Pułkownik Corso i tajemnice Roswell

Amerykańscy bohaterowie wojenni twierdzili, że ich kraj w latach 40. XX wieku wszedł w posiadanie wraków UFO. Czy ich sensacyjne doniesienia mają jakieś podstawy?

Publikacja: 06.07.2023 21:00

Muzeum UFO w Roswell w stanie Nowy Meksyk: rekonstrukcja „sekcji obcego”

Muzeum UFO w Roswell w stanie Nowy Meksyk: rekonstrukcja „sekcji obcego”

Foto: Dennis MacDonald/Alamy/be&w

Co skłania 82-letniego staruszka do napisania wywołujących kontrowersje wspomnień? Pieniądze? Chęć zdobycia sławy? Gdy w 1997 r. pułkownik Philip J. Corso napisał książkę „The Day after Roswell” („Dzień po Roswell”), chyba nie kierował się chęcią zdobycia bogactw i rozgłosu. Miał przed sobą niecały rok żywota, nie narzekał na swój standard życia, a sławę już zdobył. W armii USA zaczął służyć w 1942 r. i był oficerem wywiadu w Afryce Płn. i we Włoszech. Mimo stosunkowo młodego wieku kierował amerykańską służbą kontrwywiadowczą w Rzymie. W czasie wojny w Korei służył w sztabie gen. Douglasa MacArthura, a w latach 1953–1957 pracował w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta Eisenhowera. W 1992 r. złożył w Kongresie USA wstrząsające zeznania o tym, że po wojnie w Korei setki amerykańskich jeńców utknęły w północnokoreańskich łagrach. Do końca życia zachował dużą sprawność umysłu i – jako praktykujący katolik, osobiście znający dwóch papieży – był też daleki od wszelkich ruchów New Age. Każdy sąd uznałby tego zasłużonego weterana za bardzo wiarygodnego świadka. Gdy jednak Corso opublikował swoje wspomnienia, ich treść wywołała szok i konsternację. Napisał on bowiem o swojej pracy z artefaktami mającymi rzekomo pochodzić z pojazdu obcych istot rozbitego w pobliżu miejscowości Roswell w Nowym Meksyku w lipcu 1947 r.

Balon meteorologiczny

Corso na przełomie lat 50. i 60. XX wieku pracował w Biurze ds. Obcej Technologii w Departamencie Obrony. Obcej w znaczeniu zagranicznej. W tej komórce analizowano technologię militarną Sowietów oraz europejskich sojuszników z NATO. Jego zwierzchnikiem był gen. Arthur Trudeau, bohater wojny w Korei, szef Działu Badań i Rozwoju Armii USA. I to właśnie Trudeau powiadomił płk. Philipa Corso o dziwnych artefaktach, które zalegają od ponad dekady w jednej z szaf. Wtedy, gdy badano je po raz pierwszy, uznano, że są one zbyt zaawansowane technologicznie, by cokolwiek z nimi zrobić. Trudeau uznał jednak, że być może nadszedł czas, by je zbadać ponownie. Trzeba było jednak przeprowadzić badania, zachowując najwyższą tajność. – Siły powietrzne będą tego chciały, bo uważają, że to do nich należy. Marynarka wojenna będzie tego pragnęła, bo chce wszystkiego, co mają siły powietrzne. CIA chce, by natychmiast przekazać to Sowietom – ostrzegł generał i dodał, że chodzi o szczątki UFO rozbitego w Roswell w 1947 r.

