Andrew Johnson: krawiec, który został prezydentem

Historia Andrew Johnsona, 17. prezydenta Stanów Zjednoczonych, jest niezwykle inspirująca. Dzięki niebywałemu uporowi sam zdobył wykształcenie i wbrew przeciwnościom losu został najważniejszą osobą w Ameryce.

Aktualizacja: 03.06.2018 09:57 Publikacja: 03.06.2018 00:01

Karykatura przedstawiająca Lincolna i Johnsona, który próbuje „zszyć” podzieloną Unię

Karykatura przedstawiająca Lincolna i Johnsona, który próbuje „zszyć” podzieloną Unię

Foto: Wikipedia

To prawdziwie amerykańska historia – od skromnego krawca z Tennessee do prezydenta Stanów Zjednoczonych. Andrew Johnson był jedynym prezydentem USA, który nigdy nie chodził do szkoły. Z tego powodu nie umiał czytać i pisać aż do 18. roku życia. Jakże często, pisząc o Amerykanach, podkreślałem, że większość ich przywódców wywodziła się z biednych rodzin pogranicza. Jednak w przypadku rodziny Andrew Johnsona nie można nawet mówić o ubóstwie tylko o skrajnej nędzy. Jego ojciec, Jacob Johnson (ur. 1779 r.), był człowiekiem niepiśmiennym i ledwo wiązał koniec z końcem, parając się różnymi zajęciami. Imał się prac sezonowych na roli, był portierem w hotelu lub policjantem. Chociaż był biednym człowiekiem, miał szlachetny charakter, czego dowodzi fakt, że stracił życie podczas próby ratowania tonącego człowieka.

Dzieciństwo naznaczone biedą

Andrew miał zaledwie trzy latka, kiedy w 1812 r. zrozpaczona matka, Mary McDonough Johnson, powiedziała mu o śmierci ojca. Wdowy Johnson nie było stać na posyłanie syna do szkoły. Nie miała też środków na jego utrzymanie. Z tego powodu, kiedy Andrew miał dziesięć lat, został oddany pod opiekę krawca Jamesa J. Shelby'ego, który miał go nauczyć fachu krawieckiego. Pan Shelby trzymał swoich czeladników w żelaznej dyscyplinie. Miał jednak godny uznania zwyczaj, że podczas pracy wykonywanej w ciszy ktoś zawsze czytał na głos książkę lub gazetę. Dzięki temu Andrew Johnson miał okazję dowiedzieć się czegoś o świecie i poznać kilka dzieł literatury światowej. Chłopak zostałby zapewne w warsztacie pana Shelby'ego jeszcze przez długie lata, ale w wieku 16 lat podczas zabawy wybił pewnej kobiecie szybę w oknie. O surowych obyczajach tamtej epoki świadczy fakt, że z obawy przed karą uciekł z Karoliny Północnej aż do miasteczka Laurens w Karolinie Południowej, gdzie jakoś egzystował przez kolejne dwa lata. Dopiero zdesperowany brakiem pracy i środków do życia postanowił powrócić do warsztatu pana Shelby'ego, aby poprosić go o ponowne przyjęcie do grupy czeladników. Shelby zgodził się na powrót Johnsona do pracy, ale pod warunkiem, że chłopak wpłaci depozyt zabezpieczający pracodawcę przed konsekwencjami ponownej ucieczki czeladnika. Niemający grosza przy duszy Johnson musiał poszukać innego zajęcia. Dla ludzi jego pokroju, nieposiadających nic prócz własnych mięśni i ambicji, jedyną nadzieją był rejon pogranicza, który oferował przygodę i szansę na wzbogacenie.

