John F. Kennedy porwał za sobą młode pokolenie Amerykanów, które miało dość sztywnych polityków z przeszłości. W rzeczywistości on sam był typowym zmanieryzowanym przedstawicielem najbogatszej warstwy społeczeństwa, która żyła w odizolowanym lukrowanym świecie. O segregacji rasowej na Południu wiedział niewiele. Nie znał problemów biedoty żyjącej na Północy i nie do końca rozumiał, przed jakimi przeszkodami stają nowi imigranci.

W przemówieniu inauguracyjnym wzywał do „walki z tyranią, ubóstwem, chorobami i wojną”. Jednak w ostateczności to on z bratem Robertem stworzył swoistą wewnętrzną dyktaturę w Białym Domu przesiąkniętym skandalami. JFK swoimi programami socjalnymi nie tylko pogłębił ubóstwo, ale też uczynił je zjawiskiem pokoleniowym. Nie tylko nie ustrzegł Ameryki przed wojną, ale wręcz wepchnął ją ostatecznie w jeden z najbardziej krwawych i upokarzających konfliktów, jakim była wojna w Wietnamie. Jego polityka zagraniczna to ciąg błędów, których nie zdołali naprawić następcy.

Czytaj więcej

Nowy Front w USA. John F. Kennedy, cz. V

Kompromitująca inwazja na Kubę

Niecałe cztery miesiące po inauguracji zaakceptował najgłupszą i najgorzej przygotowaną operację w historii amerykańskiego wywiadu. Pozwolił, by 17 kwietnia 1961 r. z amerykańskich portów wypłynęły statki wiozące 1400 kontrrewolucjonistów, którzy mieli dokonać inwazji na rządzoną przez Fidela Castro Kubę. Efektem końcowym było zwycięstwo wojsk kubańskich, które na dziesięciolecia umocniło władzę Fidela Castro i ostatecznie wepchnęło Kubę w ramiona Moskwy. 100 kontrrewolucjonistów zginęło, a tysiąc trafiło do komunistycznych więzień. Pozostałych musiała ewakuować US Navy.

Demokraci tłumaczyli się, że inwazja została zaplanowana jeszcze przez rząd Eisenhowera, a sam Kennedy miał wobec niej duże wątpliwości. Ale to on zaaprobował tę operację, mając świadomość, że łamie ona zasady prawa międzynarodowego, uderza w legalny rząd kubański uznany przez gabinet Eisenhowera i narusza zasady operacji wojskowych prowadzonych pod osobistym nadzorem prezydenta USA.

Hucpą było powołanie komisji do zbadania inwazji w Zatoce Świń, na której czele prezydent postawił dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA) Allana Dullesa. Było oczywiste, że ten człowiek będzie sędzią we własnej sprawie. Inwazja w Zatoce Świń była zatem podwójną porażką.

Po pierwsze, spowodowała, że w łapy kubańskiej służby bezpieczeństwa trafiło tysiąc kontrrewolucjonistów, których poddano brutalnym przesłuchaniom. W ten sposób reżim Fidela Castro zdobył informacje o strukturach opozycji na wyspie. Po 17 kwietnia 1961 r. do kubańskich więzień i obozów trafiły tysiące ludzi. Praktycznie opozycja kubańska przestała istnieć. Po drugie, złamanie prawa międzynarodowego przez administrację Kennedy’ego pozwoliło Fidelowi Castro oficjalnie poprosić ZSRR o protekcję. Chruszczow nie posiadał się ze szczęścia. Rzekomo „dla zwiększenia bezpieczeństwa Kuby” zaproponował instalację na Kubie wyrzutni radzieckich rakiet nuklearnych średniego i dalekiego zasięgu. Powoływał się przy tym na kazus Turcji, w której były zainstalowane podobne wyrzutnie amerykańskie.

