Reklama

Polski sierpień 1980 roku

„Stłumienie strajku sierpniowego wymagałoby wielkiego przelewu krwi, bez porównania większego od tego, który nastąpił w grudniu 1981 r.” – mówi Aleksander Hall, były opozycjonista, lider Ruchu Młodej Polski, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Publikacja: 29.08.2025 05:15

Aleksander Hall i Tadeusz Mazowiecki, kampania prezydencka w 1990 r.

Aleksander Hall i Tadeusz Mazowiecki, kampania prezydencka w 1990 r.

Foto: PAP/Witold Jabłonowski

W tych dniach obchodzimy 45. rocznicę Porozumień Sierpniowych. Jaką ma pan o nich opinię po tych wszystkich latach?

45 lat temu uważałem, że jest to wielkie zwycięstwo, wielka szansa. Z perspektywy czasu ta opinia tylko się wzmocniła. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Porozumienia Sierpniowe, a to gdańskie z 31 sierpnia było szczególnie ważne, to jest jedno z największych zwycięstw Polaków w historii, nie tylko w XX w. Chociaż oczywiście nie przewidywałem, że już dziewięć lat po tych wydarzeniach będzie rząd z premierem wywodzącym się z Solidarności. Ale jest też smutna refleksja. Dziś obchody 31 sierpnia, a dzieje się to od wielu już lat, nie łączą bohaterów i niespecjalnie wciągają mieszkańców Trójmiasta czy przybyszów z Polski. Są niestety elementem podziału, który dotyczy zarówno głównych architektów tamtych wydarzeń, jak i aktualnej sceny politycznej. Dzisiaj to są odrębne obchody, często dochodzi do polemik, a nawet gorszących wydarzeń. A więc smutne, że nie potrafimy tego jednego z naszych największych zwycięstw narodowych obchodzić wspólnie. I wiem, że już za mojego życia to się nie zmieni.

Wracając do tamtych wydarzeń, czy pańskim zdaniem historia PRL prowadziła konsekwentnie w kierunku tego, co się wydarzyło 31 sierpnia 1980 r.?

Jestem przeciwnikiem determinizmu historycznego. Tak mogło być, ale wcale nie musiało. Niewątpliwie następowała erozja PRL. Pogarszała się sytuacja ekonomiczna Polski, ale zmieniała pod względem samoświadomości społecznej. Po październiku 1956 r. pod względem zakresu realnych praw, które Polacy sobie wywalczyli, nasz kraj znajdował się w znacznie lepszej sytuacji niż inne państwa bloku radzieckiego. Istniała opozycja demokratyczna. Nie można też pominąć olbrzymiej roli Jana Pawła II i jego pielgrzymki do Polski w roku 1979. Wszystko to dodawało nam skrzydeł. Ale to wcale nie oznaczało, że masowy pokojowy bunt wielkiej części polskiego społeczeństwa, zainicjowany w Stoczni Gdańskiej, musiał zakończyć się sukcesem i przynieść w konsekwencji za następną niecałą dekadę pokojowy upadek PRL i możliwość kształtowania nowej demokratycznej Polski. Tak mogło być, ale wcale nie musiało się tak skończyć.

Podpisanie porozumienia pomiędzy komisją rządową a Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym w sali BHP

Podpisanie porozumienia pomiędzy komisją rządową a Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym w sali BHP Stoczni Gdańskiej, 31 sierpnia 1980 r. Na środku, ze słynnym dziś długopisem w dłoni – Lech Wałęsa

Foto: IPN

Reklama
Reklama

Jaki splot wydarzeń doprowadził do sukcesu strajku i powstania Solidarności?