We wrześniu 1826 r. Andrew przekonał matkę do wyjazdu z Karoliny Północnej do „dzikiej" krainy Tennessee. Johnsonowie osiedli w liczącej 700 mieszkańców górskiej osadzie Greenville we wschodniej części stanu Tennessee. 18-letni Andrew otworzył tu własny warsztat krawiecki. Wkrótce poślubił młodszą o dwa lata Elizę McCardle, córkę szkockiego szewca Johna McCardle'a i jego żony Sarah. Eliza nie mogła zaakceptować, że jej mąż jest analfabetą. W każdej wolnej chwili czytała mu książki. Była tak zdesperowana, że wynajęła nawet nauczyciela, który za całkiem sporą opłatą 50 centów dziennie uczył pana Johnsona sztuki czytania i pisania. Szczęśliwie ziarno wiedzy padło na podatny grunt. Wrodzona inteligencja i ciekawość świata sprawiły, że przyszły prezydent USA nie tylko błyskawicznie nauczył się czytać, ale od tej pory zaczął pochłaniać ogromne ilości książek, wśród których szczególnie pasjonowały go przemówienia wybitnych postaci historycznych.

Przede wszystkim jednak Andrew Johnson był krawcem i tylko z tym zawodem wiązał swoją przyszłość. Jego warsztat znajdował się przy głównej ulicy miasta Greenville, dzięki czemu nie narzekał na brak klientów. Zawieszony nad sklepem szyld z napisem „A. Johnson – krawiec" nigdy nie został zdjęty. Dzisiaj stanowi jedną z ciekawostek historycznych tego niewielkiego miasta.

Wiejski Demostenes

Bieda, której Johnson zaznał w młodości, odcisnęła piętno na jego poglądach. Dzisiaj nazwalibyśmy je mieszkanką radykalizmu, socjalizmu z domieszką anarchizmu. Johnson szczerze nienawidził bowiem ludzi bogatych. Mimo że sam w pewnym momencie życia stał się człowiekiem zamożnym i należącym do elity politycznej kraju, demonstracyjne gardził establishmentem i arystokracją. Celowo używam tu pojęcia „arystokracja" w odniesieniu do wielkich amerykańskich rodów plantatorskich. Ich latyfundia były bowiem często większe niż największe majątki arystokracji europejskiej. Ich niewolnicy niczym nie różnili się od feudalnych chłopów z epoki późnego średniowiecza, a pogarda dla życia ludzkiego stawiała ich na równi ze zwyrodnialcami zamieszkującymi europejskie zamki i pałace.

Andrew Johnson czuł się zaś przede wszystkim uczciwym amerykańskim rzemieślnikiem, który wszystko zawdzięcza swojej ciężkiej pracy. Umiejętność czytania i pisania, którą nabył już jako dorosły człowiek, sprawiała mu wiele radości i satysfakcji. Otwierała także drogę do wiedzy o świecie i własnym kraju. Niezależność finansowa, którą zdobył dzięki prowadzeniu własnego warsztatu krawieckiego, pozwoliła mu stopniowo zainteresować się życiem publicznym i wejść w skomplikowane układy polityczne. W 1828 r. poznał Sama Milligana z Greenville College, który nauczył go sztuki przemawiania na wiecach politycznych. Milligan miał w przyszłości zostać jednym z najbardziej szanowanych prawników stanowych i sędzią Sądu Najwyższego stanu Tennessee.

W 1829 r. Milligan przekonał Johnsona, żeby stworzyć partię opozycyjną do grupy rządzącej miastem Greenville. Pomysł okazał się wielkim sukcesem. Johnson zdobył popularność wśród mieszkańców miasta i w 1830 r. został wybrany na burmistrza. Mimo że wygrał trzy kolejne jednoroczne kadencje, nadal pracował jako krawiec, łącząc to zajęcie ze swoimi nowymi obowiązkami. Większość sesji rady miasta odbywała się w jego zakładzie. Jak donosiła lokalna gazeta, „pan burmistrz interesował się sprawami remontu drogi głównej, szyjąc w międzyczasie czyjąś koszulę". Być może dlatego wkrótce stał się sławny na cały kraj i zyskał przydomek „wiejski Demostenes".

