Reparacje to kwestia sumienia, nie kalkulacji

Nie spodziewałem się, że mój artykuł o odszkodowaniach wojennych zatytułowany „Reparacje wojenne nie są kiełbasą wyborczą”, opublikowany dwa tygodnie temu na łamach działu „Rzecz o Historii”, wzbudzi takie zainteresowanie i emocje u czytelników.

Publikacja: 22.09.2022 19:25

Przemówienie Donalda Tuska podczas ceremonii wręczenia nagród M100 Media Award. Poczdam, 15 września

Przemówienie Donalda Tuska podczas ceremonii wręczenia nagród M100 Media Award. Poczdam, 15 września 2022 r.

Foto: Bernd von Jutrczenka / POOL / AFP

Bardzo się cieszę, ponieważ niezależnie od tego, czy czytelnicy zgadzają się z prezentowanymi w tym tekście poglądami, tak szeroki odzew dowodzi, że dodatek historyczny do „Rzeczpospolitej” cieszy się dużym zainteresowaniem wśród ludzi fascynujących się historią. Po wspomnianej publikacji otrzymałem wiele listów od bardzo poważnych i zasłużonych osób, poczynając od historyków, weteranów II wojny światowej, prawników, a kończąc na politykach. Mecenas Sylwester Pieckowski wskazał na ciekawy aspekt prawny dotyczący rzekomego zrzeczenia się reparacji wojennych przez władze PRL w 1953 r. O tym szerzej piszę w dalszej części tego artykułu.

Czytaj więcej

Reparacje, czyli jak rozprawić się z Polską Ludową

Wszystkim bardzo dziękuję. Z tej licznej korespondencji wybrałem jeden tekst do publikacji. To artykuł polemiczny napisany przez pana Krzysztofa Janika, byłego ministra spraw wewnętrznych w rządzie Leszka Millera i jednego z głównych założycieli Socjaldemokracji RP. Tekst ten publikujemy na stronie obok. Warto go przeczytać, ponieważ jest niemal w całkowitej opozycji do tego, co ja napisałem. Podkreślam słowo „niemal”, ponieważ co do istoty sporu tak naprawdę się zgadzamy – Niemcy ponoszą odpowiedzialność za bezmiar zbrodni wojennych i… no właśnie, i w tym miejscu zaczyna się nasz protokół rozbieżności. Nie będę wchodził w dyskusję na temat oceny Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. W mojej opinii nie było to państwo suwerenne, a więc tym samym ludzie kierujący tym tworem z nadania towarzyszy sowieckich nie mieli żadnego mandatu do sprawowania władzy i podejmowania decyzji w imieniu obywateli polskich. I na tym w zasadzie można byłoby zakończyć tę dyskusję. Choć podkreślam, że w swoim tekście o reparacjach wojennych pisałem o czasach stalinowskich, z podkreśleniem, że późniejsze dekady Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego miały zupełnie różny charakter, blaski i cienie, o których dzisiaj zapominamy. Epoka PRL wymaga bardzo szerokiej oceny w każdym aspekcie. Polecam tegoroczny numer miesięcznika „Uważam Rze Historia” (5/2022) poświęcony dekadzie Edwarda Gierka. Dowodzi on, że tamte czasy oceniam z różnej strony, nie zawsze jedynie krytycznie.

Ale mój tekst „Reparacje wojenne nie są kiełbasą wyborczą” nie był poświęcony historii PRL. Nie było w nim też słowa krytyki wobec Tadeusza Mazowieckiego i Lecha Wałęsy, których bardzo szanuję (skąd pan Janik to wytrzasnął?). Może przy okazji warto sobie przypomnieć, jak środowisko pana Janika niszczyło Wałęsę, posługujac się językiem tygodnika „Nie” Jerzego Urbana. Przecież na tym oparli kampanię wyborczą w 1995 r. Teraz na emeryturze zrobili się obrońcami Wałęsy? Zdumiewająca przemiana.

