Biskup Marian Buczek ponad dwie dekady swojego życia poświęcił Kościołowi na Ukrainie. Rozmawiamy o wojnie, której końca wciąż nie widać, rosyjskim prawosławiu i patriarsze Cyrylu, trudnych stosunkach między katolikami obrządku łacińskiego i grekokatolikami, Wołyniu, nacjonalizmie oraz uchodźcach ze wschodniej Ukrainy, którzy dopiero po przyjeździe do Polski dowiadywali się, co wydarzyło się w 1943 r.

Biskup Marian Buczek urodził się 14 marca 1953 r. w Cieszanowie na Podkarpaciu. Święcenia kapłańskie przyjął 16 czerwca 1979 r. Z Ukrainą związał znaczną część swojego kapłańskiego i biskupiego życia. Na początku lat 90., gdy po rozpadzie Związku Radzieckiego odradzały się struktury Kościoła rzymskokatolickiego, rozpoczął pracę we Lwowie. Był jednym z najbliższych współpracowników kard. Mariana Jaworskiego, metropolity lwowskiego, pełniąc m.in. funkcję jego sekretarza oraz kanclerza kurii metropolitalnej.

Były to lata odbudowywania Kościoła niemal od fundamentów: odzyskiwania świątyń, tworzenia parafii, organizowania seminariów i katechezy oraz docierania do katolików, którzy przez dziesięciolecia komunizmu byli pozbawieni normalnego życia religijnego. Buczek przez 16 lat pracował we Lwowie. W 2002 r. Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym archidiecezji lwowskiej. Sakrę biskupią przyjął 20 czerwca tego samego roku.

Czytaj więcej

Roman Szuchewycz i rzeź Polaków. Co mówią dokumenty?

W 2007 r. Benedykt XVI skierował go na drugi kraniec kraju, mianując biskupem koadiutorem diecezji charkowsko-zaporoskiej. Dwa lata później, w marcu 2009 r., bp Marian Buczek został jej ordynariuszem. Był to świat bardzo odmienny od zachodniej Ukrainy – olbrzymie odległości, niewielkie wspólnoty katolickie, silna obecność prawosławia i wielonarodowe środowisko. W samym Charkowie katolicy modlili się w różnych językach, m.in. po ukraińsku, rosyjsku i polsku.

Łącznie bp Buczek spędził na Ukrainie ponad dwie dekady, obserwując zarówno narodziny niepodległego państwa ukraińskiego, jak i odradzanie się Kościoła po czasach sowieckich. Poznał przy tym dwie bardzo różne rzeczywistości: zachodnią Ukrainę ze Lwowem, pamięcią dawnej Rzeczypospolitej i skomplikowanymi stosunkami polsko-ukraińskimi oraz wschód kraju – Charków, Zaporoże i Donbas – gdzie problemy narodowościowe, religijne i językowe wyglądały zupełnie inaczej.

W 2014 r. zakończył kierowanie diecezją charkowsko-zaporoską i został jej biskupem seniorem. Moment ten zbiegł się z początkiem wojny w Donbasie. Dzięki wieloletniej pracy na miejscu Buczek zna Ukrainę nie z oficjalnych wizyt czy medialnych relacji, ale z codziennego doświadczenia Kościoła działającego zarówno we Lwowie, jak i na wschodzie kraju.

Czy dzisiaj można jeszcze realnie wskazać drogę do zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej? Komu właściwie zależy na pokoju, skoro konflikt trwa już tak długo i wokół niego narosło tak wiele politycznych oraz gospodarczych interesów?

Trzeba najpierw zadać pytanie, komu naprawdę zależy na jej zakończeniu. Oficjalnie każdy chce pokoju. Każdy o nim mówi, każdy deklaruje, że wojna jest tragedią. Ale kiedy zaczyna się patrzeć na interesy poszczególnych państw, polityków, grup gospodarczych, przemysłu zbrojeniowego czy oligarchów, obraz nie jest już taki prosty. Wojna rodzi interesy, a kiedy trwa długo, te interesy układają się wokół niej jak kolejne warstwy. Jeden chce zachować władzę, drugi nie może pozwolić sobie na przegraną, trzeci liczy na osłabienie przeciwnika, czwarty zarabia na handlu, piąty testuje nową technologię. A człowiek? Człowiek ginie. Powiem brutalnie: z wojny różni ludzie próbują czerpać korzyści, podczas gdy cierpienie narodu schodzi na dalszy plan. Nie mówię, że wszyscy są jednakowo odpowiedzialni, bo to byłoby nieuczciwe. Mówię o mechanizmie wojny, który potrafi wciągnąć bardzo wielu graczy i sprawić, że jej zakończenie przestaje być dla wszystkich równie wygodne.