Burmistrz i krawiec w jednym był uwielbiany przez mieszkańców Greenville do tego stopnia, że kiedy przyszło wyznaczyć kandydata miasta do legislatury stanowej Tennessee, pan Johnson musiał jedynie wpisać na liście własne nazwisko, ponieważ nikt nie chciał stanąć z nim w szranki wyborcze. Mając 27 lat, przybył po raz pierwszy na posiedzenie legislatury stanowej w Nashville, w której miał zasiadać przez kolejne dwie kadencje. Z początku krawiec z Greenville stanowił kuriozum dla śmietanki towarzyskiej Nashville, jednak z czasem podbił serca partyjnych kolegów, którzy dostrzegli w nim wielki potencjał polityczny.

Minęło zaledwie 16 lat od czasu, kiedy bez grosza przy duszy przybył z matką do Greenville, a już stał się jedną z najważniejszych osobowości Partii Demokratycznej w Tennessee. W 1840 r. niezwykle elokwentnie i skutecznie poprowadził kampanię wyborczą Martina Van Burena w tym stanie i został wybrany na jego elektora. Za aktywną pracę na rzecz wyboru ósmego prezydenta USA został nagrodzony przez swoją partię kandydaturą do stanowego senatu, gdzie zasłynął z dość nowatorskich koncepcji rozwoju stanowej infrastruktury. Johnson głęboko wierzył, że należy stworzyć system równego podziału środków publicznych na budowę dróg, mostów i budynków użyteczności publicznej. Był zdecydowanym zwolennikiem polityki prospołecznej, czym zjednał sobie wyborców. Nagrodą za ciężką pracę był wybór na przedstawiciela stanu Tennessee w Izbie Reprezentantów amerykańskiego Kongresu, gdzie zasiadał przez kolejne dziesięć lat.

Ulubieniec wyborców i wróg elit

Andrew Johnson był człowiekiem wiernym swoim korzeniom. Czasami przejawiało się to w dość dziwny sposób. Brakowało mu ogłady i elegancji, bez której w Waszyngtonie życie było bardzo trudne. Johnson wydawał się tym w ogóle nie przejmować. Bogatych i przemądrzałych członków socjety amerykańskiej stolicy traktował z nieukrywaną pogardą. Nie krył też obrzydzenia wobec przesadnego luksusu. Sam zawsze zachowywał obsesyjny umiar, czego przejawem było mieszkanie w tanim i wynajętym pokoju czynszowym, ubieranie się w niedrogi, prowincjonalny w kroju, czarny garnitur oraz omijanie drogich restauracji. Nie wydawał pieniędzy, których miał już wówczas całkiem sporo, ale za to nieustannie inwestował w swoją wiedzę. Większość czasu poza obradami spędzał nad książkami, studiując wszystko, co mu wpadło w ręce – od pism pisarzy starożytnych po współczesne mu statystyki, którymi mistrzowsko posługiwał się w debacie publicznej.

Był człowiekiem na tyle bogatym, że mógł sobie pozwolić na zakup niewolników, mimo że miał mieszany stosunek do systemu niewolniczego. Należy pamiętać, że niewolnicy byli „towarem" luksusowym. Niektóre źródła podają, że niewolnik kosztował od 300 do kilku tysięcy dolarów (obecnie równowartość od 5 tys. do 100 tys. dolarów). Tylko najzamożniejsi Amerykanie z Południa mogli kupić niewolników. Ci, którzy mieli ich więcej niż stu, stanowili zaledwie 0,1 proc. białej populacji. Johnson był południowcem i myślał jak południowiec. Jego poglądy na niewolnictwo zaczęły się zmieniać dopiero pod wpływem narastającego sporu między abolicjonistami a zwolennikami niewolnictwa. Kiedy wybuchła wojna secesyjna, opowiedział się za zniesieniem niewolnictwa, choć bez nadawania praw obywatelskich Murzynom. Za opowiedzenie się po stronie Unii rząd Konfederacji skonfiskował mu niewolników.

Bardziej od sporów abolicjonistycznych interesowały go sprawy socjalne i walka z biedą wśród białej ludności. Kiedy w Kongresie dochodziło do debat na temat ubóstwa w społeczeństwie amerykańskim, w Johnsonie budził się lew. Był wybuchowy, niepohamowany, nie przebierał w słowach i zachowywał się w sposób, który jego otoczenie nazywało „niegodnym pozycji kongresmena USA". Trudno się temu jednak dziwić. Poznał biedę w jej najbardziej skrajnej postaci i szczerze pragnął, żeby na zawsze zniknęła.