Czytaj więcej

Wytwórnia Roswell przedstawia

W lipcu 1947 r. amerykańskie media obiegła sensacyjna wiadomość o katastrofie „latającego spodka” w Nowym Meksyku. Te relacje nie były wyssane z palca, gdyż opierały się na oficjalnym komunikacie wydanym przez porucznika Waltera Hauta, rzecznika bazy sił powietrznych w Roswell (gdzie stacjonowała jedyna na świecie eskadra bombowa wyposażona w broń nuklearną). Haut wydał ten komunikat na polecenie dowódcy bazy – płk. Williama Blancharda (późniejszego wiceszefa sił powietrznych). Generał Roger Ramey, dowódca 8. Armijnej Floty Powietrznej z Fort Worth, nakazał jednak zmienić wersję. Haut zwołał konferencję prasową, na której tłumaczył się, że doszło do głupiej pomyłki – szczątki zwykłego balonu meteorologicznego wzięto za szczątki UFO (pod koniec życia przyznał jednak, że pierwszy komunikat był prawdziwy i że widział zarówno wrak obcego pojazdu, jak i zwłoki obcych istot; jego wersję potwierdziło wielu innych świadków). W latach 90. siły powietrzne USA ogłosiły, że w Roswell rozbił się jednak nie jakiś zwykły balon meteorologiczny, ale balon zbierający dane o sowieckich próbach jądrowych (na dwa lata przed pierwszą taką próbą!) w ramach projektu „Mogul”. Nie wyjaśniono, dlaczego szczątki „balonu” przewieziono do bazy Wright-Patterson w Ohio, w której tradycyjnie analizowano zdobytą zagraniczną technologię lotniczą. Nie wiadomo też, dlaczego gen. Nathan Twining, szef Dowództwa Materiałowego Sił Powietrznych Armii USA, nagle przerwał zaplanowaną podróż do zakładów lotniczych w Seattle i poleciał do Nowego Meksyku, by zapoznać się z „balonem”. Nie wyjaśniono też, dlaczego po katastrofie „balonu” urządzono briefing generałom Curtisowi LeMayowi i Dwightowi Eisenhowerowi ani dlaczego nagle ściągnięto do Roswell grupę prominentnych byłych nazistowskich naukowców.

Hermann J. Oberth (1894–1989) – jeden z ojców nazistowskiego programu rakietowego, po wojnie naukowi

Hermann J. Oberth (1894–1989) – jeden z ojców nazistowskiego programu rakietowego, po wojnie naukowiec pracujący dla NASA: „Dostaliśmy wsparcie od ludzi z innych światów”

esa

Gen. Arthur Exon, legenda amerykańskich sił powietrznych, wspominał na emeryturze, że „wszyscy, łącznie z prezydentem Trumanem, już 24 godziny po katastrofie w Roswell mieli świadomość znalezienia tam czegoś pozaziemskiego”. Wspominał również, że jeden z naukowców pracujących w bazie Wright-Patterson mówił mu w lipcu 1947 r. o „nieziemskim metalu”, który trafił do badań w bazie. Gen. Thomas Jefferson DuBose, w 1947 r. zastępca gen. Rameya, przyznał natomiast, że historia o balonie meteorologicznym została wymyślona, by zatuszować katastrofę UFO.

Corso był w lipcu 1947 r. oficerem ds. bezpieczeństwa w bazie Fort Riley w Kansas. Zapamiętał, że przyjechała wówczas do jego bazy ciężarówka ze „złomem lotniczym” zmierzająca do Wright-Patterson (według relacji funkcjonariusza CIA występującego pod pseudonimem Kewper ciężarówką tą transportowano szczątki, których nie zebrano podczas pierwszej fazy oczyszczania terenu). Jedną ze skrzyń wyładowano z ciężarówki i zamknięto na noc w laboratorium medycznym. Corso podczas nocnego obchodu zauważył, że znajomy podoficer kręci się obok laboratorium. Zapytany, co tam robi, odpowiedział, że słyszał od kierowców ciężarówki o niesamowitej rzeczy kryjącej się w skrzyni. Corso na wszelki wypadek postanowił sprawdzić ładunek. Przez lekko uchylone wieko skrzyni zobaczył humanoidalne ciało zatopione w jakimś pojemniku. Miało ono dużą głowę, wielkie, czarne i skośne oczy, mały otwór gębowy, niemal niewidoczny nos i brak uszu. Pomyślał, że to mogą być „zwłoki z Hiroszimy”. List przewozowy mówił jednak, że to ładunek z Roswell. Przypomniał sobie o tym incydencie podczas wizyty gen. Trudeau. Wiadomość o szczątkach rzekomego obcego pojazdu przechowywanych w Pentagonie nie była więc dla niego wielkim szokiem.

Czytaj więcej

Sowiecka wojna z UFO

Skąd jednak te szczątki trafiły do szafy w Departamencie Obrony? Wszak miały zostać wysłane wraz ze zwłokami obcych do bazy Wright-Patterson, gdzie pracowali nad nimi ludzie gen. Twininga. Na jesieni 1947 r. siły powietrzne oddzieliły się od armii USA i stały się odrębnym rodzajem sił zbrojnych. Ów podział organizacyjny wymusił też podział szczątków z Roswell. Główną część wraku lotnicy zostawili sobie, mniejszą część przekazali marynarce wojennej, a armii kilka kartonów „ochłapów”, z którymi nie wiedziano za bardzo co zrobić. I właśnie te „ochłapy” gen. Trudeau pokazał płk. Philipowi Corso.