Niegrzeczne jest też szufladkowanie mnie do środowiska publicystycznego, z którym nie mam żadnych powiązań. Jestem dziennikarzem „Rzeczpospolitej”, czyli najważniejszej gazety w Polsce, tworzonej przez elitę dziennikarstwa pod najlepszym kierownictwem w tym kraju. I to jest jedyne środowisko, z którym się w pełni identyfikuję.

Wracając do meritum. Mój artykuł wskazywał, że rzekome zrzeczenie się przez władze PRL w 1953 r. reperacji wojennych od Niemiec było nieprawomocne lub po prostu nielegalne. Na jakiej podstawie wyrażam taki pogląd? Nie tylko dlatego, że wszystkich polityków obozu władzy w latach 1945–1956 uważam za zdrajców in extenso, ale także dlatego, że zrzeczenie się reparacji wojennych mogło dotyczyć jedynie sowieckiego państwa kolonialnego o nazwie Niemiecka Republika Demokratyczna. Przypominam, że do 14 września 1972 r. Polska Rzeczpospolita Ludowa nie uznawała podmiotowości prawnej Republiki Federalnej Niemiec. Jak zatem mogła się zrzec odszkodowań wobec państwa, którego nie uznawała jako podmiot prawa międzynarodowego? To tak, jakby zrzec się alimentów od człowieka, którego uważa się za nieistniejącego. Uznanie międzynarodowe to akt prawny, w którym stwierdza się podmiotowość danego państwa, a więc tym samym uznaje się wzajemnie kompetencje organów i przedstawicieli oraz zgadza się na powstanie określonych zależności prawnych, jak uznanie kompetencji czy roszczeń. Zatem w 1953 r. Polska Rzeczpospolita Ludowa mogła się zrzec odszkodowań jedynie od NRD. Powtarzanie za Grzegorzem Schetyną tych bzdur o zrzeczeniu się przez rząd Cyrankiewicza reparacji wojennych od RFN wskazuje, jak bezmyślna jest nasza elita. Jest to równie niedorzeczne, jak mówienie o zrzeczeniu się reparacji wojennych od Imperium Galaktycznego z „Gwiezdnych wojen”.

Odważne słowa Tuska

Jednak ten informacyjny nonsens nadal bezkrytycznie krąży w mediach i wśród polityków, i co chyba najbardziej zdumiewające, nawet wśród tych, którzy kierowali polską dyplomacją po 1990 r. O tempora o mores! Bezmyślnie powtarzają go dziennikarze radiowi i telewizyjni, politycy i tzw. eksperci, a nawet coraz bardziej nudni i senni satyrycy niektórych wieczornych programów telewizyjnych.

Ale nie wszyscy ulegli owczemu pędowi do powielania nieprzemyślanych opinii. Jeden człowiek, którego zresztą prywatnie oceniałem jako polityka już wypalonego, nagle pokazał, dlaczego warto mu ufać jako mężowi stanu. To przedstawiciel wymierającego gatunku mądrych polityków.

Przemówienie Donalda Tuska w Poczdamie oceniam jako majstersztyk polityczny pod każdym względem. Kiedy całe jego środowisko a priori wyśmiało za Grzegorzem Schetyną zgłoszoną przez Jarosława Kaczyńskiego koncepcję ubiegania się o odszkodowania wojenne za niemieckie zbrodnie II wojny światowej, Tusk jako jedyny ważył słowa. Dał sobie czas, żeby poważnie przemyśleć sprawę i wybrać odpowiedni moment, aby wygłosić jedno z najlepszych przemówień w swoim życiu. Podczas rozdania nagród M100 Media Award w Poczdamie Tusk wygłosił laudację na cześć Wołodymyra Kliczki. Bardzo spokojnym głosem, pozwalając tłumaczce na dokładne przełożenie słów, powiedział to, na co wielu z nas czekało od dawna.