Wzburzony krawiec z Tennessee stał się obiektem kpin waszyngtońskiej elity. Podczas jednej z debat na temat zasadności dopłat dla Akademii Wojskowej w West Point kongresmen Jefferson Davies, przyszły prezydent zbuntowanego Południa, pytał publicznie: „Czy jakiś krawiec lub kowal naprawdę rozumie potrzeby kraju?". Nieporuszony tą uwagą Johnson odpowiedział ze stoickim spokojem: „Sir, chcę panu powiedzieć, że nie zapomniałem, że jestem człowiekiem pracy. Jestem z tego dumny i nie zapominam także, że Adam był krawcem, który szył sobie liście figowe, a nasz Zbawiciel był synem cieśli". Chociaż elity nim gardziły, to takie słowa powodowały, że wyborcy uwielbiali Andrew Johnsona.

W swoim okręgu wyborczym Johnson był nie do pokonania, dlatego aż czterokrotnie wybierano go do Izby Reprezentantów. Dopiero zmiana granic okręgów wyborczych dokonana świadomie przez wigów spowodowała, że przegrał wybory do Kongresu i musiał wrócić do Tennessee. Przeciwnicy polityczni byli przekonani, że w ten sposób wyeliminują silnego konkurenta z gry politycznej. Nie mogli się bardziej mylić. Johnson spektakularnie wygrał wybory na gubernatora stanu Tennessee w roku 1853 i 1855, choć nie obyło się bez emocji. W owym czasie spór polityczny wokół niewolnictwa podzielił Amerykanów na dwa skrajnie wrogie obozy. Johnson otrzymywał wiele listów z pogróżkami. Na wiece wyborcze chodził z rewolwerem, czasami demonstracyjnie kładąc go przed sobą na stole. Atmosfera polityczna stawała się coraz gęstsza, co świadczyło, że amerykańska Unia zmierza nieuchronnie ku rozpadowi.

„Zdrajca" Południa

15. gubernator Tennessee Andrew Johnson przeszedł do historii jako jeden z największych przywódców tego stanu. Jego największym osiągnięciem jest wprowadzenie systemu edukacji publicznej, w tym bezpłatnego szkolnictwa podstawowego. Jego polityka wspomagania dołów społecznych i niechęć do bogatych plantatorów ziemskich spowodowała silne napięcia polityczne w stanie. Bogaci właściciele niewolników, wsparci przez wigów, nazywali go „zdrajcą Południa, godnym pogardy i nędznym radykałem społecznym".

Jak na ówczesne stosunki społeczne Johnson rzeczywiście jawił się jako radykał. Ten prosty krawiec samouk, który samodzielnie zdobył wiedzę większą niż wielu jego wykształconych kolegów, był wizjonerem, który chciał zbudować społeczeństwo opierające się na zasadach samopomocowych. Na zarzuty przeciwników politycznych zawsze odpowiadał tym samym pytaniem, którego przesłanie wybiegało w przyszłość o jakieś sto lat: „Czyje ręce zbudowały Kapitol? Czyim trudem i czyją pracą zbudowano wasze koleje i statki? Mówię wam, niechaj robotnicy i ludzie pracy ustanawiają nasze prawa, nie zaś leniwi i złośliwi arystokraci".

Po dwóch kadencjach pełnych sukcesów, ale i złych emocji, jesienią 1857 r. Andrew Johnson został wybrany na senatora USA. Dla amerykańskich polityków, którzy nie zamierzają kandydować na urząd prezydenta, wybór na senatora jest największym zaszczytem i zwieńczeniem kariery politycznej. Tak samo postrzegał swoją misję w Senacie Andrew Johnson. Był dumny, że udało mu się wyrwać z biedy młodości, pokonać analfabetyzm i zdobyć własnymi siłami majątek, sławę, bogactwo i wiedzę. Nie aspirował do stanowiska w gabinecie.

