Oba obrazy wyrastają z jednej biografii, lecz oba narody wybierają inny jej fragment jako najważniejszy. Dlatego decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej z 20 października 2026 r., by ogłosić 2027 r. rokiem Romana Szuchewycza, Ukraińskiej Powstańczej Armii i Ołeha Olżycza, musiała wywołać kryzys. W Warszawie uznano ją za policzek wymierzony pamięci ofiar. W Kijowie – za polityczny problem w chwili, gdy Ukraina prowadzi wyniszczającą wojnę z Rosją i potrzebuje Polski jako sojusznika. W Moskwie uchwała trafiła natomiast w narrację budowaną już wcześniej: 4 sierpnia rosyjski sąd uznał Szuchewycza, Stepana Banderę, Dmytra Klaczkiwskiego i innych działaczy OUN-UPA za pomocników nazistowskich Niemiec w zbrodniach wojennych i zbrodniach przeciw ludzkości wobec ludności sowieckiej. Nie ma dowodu, że oba wydarzenia są ze sobą związane. Wystarczy zauważyć, jak dobrze decyzja lwowskich radnych pasuje do rosyjskiej opowieści o Ukrainie. Ale zanim zaczniemy rozstrzygać, kto na współczesnym sporze korzysta, pozostaje pytanie wcześniejsze: co naprawdę wiadomo o roli Szuchewycza w antypolskiej czystce? Czy to on uruchomił masowe mordy na Wołyniu? Czy zachował się jego rozkaz? A może ciężar jego odpowiedzialności polega na zaakceptowaniu polityki rozpoczętej przez innych i jej kontynuowaniu, kiedy stanął na czele UPA? Dokumenty nie dają jednej kartki zamykającej sprawę. Dają ciąg śladów, które z miesiąca na miesiąc w 1943 i 1944 r. prowadzą coraz bliżej Szuchewycza.
Uchwała Lwowskiej Rady Obwodowej: rok Szuchewycza 2027 i reakcja Polski
Sama uchwała była decyzją regionalnego samorządu, nie zaś parlamentu czy rządu Ukrainy. Lwowska Rada Obwodowa jest odpowiednikiem polskiego sejmiku wojewódzkiego. Pomysłodawca upamiętnienia UPA i jej dowódcy, Swiatosław Szeremeta, tłumaczył ukraińskim mediom, że nie rozumie gwałtownej reakcji Warszawy: podobne decyzje podejmowano wcześniej, a Szuchewycz i UPA są dla niego ikonami ukraińskiego ruchu narodowowyzwoleńczego. Nie była to jednak inicjatywa marginalna: za uhonorowaniem Szuchewycza głosowało 52 z 55 obecnych radnych; nikt nie był przeciw. Polska odpowiedziała ostro. Na wniosek Radosława Sikorskiego Szeremeta został wpisany do rejestru osób niepożądanych z pięcioletnim zakazem wjazdu do strefy Schengen, a szef MSZ nazwał Szuchewycza dowódcą, który „wydawał rozkazy wysiedlania i mordowania Polaków”. Spór szybko nabrał osobistego tonu: Sikorski opublikował zdjęcie Szeremety z uroczystości ponownego pochówku żołnierzy dywizji SS-Galizien w 2013 r.; radny potwierdzał obecność, lecz też zaprzeczał, że sam uczestniczył w rekonstrukcji.
Czytaj więcej
Prezes Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej (UINP) Ołeksandr Ałfiorow zapewnił w czwartek PAP, że strona polska będzie mogła kontynuować prace...
Kijów wyraźnie zdystansował się od decyzji Lwowa. Ukraińskie MSZ nazwało ją kontrproduktywną dla stosunków z Polską, a zastępczyni szefa Biura Prezydenta Iryna Wereszczuk – szkodliwą dla relacji z jednym z kluczowych sojuszników Ukrainy. Donald Tusk przekazał później, że Wołodymyr Zełenski dał mu do zrozumienia, iż nie poprze dalszych działań zmierzających do realizacji uchwały. Do 2 listopada przegłosowana decyzja pozostawała jednak niepodpisana i, według władz obwodowej administracji, nie weszła w życie.Witold Jurasz poszedł dalej, pisząc, że odpowiedzialność Szuchewycza za rzeź wołyńską „nie podlega żadnej debacie”. Jagienka Wilczak w „Polityce” przypomniała o jego odpowiedzialności za ludobójstwo i służbie u boku Niemców. Dla historyka wszystkie te głosy są jednak dopiero początkiem serii bardziej szczegółowych pytań. Odpowiedzialność za co dokładnie? Za pierwszy rozkaz, za późniejszą akceptację mordów czy za działania podległej armii?
