RZ: Jak doszło do tego, że tak niewiele osób odpowiedziało za zbrodnie popełnione na warszawiakach w 1944?
Jan Ołdakowski: PRL nigdy nie wystąpił o ekstradycję jakiegokolwiek zbrodniarza, który dopuścił się ludobójstwa w czasie powstania.
Ta zbrodnia nie była ujęta przez akt oskarżenia w Norymberdze. Dla komunistów zaś pamięć o sierpniu 1944 r. była niewygodna. Doszło nawet do takiej sytuacji, że w Warszawie był generał Erich von dem Bach, głównodowodzący sił niemieckich walczących z powstańcami, ale otrzymał od komunistów list żelazny.
Ile wyroków zapadło za zbrodnie popełnione podczas powstania?
W Niemczech skazano pięć osób. W jednym przypadku zbrodniarz poniósł karę przez przypadek. Sądzono go za próbę ucieczki z NRD do RFN. Karę za powstanie dano mu niejako na dokładkę.
Dziwi, że państwo polskie nie zajęło się zbrodniami po odzyskaniu suwerenności w roku 1989.
IPN prowadzi kilka postępowań w sprawie zbrodni.
Tak, ale przez 18 lat nie skierowano żadnego aktu oskarżenia, a czas ucieka. Większość zbrodniarzy nie żyje, a ci, którzy żyją, są w bardzo podeszłym wieku.
Czy jest pan w stanie ocenić, ilu jeszcze z nich żyje?
Dość pobieżna kwerenda listy dirlewangerowców pozwoliła ocenić, że jest to 11 osób. Na tej podstawie ostrożnie szacuje się, że w ogóle może żyć jeszcze ponad 10 procent z tych, którzy brali udział w walkach i zbrodniach podczas powstania.
Kim są dziś ci ludzie?
Ciężko o uogólnienia. Wiemy jednak, że wielu z nich udział w zbrodniach nie przeszkodził w karierze. Najbardziej znany jest przykład Reinefahrta, który po wojnie był posłem do Landtagu oraz burmistrzem miasta Sylt. Inne osoby zrobiły karierę w sądownictwie lub zostały profesorami na uniwersytetach.