Droga do kościoła nie wydawała się tego ranka jakimś nadzwyczajnym wyzwaniem. Bo niby dlaczego – ot, sto metrów pieszo, jak co niedziela... Zaskoczenie byłoby więc pewnie zbyt łagodnym słowem na opisanie tego, co poczuła tego chłodnego grudniowego dnia – ostatniego dnia 1936 r. – grupa śpieszących się na mszę kobiet. Otóż w połowie drogi z zaparkowanego niedaleko samochodu wysypał się nagle oddział policjantów, którzy bez większych ceregieli zaczęli rozbierać je z odświętnych ubrań. Protesty i krzyki na nic się zdały – pozbawione sporej części garderoby mieszkanki podpińczowskiej wsi uciekły z piskiem do domów.
Niejedna z ograbionych pań myślała pewnie o tym, by pójść na skargę do sołtysa, tego jednak spotkał chwilę później podobny los – policjanci otoczyli go i zupełnie nie zważając na powagę urzędu, pozbawili garnituru, a nawet melonika – półnagi czmychnął do domu, klnąc przy tym, na czym świat stoi.
Odzieżowe perypetie poranka budziły emocje tym większe, im bardziej były dziwaczne i niezrozumiałe. Wkrótce jednak miało się okazać, że były one zaledwie skromnym preludium. Prawdziwy popis dali policjanci wieczorem, kiedy w remizie rozpoczęły się sylwestrowe tańce, a wyfiołkowane pary schodziły się coraz większym tłumem. Zagrała muzyka, młodzi wskoczyli na parkiet, bimber powoli zaczerwieniał twarze i... W takim właśnie momencie drzwi otworzyły się z hukiem i na salę wsypał się oddział funkcjonariuszy. Niewiele mówiąc, z panien pościągali suknie, z panów garnitury, na odchodne zabrali orkiestrze instrumenty i obładowani po uszy zdobyczą odjechali w stronę Kielc.