Co dzieje się z ludźmi, kiedy wojna trwa już nie tygodnie czy miesiące, a całe lata, i staje się częścią codzienności? Czy do rakiet, alarmów i śmierci naprawdę można się przyzwyczaić?

Tak. I to jest najgorsze, że człowiek zaczyna się do wojny przyzwyczajać. Na początku każdy alarm jest szokiem, a każdy huk – wydarzeniem. Potem rakieta spada gdzieś dalej i człowiek mówi: tym razem nie tutaj. Następnego dnia sklepy są otwarte, ludzie idą do pracy, dzieci jadą do szkoły. A przecież kilkadziesiąt kilometrów dalej ktoś właśnie stracił dom. Byłem w miejscach po ostrzałach. Widziałem bloki, z których zostały piętra bez okien, miejsca zasypane gruzem, kwiaty leżące pod ruinami. I widziałem coś jeszcze: po kilku dniach ktoś już wstawiał nowe okno. Tak wygląda wojna, kiedy trwa długo. Człowiek nie może codziennie żyć w stanie ostatecznego przerażenia. Musi rano wstać.

Jak z perspektywy katolickiego duchownego ocenia biskup postawę patriarchy moskiewskiego Cyryla wobec wojny? Czy to, co głosi zwierzchnik Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, można jeszcze pogodzić z Ewangelią?

Jest to dla mnie najważniejsze kryterium. Nie pytam najpierw, czy ktoś jest patriarchą, biskupem, księdzem. Pytam, czy to, co mówi, da się pogodzić z Ewangelią. Mamy jednego Chrystusa. Jeżeli więc człowiek Kościoła zaczyna mówić językiem, który usprawiedliwia zabijanie, podbój, przemoc czy narodową wyższość, to chrześcijanin ma prawo, a nawet obowiązek zapytać: czy ja mam iść za tym człowiekiem, czy za Chrystusem? Właśnie dlatego mówię: mamy Chrystusa i mamy Cyryla w Moskwie. I Cyryl mówi co innego niż Chrystus.

Jednym z najbardziej drastycznych elementów rosyjskiej retoryki wojennej jest broń atomowa. Co dzieje się z chrześcijaństwem, kiedy nawet możliwość atomowej zagłady zaczyna otrzymywać religijne uzasadnienie?

Doszliśmy tu do rzeczy naprawdę przerażającej. W rosyjskiej narracji religijno-imperialnej dotyczącej broni atomowej pojawia się sposób myślenia, według którego bomba miałaby zostać użyta do zniszczenia przeciwników, a „nasi”, czyli Rosjanie, którzy przy tej okazji również zginą, mieliby od razu pójść do Nieba. Jeżeli człowiek religii zaczyna w ten sposób mówić o atomowej zagładzie, to ja pytam: gdzie tu jest Chrystus? Bomba atomowa nie pyta człowieka o narodowość. Nie zabija tylko „wroga”. Zabija dziecko, starca, kobietę, żołnierza, człowieka wierzącego i niewierzącego. A jeżeli jeszcze do tego dopisuje się teologię, że własne ofiary pójdą prosto do Nieba, to religia staje się narzędziem wojny. Właśnie to jest dla mnie najbardziej niebezpieczne.

Patriarcha Cyryl u Władimira Putina na Kremlu

Patriarcha Cyryl u Władimira Putina na Kremlu

Foto: kremlin.ru

Dlaczego używa biskup wobec patriarchy Moskwy tak mocnego określenia jak „towarzysz Cyryl”?

Jeżeli kapłan czy biskup prawosławny próbuje coś powiedzieć inaczej niż oficjalna linia i natychmiast spotyka się z konsekwencjami, to trzeba zapytać, komu ten system naprawdę służy. Taki duchowny okazuje się przeciwnikiem nie Chrystusa, tylko „towarzysza Cyryla”. I tak, używam tego słowa świadomie. „Towarzysz” brzmi jak określenie partyjne i właśnie dlatego go używam. Jeżeli lojalność wobec zwierzchnika staje się ważniejsza niż sumienie, to trudno nie zauważyć podobieństwa do mechanizmu politycznego. Zachowania, które obserwujemy, odbieram jako antyludzkie, antypolskie, antychrześcijańskie i antychrystusowe. To jest moja ocena tego systemu, nie każdego rosyjskiego prawosławnego czy każdego duchownego. Wielu ludzi tam żyje pod ogromną presją.