Był demokratą i południowcem, powinien więc był walczyć o utrzymanie niewolnictwa. Ono jednak w jego opinii odbierało pracę zwykłym, biednym białym. Nie chciał go znosić ze względu na ogrom nieszczęść, jakie przynosiło Murzynom, ale postrzegał jako zło deprecjonujące pracę niższych klas białego społeczeństwa, z których sam się wywodził. Być może dlatego wbrew swoim wyborcom i Partii Demokratycznej, kiedy doszło do secesji stanów południowych, ogłosił swój sprzeciw wobec tej decyzji i poparł rząd prezydenta Abrahama Lincolna. Choć opinia publiczna Południa za tę ,,zdradę" nie zostawiła na nim suchej nitki, to ryzykując własne życie, wyjechał do Tennessee, aby namówić mieszkańców do głosowania za pozostaniem w Unii. Misja się nie udała. Tennessee dołączyło do Skonfederowanych Stanów Południa, a uwielbiany do niedawna przez wyborców senator Johnson musiał uciekać do sąsiedniego stanu Kentucky. Do swojego stanu powrócił dopiero trzy lata później, ale już w mundurze generała brygady wojsk jankeskich. W zamian za lojalność wobec Unii prezydent Abraham Lincoln mianował Johnsona gubernatorem wojskowym Tennessee. Tym razem krawiec mógł sam naszyć sobie na mundurze jedną gwiazdkę na epoletach generalskich.

Przyjaciel Lincolna

Dopiero pod koniec 1865 r. gubernator Johnson miał okazję osobiście poznać prezydenta Abrahama Lincolna. Spotkali się, żeby omówić przyszłość stanu Tennessee i po długiej rozmowie bardzo się polubili. Obaj wywodzili się z bardzo biednych rodzin, obaj dochodzili do sukcesów ciężką pracą i obaj byli samoukami pochłaniającymi książki. Trudno się więc dziwić, że odnaleźli w sobie bratnie dusze. Za namową Lincolna gubernator Johnson postanowił wstąpić w szeregi Partii Republikańskiej, która nie tylko przyjęła go z otwartymi ramionami, ale w uznaniu zasług dla jedności Unii mianowała swoim kandydatem na wiceprezydenta USA. W owym czasie Lincoln był kandydatem bezkonkurencyjnym, dlatego stanięcie u jego boku oznaczało pewną wygraną. Współpraca obu panów ułożyłaby się zapewne nienagannie, gdyby nie pewien poważny incydent. Lincoln zażyczył sobie, żeby Johnson koniecznie przyjechał do Waszyngtonu i przemówił podczas uroczystości zaprzysiężenia. Wiceprezydent elekt nie był z tego powodu szczęśliwy, ponieważ dopiero co przeszedł poważną chorobę i czuł się bardzo słaby. Długa podróż do Waszyngtonu całkowicie go wyczerpała. Tuż przed wyjściem na mównicę w sali senackiej Johnson wypił kieliszek brandy na wzmocnienie. Okazało się jednak, że zadziałał on dokładnie odwrotnie. Kiedy rozpoczął mowę, język zaczął mu się plątać i wyglądało to tak, jakby opowiadał straszne bzdury, wywołując ogromne zakłopotanie i oburzenie wśród słuchaczy. Od tej pory nazywano go ,,Andy the Shot" (Andrzejek Pijaczek) i uważano za alkoholika, którym podobno wcale nie był. Lincoln, który kazał swoim agentom zrobić wywiad na ten temat w Tennessee, bronił później swego zastępcy przed wszystkimi atakami i oskarżeniami.

Wydawało się, że Andrew Johnson osiągnął absolutny szczyt swojej kariery. Snuł nawet plany dalszego życia po powrocie do Tennessee, kiedy zaledwie 41 dni po zaprzysiężeniu dotarła do niego szokująca wieść o zamachu na prezydenta Lincolna.

