Dla warszawiaków stan wojenny różnił się od poprzednich dni przede wszystkim tym, że mieliśmy godzinę milicyjną. I o 22 na ulice wyruszały silne patrole, a jak pamiętam, Świętokrzyską od Wisły regularnie gnały na pełnym gazie trzy albo i cztery bojowe wozy piechoty. – Zupełnie jak überfallkommando w okupację – mówiła moja matka, wspominając niemieckie pogotowie policyjne.
Stan wojenny zaowocował zamknięciem wszystkich gazet z wyjątkiem partyjnej „Trybuny Ludu" i wydawanego przez główny Zarząd Polityczny Wojska Polskiego „Żołnierza Wolności". Nic innego nie było w kioskach.
Poza tym to okres totalnego odmóżdżenia – kina i teatry zamknięte, muzea i biblioteki też, a telewizja nieczynna przez dwa dni, później zaś na jednym tylko programie przez pięć godzin. Księgarnie także puste, a tu zbliżało się Boże Narodzenie. Co dać w prezencie?
Wódka wewnętrznego eksportu
Z ostatniego numeru „Expressu Wieczornego", wydanego przed 13 grudnia, dowiedzieć się można było, że ludziom wydawane będą dodatkowe kartki na cukier, zwane wtedy bonami. Ale ich nie było, bo miano je dostarczyć po świętach, więc gazeta sugerowała, żeby zużyć na pieczenie ciast te, które rodakom należały się jak psu zupa, a pod koniec roku pójść po „świąteczne". Nieco akrobatyczne działanie, ale wtedy tak się żyło.
Najlepszymi zawodami w tym czasie były – pracownik stacji benzynowej (wiadomo dlaczego) i sprzedawca w peweksie. Cokolwiek młodszym czytelnikom należy się wyjaśnienie, iż Pewex to przedsiębiorstwo eksportu wewnętrznego. W nazwie tej kryje się sprzeczność, bo nie ma eksportu krajowych towarów na wewnętrzny rynek, lecz wszystko wówczas mieliśmy abstrakcyjne. Pewex był siecią sklepów, w których sprzedawano towary za dolary, a ich kurs gnał w górę w miarę pogrążania się ustroju.
Przed Bożym Narodzeniem roku 1981 pod peweksami gromadziły się tłumy, a kolejka do działów z żywnością była ogromna. Za obcą walutę mogliśmy nabyć dobre alkohole, głównie krajowe, polską szynkę w puszkach, marokańskie sardynki i anchois oraz ananasy, również w puszkach. Dziś ten zestaw budzi śmiech, ale wtedy gdy ktoś przyniósł na Wigilię sardynki, to tworzył w ten sposób wspaniały świąteczny nastrój.
W peweksach kupowano polską żubrówkę i czystą wódkę, bo tych nie było na rynku, na którym królowały tynktury wyżerające nalepkę od środka. Na miesiąc przed stanem wojennym ożeniłem się i w urzędzie powiedziano mi, że dostanę przydział wódki weselnej. Ile tego było? Dziesięć, może 20 litrów, ale na pewno nie więcej. Nie chciałem brać, bo to wstyd było ludziom pokazać. A urzędniczka na to: – Niech pan nie będzie głupi, jak raz na wymianę. No i miałem za „wódę" mięso na święta.
W tym samym czasie „Trybuna Ludu" zachwycała się: „Zakłady mięsne na Służewcu dostarczą w trzecim tygodniu grudnia 500 ton mięsa z importu. A w Wigilię będzie pieczywa aż 1400 ton. Sprzedaż prosto z samochodów". Po zmarznięty chleb należało udać się na Bracką 18 lub Puławską 105 (do sklepu noszącego dumną nazwę Dom Chleba). Innych adresów niestety nie pamiętam.
Bazar
Pewnym ratunkiem były bazary, ale tam grasowały kontrole wyłapujące osoby, które handlowały towarami ze sklepów. Straszna rzecz wydarzyła się w Sochaczewie, gdzie milicja zadziałała „bez pobłażania dla spekulantów" i złapała kobiecinę handlującą odzieżą, bielizną oraz artykułami żywnościowymi. Wyobraźcie sobie, że ta osoba „nigdzie nie pracowała". Gazeta sugerowała, że przez podobnych przestępców mieliśmy takie kłopoty na rynku. Zgroza.