Dla wielu Polaków wojna w Ukrainie rozpoczęła się 24 lutego 2022 r. Jak wygląda to z perspektywy Kościoła na wschodzie kraju, który skutki rosyjskiej agresji odczuwał już osiem lat wcześniej?

Dla Kościoła na wschodzie Ukrainy wojna zaczęła się właśnie w 2014 r. Na Donbasie straciliśmy od razu osiem parafii. Teren został zajęty, księża byli wyrzucani. W niektórych miejscach duchowni jeszcze przez jakiś czas trwali, ale sytuacja stawała się coraz bardziej niemożliwa do wytrzymania. Później dochodziło do aresztowań księży. Byli wśród nich także dwaj greckokatoliccy redemptoryści, którzy zostali zatrzymani i przez bardzo długi czas pozostawali w niewoli. To pokazuje, jak wygląda życie Kościoła na terenie okupowanym. Nie chodzi tylko o to, czy można odprawić mszę. Najpierw trzeba w ogóle przeżyć.

Jak wojna zmieniła rolę księdza i parafii? Co musiał zrobić Kościół, kiedy tysiące ludzi zaczęły opuszczać swoje domy?

Kościół musiał w jednej chwili zmienić swoją pracę. Ksiądz, który wczoraj zajmował się parafią, nagle stawał się człowiekiem od łóżek, żywności, ubrań, transportu i lekarstw. Trzeba było znaleźć miejsce dla tych, którzy uciekli. W seminarium we Lwowie na początku znalazło się około siedmiuset osób, choć budynek nie był przygotowany na taką liczbę ludzi. Trzeba było natychmiast organizować jedzenie i zaopatrzenie. Dużo pomocy przychodziło z Polski. Podobnie było na południu Ukrainy, na Zakarpaciu, właściwie wszędzie tam, dokąd docierali ludzie wypędzeni przez wojnę.

Czy to prawda, że część uchodźców ze wschodniej Ukrainy dopiero po przyjeździe do Polski po raz pierwszy dowiadywała się, czym była zbrodnia wołyńska i co wydarzyło się w 1943 r.?

Tak. Dla Polaka jest to czasem trudne do zrozumienia. U nas Wołyń jest częścią pamięci rodzinnej, narodowej i historycznej. Są rodziny, w których nazwiska zamordowanych przekazywano przez pokolenia. Ale Ukraina nie jest jednolita. Człowiek ze wschodu Ukrainy mógł całe życie mieszkać setki kilometrów od miejsc tych wydarzeń i praktycznie nic o nich nie wiedzieć. W domu się o tym nie mówiło. W szkole często też nie. W sowieckiej narracji historii dla takiej pamięci właściwie nie było miejsca. I nagle ten człowiek ucieka przed wojną do Polski. Tutaj przyjmuje go pod dach Polak, czasem potomek człowieka, który przeżył rzeź wołyńską. To jest niezwykły paradoks historii. Potomek ofiary otwiera drzwi przed człowiekiem, który nawet nie wie, że ta tragedia miała miejsce. I dopiero tutaj zaczyna słuchać. Co wydarzyło się w 1943 r.? Dlaczego Polacy tak o tym mówią? Jakie mordy? Skąd ta pamięć? Ci ludzie ze wschodu dopiero podczas obecnej wojny dowiadywali się o tym, co wydarzyło się na Wołyniu.

Foto: PAP

Jak o tym rozmawiać, aby jednocześnie nie obciążać współczesnych Ukraińców winami poprzednich pokoleń?

Powiedzieć prawdę. Nie krzyczeć, nie upokarzać, nie mówić współczesnemu dwudziestolatkowi z Charkowa, że ponosi osobistą odpowiedzialność za rok 1943. Ale powiedzieć mu, co się stało. Bo bez prawdy nie ma pojednania.

Czy po ponad 80 latach od zbrodni wołyńskiej prawdziwe pojednanie polsko-ukraińskie jest jeszcze możliwe? Co musiałoby się wydarzyć, żeby przestało być jedynie politycznym hasłem?

