Kilka dni wcześniej Hitler oświadczył w obecności najwyższych dygnitarzy Wehrmachtu: „Aby wywołać tę wojnę, znajdę ważny powód, który będzie mogła wykorzystać propaganda. Nieważne przy tym, czy powód ten będzie prawdopodobny, czy nie”. Istotnie, nie był prawdopodobny: przebrani w mundury armii polskiej ludzie Naujocksa wpadli do stacji, ogłuszyli dwóch techników i odczytali przez radio po niemiecku zawczasu przygotowane, szyte grubymi nićmi prowokacyjne oświadczenie: „Przywódcy niemieccy pchają Europę do wojny. Pokojowa Polska jest zagrożona. Hitler musi zostać usunięty za wszelką cenę. Gdańsk jest polski”. Następnego ranka, 1 września, pod pretekstem reakcji na ten sfabrykowany graniczny incydent, o godzinie 4.45 armia niemiecka wkroczyła do Polski. A o 10.00 Hitler tłumaczył się w Reichstagu: „Moja cierpliwość była na wyczerpaniu. Incydent w Gleiwitz był kroplą, która przepełniła czarę. Trzeba Polakom dać lekcję”. Dwa dni później Europa była już w stanie wojny.
Powołanie brytyjskich komandosów
Choć komanda były w tym czasie dodatkowym narzędziem w dyspozycji najsilniejszej armii, w pierwszych latach konfliktu stanowiły przede wszystkim instrument słabych. Było tak w wypadku Wielkiej Brytanii, osaczonej i zmuszonej do ograniczenia działań zbrojnych po upadku Francji w 1940 roku. Churchill, zostawszy w maju premierem, uznał, że najważniejsza dla narodu jest postawa ofensywna. „Należy wyplenić z naszych umysłów przekonanie, że porty Kanału i cały leżący między nimi region należą do wrogiego terytorium”, napisał 6 czerwca do generała Ismaya, szefa swego wojskowego gabinetu. Jakim sposobem to osiągnąć? „Trzeba przygotować ekspedycje specjalnie wyćwiczonych oddziałów, w rodzaju freikorpsów, zdolnych zaprowadzić na tych wybrzeżach terror i posłusznych przede wszystkim regułom taktyki «zabij i uciekaj»”.
Czytaj więcej
Co łączyło pułkownika barona Arnolda von Lücknera, André Lucknera, Jacques’a Fourdana, Jerzego Wi...
W ten sposób narodził się akt powołania brytyjskich komandosów. Skąd się wzięła ta dziwna nazwa? Prawdopodobnie z czasów wojen burskich (1899–1902), podczas których oddziały Afrykanerów walczyły przeciwko Anglikom. „Taktyka komanda polegała na zadawaniu siłom brytyjskim lekkich uderzeń i znikaniu na sawannie, nim wróg zdąży zareagować”. Uderzyć i uciec: oto, co mieli robić brytyjscy komandosi.
Jednak do „zaprowadzenia terroru” u wroga, jak sobie życzył Churchill, było jeszcze daleko. Pierwsze rajdy (pod Boulogne i Touquet 23 czerwca 1940 r. oraz na Guernesey 14 lipca), naznaczone amatorszczyzną i improwizacją, przeprowadzone na mało znaczące cele, przyniosły znikome rezultaty. Bardzo szybko patron komandosów sir Roger Keyes skonstatował: północne francuskie wybrzeże jest na razie niedostępne i lepiej skierować nasze wysiłki w stronę peryferyjnych teatrów działań wojennych, jak Skandynawia i rejon Morza Śródziemnego.