W renesansowym zamku Hartheim w pobliżu Linzu w Austrii pod koniec XIX w. powstał ośrodek dla osób niepełnosprawnych prowadzony przez siostry pallotynki.
Po włączeniu Austrii do Niemiec naziści usunęli pensjonariuszy i siostry. Jesienią 1939 r. w pomieszczeniach zamkowych wybudowali komorę gazową i krematorium.
30 tys. ofiar sanatorium
Zorganizowali w zamku jeden z sześciu ośrodków, w których przeprowadzana była eutanazja (Akcja T4). Dla zamaskowania rzeczywistych celów placówka uchodziła za sanatorium, zatrudniony był w niej personel medyczny.
Program zabijania osób niepełnosprawnych – na początku Niemców – był pierwszym masowym mordem dokonanym przez nazistów. Doświadczenia zdobyte w tej akcji wykorzystano później do zabijania więźniów różnych narodowości w licznych obozach koncentracyjnych. Do tego celu używane były zamaskowane komory gazowe (wyglądały jak łaźnie).
Personel tych ośrodków pracował później w obozach zagłady, m.in. w Sobiborze, Treblince, Bełżcu.
W „zamku śmierci", jak nazywano Hartheim, zostało zamordowanych około 30 tys. ludzi. Od kwietnia 1941 r. do końca grudnia 1944 r. trafiali tam także Polacy.
– Przywożono ich z obozów w Dachau lub Mauthausen-Gusen – opisuje Marek Rabiega, prokurator szczecińskiego IPN (zakończył on właśnie śledztwo w sprawie mordów na zamku).
Głównym kryterium była m.in. niezdolność do pracy, „stwierdzona nienawiść do Niemców" i fakt, że byli duchownymi.
W zamku zostali zamordowani m.in. franciszkanin Euzebiusz Huchracki, arcybiskup mariawicki Jan Maria Kowalski, ks. Stanisław Kubski i błogosławiony ks. Stanisław Mysakowski.
Prokurator Rabiega ustalił, że w Hartheim zostało zagazowanych co najmniej 1604 Polaków. W trakcie śledztwa udało mu się dotrzeć do nieznanej dotychczas historykom listy 458 ofiar o polsko brzmiących nazwiskach. Taki spis został odnaleziony w archiwach IPN.
– Na luźnych kartkach ręcznie zapisano nazwiska osób wysłanych w tzw. transportach inwalidów do Hartheim. Lista nie została przez nikogo podpisana ani sygnowana pieczęcią ośrodka – opisuje Marek Rabiega. Najprawdopodobniej została zdobyta po wojnie przez Polską Misję Wojskową.
Zbrodnia bez kary
– Dokumenty te są niezwykle cenne, zważywszy na to, że cała dokumentacja ośrodka została zniszczona przez ostatniego komendanta ośrodka – dodaje prokurator.
Śledczy z IPN ustalił nazwiska niemal całego personelu odpowiedzialnego za zbrodnie. Część została skazana na kary śmierci przez Amerykanów. Niektórzy jednak nie ponieśli żadnej odpowiedzialności karnej.
Porucznik SS lekarz Georg Renno był zastępcą kierownika ośrodka w Hartheim i prowadził selekcję osób do zagłady, nadto osobiście włączał zawór cyjanowodoru pompowanego do imitującej łaźnię komory gazowej. Po wojnie – aż do 1961 r. – ukrywał się on w RFN. Po zatrzymaniu śledztwo w jego sprawie wszczęła prokuratura we Frankfurcie. Po wielu latach zwłoki w 1975 r. niemiecki sąd umorzył wobec niego postępowanie z powodu złego stanu zdrowia. Nieosądzony Renno zmarł w 1997 r.
Sąd niemiecki umorzył też w 1960 r. sprawę przeciwko Augustowi Beckerowi, który odpowiadał za transport więźniów do ośrodków, w których dokonywano eutanazji, oraz za dostawy do nich zabójczego gazu.
Hans Bodo Gorgass został skazany na karę śmierci za udział w gazowaniu i podawaniu śmiertelnych zastrzyków więźniom. Karę tę zamieniono mu jednak na dożywocie. W 1958 r. został zwolniony z więzienia i podjął pracę asystenta naukowego w firmie farmaceutycznej. Zmarł w 1993 r. w Bielefeld.
W Hartheim pełnił służbę także Franz Stangl, który był potem komendantem Sobiboru i Treblinki. Po wojnie uciekł do Brazylii. Odnaleziony przez „łowcę nazistów" Szymona Wiesenthala, został aresztowany w 1967 r. i wydany Niemcom. Sąd w Düsseldorfie skazał go w 1970 r. na dożywocie za zabójstwo Żydów w Treblince, zmarł na zawał w 1971 r.
Zobacz także:
Afera podsłuchowa: Inwigilowały dwie grupy