A jaka jest alternatywa? Następne 100 lat nienawiści? Mamy zostawić to dzieciom? Nie. Ale pojednanie nie może polegać na tym, że jedni pamiętają, a drudzy proszą, żeby już nie pamiętać. Najpierw trzeba znaleźć zmarłych. Potem ich pochować, postawić krzyż, napisać, kto tam leży, jeśli można to ustalić, pozwolić rodzinie przyjechać i się pomodlić. To nie są żądania polityczne. To są najbardziej podstawowe prawa człowieka. Minęło ponad 80 lat. Kiedy ma być ten właściwy czas, jeśli nie teraz? Niech Polacy robią ekshumacje, niech stawiają krzyże, niech rodziny jadą się modlić. A wtedy można powiedzieć „przepraszam”. Z obu stron. Bo Polacy też popełniali zbrodnie odwetowe i za nie także trzeba umieć przeprosić.

Gdzie ksiądz biskup szuka ideowych źródeł tego, co wydarzyło się na Wołyniu? Jaką rolę odegrał skrajny nacjonalizm ukraiński i idee Dmytra Doncowa?

Zbrodnia nie spada z nieba. Najpierw ktoś tworzy ideologię, potem ktoś ją drukuje, ktoś jej uczy, ktoś zaczyna wmawiać młodym ludziom, że „dla narodu” wolno więcej. Trzeba tutaj wrócić do Dmytra Doncowa i jego „Nacjonalizmu” (1926). Tam pojawia się wizja niepodległego państwa ukraińskiego, które ma być państwem narodowo jednorodnym. I tutaj zaczyna się dramat. Bo co zrobić z ludźmi, którzy już tam mieszkają? Z Polakami, Żydami, Czechami, innymi narodowościami? Jeżeli państwo ma być „czyste”, ktoś wcześniej czy później zada pytanie: co zrobić z tymi, którzy do tej czystości nie pasują? I kiedy polityka zaczyna odpowiadać na takie pytanie przemocą, człowiek przestaje być sąsiadem. Staje się przeszkodą.

Czy Kościół greckokatolicki uczciwie rozliczył własną historię z okresu narastania ukraińskiego nacjonalizmu i zbrodni na Polakach?

Kościół również ma obowiązek spojrzeć na swoją historię. Nie można wymagać rachunku sumienia wyłącznie od państwa, wojska czy organizacji politycznej. Duchowni też podejmowali decyzje. Jedni sprzeciwiali się nacjonalizmowi, inni milczeli, jeszcze inni pozwalali, aby religia coraz mocniej splatała się z narodową ideologią. I trzeba to badać bez strachu.

Andrzej Szeptycki (1865–1944) – duchowny greckokatolicki, w latach 1900–1944 arcybiskup metropolita

Andrzej Szeptycki (1865–1944) – duchowny greckokatolicki, w latach 1900–1944 arcybiskup metropolita lwowski i halicki, biskup kamieniecki, Czcigodny sługa Boży Kościoła katolickiego, ukraiński polityk oraz uczestnik ukraińskiego ruchu narodowego i niepodległościowego. Wnuk Aleksandra Fredry

Foto: NAC

Jak ksiądz biskup ocenia postać metropolity Andrzeja Szeptyckiego (1865–1944), którego droga do wyniesienia na ołtarze budzi w Polsce emocje? Czy jego postawa wobec ukraińskiego nacjonalizmu powinna być jednym z zasadniczych elementów oceny jego życia?

Dobrze, że pan o to pyta. Jego postać jest skomplikowana. I właśnie dlatego nie można budować prostego obrazu świętego z kilku wybranych epizodów. Jeżeli Kościół bada życie człowieka, musi badać całe życie, także momenty trudne, jego stosunek do nacjonalizmu, jego słowa i milczenie w odpowiednich momentach. Nie chodzi o łatwe potępienie. Chodzi o prawdę.

Czytaj więcej

Prawica powróciła do wczesnego Dmowskiego. Nie odrobiła lekcji rodziny Szeptyckich

Zupełnie inną postawę wobec nacjonalizmu prezentował błogosławiony bp Grzegorz Chomyszyn (1867–1945). Dlaczego jego ostrzeżenia są tak istotne również z dzisiejszej perspektywy?

