Pomnik znajduje się na dziedzińcu barokowego Pałacu Czapskich, w którym mieści się główna siedziba warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. To nieco rozświetla trop zagadki „jeźdźca na koniu”, prowadzi on jednak przez renesansową postać Andrei del Verrocchia i meandryczne losy splatające Polskę z... Niemcami.
Jak wyglądała rozdrobniona politycznie Italia w czasach kondotierów
Aby dowiedzieć się więcej, trzeba cofnąć się do XV w. na teren tzw. włoskiego buta. Wtedy Italia przedstawiała mozaikę państw, ciasno ściśniętych na Półwyspie Apenińskim. Im bardziej ku górze, tym ciaśniej. Ton nadawała wielka piątka: Florencja, Mediolan, Wenecja, kościelne państwo papieży z Rzymem oraz Królestwo Neapolu. Panoramę polityczną uzupełniały mikro-księstewka jak Urbino, Ferrara czy Mantua, oraz republiki: Genua, Sienna i Lukka. Wszystkie one rywalizowały ze sobą na śmierć i życie. Większe starały się podporządkować sobie te mniejsze.
Pomnik Bartolomea Colleoniego (kopia) na placu Lotników w Szczecinie
Zdrady, spiski i skrytobójcze mordy były na porządku dziennym. Ale ani Mediolan, ani Wenecja czy Florencja nie zdołały osiągnąć hegemonii. Ich armie były zbyt małe. By pobić konkurencję, należało sięgnąć po wojska zaciężne. Tak powstał rynek usług komercyjnych kondotierów. Nie zawsze wyłącznie po to, by skorzystać z oferty na własne potrzeby militarne. Kondotierów zatrudniano, by zapobiec ich potencjalnym atakom na bezbronne miasta. Jeśli bowiem ci stawali się bezrobotni, zamieniali się w najzwyklejszych hersztów band. Wymuszali okupy, by w ten sposób zapewnić żołd swoim żołnierzom. I łupili, kogo podpadnie.
Okrucieństwo i pragmatyzm w życiu najsłynniejszych kondotierów renesansu
Kondotierzy byli kimś więcej niż wodzami wojskowymi. Przypominali raczej przedsiębiorców wojennych. Rekrutowali żołnierzy, kupowali konie, zapewniali uzbrojenie. Nie kierowali się szczytnymi ideałami, a czystą pragmatyką. Unikali ryzykownych bitew, jeśli sukces zapewniały długotrwałe oblężenia lub negocjacje. Ich celem było osiągnięcie profitów i sławy. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, sięgali po władzę. Jak np. Sforzowie w Mediolanie.
Francesco Sforza (1401–1466) przez wiele lat pracował na ten triumf. Usługi kondotiera zaoferował mediolańskiemu księciu Filipowi Viscontiemu, o którym wiedział, że niczego innego nie pragnął, jak tylko opanowania całych Włoch. W 1431 r. Sforza ożenił się z 14-letnią, nieślubną córką Viscontiego (małżeństwo zostało skonsumowane dopiero dekadę później), by po śmierci księcia (1447), opromieniony sławą zwycięscy w wielu bitwach, przejąć po nim schedę jako pierwszy władca Mediolanu z dynastii Sforzów (w latach 1450–1466).
Czytaj więcej
35 lat temu Polska i Niemcy zawarły bezprecedensowy traktat o przyjaźni – krok milowy w nowoczesnej współpracy między państwami. Jak go dziś uaktua...
Inny kondotier – Sigismondo Malatesta (1417–1468), zwany „wilkiem z Rimini” – był równie bezwzględny i gwałtowny na polu bitwy, jak w czterech ścianach domu. Przekonała się o tym jego 21-letnia małżonka, którą udusił poduszką, kiedy w oko wpadła mu jej ponętna dwórka.
Największym nimbem chwały w bijatykach na Półwyspie Apenińskim szczycił się Bartolomeo Colleoni (1400–1475), od młodości zawadiaka i awanturnik, długo prowadził życie rozbójnika. Aż Wenecja i Mediolan wznowiły działania wojenne, a on walczył to dla jednej, to dla drugiej strony. Wśród licznej konkurencji w swojej profesji szybko okrzyknięty został numerem jeden. Przez większą część życia walczył na usługach Wenecji. Rzadko wygrywał krwawe bitwy, częściej przeprowadzał sprytne manewry rozbijające armie przeciwnika w proch i pył. Jako jeden z pierwszych sięgnął po artylerię, na odległość kładącą trupem przeciwnika. Zdyscyplinowany na polu walki pozostał taki sam na ścieżce życia, choć los nie szczędził mu upokorzeń.