Rozkaz Szuchewycza na Wołyń: dlaczego go nie ma i co mówią źródła o Klaczkiwskim
Najłatwiej byłoby znaleźć jedną kartkę papieru. Rozkaz podpisany przez Romana Szuchewycza: wymordować Polaków na Wołyniu. Takiego dokumentu dotąd nie odnaleziono. Nie oznacza to, że zbrodnia nie była planowana; konspiracyjne organizacje nie zostawiają kompletnych archiwów. Ważniejsza jest chronologia. Pierwsze masowe mordy na Wołyniu rozpoczęły się zimą 1943 r., wiosną gwałtownie przybrały na sile, a latem stały się szeroko zakrojoną operacją przeciw polskim społecznościom. Grzegorz Motyka, rekonstruując proces podejmowania decyzji, wskazuje przede wszystkim na Dmytra „Kłyma Sawura” Klaczkiwskiego, kierującego wołyńskimi strukturami OUN-B i UPA. To jego nazwisko pojawia się w najważniejszych świadectwach dotyczących przejścia od polityki wypierania ludności polskiej do jej fizycznej eksterminacji. Powojenne zeznania jednego z dowódców UPA, Jurija Stelmaszczuka, również prowadzą do Klaczkiwskiego. Szuchewycz był wtedy jednym z najważniejszych ludzi OUN-B, lecz naczelnym dowódcą całej UPA został dopiero jesienią. Jeśli więc odpowiedzialność za Wołyń ma oznaczać osobiste wydanie pierwszego rozkazu eksterminacyjnego, materiał jest słabszy, niż sugeruje część polskiej publicystyki.
Dmytro Klaczkiwski (1911–1945) – pułkownik UPA, dowódca UPA-Północ, członek Prowidu OUN. Jeden z inicjatorów i główny kierujący rzezią wołyńską
Tyle że historia zaczyna się komplikować jeszcze przed lipcową kulminacją. Mychajło Stepaniak, członek ścisłego kierownictwa OUN-B, po aresztowaniu przez Sowietów opisywał w sierpniu 1944 r. III Konferencję OUN z lutego 1943 r. Według jego zeznania Szuchewycz należał do ludzi forsujących odejście od wcześniejszego kursu i przejście do walki zbrojnej, prowadzonej na Wołyniu przeciw partyzantce sowieckiej i Polakom. Nie jest to rozkaz eksterminacji. „Walka z Polakami” może znaczyć znacznie więcej niż mordowanie ludności cywilnej, a źródło powstało w sowieckim śledztwie. Nie wolno więc traktować protokołu Stepaniaka jak stenogramu; jego wartość rośnie w zestawieniu z innymi źródłami i późniejszymi decyzjami. Dokument pokazuje jednak, że Szuchewycz znajdował się blisko procesu radykalizacji polityki OUN przed największymi masakrami. Trudno zatem przedstawiać go jako człowieka, który dopiero po fakcie zetknął się z problemem antypolskiej przemocy.
Zjazd OUN w sierpniu 1943 r.: Szuchewycz i obrona Klaczkiwskiego
Znacznie bardziej obciążający jest kolejny fragment relacji Stepaniaka. W dniach 21–25 sierpnia 1943 r. obradował III Nadzwyczajny Wielki Zjazd OUN. Wołyń miał już wtedy za sobą najbardziej krwawe tygodnie. Po lipcowej fali napadów całe polskie społeczności znikały z mapy i nie sposób było dłużej mówić o lokalnych ekscesach. Stepaniak twierdził, że wraz z Mykołą Łebediem krytykował Klaczkiwskiego, uważając, iż UPA skompromitowała się „bandyckimi działaniami przeciwko ludności polskiej”. Większość kierownictwa miała jednak stanąć po stronie „Kłyma Sawura”, a Szuchewycz bronić go szczególnie energicznie. Zeznanie pozostaje dokumentem sowieckiego śledztwa, sporządzonym rok po wydarzeniach. Nie jest stenogramem zjazdu. Jego znaczenie rośnie jednak dlatego, że późniejsze zachowanie Szuchewycza dobrze pasuje do opisanej postawy.