Bo to jest niezwykle ciekawa postać. Chomyszyn rozumiał niebezpieczeństwo, które rodzi się wtedy, kiedy naród zaczyna zajmować miejsce religii. Ostrzegał przed radykalizmem. Uważał, że błędna polityka może doprowadzić nawet do zerwania jedności z Rzymem. Można się spierać o jego diagnozy, ale nie można mu odmówić jednego: widział, że nacjonalizm może wejść do Kościoła i zacząć go zmieniać od środka. To jest aktualne także dzisiaj. Naród jest ważny, ojczyzna jest ważna, język jest ważny, ale dla chrześcijanina żaden naród nie jest Bogiem.

Grzegorz Chomyszyn (1867; zm. 28 grudnia 1945 r. w więzieniu NKWD w Kijowie) – greckokatolicki bisku

Grzegorz Chomyszyn (1867; zm. 28 grudnia 1945 r. w więzieniu NKWD w Kijowie) – greckokatolicki biskup stanisławowski. Błogosławiony Kościoła katolickiego, męczennik

Foto: NAC

Jak dzisiaj wyglądają relacje Kościoła rzymskokatolickiego z grekokatolikami na Ukrainie? Czy wspólna wiara rzeczywiście oznacza bliską współpracę obu Kościołów?

Ktoś z zewnątrz myśli: przecież wszyscy jesteście katolikami. No właśnie. Jesteśmy. A jednak na zachodzie Ukrainy ta współpraca bywała bardzo słaba i mówię to z doświadczenia. Na wschodzie Ukrainy było nieraz zupełnie inaczej. Z grekokatolikami żyliśmy bardzo dobrze. Spotykaliśmy się, chodziliśmy do siebie, duchowni się znali, była normalna współpraca. A na zachodzie pojawiało się coś, czego czasem nie potrafiłem zrozumieć. I bywało, że relacje z prawosławnymi były prostsze niż z innymi katolikami. To jest bolesne. Ale zamiast robić z tego publiczną wojnę, trzeba robić swoje. Jak mówił kardynał Marian Jaworski: „katechizuj, remontuj, buduj, idź do ludzi”. Kościół nie rozwija się od obrażania innych. Rozwija się od pracy.

Jakiej konkretnej postawy oczekuje biskup od Kościoła greckokatolickiego w sprawie Wołynia? Czy po tylu dziesięcioleciach można jeszcze odpowiadać rodzinom ofiar: „jeszcze nie czas”?

Kościół ma tutaj szczególną rolę do odegrania i odpowiedzialność, bo politycy często będą kalkulować. Kościół nie powinien. Mówię: trzeba zacząć. Trzeba przestać mówić „jeszcze nie czas”, ponieważ ten czas już minął. Jeżeli Kościół ma odwagę mówić o przebaczeniu, musi także mieć odwagę mówić o winie. Jeżeli uczy o godności zmarłego, musi domagać się, żeby człowiek wyciągnięty z bezimiennego dołu dostał grób. Jeżeli mówi o pojednaniu, nie może go sprowadzać do dyplomatycznego komunikatu. Potrzebny jest konkret: ekshumacja, nazwisko, krzyż, modlitwa, przeprosiny. Dopiero potem można iść dalej.

Kościół rzymskokatolicki bywa na Ukrainie utożsamiany wyłącznie z Polakami. Jak głęboko w rzeczywistości sięgają jego korzenie na tych ziemiach i jak wyglądało jego odrodzenie po upadku Związku Radzieckiego?

Odpowiem żartem: chyba zrzucili nas ze spadochronu. Przecież Kościół rzymskokatolicki jest na tych ziemiach od stuleci. Metropolia halicka, potem lwowska, stare diecezje w Kamieńcu Podolskim, Żytomierzu, obecność na południu i wschodzie. Potem przyszli komuniści. Kościoły zamykano, część wysadzono, świątynie przerabiano też na magazyny i sale sportowe, duchownych usuwano. I kiedy w 1991 r. upadł Związek Radziecki, nagle okazało się, że ludzie wciąż chcą Kościoła. Z Charkowa jechali ok. 700 km do Żytomierza, żeby znaleźć biskupa i prosić o księdza. To jest obraz odrodzenia religii po komunizmie: nie wielkie deklaracje, tylko człowiek, który jedzie setki kilometrów, bo chce mieć mszę.