15 kwietnia 1865 r. o godz. 10 prezes Sądu Najwyższego Salomon P. Chase przyjął przysięgę od nowego prezydenta USA Andrew Johnsona. Nie była to radosna uroczystość. Johnson, podobnie jak cała elita Waszyngtonu, był tak przybity śmiercią swojego przyjaciela Abrahama Lincolna, że z rozpaczy upił się przed zaprzysiężeniem. Podczas uroczystości ledwo powtarzał słowa roty przysięgi. Sekretarz skarbu Hugh McCullock był tak oburzony, że na wszelki wypadek oświadczył prasie, iż nie jest pewien, czy „zdruzgotany psychicznie" nowy prezydent w ogóle będzie w stanie wygłosić przemówienie inauguracyjne do Kongresu. Jednak 17 kwietnia 1865 r. prezydent wygłosił przemówienie, oświadczając, że z szacunku dla pamięci poprzednika utrzyma skład gabinetu w niezmienionym stanie. 1 maja powołał pierwszy w historii USA trybunał wojskowy dla osądzenia osób oskarżonych o udział w zamachu na życie prezydenta Lincolna i wyznaczył zawrotną kwotę 100 tys. dolarów jako nagrodę za aresztowanie człowieka, który go niegdyś obraził przed Izbą Reprezentantów USA – prezydenta Skonfederowanych Stanów Południa Jeffersona Davisa.

Mimo tego symbolicznego gestu Johnson nie chciał rozliczeń z Południem, choć radykalne skrzydło republikańskie wzywało do pozbawienia mieszkańców Południa praw obywatelskich i wprowadzenia okupacji wojskowej. Dzięki stanowczemu sprzeciwowi Johnsona nie doszło do realizacji tak skrajnego scenariusza. Dodatkowo prezydent zawetował kilka istotnych ustaw, o które zabiegali republikanie. Radykałowie uznali postawę nowego prezydenta za zdradę ich partii. Gdyby nie chwilowe poparcie generałów Granta, Shermana i Maede'a, doszłoby do wyrzucenia Johnsona z partii. Wetowanie ustaw, brak kar dla Południa i bojkotowanie republikańskich inicjatyw ustawodawczych przez prezydenta przyczyniły się do lawinowej rezygnacji wielu ministrów. Jankeska prasa nazywała Johnsona „pijakiem, brutalem i przygłupem z Tennessee", a senator Thaddeus Stevens z Pensylwanii nazwał go „cudzoziemcem i obywatelem obcego stanu, który nie może być uznany za legalnego prezydenta".

Konflikt wokół XIV poprawki do Konstytucji USA, odejście jednego zwolennika Johnsona z Senatu i kłótnia o władzę doprowadziły do niespotykanego do tej pory konfliktu na linii Biały Dom – Kapitol. To nie był nawet spór polityczny, ale prawdziwa wojna, która w ostateczności musiała prowadzić do impeachmentu. Prasa Północy nazywała prezydenta „Pan Weto", a gazety Południa obdarzyły go przydomkiem „Johnson Judasz". W 1867 r. Komisja Reprezentantów przedłożyła projekt rezolucji oskarżającej prezydenta o „obalanie, podważanie i rozkład rządów Stanów Zjednoczonych", na co on odpowiedział: „Niechaj oskarżają mnie o zdradę i niechaj będą potępieni".

Tego było już za dużo. Po raz pierwszy w historii USA prezydent był znienawidzony przez wszystkie siły polityczne. 7 grudnia 1867 r. Izba Reprezentantów odrzuciła wprawdzie oskarżenie przeciw prezydentowi stosunkiem głosów 108:57, ale zaledwie trzy miesiące później, kiedy miarka się przebrała, ta sama izba stosunkiem 126:47 uznała, że należy postawić prezydenta w stan oskarżenia. Teraz wszystko było w rękach senatorów. Prezydenta USA może bowiem usunąć z urzędu jedynie dwie trzecie senatorów po wcześniejszym uznaniu zasadności takiego wniosku przez Izbę Reprezentantów.

Uratowany przed impeachmentem

5 marca 1869 r. prezes Sądu Najwyższego zasiadł na miejscu prezydialnym w sali plenarnej Senatu USA, co oznaczało, że rozpoczynał się trzymiesięczny proces głowy państwa. Za namową doradców prezydent pozostał w Białym Domu. Został oskarżony o naruszanie konstytucji, ustawy o Departamencie Skarbu oraz o „głośne wygłaszanie przemówień", co było aluzją do jego pijackich wpadek.

