– Faszyści! – krzyczeli ludzie i oni chcieli usta im zamknąć.
Bili, kogo popadnie. Sekretarza partii skatowali. Aż się zesrał. To szuja. Władek ukrył się w beczce blaszanej. Po oleju silnikowym. Oni, ci zomowcy, parę razy tę beczkę kopnęli. Pobiegli dalej. Wtedy Władek wyskoczył i z komisji zakładowej wytaszczył powielacz. Po prostu pod rękę mu się nawinął. Schował na placu, gdzie ciężarówki stały. Dobrze zabezpieczył.
Potem była druga pacyfikacja, ale nie znaleźli.
Nastały spokojniejsze dni i jeszcze tylko pojedynczych ludzi wyławiali. Władek umówił się z jednym kierowcą. To swój człowiek. Wywiózł ten powielacz z terenu. Rewidowali na bramie, ale nie znaleźli. Przejechał.
Mieliśmy powielacz. Trzech nas było. Dwóch w wieku przedpoborowym, jeden po wojsku. Nie przygniotło nas jeszcze do ziemi i ręce same się paliły do roboty. Starzy ludzie krakali, że to już koniec. A my powiedzieliśmy sobie: to dopiero początek!
Więc ochłonęliśmy z pierwszego szoku i spotkaliśmy się po rannej zmianie w starym kamieniołomie. Tam został schowany powielacz.
Dyskutowaliśmy, spokojnie paląc papierosy i zastanawiając się nad każdym słowem. Był powielacz. Był papier.
– Trzeba zacząć zaczerniać papier – powiedział Jurek Kobyłka. Głos miał świszczący. W strajku ząb mu wybili na przodzie.
Dotąd nikt z nas poligrafią się nie zajmował. Ani pisaniem. No, ja raz. W tamtych sierpniowych dniach zredagowałem odezwę i cała montażownia zaakceptowała bez poprawek.
Władek znał się na technice. Powielacz nie stanowił dla niego problemu. Obejrzał, tu i tam ruszył jakąś śrubką.
– Rozgryzę tego dziada – powiedział stanowczo.
Opracowaliśmy program. W pierwszym numerze damy relację z przebiegu strajku w fabryce. Listę aresztowanych i internowanych oraz ogłoszenie o zbiórce pieniędzy na akcję pomocy dla tych ludzi. Może jeszcze apel Wałęsy. Na razie starczy. Dwie kartki bibułkowego papieru.
– Sto egzemplarzy da radę wybić – stwierdził Władek.
Już to widziałem! Rozprzestrzenia się wolne słowo. Sto egzemplarzy, pięćset, tysiąc... Ludzie z rąk sobie wyrywają. Bezpieka się wścieka, w żaden sposób na ślad nie mogą trafić.
Jurkowi Kobyłce błyszczały oczy. Pewnie o tym samym myślał.
Rozległ się warkot samochodu. Schowaliśmy się za kamiennym nawisem. Przejechał autobus.
– Robotę można zacząć od razu – powiedziałem.
Ciotka Pela mieszka na Budach. Prawie wieś. Dalekie przedmieście. Mały domek na uboczu. Starzy ludzie. Ciotka Pela głucha. U niej na strychu można nawet fałszywe pieniądze bić!
Powiedziałem kolegom. Nic lepszego nie mieli do zaproponowania.– Mój szwagier – odezwał się Władek – przewiezie cały ten interes swoją nyską.
Jego szwagier prywatnie jeździ bagażową taksówką.Na tym stanęło.