Czy wraz z odrodzeniem Kościoła trzeba było również odejść od przekonania, że katolicyzm obrządku łacińskiego na Ukrainie musi oznaczać polskość i język polski?

Tak. Kiedyś rzymski katolik na tych terenach bardzo często oznaczał Polaka. Ale potem Polaków wymordowano, wywieziono, wysiedlono albo sami wyjechali. Niewielu zostało. Starsza babcia mówi po polsku, jej wnuk już nie. I teraz można zrobić dwie rzeczy. Można powiedzieć: msza zawsze była po polsku i tak zostanie. A po 20 latach mieć piękny kościół i pustą ławkę. Albo można zrozumieć, że Kościół nie jest muzeum języka. Na wschodzie były parafie, gdzie msze odprawiano po ukraińsku, rosyjsku, a nawet wietnamsku. Przyjeżdżali księża z różnych krajów. I nikt nie miał problemu. Bo Kościół powszechny powinien właśnie taki być. Człowiek ma przyjść do Boga, a nie zdawać egzamin z narodowości.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Wołodymyr Zełenski wpadł w pułapkę historii UPA

Czy jednym z polskich błędów w myśleniu o Ukrainie nie jest traktowanie całego kraju jak jednolitej wspólnoty historycznej, językowej i politycznej?

Oczywiście. Zakarpacie jest inne, ale też inne są: Lwów, Wołyń, Kijów, Donbas czy Odessa. Są miejsca bardziej ukraińskojęzyczne, są rosyjskojęzyczne. Są regiony z pamięcią dawnej Polski i są takie, gdzie człowiek przez całe życie prawie z Polską się nie stykał. Potem my w Polsce pytamy: „Dlaczego Ukraińcy tego nie wiedzą?”. Którzy Ukraińcy? Człowiek ze Lwowa i człowiek z Charkowa mogą mieć zupełnie inne doświadczenie historii. Dlatego tak ważne jest, żeby nie budować pojednania między dwoma abstrakcyjnymi narodami. Pojednanie budują konkretni ludzie.

Miliony Ukraińców po 2022 roku zetknęły się z Polakami w sposób, jakiego wcześniej nie było. Czy to doświadczenie, mimo całego dramatu wojny, może w przyszłości pomóc w prawdziwym pojednaniu obu narodów?

Może. Bo nastąpiło spotkanie ludzi, którzy wcześniej się nie znali. Polak zobaczył ukraińską matkę z dzieckiem, która uciekła przed rakietami. Ukrainiec zobaczył Polaka, który oddał mu pokój w swoim domu. A potem zaczęła się rozmowa. I w tej rozmowie może pojawić się także Wołyń. To jest trudne, ale może być oczyszczające. Nie chodzi o to, żeby powiedzieć człowiekowi: „Przyjąłem cię, więc teraz odpowiadaj za swoich przodków”. To byłoby niemoralne. Chodzi o coś odwrotnego: „Przyjąłem cię, bo jesteś człowiekiem. A skoro jesteśmy już przy jednym stole, mogę ci opowiedzieć, dlaczego grób mojego dziadka jest dla mnie ważny. I może ty pierwszy raz mnie wysłuchasz”.

Jaka jest więc najważniejsza rola Kościoła w Ukrainie ogarniętej wojną i w relacjach polsko-ukraińskich? Gdzie przebiega granica między miłością do własnego narodu a nacjonalizmem, który zaczyna wypierać Ewangelię?

Od czegoś trzeba zacząć. W polityce zawsze będzie interes, w historii zawsze będzie spór, narody zawsze będą pamiętać własne cierpienie trochę mocniej niż cierpienie drugiej strony. Dlatego potrzebny jest jeszcze Kościół, ale taki, który nie stawia narodu przed Chrystusem. Nie Kościół Cyryla, który sakralizuje imperialną politykę. Nie Kościół, który mówi o bombie atomowej i buduje wokół niej metafizykę zbawienia. Nie Kościół, który odpowiada na groby: jeszcze nie czas. Tylko Kościół, który potrafi stanąć między dwoma narodami i powiedzieć: tu leży człowiek. Najpierw go pochowajmy. Potem nazwijmy zło. Potem przeprośmy. Potem spróbujmy przebaczyć. Bo jeżeli tego nie zrobimy, będziemy przekazywali konflikt następnym pokoleniom jak rodzinny testament. A nie wolno przekazywać dzieciom wojny.