Wspomniałem o tym, że sytuacja ekonomiczna była trudna i pogarszała się. Te miraże, które były tworzone przez ekipę Gierka w pierwszej połowie lat 70., ulatywały, rozwiewały się. Z drugiej strony warto pamiętać, i trzeba to jasno powiedzieć, że ekipa Gierka nie chciała odwoływać się do ostrych represji, zarówno w stosunku do opozycji, jak i buntujących się robotników. Był to wynik m.in. tego, że ta ekipa zadłużyła się na Zachodzie i bardzo im zależało na dobrym wizerunku, a Gierek miał dobry wizerunek. Pamiętam, że kanclerz Schmidt mówił, że chciałby mieć takiego ministra w swoim rządzie. A zatem ostre represje niewątpliwie ten wizerunek i możliwości zaciągania dalszych kredytów bardzo by utrudniły. Ale też trzeba powiedzieć, że po doświadczeniach grudnia 1970 r. panowała chyba pełna świadomość, że ci, którzy przeleją krew Polaków, będą potraktowani jako kozioł ofiarny, tak jak postąpiono z Gomułką w 1970 r. Jest i trzeci element, który trzeba tu uwzględnić. Myślę, że Gierek nie był człowiekiem żądnym krwi, bezwzględnym komunistą, który w imię ideologii gotów był zrobić wszystko. Tak go odbieram jako człowieka, oczywiście, absolutnie mi obcego pod względem ideowym. Człowieka, który nie rozumiał czasów, w których przyszło mu żyć. Wybrał złą drogę ideową w młodości. Ale to nie był człowiek zdolny do dokonania masowej rzezi. Zarówno on, jak i w dużej mierze ludzie, którzy go otaczali. A stłumienie strajku sierpniowego wymagało wielkiego przelewu krwi, bez porównania większego od tego, który nastąpił w grudniu 1981 r. Ale to wszystko oczywiście nie zmienia faktu, że korzystaliśmy z polskiego fenomenu, jakim był sierpień. Było to z jednej strony spotkanie sfrustrowanych, coraz bardziej niezadowolonych ze swojej sytuacji materialnej, z możliwości realizacji własnych aspiracji życiowych szerokich kręgów społeczeństwa ze środowiskami opozycji demokratycznej. Tak było w Gdańsku. Na czele robotniczego buntu stanęli ludzie, którzy już z tym systemem od dłuższego czasu walczyli. Jak się okazało – skutecznie. Inicjatorem strajku sierpniowego był Bogdan Borusewicz, członek KOR-u, który po raz pierwszy wylądował w więzieniu w 1968 r. za robienie ulotek, a przywódcą strajku został Lech Wałęsa, który był członkiem Wolnych Związków Zawodowych (WZZ) Wybrzeża, czyli również działał w opozycji. Wśród członków Prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Gdańsku była spora grupa działaczy WZZ, odgrywali oni czołową rolę w strajku.

Nie było [wtedy] lepszego trybuna i lepszej osoby pod względem umiejętności medialnych niż Lech Wałęsa

Podkreśla się zawsze na tej ścieżce do sierpnia rolę robotniczych buntów z lat 1970 i 1976, ale nie można zapominać o istniejącej wcześniej opozycji, także w kręgach młodzieży akademickiej. Jak wyglądał ten opozycyjny Gdańsk na chwilę przed strajkami w roku 1980?