Jesienią 1943 r. Szuchewycz udał się na Wołyń. Nie znał już sytuacji wyłącznie z meldunków. Oglądał struktury działające na obszarze, przez który kilka miesięcy wcześniej przeszła fala masowych mordów. Po inspekcji nie odsunął Klaczkiwskiego, nie potępił jego polityki i nie zarządził rozliczenia sprawców. Przeciwnie, pozytywnie oceniał wołyńską UPA i autorytet jej dowódcy, a model organizacyjny budowany na Wołyniu zaczęto rozwijać w Galicji. Ukraiński historyk Ihor Iljuszyn interpretuje tę sekwencję następująco: Klaczkiwski mógł rozpocząć wołyńską akcję ze znaczną samodzielnością, lecz latem uzyskał sankcję centralnego kierownictwa OUN-B z Szuchewyczem na czele. To zasadnicza różnica. Nie trzeba wykazać, że Szuchewycz wymyślił wołyńską czystkę, aby dowieść, że kiedy znał już jej skutki, opowiedział się po stronie człowieka, który ją prowadził. Od tego momentu ważniejsze od pytania o pierwszy rozkaz staje się inne: co zrobił z wiedzą, którą już miał?
Raport niemiecki z 1944 r.: rozkaz UPA wobec Polaków w Galicji
Jesienią 1943 r. Szuchewycz objął naczelne dowództwo UPA, a w następnym roku ciężar antypolskiej akcji przesunął się do Galicji Wschodniej. Stamtąd pochodzi materiał szczególnie istotny, bo niezależny od polskich i sowieckich źródeł. W szóstym tomie „Litopysu UPA”, wydanym w Toronto przez środowiska ukraińskiej emigracji, opublikowano tajny raport dowództwa niemieckiej Grupy Armii „Północna Ukraina” z 18 maja 1944 r. Niemcy przytaczają tekst dokumentu uznanego przez nich za rozkaz UPA. Jego pierwszy punkt brzmi w niemieckim przekładzie: „Alle Polen, die noch in den Dörfern wohnen, sind zu erschießen” (Wszyscy Polacy, którzy pozostają jeszcze we wsiach, mają zostać rozstrzelani). Dalej jest mowa o oczekiwaniu na kolejny rozkaz „Hauptkommando” (Głównego Dowództwa) i dalszych działaniach w Galicji. Dwa tygodnie później wywiad 4. Armii Pancernej meldował, że UPA kategorycznie żąda od Polaków opuszczenia Ukrainy aż po San, a palenie polskich miejscowości i mordowanie ludności trwa w niezmniejszonym rozmiarze.
Nie dysponujemy ukraińskim oryginałem tego dokumentu ani egzemplarzem opatrzonym własnoręcznym podpisem Szuchewycza, a niemiecki wywiad również popełniał błędy. Nie jest to zatem „rozkaz Szuchewycza”, lecz tekst uznany przez niemieckie dowództwo za rozkaz UPA i odpowiadający prowadzonej w terenie akcji. Jest w tym paradoks: jednego z najbardziej obciążających UPA świadectw nie trzeba wydobywać z moskiewskiego archiwum. Od ponad 40 lat jest dostępny w tomie wydanym w Toronto przez środowisko zainteresowane zachowaniem tradycji ukraińskiego podziemia. Zeznanie Stepaniaka pochodzi z akt sowieckich, raport – z niemieckiego dowództwa, instrukcje – z ukraińskiego podziemia. Ich zgodność co do kierunku działania istotnie wzmacnia rekonstrukcję wydarzeń.
Iwan Kłymczak „Łysy” (1915–1944) – ukraiński nacjonalista, dowódca oddziału UPA, który dokonał masakry cywilów w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej
Równie ważne są instrukcje OUN-B z wiosny 1944 r. Część wychodziła z aparatu organizacyjnego na Zachodnich Ziemiach Ukraińskich i trafiała do struktur terenowych. Ich sens był jasny: polska ludność miała opuścić obszar uznawany przez nacjonalistów za przyszłe terytorium Ukrainy, a odmowa oznaczała przemoc, zabijanie części mieszkańców i niszczenie gospodarstw. W praktyce ofiarami padały również kobiety, dzieci i starcy. Nie trzeba więc przypisywać Szuchewyczowi osobistego podpisu pod każdym lokalnym poleceniem. Ważniejsze jest, czy znał cel prowadzonej przez organizację operacji i jak go oceniał. Na to pytanie odpowiedział właściwie sam.