Metal z pamięcią

To, co Corso oglądał na swoim biurku, wyglądało niesamowicie. Miał przed sobą skrawki cienkiego metalu, który po odkształceniu wracał do poprzedniej formy. Były też tam dziwne kable przewodzące światło, coś, co wyglądało jak obwody scalone, noktowizor, mała „latarka” emitująca wiązkę światła mogącą zapalać różne przedmioty oraz opaska na głowę, co do której podejrzewano, że pozwalała na sterowanie pojazdem za pomocą fal mózgowych. Corso zapoznał się również z dokumentacją z sekcji zwłok pilotów tego pojazdu. Patolodzy zwrócili uwagę na duże podobieństwo ich organów wewnętrznych do ludzkich, ale jeszcze bardziej rzucał się w oczy brak w badanych zwłokach układu pokarmowego i rozrodczego. Nasuwała się teoria, że owe istoty są stworzonymi sztucznie „biorobotami”. Nie wiadomo było, jak wyglądają ich twórcy.

Gen. Roger Ramey (po lewej) i płk Thomas J. DuBose patrzą na szczątki „balonu meteorologicznego”, 7

Gen. Roger Ramey (po lewej) i płk Thomas J. DuBose patrzą na szczątki „balonu meteorologicznego”, 7 sierpnia 1947 r.

Dzięki uprzejmości Fort Worth Star-Telegram Photograph Collection, Special Collections, The Univer

Pułkownik Corso skontaktował się w sprawie wraku z doktorem Robertem Sarbacherem i byłymi nazistowskimi naukowcami sprowadzonymi do USA w ramach projektu „Paperclip”. Niektórzy z nich przyznali, że widzieli te szczątki w 1947 r. w Nowym Meksyku. Wrak miał być bardziej podobny do półksiężyca niż do dysku i bardzo przypominał pojazdy zaobserwowane przez przedsiębiorcę Kennetha Arnolda nad stanem Waszyngton w czerwcu 1947 r. – podczas incydentu, który zapoczątkował w USA „manię latających spodków”. Gdy Corso dopytywał się Niemców, czy podobieństwo owego UFO do niemieckiego „latającego skrzydła” Horten Ho 229 jest przypadkowe, oni uśmiechali się i mówili, że to nie przypadek. Jakby na potwierdzenie tych słów w 1972 r. Hermann Oberth, jeden z ojców nazistowskiego programu rakietowego, a po wojnie naukowiec pracujący dla NASA, stwierdził: „Nie możemy przypisywać sobie zasług w pewnych dziedzinach nauki. Dostaliśmy wsparcie. Dostaliśmy wsparcie od ludzi z innych światów”.

Corso i Trudeau uznali, że najnajlepiej będzie przekazać artefakty z Roswell do zaprzyjaźnionych koncernów zbrojeniowych. Może staną się inspiracją do stworzenia czegoś nowego. Naukowcy z Bell Laboratories nie byli szczególnie zdziwieni tym, co im pokazano. „Układy drukowane” z Roswell widzieli już w 1947 r., co pomogło im dokończyć prace nad tranzystorem. Ponowne udostępnienie szczątków miało im ułatwić prace nad układami scalonymi w latach 60. Szczątki też okazały się pomocne przy pracach nad światłowodami, laserami oraz udoskonalaniem noktowizji. Opaski pozwalające sterować pojazdami za pomocą fal mózgowych mogły się wydawać w latach 60. czystym SF, ale obecnie są gadżetem pozwalającym na sterowanie zabawkowymi dronami.

Czytaj więcej

Poszukiwacze kosmitów, Czy istnieją pozaziemskie cywilizacje?

Nad poznaniem sekretów metalu z pamięcią głowiono się jednak jeszcze w latach 90. Relację o tym „nieziemskim metalu” stawia w ciekawym świetle zdarzenie z 1996 r. Wówczas do popularnego ufologicznego programu radiowego „Arta Bella” trafiła przesyłka podpisana „Przyjaciel”. Znalazł się w niej list od osoby twierdzącej, że jest amerykańskim wojskowym i że dziadek nadawcy brał udział w zabezpieczeniu szczątków UFO rozbitego w okolicach poligonu White Sands w 1947 r. Dziadek miał wówczas zachować sobie jeden z fragmentów rozbitego pojazdu. Fragment szczątków był dołączony do listu. Badania wykazały, że został on wykonany z bizmutu, magnezu i cynku. A dokładnie składał się z kilkudziesięciu przekładających się warstw tych metali: po 1–4 mikrometry czystego bizmutu i po 100–200 mikrometrów stopu magnezu i cynku. W 1947 r. raczej nikt na Ziemi czegoś takiego nie produkował, a i obecnie byłoby to trudne do wytworzenia.