To był Gdańsk niewątpliwie coraz bardziej zbuntowany i z coraz mocniejszym oddziaływaniem środowisk opozycyjnych. W Gdańsku, w Trójmieście, były to głównie dwa środowiska. Ruch Młodej Polski, który organizował obchody 11 listopada i 3 maja. Ale współorganizował również obchody rocznicy grudnia 1970 r. Wydawał własną prasę, „Bratniaka”. Prowadził szeroką działalność samokształceniową. Drugą grupą było środowisko Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, których nieformalnym liderem był Bogdan Borusewicz, członek Komitetu Obrony Robotników. Już wtedy KSS KOR. Te dwa środowiska jednak ze sobą współpracowały i to było bardzo dobre. Na tym tle Gdańsk się pozytywnie odróżniał od wielu miejsc w Polsce, gdzie rzeczywiście rywalizacja między środowiskami opozycyjnymi czasami prowadziła do konfliktów i braku możliwości współdziałania. Tego w Trójmieście nie było. Oczywiście, trzeba także wspomnieć o Tadeuszu Szczudłowskim, członku Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, który także odegrał istotną rolę w sierpniu ’80. Ważnym momentem było wydarzenie z maja 1980 r., które zmobilizowało opozycję trójmiejską i poszerzyło znacznie zakres jej oddziaływania. Chodzi o manifestację 3 maja pod pomnikiem króla Jana Sobieskiego. Zgromadziło się na niej, wedle raportów Służby Bezpieczeństwa, która raczej miała skłonność do zaniżania liczby uczestników, około dwóch tysięcy ludzi. Po przemarszu z Bazyliki Mariackiej przemawiali: Tadeusz Szczudłowski i Dariusz Kobzdej z Ruchu Młodej Polski. Jeszcze tego samego dnia zostali zatrzymani, pobici i skazani przez kolegium do spraw wykroczeń na trzy miesiące aresztu. Swoją drogą w okresie ich uwięzienia rozeszło się około 100 tys. ulotek podpisanych przez Ruch Młodej Polski – piętnujących uwięzienie Tadeusza i Darka oraz domagających się ich uwolnienia. Codziennie odbywały się modlitwy w kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej w Bazylice Mariackiej, na które przychodziło po kilkadziesiąt osób, a czasami więcej. Można więc powiedzieć, że opozycja trójmiejska była w tym okresie bardzo aktywna. To siłą rzeczy przenosiło się na szersze kręgi mieszkańców Trójmiasta.

Jak ważną rolę odgrywały Wolne Związki Zawodowe? Czy to tam kształciła się elita robotniczego strajku?

Reklama
Reklama

Tak, można tak powiedzieć. Oczywiście, do tego grona dołączyli także nowi ludzie, którzy weszli w skład MKS-u. Ale trzonem byli ludzie z WZZ. Andrzej Gwiazda, pani Anna Walentynowicz, Bogdan Lis czy Andrzej Kołodziej, który mając wtedy ledwie 20 lat i pracując dzień czy dwa w wielkiej Stoczni Komuny Paryskiej w Gdyni stanął na czele komitetu strajkowego. Byłem w pierwszą niedzielę strajkową w tym zakładzie pracy i widziałem, jak ten młody chłopak jest słuchany, jakim się cieszy autorytetem wśród strajkujących. Można więc powiedzieć, że WZZ przygotowały kadrę. Ale także wiadomo, że to nikt inny, tylko Bogdan Borusewicz podjął decyzję o tym, że w tym i w tym dniu wybuchnie strajk. A role głównych aktorów, którzy mieli akcję zainicjować, były rozdane, rozpisane. Nie było to dzieło spontaniczne, ale przygotowane przez konkretnych ludzi.

Jaka była osobista rola Lecha Wałęsy w tych pierwszych dniach? Na czym polegała jego siła?

Wałęsa przed strajkiem sierpniowym nie był liderem WZZ. Bo to nigdy nie była formalna struktura, w której są choćby rangi. Na pewno nie był postacią ani numer jeden, ani numer dwa, ani numer trzy, ale miał swoją grupę robotników, przede wszystkim mieszkających w dzielnicy Stogi. Był też człowiekiem już szeroko znanym w kręgu opozycji. I był także znany wielu dłużej pracującym w stoczni robotnikom, którzy pamiętali go z czasów, kiedy pracował w stoczni, zanim został wyrzucony w 1976 r. Widziałem, miałem świadomość tego, że Lech Wałęsa jest człowiekiem aktywnym, że jest pomysłowy i odważny, ale skłamałbym, gdybym przed wybuchem strajku sierpniowego widział w nim potencjalnego lidera nie tylko strajku, ale lidera ogólnonarodowego. Lecz w trakcie strajku Wałęsa takim przywódcą się stał w sposób niewątpliwy i zawdzięczał to kilku cechom. Po pierwsze był jednym z robotników mającym za sobą bardzo tragiczne i do dzisiaj pozostawiające rany doświadczenie grudnia 1970 r. Po wtóre miał za sobą doświadczenie działalności w WZZ. Był wielokrotnie zatrzymywany, aresztowany. Nie było też lepszego trybuna i lepszego człowieka pod względem osobistych umiejętności – dziś byśmy powiedzieli – medialnych niż właśnie Lech Wałęsa. Okazało się, że ma także olbrzymi instynkt polityczny, który nakazał mu szukać oparcia w intelektualistach, którzy przybyli do stoczni. Najpierw w Lechu Bądkowskim, później oczywiście w Tadeuszu Mazowieckim i Bronisławie Geremku, którzy z upoważnienia Wałęsy stworzyli komisję ekspertów. W poważnej mierze opierał się też na środowisku Ruchu Młodej Polski, które było z nim zaprzyjaźnione. Jednym słowem okazał się samorodnym talentem politycznym. W sierpniu 1980 r. rozpoczął się najlepszy czas Lecha Wałęsy. Moim zdaniem ten czas nie mógł trwać w nieskończoność, ale na pewno te lata 80., do 1989 r., to najlepszy czas Lecha Wałęsy.