Po odwiedzeniu bazaru na Hali Mirowskiej wróciłem do domu bez paru butelek strasznej wódki, a za to z grzybkami marynowanymi, jakimś mięsem i konserwami. Ale nie byłem tak sprytny jak najwięksi ryzykanci. Ponieważ „Trybuna Ludu" informowała, że w Wigilię handel i zakłady gastronomiczne czynne są do godz. 17 (godzinę milicyjną Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego łaskawie zawiesiła), należało obstawić odpowiednie sklepy.
Wiadomo było, że najlepsze, to znaczy brakujące towary
(w tym i żywność) dostarczane są do sklepów, ale w aptekarskich ilościach. Rodzina sprzedawców i znajomi zaopatrywali się przez drzwi od podwórka. Ale przed zamknięciem sklepów ich kierownictwo musiało resztę sprzedać, bo mogła tuż po świętach przyjść inspekcja i karać za ukrywanie towaru. Więc różne spryciule czekały do wpół do piątej wieczorem i kupowały, jak leci. Pamiętam, że ciotka coś tam wyczekała, a ja kupiłem ładną choinkę za grosze. Usłyszałem: „A bierz pan, bo i tak na wyrzucenie".
O słodyczach nie wspominam, bo to rarytasy. Do dziś nie wiem, skąd lotnicy morscy wzięli „na święta 50 kg słodyczy dla dzieci z Domu Dziecka". Pewnie wygrzebali w magazynach kasyn oficerskich. Tymczasem „Żołnierz Wolności" miał się czym chwalić. Informował także – ku uciesze warszawiaków, którym wpadła w ręce ta gazeta – że „trwa nieprzerwany dyżur bojowy".
Czyjego ataku obawiano się? Pewnie tych, których internowano w nocy z 12 na 13 grudnia. A reszta agentów i wichrzycieli chodziła przeważnie piechotą, bo benzyny było jak na lekarstwo. Całe miasto obiegła anegdota z placu Dzierżyńskiego (dziś Bankowy – przyp. red.), na którym patrol wojskowy zatrzymał kierowcę małego fiata, a ten przyznał się, że ma kanister z benzyną w bagażniku. Zmuszono go za karę, aby woził jakieś paczki wojskowe. Nikt z zatrzymanych później do kontroli nie chwalił się już zapasami.
Brakuje świeczek
No i przyszła Wigilia. WRON--a pozwoliła na wydłużenie programu telewizyjnego. Wieczorem puszczono „Rebekę" Alfreda Hitchcocka, a w pierwszy dzień świąt nieśmiertelnych „Samych swoich" i jakiś tandetny western.
Boże Narodzenie przebiegło bez sensacji. Żołnierze grzali się przy koksownikach, bo nocą było do –12 stopni i walił mokry śnieg. Nie wolno im było przyjmować ciepłych napoi od obcych, gdyż wcześniej odnotowano szereg przypadków podtrucia, głównie środkami przeczyszczającymi.
Poza tym panował spokój, bo mieszkańcy stolicy byli zmęczeni panującym od wielu dni napięciem. Po paru dobach dowiedzieliśmy się, że „warszawscy strażacy spędzili na swoich posterunkach spokojne święta". Spaliła się tylko jedna choinka. A dlaczego? Bo były mniejsze dostawy świeczek. „Trybuna Ludu" ubolewała 22 grudnia, że będzie ich „2,5 tony, przy zapotrzebowaniu 20 ton, więc trafią do zakładów przemysłowych". Tą niezwykle ważną sprawą zajęła się sama zastępczyni dyrektora do spraw Artykułów Przemysłowych Biura Handlu WSS Społem. Tu nie mogło być przekrętów, gdyż – jak poinformowała ta sama gazeta na dzień przed Wigilią – „intencje partii są czyste".