Wypowiedź „Łozowskiego“ z 13 lipca 1944 r.: Szuchewycz o wysiedlaniu Polaków
13 lipca 1944 r. podczas obrad Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej głos zabrał „Łozowski”. Pod tym pseudonimem występował Szuchewycz. Zapis jego wypowiedzi zachował się w rosyjskim przekładzie w materiale przejętym przez sowieckie służby i został później opublikowany w 26. tomie „Litopysu UPA”. Ukraińskiego oryginału protokołu nie odnaleziono, dlatego droga przekazu wymaga ostrożności. Treść dokumentu odpowiada jednak innym świadectwom. Szuchewycz mówi o wydarzeniach na Wołyniu, wspomina o „likwidacji ludności polskiej”, a następnie przechodzi do Galicji. Stwierdza, że dowództwo UPA wydało polecenie wysiedlenia Polaków, jeżeli sami nie opuszczą terenu, i że uderzenia są kontynuowane. Tłumaczy także polityczny sens działań: trzeba stworzyć warunki korzystne dla strony ukraińskiej przed przyszłymi rozstrzygnięciami, ponieważ takich warunków nie da się uzyskać przy stole negocjacyjnym.
W tym miejscu wydarzenia przestają wyglądać jak niekontrolowana eksplozja nienawiści. Timothy Snyder zwracał uwagę, że czystka służyła przygotowaniu etnicznie jednorodnego terytorium przyszłego państwa i usunięciu polskiej obecności jako argumentu w powojennym sporze o granice. Logika była brutalna, ale politycznie czytelna: jeśli po wojnie na danym obszarze nie będzie Polaków, słabszy stanie się argument za jego powrotem do Polski. Także współczesna historiografia ukraińska nie musi temu zaprzeczać. Oleksandr Zajcew, analizując spory o genezę „antypolskiej akcji”, krytykuje sprowadzanie wydarzeń do symetrycznej „drugiej wojny polsko-ukraińskiej”, w której ginie z pola widzenia planowe zabijanie cywilów. Andrij Portnow przypomina z kolei, że OUN nigdy nie była jedyną ukraińską siłą polityczną, a radykalny nacjonalizm Doncowa i metody OUN krytykowali sami Ukraińcy. Utożsamianie całej ukraińskiej tradycji z banderyzmem było więc uproszczeniem, które później chętnie wykorzystywała propaganda sowiecka, a następnie rosyjska.
Odpowiedzialność Szuchewycza: polityczna i dowódcza, nie karna
Po zestawieniu tych źródeł łatwiej ocenić współczesne wypowiedzi. Jeśli zdanie Jurasza, że odpowiedzialność Szuchewycza „nie podlega debacie”, rozumieć jako odmowę oddzielenia naczelnego dowódcy UPA od antypolskiej polityki własnej organizacji, znajduje ono mocne oparcie w źródłach. Debata istnieje jednak wokół mechanizmu tej odpowiedzialności: autorstwa pierwotnej decyzji wołyńskiej, samodzielności Klaczkiwskiego, czasu jej sankcjonowania przez centralę oraz przepływu poleceń pomiędzy strukturami politycznymi i wojskowymi. Wypowiedź Sikorskiego również wymaga rozdzielenia kilku kwestii. Jego sformułowanie o Szuchewyczu, który „wydawał rozkazy wysiedlania i mordowania Polaków”, dla roku 1944 ma mocne podstawy, choć nie jest równoznaczne z odnalezieniem osobistego rozkazu Szuchewycza rozpoczynającego wołyńską eksterminację. Precyzyjniej jest mówić, że jako główny dowódca stał na szczycie UPA podczas zorganizowanej akcji usuwania Polaków z Galicji, akceptował jej polityczny cel i sam potwierdzał, że dowództwo wydało rozkaz wysiedlenia oraz że uderzenia trwają. To odpowiedzialność polityczna i dowódcza. Czym innym pozostaje odpowiedzialność karna: Szuchewycz nigdy nie stanął przed niezależnym sądem za zbrodnie przeciw Polakom; zginął w marcu 1950 r. podczas sowieckiej obławy pod Lwowem. Brak wyroku nie usuwa ustaleń historycznych, ale obu kategorii nie należy mieszać. Sikorski użył później wobec Szuchewycza także określenia „zbrodniarz wojenny”. W sensie historycznym i moralnym można je uzasadniać odpowiedzialnością za działania UPA wobec ludności cywilnej; nie należy go jednak mylić ze stwierdzeniem sądowego skazania. Szuchewycz nigdy nie został skazany w indywidualnym procesie za zbrodnie wojenne.