Czytaj więcej

Bogdan Borusewicz: Wałęsa uratował Solidarność

Dzięki czemu wygrał w tym ruchu robotniczym z Andrzejem Gwiazdą czy Anną Walentynowicz?

Wałęsa rzeczywiście tę rywalizację ze swoimi konkurentami wygrał właśnie dzięki tym cechom, o których mówiłem wyżej. A Andrzej Gwiazda? Jego zasługi są niekwestionowalne. Jak się przegląda taśmy z tamtego sierpnia, Gwiazda mówi mądre i ważne rzeczy. Ale był człowiekiem niewątpliwie gorzej zorganizowanym, mniej systematycznym niż Wałęsa. Czasami też z pewną skłonnością do doktrynerstwa. No i był inteligentem. Miał oczywiście swoich zwolenników. W okresie pierwszej Solidarności powstał tzw. Gwiazdozbiór, grono de facto przeciwników Lecha Wałęsy. Co więcej, Jacek Kuroń i Adam Michnik długo widzieli w Andrzeju realną alternatywę dla Wałęsy. Ale w wyborach do władz regionalnych Solidarności zdecydowane zwycięstwo odniósł Lech Wałęsa. Z kolei Anna Walentynowicz była niezwykle dzielną kobietą. Odważną, ale bardziej ikoną tego ruchu niż jej politycznym liderem. Oczywiście, bezpośrednim powodem wybuchu strajku było zwolnienie pani Anny z pracy, ale talentu politycznego i predyspozycji liderskich, jakie miał Wałęsa, ona nie posiadała.

Reklama
Reklama

Czy już wtedy, w sierpniu, tlił się konflikt w łonie przyszłej Solidarności?

Tak. Myślę, że mechanizm był dość prosty. Jak już mówiłem, w środowisku była nieformalna hierarchia autorytetów. I nagle, w trakcie strajku sierpniowego i to od razu w pierwszych jego dniach, okazało się, że ktoś, kto wydawał się temu gronu jednym z nich, wcale nie tym najlepszym, wcale nie tym najbardziej doświadczonym i zasłużonym, wyrasta na przywódcę strajku ogólnopolskiego. Staje się osobą, którą zaczyna się fascynować Polska, a za pośrednictwem licznie obecnych w stoczni dziennikarzy – cały świat. To jest trudne doświadczenie. Również pewne cechy Lecha Wałęsy, a więc jednak bardzo silne ego, skłonność mówienia w pierwszej osobie, bo już czuł się tym przywódcą, oczywiście musiało to wielu drażnić. Nie jest także żadnym zaskoczeniem, że bronił KOR-u, a zwłaszcza tej grupy dominującej, skupionej wokół Jacka Kuronia. Było też takie początkowe spojrzenie na Wałęsę jako na człowieka, który swoje zadanie wykonał i który powinien znaleźć sobie właściwe miejsce w szeregu. Niekoniecznie pierwszorzędne. Ale oczywiście to się nie udało, bo za Wałęsą stał już, można tak powiedzieć, lud.