Colleoni nie wydawał zarobionych pieniędzy na hulanki, tylko inwestował. Tak nabywał kolejne zamki i ziemię. Zanim zszedł z tego świata, opływał w bogactwa. A jako dożywotni generał Republiki Weneckiej zażądał od jej władców pośmiertnego uwiecznienia – pomnika konnego.
Donatello jako pierwszy rozwiązał problem konnego pomnika w brązie
Epoka kondotierów lubowała się w upamiętnianiu tych okrutnych herosów na obrazach, rycinach lub rzeźbach. Ale wzniesienie im pomnika konnego przydawało ich imieniu największej chwały. Od technicznej strony z niełatwym przedsięwzięciem pomnika konnego mierzyli się artyści renesansu. Technikę, po którą sięgnęli, tzw. odlew traconego wosku (La fusione a cera persa), znano już w starożytności. Metoda ta składała się z etapów. Najpierw z wosku tworzono model, następnie oblewano go tzw. masą formierską, która po zastygnięciu tworzyła twardą skorupę. Formę podgrzewano, aby roztopiony wosk wypłynął. I dopiero w kolejnym kroku formę wypełniano lanym brązem. Gdy metal zastygł, usuwano formę i otrzymywano odlew.
W przypadku monumentu konnego największe wyzwanie polegało na utrzymaniu tonażu konia z jeźdźcem, opierającego się na czterech smukłych końskich nogach. Pionierski pomnik tego typu odlał ok. 1453 r. Donatello (1386–1466) – chodzi o monument Gattamelaty (Erasmo de′Narni, 1370–1443, zwany Gattamelatą), który stanął na centralnym placu w Padwie (Piazza del Santo). Rzeźbiarz o nieśmiertelnej sławie uwiecznił kondotiera – młodego, w pełni sił, zahartowanego w walce; jako pewny siebie wódz w prawej ręce trzyma buławę, co dodało jego postaci heroizmu.
Zagadka, dlaczego Leonardo da Vinci nie dokończył własnego pomnika konnego
Florencki uczeń Donatella – Andrea del Verrocchio (1435–1488) – postanowił przyćmić dokonanie swojego mistrza. Od końca lat 70. XV w. aż do swojej śmierci, niemal więc przez dekadę, pracował wyłącznie nad projektem pomnika konnego Colleoniego.
Postać kondotiera odchylił do tyłu, jego głowę lekko podniósł, a przednią lewą nogę konia uniósł w powietrze. Ten bezprecedensowy pod względem technicznym zabieg (koń Donatella szedł spokojnie na czterech nogach, mając kontakt z podłożem) dodał kompozycji dynamiki i żywotności. Jeśli Donatello stworzył zrelaksowanego jeźdźca na swoim potężnym koniu, to Verrocchio oddał napięcie i energię dowódcy wojskowego w mistrzowskiej formie. Swój woskowy model ukończył w 1488 r. i przygotowywał się do odlewu w brązie. Wtedy jednak dopadła go śmierć. Odlew po kilku latach wykonał jego uczeń (1496). Ale jedną z fascynujących zagadek, które skrywa historia sztuki, zamyka się w pytaniu: dlaczego posągu mistrza nie ukończył jego najbardziej znany uczeń – Leonardo da Vinci (1450–1519)? Praktykując u Verrocchia, Leonardo zetknął się z jego techniką. A co jeszcze bardziej zdumiewające – sam zmierzył się z wyzwaniem stworzenia monumentalnego pomnika konnego Francesca Sforzy. Niestety, nigdy go nie ukończył.
Czytaj więcej
Kiedy się urodził, żył jeszcze Lenin. W dobie zimnej wojny jako ucieleśnienie politycznego realizmu rozdawał karty na międzynarodowej scenie polity...