Wojna w przestworzach

W 1962 r. gen. Douglas MacArthur, przemawiając do kadetów z West Point, mówił o możliwości stoczenia w przyszłości wojny ze „złowrogimi siłami z jakiejś innej galaktyki”. Nie był jedynym wysokiej rangi wojskowym, który dopuszczał taki scenariusz. Płk Corso, dowodząc w latach 50. bateriami obrony przeciwlotniczej w Kalifornii i Niemczech, widział, jak tajemnicze obiekty testują amerykański system obrony powietrznej. Z doniesień, które napływały do Pentagonu, wynikało, że sprawdzają one możliwości myśliwców, kręcą się w pobliżu baz nuklearnych i prowokują niebezpieczne incydenty po obu stronach żelaznej kurtyny.

Zaczęto wówczas też zbierać informacje o dziwnych incydentach z okaleczeniami bydła oraz porwaniami ludzi – rzekomo przez obcych. Wyglądało to na zbieranie ziemskiego materiału genetycznego na potrzeby programu broni biologicznej. Na serio rozważano też scenariusz, w którym tajny pakt z obcymi zawierają… Sowieci. Ale do podobnych incydentów dochodziło też po drugiej stronie żelaznej kurtyny. „Dysponuję relacją z 1955 r. Podczas ćwiczeń Układu Warszawskiego stacja radiolokacyjna w rejonie Warszawy namierzyła dwa cele nad Zatoką Gdańską. Poruszały się z prędkością 2300 km/h na wysokości 20 tys. metrów. W tych czasach nie istniał żaden samolot o takich osiągach. Co jeszcze dziwniejsze, w pewnym momencie oba obiekty zrobiły zwrot o 90 stopni. Dosłownie w miejscu, bez żadnego promienia skrętu. Takiego manewru na tak dużej prędkości nie da się wykonać. Nie są w stanie zrobić tego nawet współczesne najnowocześniejsze samoloty. A co dopiero 50 lat temu...” – wspominał płk Ryszard Grundman, w latach 1967–1973 dowódca 1. Pułku Lotnictwa Myśliwskiego „Warszawa”.

Katastrofa w Roswell bynajmniej nie była wyizolowanym incydentem. 15 maja 1947 r. na poligonie White Sands w Nowym Meksyku testowano poniemiecką rakietę V2. Pocisk mocno zszedł z kursu i spadł kilka kilometrów od miasta Alamogordo. Ppłk Harold Turner, dowódca tego poligonu, stwierdził, że zostało to spowodowane przez „dziwny fenomen”. Kilka dekad później Andrew Kissner, senator stanowy z Nowego Meksyku, podczas prac nad (ostatecznie niewydaną) książką, zdobył relację żołnierzy obsługujących radar w White Sands. Według nich rakieta zmieniła kurs, po tym jak pojawił się obok niej niezidentyfikowany obiekt.

Płk Philip James Corso (1915–1998). W 1997 r. ukazała się jego książka „The Day after Roswell” („Dzi

Płk Philip James Corso (1915–1998). W 1997 r. ukazała się jego książka „The Day after Roswell” („Dzień po Roswell”)

domena publiczna/wikipedia

29 maja 1947 r. miało dojść do kolejnego testu V2. UFO znów się pojawiło, ale zamiast rakiety V2 przygotowano dla niego niespodziankę – pocisk ziemia-powietrze. Obiekt został poważnie uszkodzony i spadł po meksykańskiej stronie granicy w okolicach Juarez. Z wyliczeń Kissnera wynika, że w 72 godziny od tego incydentu na całym świecie doszło do 29 katastrof lotniczych, w których zginęło 198 osób. Czyżby to był odwet?