Gdańsk, 31 października 1980 r., konferencja prasowa gdańskiej Solidarności. Na zdjęciu m.in.: Bogda

Gdańsk, 31 października 1980 r., konferencja prasowa gdańskiej Solidarności. Na zdjęciu m.in.: Bogdan Borusewicz, Anna Walentynowicz, Andrzej Celiński

Foto: PAP/CAF/Stefan Kraszewski

Cieszył się sympatią ze strony Kościoła, no i miał wsparcie w lojalnych, a nade wszystko mądrych współpracownikach politycznych: Tadeuszu Mazowieckim i Bronisławie Geremku.

Był pan wtedy jednym z liderów Ruchu Młodej Polski. Spora grupa uczestników RMP była w stoczni w czasie strajku. Najważniejsze pytanie: czy mieliście wtedy świadomość, o jaką stawkę walczycie?

Reklama
Reklama

Myślę, że pełnej świadomości, że to już jest prosta do niepodległości, jednak chyba nie mieliśmy. Ale że jest szansa na jakąś jakościową zmianę w funkcjonowaniu Polski, a także w możliwościach działania opozycyjnego, oczywiście tak. I mogę się odwołać do własnego doświadczenia. W piątek wieczorem, czyli drugiego dnia strajku, uważałem, że jeśli dojdzie do podpisania tego, co już wydawało się ustalone, a więc, że do pracy zostanie przywrócona pani Ania Walentynowicz i Lech Wałęsa, a także, że stanie pomnik ofiar grudnia ’70, gdzie przecież od kilku lat zbieraliśmy się, gdzie zatrzymywała nas Służba Bezpieczeństwa, to będzie już wielkie zwycięstwo. Że będziemy działać w mniej więcej tych samych realiach jak dotąd, tylko w korzystniejszej sytuacji. Ale od czasu, kiedy strajk stał się solidarnościowym i sformowano 21 postulatów, miałem pełną świadomość, że skończyła się epoka lat 70., w których wiedzieliśmy, czego można się spodziewać po bezpiece. Rozumieliśmy, co nam grozi, że jesteśmy w innym punkcie. Z grubsza rzecz biorąc: albo będzie to kryminał w przypadku przegranej strajku, albo będą nieporównanie większe możliwości niezależnego opozycyjnego nacisku na komunistyczne państwo. Jednym słowem, miałem świadomość, że następuje zmiana jakościowa. I ta zmiana jakościowa oczywiście nastąpiła. Tak się stało.

Baliście się wtedy kontrakcji komuny?

Oczywiście, że tak. Ja się bardzo z tym liczyłem. Przypomnijmy, że w pierwszym tygodniu strajku władze przez długi czas ignorowały MKS. Przyjechała komisja na czele z wicepremierem Tadeuszem Pyką, który wzywał poszczególne zakłady pracy, które odetną się od KOR-u i Ruchu Młodej Polski, do negocjowania z tą komisją. Czyli to była próba podzielenia strajkujących. Nieudana. Ale równocześnie Bogdan Borusewicz sugerował, że dochodzą do niego jakieś niesprawdzone informacje o przygotowaniach do rozwiązania siłowego, do desantu na stocznię. Zatem z jednej strony była nadzieja, ale z drugiej – liczenie się ze scenariuszem krwawej konfrontacji. Jak powiadam, strajk miał zbyt szeroki zasięg, aby można go było zdławić bez zastosowania terroru. I z tym trzeba było się liczyć. Jeśli chodzi o nas, ludzi z Ruchu Młodej Polski, byliśmy bardzo aktywni w czasie strajku w działalności poligraficznej, kolporterskiej. Aram Rybicki i Maciej Grzywaczewski spisali postulaty strajkowe na tablicy umieszczonej przy bramie nr 2, która to tablica weszła do światowego dziedzictwa kultury UNESCO, a Bożena Rybicka i Magda Modzelewska, wraz Lechem Wałęsą, codziennie prowadziły wieczorne modlitwy, które bardzo wzmacniały strajkujących stoczniowców. Czasami wspomagaliśmy, sugerowaliśmy jakieś polityczne kroki. Byliśmy w pełni świadomi również tego, że w Polsce trwają aresztowania działaczy opozycji demokratycznej, z których wielu już miało sankcje prokuratorskie. Czyli jednym słowem były próby złamania strajku, stłumienia go. Oznaczałoby to oczywiście, że to samo spotkałoby również nas. We mnie taka nadzieja, że przeważy perspektywa zwycięstwa, powstała z chwilą, gdy władze zdecydowały się na to, że do stoczni przyjedzie nowa komisja pod przewodnictwem innego wicepremiera, Mieczysława Jagielskiego. To się wydarzyło. Doszło do spotkania w sali BHP. Ten moment oczywiście także pozostanie jako ważny obraz w mojej pamięci, zapewne do końca moich dni.