Mógł wygłosić swoje przemówienie po angielsku lub niemiecku, zrobił to jednak po polsku, ponieważ jego słowa były skierowane przede wszystkim do polskiego odbiorcy. Być może Piotr Semka ma rację, że był to przede wszystkim element kampanii wyborczej. Ale to bez znaczenia wobec tego, jak ważne słowa tam padły i kto ich słuchał. Po raz pierwszy przedstawiciel polskiej opozycji tego formatu zadał niemieckiej klasie politycznej właściwe pytania. Choć to może zabrzmieć dość dziwnie, ale uważam, że Tusk zastosował retoryczny wybieg rodem z Ewangelii. Zadał pytanie w stylu: „niech ten z was, który jest bez grzechu, pierwszy rzuci w nią kamieniem”. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej nie powiedział bowiem expressis verbis, że Polsce należą się reparacje wojenne od Niemiec, ale odwołał się do sumienia każdego Niemca. Najpierw upomniał się o tych, którzy są krzywdzeni dzisiaj: „Wiadomo, kto jest katem, a kto ofiarą. Próby relatywizowania tej kwestii wydają się obrzydliwe. Politycy europejscy, także tu w Berlinie, którzy szukają symetrii i historycznych uzasadnień dla neutralności, powinni mieć świadomość, że gdyby pomoc ze strony wszystkich krajów Zachodu była szybsza i większa, to w Ukrainie nie zginęłoby tyle dzieci”. Potem, jakby w uzupełnieniu, wybrzmiały słowa, na które ja długo czekałem: „Jeśli poczucie winy i odpowiedzialności za II wojnę światową ma do czegoś Niemców zobowiązywać, to przede wszystkim do jednoznacznego wsparcia Ukrainy i do poważnego podejścia do kwestii zadośćuczynienia strat narodom, które zapłaciły największą cenę za szaleństwa nazizmu”. Ostatnie zdanie domknęło całość: „Mówię to jako polityk, który od lat chce budować pojednanie polsko-niemieckie (...) nie jako wasz przeciwnik”.

Oto przesłanie, które ja głoszę na tych łamach od sześciu lat. Wcale nie chodzi tylko o pieniądze, o których tak pogardliwie pisze Krzysztof Janik, jakby cały naród składał się z meneli próbujących wyszarpać gotówkę na alpagę. Chodzi o uświadomienie naszym zachodnim sąsiadom, że największą zbrodnią II wojny światowej nie było bombardowanie Drezna ani zagłada jednej grupy wyznaniowej. 12-letnie szaleństwo, które ogarnęło Niemcy po 1933 r., przyniosło zagładę milionom Europejczyków różnych narodowości, wyznań i orientacji. Żadna choroba w dziejach nie była tak straszna, jak niemieckie barbarzyństwo w latach 1939–1945. Nie ma w tej kwestii miejsca na jakikolwiek relatywizm. W tych latach Niemcy nie wnieśli nic prócz bestialskiej zagłady. Nie było żadnej szlachetnej armii niemieckiej. Wehrmacht był taką samą formacją zbrodniczą jak SS.
Przemówienie Donalda Tuska w Poczdamie weryfikuje poglądy człowieka, którego krzywdząco nazywano „wnukiem dziadka z Wehrmachtu”. Może nareszcie przemieni się w oczach wielu jego rodaków we wnuka więźnia niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof.

Manipulowanie polskim antysemityzmem

Wszelkie sugestie, które odczytuję z tekstu Krzysztofa Janika, że obywatele polscy wyznania mojżeszowego byli systemowo mordowani przez innych obywateli polskich innego wyznania, uważam za zwyczajnie krzywdzące i niesprawiedliwe. Przypominam byłemu szefowi MSWiA, że 15 października 1941 r. weszło w życie rozporządzenie generalnego gubernatora Hansa Franka o karaniu śmiercią każdego Polaka, który udzieli schronienia lub w inny sposób udzieli pomocy Żydom. Czy takie sankcje byłyby potrzebne w kraju takiego rzekomego zwierzęcego antysemityzmu? Nigdzie indziej w Europie niemieccy najeźdźcy nie wprowadzili tak barbarzyńskiego „prawa”, jak w okupowanej Polsce! Mimo tak surowych sankcji większość społeczeństwa polskiego nie uległa niemieckiemu szantażowi. Po wojnie instytut Yad Vashem uhonorował medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata 7000 naszych rodaków. Zdecydowanie za mało! Liczba ta to kropla w oceanie pomocy, jaką Polacy nieśli Żydom w czasie wojny. 