Dodatkowo, w lipcu 1947 r. stracono w niewyjaśnionych okolicznościach kilka samolotów wojskowych nad Nowym Meksykiem. Na kilka tygodni przed katastrofą w Roswell do miejscowej bazy lotniczej sprowadzono zaś dodatkowych techników radarowych mających się przyjrzeć dziwnym fenomenom powietrznym. W 1947 r. miało dojść do całej serii katastrof niezidentyfikowanych obiektów w tym rejonie. Porucznik Haut wspominał przed śmiercią, że oficjalny komunikat o znalezieniu szczątków UFO na farmie Maca Brazela pod Roswell wydano, by odciągnąć uwagę od innej katastrofy, pod San Agustin. Wrak obcego pojazdu pod San Agustin był lepiej zachowany i znajdował się na odludnym miejscu, a wieści o znalezisku pod Roswell już się rozeszły wśród miejscowych.

Na tej „wojnie w przestworzach” miano brać też jeńców. Płk Marion Magruder, as lotniczy znad Okinawy, opowiadał pod koniec życia swojej rodzinie, jak w 1948 r. jego klasę kursu dla dowódców lotniczych zabrano do bazy Wright-Patterson. W klasie tej była elita wojennych bohaterów, traktowana jako kadra perspektywiczna. Pokazano im wówczas rzekome szczątki UFO oraz żywą dziwną istotę, którą Magruder opisał jako mającą „gumiastą”, lekko różową skórę. – To było żywe. Ale ją zabiliśmy! Oni zabili tę małą istotę w ramach testów! – wspominał Magruder.

Czytaj więcej

UFO, czyli po naszemu NOL

Czy mówił prawdę, czy konfabulował? Jeśli kłamał, to nie był jedynym wysokiej rangi zasłużonym weteranem, który twierdził, że w drugiej połowie lat 40. w bazie Wright-Patterson były szczątki pojazdu obcych istot. Czy ci wszyscy bohaterowie wojenni zmówili się, by pod koniec życia konfabulować i niszczyć swoją reputację opowiastkami o kosmitach? Czy też może rzeczywiście coś tam widzieli?

Program „Gwiezdne wojny”

Do dziwnych incydentów w powietrzu dochodziło przez całą zimną wojnę i dochodzi do nich również obecnie (o czym świadczą choćby filmy ujawniane w ostatnich latach przez siły zbrojne USA). Według płk. Philipa Corso były one również jednym z powodów uruchomienia przez administrację Reagana programu Strategicznej Inicjatywy Obronnej (SDI), zwanego programem „Gwiezdnych wojen”. Umieszczenie zaawansowanego uzbrojenia na orbicie oficjalnie miało chronić USA przed sowieckim uderzeniem nuklearnym, a także wymusić na ZSRR wzrost wydatków na zbrojenia, który pogrążyłby sowiecką gospodarkę. Program miał mieć również drugi cel – zbudowanie systemu obrony Ziemi przed zagrożeniami z Kosmosu. „Wtedy zaczęliśmy z nimi wygrywać” – pisał Corso.

Tezy płk. Philipa Corso o podwójnym przeznaczeniu systemu SDI można by uznać za nadinterpretację, gdyby nie to, że prezydent Reagan kilkakrotnie publicznie snuł wizję inwazji z Kosmosu. – Często się zastanawiam, co by było, gdybyśmy nagle odkryli, że grozi nam niebezpieczeństwo ze strony siły zewnętrznej, pochodzącej z przestrzeni kosmicznej, z innej planety – mówił w 1988 r. podczas spotkania z dziennikarzami na Krajowym Forum Bezpieczeństwa w Chicago. Podobne słowa wypowiedział z trybuny Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych w 1987 r. i podczas spotkania z sowieckim przywódcą Michaiłem Gorbaczowem w 1985 r. Na jedno ze spotkań poświęconych programowi „Gwiezdnych wojen” Reagan zaprosił do Białego Domu Colmana von Keviczky’ego, majora Królewskiej Armii Węgierskiej, działacza antykomunistycznego, filmowca i zarazem ufologa przekonanego o wrogich zamiarach obcych. Keviczky zaproponował wówczas, by SDI przemianować na UDI, czyli Inicjatywę Obrony przeciwko UFO.

Po prawej: urodzony na Węgrzech Colman von Keviczky (1909–1998) podczas międzynarodowej konferencji

Po prawej: urodzony na Węgrzech Colman von Keviczky (1909–1998) podczas międzynarodowej konferencji dla studentów poświęconej UFO. Na stole: lampka nocna w kształcie „pojazdu obcych”. Moguncja (Niemcy), 31 października 1967 r.

