W imieniu swoim i całego narodu pragnę podziękować mojemu poprzednikowi za wszystko, co zrobił, aby uzdrowić naszą ziemię” – tymi słowami rozpoczął swoją mowę inauguracyjną nowo zaprzysiężony prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter. „Podczas tej ceremonii po raz kolejny zaświadczamy o wewnętrznej i duchowej sile naszego narodu. Jak mawiała moja nauczycielka w szkole średniej, panna Julia Coleman: ≫Musimy dostosować się do zmieniających się czasów i nadal trzymać się niezmiennych zasad≪” – podkreślał. Taka właśnie miała być prezydentura byłego gubernatora Georgii. Ten bardzo religijny człowiek, który każdy poranek zaczyna od przeczytania jakiegoś fragmentu Starego Testamentu, miał jednocześnie bardzo otwarty stosunek do wszelkich zmian w otaczającym go świecie. Głęboko uduchowiony konserwatysta z Południa mieszał się w nim z osobowością hippisa, pacyfisty i człowieka, któremu obce są sztywne konwenanse. Był sobą, nie przejmował się krytyką. Zapłacił za to utratą zaufania wyborców, ale pozostał wierny własnym wartościom. Byłby zapewne znakomitym prezydentem w innych czasach, ale w drugiej połowie lat 70. nie podołał kryzysom, które wylały się na Amerykę. Wcześniej mógł zostać kapitanem okrętu podwodnego o napędzie atomowym i zrobić karierę w Marynarce Wojennej. On wybrał jednak własną drogę – farmera i producenta orzeszków ziemnych.