Czy wśród Polaków, podobnie jak wśród wszystkich narodów w okupowanej Europie, byli także liczni donosiciele, szmalcownicy i zdrajcy? Oczywiście, że byli! Czy byli to fanatyczni antysemici przekonani o słuszności niemieckiego terroru wobec Żydów? Nie, to były zwykłe szumowiny wykorzystujące okazję do zarobku. Czasami byli to nawet Żydzi, którzy ratowali własną skórę. Jednak kilku historyków próbujących zbudować swoją karierę na uniwersytetach amerykańskich od lat stara się dowieść, że szmalcownictwo było w okupowanej Polsce zjawiskiem powszechnym. Bardzo łatwo i bezkrytycznie tej narracji ulegli właśnie politycy polskiej lewicy. A przecież zapominają lub nie chcą pamiętać, że 18 marca 1943 r. Kierownictwo Walki Cywilnej, komórka zbrojna podporządkowana Delegaturze Rządu RP na Kraj, ogłosiło, że „Każdy Polak, który współdziała z niemiecką, morderczą akcją czy to szantażując, czy denuncjując Żydów, czy to wyzyskując ich okrutne położenie lub uczestnicząc w grabieży, popełnia ciężką zbrodnię wobec praw Rzeczypospolitej Polskiej i będzie niezwłocznie ukarany”. Jedyną karą była śmierć. Pisałem o tym wielokrotnie na tych łamach, nie ma więc sensu się powtarzać.

W odpowiedzi na długą tyradę pana Janika o polskim antysemityzmie, której sensu zresztą nie dostrzegam w powiązaniu z omawianym tematem, mógłbym napisać naprawdę wiele, ale ograniczę się jedynie do przypomnienia, że tylko raz w historii Polski aparat państwowy stał za zorganizowaną odgórnie czystką antysemicką. Było to w 1968 r. 23 lata po wygaszeniu pieców krematoryjnych Oświęcimia PZPR zmuszała Polaków pochodzenia żydowskiego do przymusowej emigracji z tego kraju. Wiadomo, na kim się wówczas towarzysze wzorowali.

Tym bardziej moje uznanie budzą słowa w przemówieniu Donalda Tuska o „narodach, które zapłaciły największą cenę za szaleństwa nazizmu”. Z moralnego punktu widzenia odszkodowania niemieckie należą się bowiem wszystkim obywatelom polskim i potomkom wszystkich obywateli II RP, którzy tego obywatelstwa już nie mają. Zdumiewające jest, że Niemcy wypłaciły odszkodowanie wojenne państwu Izrael, które powstało trzy lata po wojnie i nie miało żadnego mandatu ubiegania się o zadośćuczynienie krzywd obywateli polskich wyznania mojżeszowego. Polakom wszystkich wyznań, potomkom i krewnym milionów ofiar niemieckiego nacjonalizmu i militaryzmu należą się odszkodowania wojenne i to jest z każdego punktu widzenia bezsprzeczne.

Bardzo się cieszę, ponieważ niezależnie od tego, czy czytelnicy zgadzają się z prezentowanymi w tym tekście poglądami, tak szeroki odzew dowodzi, że dodatek historyczny do „Rzeczpospolitej” cieszy się dużym zainteresowaniem wśród ludzi fascynujących się historią. Po wspomnianej publikacji otrzymałem wiele listów od bardzo poważnych i zasłużonych osób, poczynając od historyków, weteranów II wojny światowej, prawników, a kończąc na politykach. Mecenas Sylwester Pieckowski wskazał na ciekawy aspekt prawny dotyczący rzekomego zrzeczenia się reparacji wojennych przez władze PRL w 1953 r. O tym szerzej piszę w dalszej części tego artykułu.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Przez Warszawę przejdzie marsz pamięci
Historia
Prezydentura – zawód najwyższego ryzyka
Historia
Czesław Lasik: zapomniany agent wywiadu
Historia
Indyjscy „wyklęci” wracają do łask
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia
IPN poszukuje na Litwie szczątków poległych żołnierzy AK