Czytaj więcej
Wołodymyr Zełenski ze łzami w oczach opowiadał o Buczy, rosyjskich zbrodniach i rozmowach z Donaldem Trumpem. Wywiad u Stevena Bartletta obejrzały...
Osobną kwestią pozostaje wcześniejsza służba Szuchewycza po stronie niemieckiej. Jagienka Wilczak napisała w „Polityce”, że Szuchewycz „zapoczątkował współpracę UPA z faszystowskimi Niemcami”. Sikorski w swojej późniejszej wypowiedzi zestawił określenie „zbrodniarz wojenny” z przypomnieniem służby Szuchewycza w batalionie „Nachtigall”. Oba zagadnienia warto jednak rozdzielić. Służba w „Nachtigall”, a później w 201. Batalionie Schutzmannschaft na okupowanej Białorusi, jest faktem i niewygodną częścią jego biografii. Sama kolaboracja czy służba w formacji związanej z III Rzeszą nie przesądza jeszcze o odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. Znacznie bardziej obciążający materiał pochodzi z lat 1943–1944, kiedy Szuchewycz znalazł się na szczycie UPA prowadzącej antypolską akcję w Galicji. Nie ma zatem potrzeby wzmacniać oceny jego odpowiedzialności argumentem historycznie słabszym.
Roman Szuchewycz w ukraińskiej pamięci: bohater antysowieckiego podziemia
Dlaczego mimo to Szuchewycz pozostaje dla części Ukraińców bohaterem? Po ponownym zajęciu zachodniej Ukrainy przez Armię Czerwoną nie wyjechał na Zachód. Kierował podziemiem zwalczanym przez sowieckie służby i w roku 1950 zginął podczas próby schwytania go. W narodowej opowieści o niepodległości taki życiorys daje gotowy archetyp człowieka, który nie podporządkował się Moskwie i zapłacił za to życiem. Delphine Bechtel opisywała, jak po 1991 r. we Lwowie budowano nową pamięć poprzez wybór ukraińskich bohaterów i ofiar oraz odsuwanie na dalszy plan niewygodnych warstw polskiej i żydowskiej przeszłości miasta. Diaspora robiła to wcześniej: pomnik Szuchewycza stanął w Edmonton już w 1973 r. Rosyjska agresja tej pamięci nie stworzyła, lecz nadała jej nową użyteczność.
Dla polskiego czytelnika nazwisko Szuchewycza oznacza UPA, Wołyń, Galicję, spalone wsie i zamordowanych cywilów. Dla wielu jego ukraińskich zwolenników: podziemie, NKWD, walkę z ZSRR, opór, niepodległość. Oba opisy wyrastają z jednej biografii, lecz wybierają inny jej fragment. Zrozumienie tego mechanizmu nie oznacza przyjęcia zasady, że każdy naród ma swoją prawdę. Narody mogą mieć własnych bohaterów, ale nie własne fakty. Jeżeli Ukraina chce pamiętać Szuchewycza jako dowódcę oporu wobec ZSRR, uczciwa pamięć musi pomieścić także człowieka, który po wołyńskich mordach bronił Klaczkiwskiego, a później kierował UPA podczas antypolskiej czystki w Galicji. Polska zaś nie powinna dopisywać mu dokumentu, którego nie potrafi pokazać. Po odrzuceniu twierdzeń niepewnych i tak zostaje materiał dostatecznie obciążający.