Czytaj więcej

Błyskawiczna kariera polityczna - John F. Kennedy, część IV

Świat na skraju zagłady atomowej

Operacja przewiezienia rakiet z głowicami nuklearnymi była ściśle tajna. Stany Zjednoczone w myśl doktryny Monroego uważały, że wszystko, co się dzieje na półkuli zachodniej, stanowi bezpośredni interes polityczny lub bezpośrednie zagrożenie dla ich interesu narodowego. Dlatego zastrzegały sobie prawo do ingerowania w sprawy państw Ameryki Łacińskiej w przypadku próby przejścia tych państw do obozu sowieckiego.

Kiedy wywiad wojsk powietrznych USA dostarczył niezbite dowody na to, że na Kubę płyną rakiety z głowicami nuklearnymi, w Białym Domu zapanowała panika. Zainstalowanie takiej broni na Kubie oznaczało, że duża część kontynentalnych stanów USA znajdzie się w zasięgu ataku nuklearnego z Morza Karaibskiego. Kennedy, który obiecywał pokój, wraz z Chruszczowem doprowadził świat na skraj atomowej zagłady.

Należy podkreślić, że jeszcze w 1960 r. Stany Zjednoczone dysponowały znaczną przewagą w liczbie międzykontynentalnych pocisków nuklearnych. W 1961 r., kiedy Amerykanie przeprowadzili nieudaną inwazję w Zatoce Świń, Sowieci mieli zaledwie cztery międzykontynentalne rakiety balistyczne (ICBM) typu R-7 Semiorka. Tego typu pociski posiadały maksymalny zasięg 5500 km i były bardzo nieprecyzyjne. Oznaczało to, że cztery sowieckie rakiety nie mogły nawet z baz znajdujących się w NRD dosięgnąć Nowego Jorku. Prezydent Kennedy otrzymał raport wywiadowczy, z którego wynikało, że do października 1962 r. Sowieci planowali rozbudowę ICBM do 75 pocisków. Nie zrobił nic, aby powstrzymać te działania.

A przecież w tamtym czasie Stany Zjednoczone dysponowały precyzyjnymi 170 pociskami ICBM i szybko budowały kolejne. Moskwa i najważniejsze miasta europejskiej części ZSRR były w zasięgu amerykańskich rakiet. Amerykanie posiadali również osiem okrętów podwodnych typu George Washington i Ethan Allen, zdolnych do wystrzelenia 16 pocisków balistycznych Polaris, każdy o zasięgu 2500 mil morskich (4600 km). Przewaga Ameryki i wojsk NATO była bezdyskusyjna.

Czytaj więcej

Bohater wojenny John F. Kennedy, część III

Chruszczow uznał zatem, że jego priorytetowym zadaniem jest wypełnienie luki rakietowej, i głośno chwalił się światu, że Sowieci budują pociski „jak kiełbaski”. W rzeczywistości Sowieci mieli „jedynie” około 700 pocisków balistycznych średniego zasięgu, które zagrażały Europie Zachodniej, choć były one bardzo zawodne i niedokładne. Tak więc kontynentalne Stany Zjednoczone miały znaczną przewagę pod względem łącznej liczby bardzo precyzyjnych głowic jądrowych: 27 000 wobec 3600 zawodnych rakiet sowieckich. Także pod względem sił konwencjonalnych Amerykanie przewyższali Sowietów. To więc, że Ameryka tak łatwo została zastraszona w czasie kryzysu kubańskiego, wynikło z osobowości prezydenta Kennedy’ego.

Niektóre filmy ukazują Johna F. Kennedy’ego i jego brata jako ludzi, którzy uratowali świat, a doradców wojskowych i dowódców przedstawiają jako konserwatywnych „jastrzębi” gotowych do wywołania globalnej pożogi atomowej. Nic bardziej mylnego, to lewacka interpretacja historii w stylu Olivera Stone’a. W czasie kryzysu kubańskiego świat uratowali ludzie w mundurach, którzy twardo postawili się dwóm zagubionym i zdezorientowanym braciom Kennedym.