Proces budził ogromne emocje. Każdego dnia sala Senatu była szczelnie wypełniona przez reporterów. Ludzie o niczym innym nie rozmawiali na ulicach. Emocje polityczne, które dotychczas dotykały jedynie ludzi wykształconych, weszły teraz pod strzechy. Kiedy przyszedł dzień głosowania, napięcie w Waszyngtonie sięgnęło zenitu.

W wyniku rotacji personalnych, zmiany postaw niektórych senatorów i nacisków różnych środowisk zewnętrznych wszyscy wiedzieli, że głos rozstrzygający przypadnie senatorowi Edmundowi Rossowi ze stanu Kansas, który dotychczas nie zadeklarował, jak będzie głosował. Kiedy miał oddać głos, cała sala zamarła w dramatycznej ciszy. Mimo że na sali były setki osób, panowała grobowa, pełna napięcia cisza. Senator Ross powoli podniósł się z krzesła i spokojnym głosem powiedział: niewinny. Chwilę później sala zatrzęsła się od huku ludzkich głosów. Radykałowie byli zdruzgotani przegraną. Główny przeciwnik prezydenta, senator Thaddeus Stevens, zasłabł. Kiedy go wynoszono z sali, krzyczał: „Ten kraj idzie do diabła". Stevens najprawdopodobniej doznał zawału, ponieważ zmarł dwa miesiące później.

Prezydent Johnson, naiwnie wierzący, że przegrana radykałów republikańskich oznacza wzrost jego popularności wśród demokratów, zgłosił swoją kandydaturę na kolejną kadencję w Białym Domu na konwencji Partii Demokratycznej. Delegaci nie chcieli go nawet oglądać i wystawili w szranki wyborcze George'a Hunta Pendletona, który zresztą przegrał wybory z Ulyssesem Grantem. Johnson był tak obrażony na elity polityczne, że wbrew przyjętemu w USA obyczajowi nie pojawił się na zaprzysiężeniu swojego następcy.

Po powrocie do Tennessee stwierdził, że nie pasuje już do tego prowincjonalnego miejsca. Tęsknił do Waszyngtonu i wielkiej polityki. W 1874 r. wystąpił więc do legislatury stanowej o wybranie go na reprezentanta stanu Tennessee w senacie USA. Tak bardzo pragnął powrotu do stolicy, że podczas oczekiwania na wynik wyborów upił się z nerwów do tego stopnia, że nie mógł zrobić kroku. Tym razem na szczęście nie doszło do skandalu. Johnson uznał, że wybór na senatora jest zadośćuczynieniem ze strony establishmentu za rzekome krzywdy, jakie mu uczyniono.

Były prezydent wygłosił w izbie wyższej Kongresu tylko jedną mowę, w czasie której nie omieszkał ostro skrytykować prezydentury Ulyssesa Granta. Podczas tego przemówienia sala była wypełniona po brzegi. Kiedy zakończył swoją orację okrzykiem „Boże, ocal konstytucję", dostał ogromne brawa. Zadowolony ze swojego spektakularnego powrotu do polityki postanowił zrobić sobie małą przerwę i wyjechać w odwiedziny do córki Mary Stover, mieszkającej w Carters Station. Tam jednak tuż po przyjeździe dostał ataku serca i zmarł 31 lipca 1875 r. Pochowano go na wzgórzu cmentarnym w Greenville. Przed zamknięciem trumny podłożono mu pod głowę Konstytucję Stanów Zjednoczonych.

Historia
Śledczy bada zbrodnię wojenną Wehrmachtu w Łaskarzewie
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Historia
Niemcy oddają depozyty więźniów zatrzymanych w czasie powstania warszawskiego
Historia
Kto mordował Żydów w miejscowości Tuczyn
Historia
Polacy odnawiają zabytki za granicą. Nie tylko w Ukrainie
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Historia
Krzyż pański z wielkanocną datą