Orzeczenie Twerskiego Sądu: Rosja, OUN-UPA i państwa bałtyckie
4 sierpnia 2026 r. Twerski Sąd Rejonowy w Moskwie, na wniosek Prokuratury Generalnej, uznał Szuchewycza, Banderę, Klaczkiwskiego i innych nacjonalistów ukraińskich oraz OUN i UPA za pomocników nazistowskich Niemiec w zbrodniach wojennych i zbrodniach przeciw ludzkości przeciw „narodowi sowieckiemu”. Nie był to indywidualny proces karny Szuchewycza ani wyrok skazujący go za zbrodnie wojenne czy rozpoznający jego odpowiedzialność za mordy na Polakach; sąd w trybie „ustalenia faktu mającego znaczenie prawne” objął jednym postępowaniem grupę osób i organizacji. Rosyjska Prokuratura Generalna sama wskazała współczesny cel decyzji: ma ona służyć m.in. podważaniu działań obecnych władz w Kijowie, uchylaniu rehabilitacji osób uznanych przez Rosję za zbrodniarzy i zwalczaniu działań wymierzonych w Federację Rosyjską.
Trudno oddzielić ten wyrok od wojny prowadzonej przez Rosję przeciw Ukrainie. 24 lutego 2022 r. Putin, ogłaszając rozpoczęcie tego, co nazwał „specjalną operacją wojskową”, wskazał wśród jej celów „demilitaryzację i denazyfikację Ukrainy”. Cztery i pół roku później rosyjski sąd nadał status prawny tezie o nazistowskiej kolaboracji najbardziej symbolicznych postaci ukraińskiego nacjonalizmu, a Prokuratura Generalna połączyła orzeczenie z obecnym „reżimem w Kijowie” i oporem wobec rosyjskiej operacji. Nie unieważnia to historycznych zarzutów wobec Szuchewycza, ale nie pozwala traktować moskiewskiego orzeczenia jako politycznie neutralnego sądu nad przeszłością.
Uderzające jest to, że kilka tygodni później rosyjskie instytucje państwowe uruchomiły niemal tę samą konstrukcję wobec państw bałtyckich. 21 września Prokuratura Generalna wystąpiła do sądu o „ustalenie faktu mającego znaczenie prawne” wobec grupy nacjonalistów oraz organizacji z Estonii, Łotwy i Litwy. 5 października Twerski Sąd Rejonowy uznał 13 osób i pięć organizacji za pomocników nazistowskich Niemiec w zbrodniach przeciw ludności sowieckiej. Rosyjskie instytucje przedstawiały oba postępowania jako część niedokończonego rachunku po Norymberdze, a państwom bałtyckim zarzucały fałszowanie roli ZSRR i heroizowanie kolaborantów. Nie znaczy to, że wszystkie zarzuty kolaboracji są zmyślone. Część dotyczy realnych związków z nazistowskim aparatem i realnych zbrodni. Właśnie dlatego ta metoda może być skuteczna.
Piętnaście dni po „bałtyckim orzeczeniu”, 20 października 2026 r., lwowscy radni postanowili uczcić Szuchewycza i UPA. Nie ma podstaw, aby z tej sekwencji budować teorię rosyjskiej prowokacji. Jest natomiast podstawa do stwierdzenia, że decyzja dostarczyła Moskwie dokładnie takiego obrazu Ukrainy, jaki rosyjskie państwo wcześniej próbowało utrwalić własnym orzecznictwem. Mechanizm zadziałał natychmiast. TASS opisał nowy spór z Warszawą jako kolejne zaostrzenie stosunków na tle „trwającej heroizacji przez Kijów nazistowskich zbrodniarzy”, przenosząc decyzję regionalnego samorządu na całe państwo ukraińskie. Schemat staje się czytelny: realna albo zarzucana kolaboracja, współczesny kult, a następnie przejście od odpowiedzialności historycznej do oskarżenia dzisiejszego państwa. W przypadku Ukrainy służy to narracji o „denazyfikacji”, w przypadku państw bałtyckich – oskarżeniu o fałszowanie historii. Nie dowodzi to jednego tajnego planu, lecz pokazuje powtarzalny mechanizm zastosowany w 2026 r. wobec Ukrainy, Estonii, Łotwy i Litwy.
I tu pojawia się pytanie dotyczące Polski. Skoro rosyjskie państwo używa tej konstrukcji wobec ukraińskich i bałtyckich postaci związanych z walką przeciw ZSRR, dlaczego mielibyśmy zakładać, że metoda ta zatrzyma się na polskiej granicy? Nie chodzi o zrównanie Szuchewycza z polskim podziemiem, lecz o metodę. Rosyjskie MSZ już dziś przedstawia oficjalną polską pamięć o „żołnierzach wyklętych” jako element „przepisywania historii”, a w swoich raportach wykorzystuje zbrodnie popełnione przez niektóre oddziały do podważania państwowej narracji o powojennym oporze. W innym oficjalnym raporcie rosyjskie MSZ powołuje się na materiały FSB opisujące działania Armii Krajowej na Litwie i Białorusi językiem „polskich band” i „terrorystycznych napadów”. Nie oznacza to, że Moskwa przygotowuje analogiczny proces przeciw polskim bohaterom. Pokazuje jednak, że język i materiał potrzebne do zastosowania podobnej konstrukcji wobec polskiej pamięci już istnieją.