Kurt Strumpf/AP Photo/east news

Dziwna wojna z niezidentyfikowanym zagrożeniem w przestworzach zwiększała natomiast zasięg. W 1989 r. na orbitę Marsa wysłano sondę Fobos 2. Była to sonda sowiecka, ale w jej budowę zaangażowali się też Amerykanie, Japończycy i Europejczycy. Miała się ona przyjrzeć Fobosowi – jednemu z dwóch księżyców Marsa, poruszającemu się po dziwnej orbicie i według niektórych teorii pustemu w środku. Sonda Fobos 2 zdołała wykonać w marcu 1989 r. kilka zdjęć. Na jednym widać było wielki cygarokształtny cień na powierzchni Marsa, na innym cygarokształtny świetlisty obiekt zbliżający się do Fobosa. Po tym sonda zaczęła się kręcić wokół własnej osi, jakby coś w nią uderzyło. Utracono z nią łączność, a jeden z sowieckich wojskowych nadzorujących misję stwierdził nawet, że sonda została „zestrzelona”.

Oczywiście każdy, kto roztrząsa tego typu incydenty, może zostać łatwo uznany za wariata. Tak jest, odkąd w 1953 r. tzw. Panel Robertsona, czyli amerykańskie rządowe ciało doradcze kierowane przez konsultanta CIA Howarda Robertsona, zarekomendował, by ośmieszać doniesienia o UFO. Wiarygodne relacje wojskowych pilotów miały tonąć w sfabrykowanych absurdalnych opowiastkach o zielonych ludzikach. Do scenariuszy filmowych miano zaś przemycać elementy autentycznych historii o UFO, aby każdy, kto mówił o dziwnych incydentach, mógł być łatwo zdyskredytowany jako osoba, która za dużo naoglądała się science fiction. Czy jednak generałów Exona i MacArthura, pułkowników Philipa Corso i Magrudera oraz prezydenta Reagana dałoby się zaszufladkować jako „wariatów”? A skoro nie byli oni osobami niepoczytalnymi, to czemu tyle mówili na temat UFO i zagrożenia czającego się w otchłani Kosmosu?

Co skłania 82-letniego staruszka do napisania wywołujących kontrowersje wspomnień? Pieniądze? Chęć zdobycia sławy? Gdy w 1997 r. pułkownik Philip J. Corso napisał książkę „The Day after Roswell” („Dzień po Roswell”), chyba nie kierował się chęcią zdobycia bogactw i rozgłosu. Miał przed sobą niecały rok żywota, nie narzekał na swój standard życia, a sławę już zdobył. W armii USA zaczął służyć w 1942 r. i był oficerem wywiadu w Afryce Płn. i we Włoszech. Mimo stosunkowo młodego wieku kierował amerykańską służbą kontrwywiadowczą w Rzymie. W czasie wojny w Korei służył w sztabie gen. Douglasa MacArthura, a w latach 1953–1957 pracował w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta Eisenhowera. W 1992 r. złożył w Kongresie USA wstrząsające zeznania o tym, że po wojnie w Korei setki amerykańskich jeńców utknęły w północnokoreańskich łagrach. Do końca życia zachował dużą sprawność umysłu i – jako praktykujący katolik, osobiście znający dwóch papieży – był też daleki od wszelkich ruchów New Age. Każdy sąd uznałby tego zasłużonego weterana za bardzo wiarygodnego świadka. Gdy jednak Corso opublikował swoje wspomnienia, ich treść wywołała szok i konsternację. Napisał on bowiem o swojej pracy z artefaktami mającymi rzekomo pochodzić z pojazdu obcych istot rozbitego w pobliżu miejscowości Roswell w Nowym Meksyku w lipcu 1947 r.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
„2001: Odyseja kosmiczna”: Horyzont marzeń
Historia świata
Marek Aureliusz. Życiowe drogowskazy cesarza filozofa
Historia świata
Czy Mikołaj Kopernik był Polakiem? Trzy nieścisłości w jednym zdaniu
Historia świata
Niezwykła Toskania: Lukka
Akcje Specjalne
Naszym celem jest osiągnięcie 9 GW mocy OZE do 2030 roku
Historia świata
Rocznica D-Day. Joe Biden: 80 lat temu żołnierze przeszli próbę stuleci
Historia świata
Czy Ameryce grozi rozpad?