Czytaj więcej

Klan z Bostonu. John F. Kennedy, część II

Prezydenci USA pod czujnym okiem FBI

John i Bob Kennedy stworzyli duumwirat rządzący państwem. Obecność prokuratora generalnego Roberta Kennedy’ego na posiedzeniach rządu USA, wydawanie poleceń w imieniu prezydenta, besztanie ministrów, publiczne lekceważenie wiceprezydenta Lyndona Johnsona czy wtrącanie się do polityki zagranicznej Departamentu Stanu było przejawem buty, aroganckiej pewności siebie i chojractwa. Bobby Kennedy drwił sobie ze wszystkich i wszędzie. Nie rozumiejąc lokalnych układów, wtrącał się do polityki rasowej południowych stanów, ingerował w relacje pracodawców i pracowników sezonowych na wielkich plantacjach kalifornijskich, w działania związków zawodowych i interesy zagraniczne wielkich amerykańskich rodów. Skłócił z Białym Domem wszystkie możliwe środowiska.

Jego drwina z Rockefellerów i ich wpływów w krajach Trzeciego Świata dowodziła nie tylko zuchwałości, ale też zwykłej głupoty. Zdawało się, że bracia Kennedy nie rozumieli związków gospodarki z polityką. Nie odróżniali Wall Street od Main Street. Stąd zaplątanie prezydenta w niejasne relacje z interesami wielkich rodzin mafijnych, skłócenie z „wilkami” z NYSE i narastający konflikt ze służbami specjalnymi, w tym przede wszystkim z kierownictwem FBI. Amerykańscy prezydenci bali się szefów FBI. Dwight D. Eisenhower traktował dyrektora Federalnego Biura Śledczego J. Edgara Hoovera jak regularnego członka gabinetu w randze sekretarza. Hoover bywał także na niemal wszystkich posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego. W 1959 r. obsesją Hoovera i Eisenhowera stała się eliminacja Fidela Castro i Rafaela Trujillo, dyktatorów Kuby i Dominikany. W tym samym czasie prezydent zgadzał się na łamanie przez FBI szyfrów dyplomatycznych amerykańskich sojuszników. Pod szczególną obserwacją byli dyplomaci włoscy, francuscy, egipscy, syryjscy i indonezyjscy. Hoover zaczął więc tworzyć nową kartotekę osób podejrzanych. Pod koniec lat 50. coraz większą popularnością cieszył się nieprzewidywalny, pewny siebie, demokratyczny senator z Massachusetts John F. Kennedy, syn znienawidzonego przez Hoovera ambasadora Josepha Kennedy’ego, którego rodzinne imperium powstało w wyniku łamania ustawy prohibicyjnej. Młody Kennedy zdawał się mieć liczne koneksje z włoską mafią, co budziło szczególny niepokój Hoovera. Sam Giancana – szef wszystkich szefów cosa nostry w latach 1957–1966 – chwalił się publicznie, że to on uczynił JFK prezydentem.

Czytaj więcej

John F. Kennedy. Fałszywa świętość, część I

Mimo że prezydent starał się podporządkować dyrektora FBI swojemu bratu, prokuratorowi generalnemu Robertowi Kennedy’emu, nie jest prawdą, że bracia Kennedy gardzili Hooverem. Wielokrotnie podkreślali, że Hoover jest patriotą i znakomitym organizatorem. Co prawda w prywatnych rozmowach nazywali go „starą ciotą”, o czym Hoover doskonale wiedział. Zresztą wiedział znacznie więcej.

FBI dysponowało niezliczoną ilością zdjęć, nagrań, podsłuchów oraz filmów o niemal pornograficznej treści, kompromitujących życie prywatne prezydenta Kennedy’ego i jego rodziny. Pruderyjny dyrektor gardził klanem Kennedych. Gdy 22 listopada 1963 r. prezydent zginął od skrytobójczych kul w Dallas, Hoover zadzwonił do prokuratora generalnego i bez żadnego współczucia poinformował go beznamiętnym głosem: „pański brat prezydent został zastrzelony”. To była kwintesencja ich relacji.