Colleoni życzył sobie, by jego pomnik konny stanął w sakralnym i politycznym sercu republiki – na placu św. Marka. Impertynenckie życzenie – w końcu chodziło o kondotiera – spełniono połowicznie. Kto dzisiaj przedrze się przez kręte uliczki Wenecji i dojdzie placu San Giovanni e Paolo, gdzie wznosi się monumentalny kościół dominikanów z grobami weneckich dożów, stanie twarzą w twarz z dziełem Verrocchia. Ciemny metal pobłyskuje w promieniach Słońca, a stworzona przez artystę postać wzorcowo ucieleśnia ideał renesansowego kondotiera. Drapieżność jego spojrzenia, dumna postawa i bezkresna odwaga idą w parze z elegancją konia, który z lekkością dźwiga jeźdźca na swoim grzbiecie.
Powojenna wędrówka pomnika z „ziem odzyskanych” do zniszczonej Warszawy
Przed wybuchem I wojny światowej w pruskim mieście Szczecinie z pompą otworzono muzeum sztuki antycznej (Stadtmuseum, 1913). Zainteresowanie starożytnością ogarnęło wtedy całą Europę, co wiązało się z serią naukowych odkryć związanych z cywilizacjami Egiptu, Grecji i Rzymu. Na tej kanwie imponująca wystawa w Szczecinie objęła prawie setkę eksponatów – w większości antycznych rzeźb. Za przedsięwzięciem stał Heinrich Dohrn (1838–1913) – poseł do Reichstagu, przemysłowiec, zoolog, właściciel plantacji tytoniu na Sumatrze i wielki pasjonat sztuki. Z jego inspiracji antyczną kolekcję muzeum uzupełniono zbiorem kopii renesansowych posągów. Tuż przed swoją śmiercią Dohrn namówił obracającego się w arystokratycznym towarzystwie szczecińskiego przemysłowca Alberta E. Töpfera, aby sfinansował dwie kopie: pomnika konnego Colleoniego oraz marmurowej rzeźby Mojżesza dłuta Michała Anioła. Pierwsze z tych dzieł stanęło pod dachem muzeum. I przetrwało zawieruchę obu wojen światowych.
Czytaj więcej
Położona na północy Włoch stolica regionu Emilia-Romania szczyci się posiadaniem najstarszej w Europie uczelni wyższej. Wyróżnia się także niezwykł...
Kiedy jednak „tysiącletnia” III Rzesza Hitlera runęła pod gruzami Berlina (1945), a konferencja pokojowa w Poczdamie przesunęła granice Polski ze wschodu na zachód, Szczecin znalazł się w granicach Polski Ludowej. A skoro Warszawa wyszła z wojny kompletnie zniszczona, podczas gdy rządzący w Warszawie synowie Marksa wezwali cały naród, żeby „odbudowywał swoją stolicę”, to wiele miast, a zwłaszcza z tzw. ziem odzyskanych, swoje historyczne pomniki musiało przekazywać ogołoconej przez Niemców Warszawie, by te ozdobiły nowo wznoszone arterie socjalistycznej stolicy. W ten sposób nienaruszony podczas wojny szczeciński pomnik Colleoniego pocięto na kawałki i przetransportowano do Warszawy (15 stycznia 1948 r.). Przez cały okres PRL stał na dziedzińcu warszawskiej ASP przy Krakowskim Przedmieściu. Aż po transformacji ustrojowej (1989/90) miasta z prowincji, z nową świadomością swojej regionalnej historii, zażądały od Warszawy zwrotu ich własności. W tym szeregu maszerował także Szczecin. Żądania powrotu pomnika nad Odrę wspierano argumentem jubileuszu 750-lecia istnienia miasta. Stolica nie dawała za wygraną i sprawa trafiła do sądu. Po długotrwałym procesie sąd podjął salomonową decyzję: pomnik kondotiera powrócił do Szczecina (2002). Podczas ponownego odsłonięcia w prestiżowym miejscu miasta, na placu Lotników, przemówienie wygłosił potomek rodu Colleonich.
Aby jednak dziedziniec przed Pałacem Czapskich w Warszawie nie świecił pustką, sąd zobowiązał włodarzy Szczecina do wykonania kopii. W ten sposób stoją dziś trzy pomniki włoskiego kondotiera: oryginał w Wenecji oraz kopie w Szczecinie i Warszawie.