłkę z drukami przed jej dalszym wysłaniem, nie trzeba było później szukać pojedynczych egzemplarzy w dziesiątkach punktów sprzedaży. Poczta stawała się w ten sposób jednym z miejsc, w których można było przerwać drogę gazety od wydawcy do odbiorcy.
Cenzura wobec obozu piłsudczykowskiego: „Słowo“ Cata-Mackiewicza
Polityczna przychylność nie była polisą chroniącą przed konfiskatą. Zajmowano prasę narodową, socjalistyczną, ludową i pisma mniejszości narodowych, ale ingerencje dotykały również środowisk związanych z obozem piłsudczykowskim. Doświadczały ich redagowane przez Jerzego Giedroycia „Bunt Młodych”, a następnie „Polityka”. Poparcie dla Piłsudskiego nie oznaczało bowiem zgody na każde posunięcie jego współpracowników i następców. Redakcja mogła uważać się za sprzymierzeńca obozu rządzącego, a jednocześnie publikować krytykę, której władze nie zamierzały tolerować.
Szczególnie wymowne są losy wileńskiego „Słowa” Stanisława Cata-Mackiewicza. Jego redaktor był nie tylko zwolennikiem Piłsudskiego, lecz także posłem Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Nie zapewniło to jednak gazecie trwałej ochrony. Po śmierci Marszałka „Słowo” coraz ostrzej występowało przeciw polityce jego następców, a wraz z narastaniem konfliktu mnożyły się konfiskaty. Pod koniec lat 30. było już pismem opozycyjnym, tyle że prowadzonym przez człowieka wywodzącego się z grona wcześniejszych sojuszników władzy.
Za tym politycznym przesunięciem kryły się konkretne spory. 31 lipca 1938 r. konfiskata dotknęła artykułu Mackiewicza „Dzieci na semaforach i zwrotnicach”, poświęconego burzeniu cerkwi na Chełmszczyźnie. Autor porównał sprawców tej polityki do dzieci, które dostały się do urządzeń sterujących ruchem kolejowym: nie rozumiejąc następstw własnych działań, mogły doprowadzić do katastrofy. Przekonywał, że niszczenie prawosławnych świątyń szkodzi państwu, zamiast je wzmacniać. Dawny zwolennik obozu rządzącego występował więc w obronie interesu Polski, ale przedstawiał go zupełnie inaczej niż ludzie sprawujący władzę. Jego argumentację zatrzymała konfiskata.
Czytaj więcej
„Iskra-Dog” to kryptonim konspiracyjnej akcji zbierania dowodów straszliwych zbrodni niemieckich popełnionych podczas powstania warszawskiego na mi...
Przykład ten pokazuje, dlaczego historii konfiskat nie da się sprowadzić do starcia dwóch niezmiennych obozów. Nie oznacza to, że wszystkie redakcje traktowano jednakowo ani że ich polityczne związki nie miały znaczenia. Jednak nawet wcześniejsze zasługi i poparcie dla rządzących nie gwarantowały swobody krytyki. Granica tolerancji przebiegała także wewnątrz środowisk, które jeszcze niedawno przemawiały wspólnym głosem.
Granice wolności prasy w II RP po 1926 r.
Historia tych konfiskat przypomina nam, że cenzura prasy nie jest wyłącznie historią PRL. W II Rzeczypospolitej działała w innych ramach prawnych i instytucjonalnych, a jej form nie należy utożsamiać z późniejszym systemem cenzury prewencyjnej. Państwo dysponowało jednak realnymi narzędziami pozwalającymi zatrzymać druk, ograniczyć jego kolportaż i pociągnąć wydawcę do odpowiedzialności. Szczególnego znaczenia nabrały one po 1926 r., gdy ograniczanie swobodnego obiegu informacji stawało się jednym z instrumentów działania coraz bardziej autorytarnego państwa.
Dlatego warto patrzeć nie tylko na to, co formalnie gwarantowała konstytucja, lecz także na cały mechanizm: kto inicjował ingerencję, kto ją wykonywał, jak szybko działała administracja, co robił sąd i czy po jego decyzji gazeta miała jeszcze realną szansę dotrzeć do czytelnika. Dopiero wtedy widać, że cenzura nie była pojedynczym aktem urzędnika, lecz częścią szerszego systemu kontroli informacji.