W pierwszym rzędzie rosnąca obawa o losy Francji i wzrost potęgi Niemiec, co spowodowałoby, że amerykańskie pożyczki nie zostałyby spłacone. Dlatego Ameryka przystępowała do antyniemieckiej koalicji jako „państwo stowarzyszone", a nie „sojusznicze". Ta drobna różnica semantyczna miała jednak ukryte znaczenie. Oznaczała bowiem, że Amerykanie wyruszają na wojnę bronić przede wszystkim swoich interesów, w tym także tych, które wiązały się z wymianą handlową i pożyczkami udzielonymi Niemcom.
Już we wrześniu 1917 r., kiedy jeszcze wojska niemieckie zbliżały się do Paryża i nic nie zapowiadało późniejszej listopadowej kapitulacji, prezydent Wilson powołał komisję mającą za zadanie opracować 14 słynnych punktów Wilsona. Znalazły się wśród nich postulaty m.in. odejścia od tajnej dyplomacji, skrytych układów i porozumień; zagwarantowania wolności żeglugi na morzach; usunięcia barier w handlu międzynarodowym oraz – co wydaje się najważniejsze dla nas Polaków – w punkcie 13: niepodległość Polski z wolnym dostępem do morza.
Po raz pierwszy jeden z najważniejszych światowych przywódców wyraźnie upomniał się o wolność Polski. 8 stycznia 1918 r. powtórzył to samo w orędziu do Kongresu USA: „Należy stworzyć niezawisłe państwo polskie, które winno obejmować terytoria zamieszkane przez ludność niezaprzeczalnie polską, któremu należy zapewnić swobodny i bezpieczny dostęp do morza i którego niezawisłość polityczną i gospodarczą oraz integralność terytorialną należy zagwarantować paktem międzynarodowym".
Skąd ta ogromna sympatia tego byłego rektora Uniwersytetu w Princeton do odległego kraju w Europie Środkowej? W żyłach Thomasa Woodrowa Wilsona nie płynęła nawet kropla polskiej krwi. Pochodził z rodziny o korzeniach szkocko-irlandzkich i nie był nawet katolikiem. A mimo to, głównie za namową swojego przyjaciela i wiernego doradcy, pułkownika Edwarda Mandella House'a, stanowczo opowiedział się za niepodległością Polski, odrzucając naciski ze strony wpływowego środowiska Amerykanów pochodzenia niemieckiego i rosyjskiego. Pułkownik Edward House nie tylko pomógł prezydentowi opracować jego 14 punktów, ale wpłynął też na kształt traktatu wersalskiego i porozumienia Ligi Narodów.
Prezydentura Thomasa Woodrowa Wilsona była wielkim przełomem w amerykańskiej historii. Rozpoczęła erę amerykańskiej mocarstwowości globalnej, która pod koniec XX w. uczyni ten kraj największą potęgą militarną i gospodarczą na naszej planecie. Bez jego stanowczego poparcia nasza historia mogła potoczyć się w zupełnie innym kierunku.
Nie powinniśmy także zapominać, że ten dystyngowany profesor, choć niewątpliwie w pełni zasługiwał na Pokojową Nagrodę Nobla, którą otrzymał w 1919 r. „za powołanie Ligi Narodów", nie był zawodowym politykiem. Jego koncepcja powojennego ładu w Europie zrodziła się w umyśle skromnego doradcy, który zbudował podwaliny pod nowoczesną amerykańską dyplomację.
W 1932 r. Ignacy Jan Paderewski sfinansował budowę pomnika Edwarda M. House'a w warszawskim parku Skaryszewskim. Niestety żadnego warszawskiego placu, skweru ani ulicy nie zdobi pomnik prezydenta Wilsona. W 2011 r., po 70 latach nieobecności, w czeskiej stolicy ponownie stanął przed kolejowym dworcem głównym wykonany z brązu 3,5. metrowy pomnik 28. prezydenta USA. Odsłonił go czeski prezydent Vaclav Klaus.
A dlaczego nadal nie ma go w Warszawie? Napawa smutkiem, że nawet w 100-lecie odzyskania polskiej niepodległości, w czasie, kiedy tak wiele mówi się o sojuszu polsko-amerykańskim, nikt z władz państwowych i stolicy nie pomyślał, że nadszedł czas na odsłonięcie pomnika człowieka, któremu my, Polacy, tak wiele zawdzięczamy.