 Te 15 miesięcy istnienia Solidarności to okres, który obfitował w przypływy nadziei i jej dramatyczne odpływy

Na koniec zapytam o dwie puenty tamtego sierpnia. Pierwszą był stan wojenny 13 grudnia 1981 r. Dlaczego Solidarność wtedy przegrała? I dlaczego odrodziła się w roku 1989? To jest ta druga puenta.

Reklama
Reklama

No cóż. Te 15 miesięcy istnienia Solidarności to okres, który obfitował w przypływy nadziei i jej dramatyczne odpływy. Stale pogarszała się sytuacja ekonomiczna i realnie następował systematyczny odpływ tej pokojowej, ale jednak rewolucyjnej fali. Jej apogeum był chyba strajk marcowy 1981 r. I jasne też było, że po drugiej stronie jest przeciwnik, który już w sierpniu 1980 r. traktował ustępstwa jako wymuszone, taktyczne, ale nie zamierzał przyłożyć ręki do zasadniczej zmiany ustroju politycznego w Polsce. Mieliśmy przecież świadomość, że za tą władzą stał Związek Radziecki, jedno z dwóch światowych supermocarstw. To niebezpieczeństwo rozprawy z Solidarnością było w świadomości wszystkich myślących ludzi. To, co było pewnym zaskoczeniem również dla mnie, to jednak niedocenienie możliwości obozu władzy. Bo przecież, jak się patrzy na debaty, które się wtedy toczyły na posiedzeniach władz Solidarności, na zjazdach, podczas różnych publicznych wydarzeń czy w prasie opozycyjnej i związkowej, to głównie zastanawiano się na temat Rosjan: wejdą czy nie wejdą? To znaczy owszem, rozważano możliwość jakiejś akcji siłowej ze strony ekipy rządzącej Polską, ale tylko jako wstępu do albo w ramach interwencji radzieckiej. To było ewidentne niedocenienie sprawności organizacyjnej aparatu władzy, resortów siłowych. I to było również niedocenienie zmian, jakie następują w ludzkich postawach, kiedy zaczyna rządzić strach. Jednym słowem, z tego punktu widzenia władze osiągnęły sukces, zaskakując Solidarność. Cios wyprowadzony z zaskoczenia w momencie, kiedy się tego nie spodziewano, okazał się skuteczny. Dzisiaj wiemy, że z punktu widzenia władz operacja wprowadzenia stanu wojennego poszła optymalnie. Opór był słabszy, niż przewidywano. Udało się wyłapać olbrzymią grupę działaczy Solidarności i opozycji, kilka tysięcy ludzi, których internowano. I co ważniejsze – udało się zastraszyć znaczną część społeczeństwa. Przeważającą część społeczeństwa. Owszem, był opór. Dosyć szybko zaczęło się organizować podziemie, ale przecież nie było ono zjawiskiem dominującym. Gdyby było inaczej, skończyłoby się pewnie interwencją radziecką. Jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus: „nie był potrzebny żaden sąsiad, rodzimej dosyć jest kanalii, by wytłumaczyć nam na zawsze, że nie jesteśmy w Portugalii… to nie rewolucja kwiatów”. Okazało się, że znacznie łatwiej jest przeprowadzić operację wojskowo-policyjną, której celem nie jest zalanie Polski morzem krwi, wymordowaniem opozycjonistów i czołowych działaczy Solidarności, ale zastraszenie i obezwładnienie społeczeństwa. Taki był zamysł, nie zaś odzyskanie legitymacji do rządzenia w oczach społeczeństwa. To się nie udało. I nie udało się również doprowadzić do znaczącej poprawy sytuacji ekonomicznej kraju. Ekipa Jaruzelskiego nie wyprowadziła również Polski z faktycznej izolacji w relacjach z Zachodem, który właśnie rósł w siłę. No i jeśli dodamy do tego nową politykę Gorbaczowa, który ewidentnie chciał zatrzymania wyścigu zbrojeń, którego Rosja już nie mogła wytrzymać i szukał innego sposobu reformy systemu niż przez odwołanie się do masowego terroru, to dochodzimy do momentu, w którym pojawiły się nowe możliwości działania zarówno dla ówczesnej ekipy rządzącej generała Jaruzelskiego, który bardzo orientował się na to, co się dzieje w Moskwie, jakie wiatry wieją i w którym kierunku, jak i oczywiście poszerzyły się znacznie możliwości działania opozycji. Symboliczny jest wrzesień 1986 r., kiedy wyszła na wolność olbrzymia większość więźniów politycznych, a władze przestały stosować więzienie za ulotki, za kolportaż nielegalnych wydawnictw. Wróciła na swój sposób sytuacja sprzed grudnia, kiedy społeczeństwo nie ma już złudzeń w stosunku do systemu.