Czytaj więcej
Nienawidzę Rosji, ale nie chcę, by ceną płonącej Moskwy była zrujnowana Ukraina – mówi Ołeksij Honczarenko „Rzeczpospolitej”, deputowany Rady Najwy...
Polska nie może przemilczać Wołynia dlatego, że Rosja wykorzystuje ten temat, ale nie potrzebuje też moskiewskiego sądu, by udowodnić odpowiedzialność Szuchewycza. Ma polskie badania, dokumenty OUN-UPA, niemieckie meldunki i źródła sowieckie. Nie trzeba więc wybierać między prawdą o zbrodniach UPA a odrzuceniem rosyjskiej propagandy. Przeciwnie: im precyzyjniej opisze się odpowiedzialność Szuchewycza, tym łatwiej pokazać, gdzie Moskwa przestaje opisywać historię, a zaczyna używać jej do uzasadniania współczesnej polityki i wojny. Najskuteczniejsza propaganda nie musi wymyślać wszystkiego od początku. Wystarczy, że ułoży prawdziwe fragmenty tak, by prowadziły do fałszywego wniosku.
Co wiemy o roli Romana Szuchewycza
Skala zbrodni nie wymaga retorycznego wzmocnienia. W polskiej historiografii liczbę Polaków zabitych w antypolskiej akcji OUN-B i UPA najczęściej szacuje się łącznie na ok. 100 tysięcy: 40–60 tys. na Wołyniu, ok. 30–40 tysięcy w Galicji Wschodniej i kilka tysięcy na ziemiach znajdujących się dziś w granicach Polski. Są to szacunki, nie zaś księgowy bilans; różni autorzy nie zawsze identycznie wyznaczają ramy terytorialne, czasowe i kategorie ofiar. Nie wolno mechanicznie zamieniać ich w liczbę „ofiar Szuchewycza”. Mordy rozpoczęły się, zanim został naczelnym dowódcą UPA, a mechanizm pierwszej wołyńskiej decyzji pozostaje przedmiotem badań. Z równie wielką ostrożnością trzeba jednak odrzucić próbę oddzielenia go od tego, co wydarzyło się później.
Najuczciwszy bilans jest prostszy niż większość politycznych sporów. Nie dysponujemy bezspornym dowodem, że Roman Szuchewycz osobiście wydał pierwotny rozkaz rozpoczęcia masowej eksterminacji Polaków na Wołyniu; najmocniejszy ślad prowadzi tam do Klaczkiwskiego i wołyńskiego kierownictwa OUN-B. Są natomiast poważne przesłanki udziału Szuchewycza w radykalizacji kursu organizacji, bardzo mocne świadectwo obrony Klaczkiwskiego po miesiącach mordów oraz wieloźródłowy materiał dotyczący roku 1944, gdy stał już na czele UPA podczas antypolskiej akcji w Galicji. Niemieckie meldunki, materiały ukraińskiego podziemia i wypowiedź samego Szuchewycza powstały różnymi drogami. Właśnie dlatego wzajemnie się wzmacniają.
Czytaj więcej
Obserwujemy kampanię, która ma przekonać świat do tego, że to Ukraina rzekomo ma rację w sporze z Polską. W istocie to próba relatywizowania i zafa...
Można więc – nie akceptując kultu Szuchewycza – rozumieć, dlaczego Ukraina walcząca z Rosją chce pamiętać go jako dowódcę antysowieckiego oporu. Można zdecydowanie protestować przeciw stawianiu go za wzór, nie przypisując mu rozkazu, którego nie znamy. I można odrzucać rosyjską manipulację jego biografią bez negowania ani jednej dobrze udokumentowanej zbrodni UPA. Właśnie tu kończy się wojna pamięci, a zaczyna historia. Polska nie potrzebuje ani moskiewskiego wyroku, ani zdania mocniejszego od dowodów. Dokumenty wystarczą.