I ma w sercu pamięć o Solidarności.

A niektórzy wierzą, że Solidarność może wrócić. I to właśnie te lata między 1986 a 1988 rokiem doprowadziły w rezultacie do rozpoczęcia procesu prowadzącego do Okrągłego Stołu, a później do wygranych wyborów czerwcowych w 1989 r.

W tych dniach obchodzimy 45. rocznicę Porozumień Sierpniowych. Jaką ma pan o nich opinię po tych wszystkich latach?

45 lat temu uważałem, że jest to wielkie zwycięstwo, wielka szansa. Z perspektywy czasu ta opinia tylko się wzmocniła. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że Porozumienia Sierpniowe, a to gdańskie z 31 sierpnia było szczególnie ważne, to jest jedno z największych zwycięstw Polaków w historii, nie tylko w XX w. Chociaż oczywiście nie przewidywałem, że już dziewięć lat po tych wydarzeniach będzie rząd z premierem wywodzącym się z Solidarności. Ale jest też smutna refleksja. Dziś obchody 31 sierpnia, a dzieje się to od wielu już lat, nie łączą bohaterów i niespecjalnie wciągają mieszkańców Trójmiasta czy przybyszów z Polski. Są niestety elementem podziału, który dotyczy zarówno głównych architektów tamtych wydarzeń, jak i aktualnej sceny politycznej. Dzisiaj to są odrębne obchody, często dochodzi do polemik, a nawet gorszących wydarzeń. A więc smutne, że nie potrafimy tego jednego z naszych największych zwycięstw narodowych obchodzić wspólnie. I wiem, że już za mojego życia to się nie zmieni.

Pozostało jeszcze 94% artykułu
/
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Reklama
Historia Polski
Powojenne życie powstańca warszawskiego
Materiał Promocyjny
Sieci kampusowe – łączność skrojona dla firm
Historia Polski
Znaleziono skarb strajkujących stoczniowców
Historia Polski
Paweł Łepkowski: Winni napaści na Polskę
Historia Polski
„2 listopada, o godz. 17 zostanę ścięty” – Niemcy zwracają listy
Materiał Promocyjny
Bieszczady to region, który wciąż zachowuje aurę dzikości i tajemniczości
Historia Polski
Paweł Łepkowski: Pytania o wojnę 1920 roku
Materiał Promocyjny
Jak sfinansować rozwój w branży rolno-spożywczej?
Reklama
Reklama