Brazylijska ziemia obiecana

Afrykańscy niewolnicy, od XVIII wieku chłopi, robotnicy, ale też urzędnicy z Europy różnych nacji, konfederaci z wojny secesyjnej, pod koniec XIX wieku także Polacy, w XX wieku polityczni oponenci nazistów i Żydzi, po II wojnie światowej hitlerowscy bonzowie, a w naszych czasach Wenezuelczycy – wszyscy z oczami wbitymi w brazylijski raj.

Publikacja: 07.09.2023 21:00

Przejęcie ziem dzisiejszej Brazylii przez Pedra Álvaresa Cabrala – na rzecz Portugalii

Przejęcie ziem dzisiejszej Brazylii przez Pedra Álvaresa Cabrala – na rzecz Portugalii

Foto: BE&W

Pierwsi zza oceanu dotarli tu portugalscy żeglarze, mimo że na ich mapach próżno by szukać wybrzeża brazylijskiego. W ostatnich dniach kwietnia 1500 r. na plażach w okolicach dzisiejszego Porto Seguro naprzeciw przybyszom Pedro Álvareza Cabrala wyszli miejscowi. „Brązowi, nadzy, z łukami w ręce”, donosiło w liście do króla w Lizbonie pierwsze pióro wyprawy, niejaki Pêro Vaz de Caminha. Jeden z Portugalczyków rzucił w kierunku tubylców swoje nakrycie głowy. W odpowiedzi w kierunku Europejczyków „popłynął pióropusz z ptasich piór”, zanotował Caminha. Jakby powiało wymianą poglądów.

Cabral odkrycie zawdzięczał przypadkowi. Portugalczyk tylko dlatego wylądował na wybrzeżu Pindoramy, jak większość Indian określała swój kraj, ponieważ żeglując na dalekim zachodnim Atlantyku, dostał się w zasięg korzystnych wiatrów, choć planował przecież opłynięcie Afryki w przeciwnym kierunku, by dotrzeć do wymarzonych Indii. Cabral nie miał nawet pojęcia, czy kotwicę zarzucił na wyspie, czy na stałym lądzie.

Czytaj więcej

Tajemnica brazylijskiej tożsamości

Król przeczytał raport kronikarza od deski do deski, włożył do szuflady, skąd papier trafił do archiwum w Lizbonie. Tam pokrywał się kurzem stuleci i dopiero w 1817 r. wypłynął na światło dzienne – jako pierwszy dokument w historii Brazylii, a zarazem platforma startowa dla brazylijskiej literatury w naszych czasach trafił na listę dzieł sztuki UNESCO.

Pau-brasil i plantacje trzciny cukrowej

Tydzień po zakotwiczeniu żaglowca de Caminha razem z kompanami zatknął portugalską flagę na nowym lądzie, a kraj ochrzcił „Ziemią Prawdziwego Krzyża”. Dopiero wyrąb powszechnie występującego drzewa o czerwonawym odcieniu, tzw. pau-brasil (po portugalsku „brasa” oznacza żar), z którego w Europie uzyskiwano najcenniejszy czerwony barwnik, wyparł pierwotną nazwę kraju nad Amazonką, nadając mu tę obowiązującą do dziś. Wyrąb i transport czerwonego drzewa, pierwszego brazylijskiego eksportu nr 1, z głębi lasów na stojące w portach statki organizowali Indianie. Otrzymywali w zamian narzędzia z metalu. Największym szacunkiem darzyli siekierę, gdyż do tej pory do cięcia używali kamieni i muszli. „Noże i siekiery stanowiły najlepszą rękojmię do pozyskania indiańskiej przyjaźni”, konkluduje kanadyjski znawca Amazonii John Hemming.

Zgodnie z pierwotną nazwą kraju zdobywcy największe nadzieje łączyli nie z odkryciem złota czy srebra – swoistą sprężyną, wręcz megaturbiną napędową dla eskapad w XVI w. przez ocean okazał się ratunek pogańskich dusz przed wiekuistym potępieniem. O dziwo, ci „nadzy i z łukami w rękach” sami z siebie przyłączali się do katolickich mszy, odprawianych pod wielkim drewnianym krzyżem. Naśladowali nabożnie Portugalczyków, zwłaszcza przy klękaniu i modlitwie. O czym również informował króla de Caminha.

Czytaj więcej

Obraz pełen tajemnic. „Pierwsza msza w Brazylii” Meirellesa

Przyjaźnie zapoczątkowana historia zamieniła się w dramat. W 1500 r. obszar dzisiejszej Brazylii zamieszkiwało niewiele więcej niż milion autochtonów z indiańskich plemion. Dziś to zaledwie 350 tysięcy. Ich przodkowie padali jak muchy: z głodu, wyczerpania, od niewolniczej harówki i przywleczonych z Europy chorób lub jako żołdacy zaciągani do ścigania innych Indian. Jednostronne źródła, pochodzące tylko od białych kolonizatorów, uniemożliwiają odtworzenie wiarygodnej historii Brazylii. Tamtejsi Indianie nie pozostawili po sobie pisanych świadectw. W raportach portugalskich kolonizatorów i misjonarzy występują jedynie jako „poganie”. Empatycznych raportów o zdolnych strzelcach z łuku i biegłych znawcach lasu brak, jeśli nie liczyć pojedynczych kronik podróżników niemieckich, angielskich czy francuskich.

Nie posiadamy również świadectw od grupy Afrykańczyków, którymi kolonizatorzy zastępowali ubytki autochtonów, w liczbie trzech milionów ściągniętych przez ponad trzy wieki (w latach 1550–1888) z Czarnego Kontynentu (w pierwszym rzucie pochodzących z plemion Yoruba i Bantu). Jeszcze dziś niektóre miasta portowe, jak Sao Salvador czy Santos, w dwóch trzecich zamieszkuje czarnoskóra ludność. Składając wizytę w latach 60. XX stulecia w Sao Salvador, ówczesny nigeryjski minister ds. informacji Anthony Enahoro nie posiadał się ze zdziwienia, kiedy słyszał rodzimy dialekt Yoruba, a na własne oczy obserwował rytualne praktyki rodem z Nigerii. Jego przodkowie – harujący niewolniczo w kopalniach złota, na plantacjach trzciny cukrowej i kawy – przy dużym szczęściu przeżywali nie dłużej niż siedem–dziesięć lat.

Handel czarnymi niewolnikami kwitł w Brazylii przez blisko 400 lat. Podczas robót przy wznoszeniu obiektów olimpijskich pod letnie igrzyska w Rio w 2016 r. odkryto pozostałości Cais do Valongo, portu, do którego zawijały żaglowce z Afrykańczykami. Kupowano ich na targowiskach Czarnego Lądu, płacąc tytoniem, wódką z trzciny cukrowej, a później złotem. Z pokładu portugalskich żaglowców trafiali do obozów, gdzie ich tuczono, by przetrwali dalszy transport w głąb kraju, a następnie sprzedawano ich na placach targowych.

„Obiad. Rodzina z Rio de Janeiro obsługiwana przez niewolników” – obraz Jeana- -Baptiste’a Debreta z

„Obiad. Rodzina z Rio de Janeiro obsługiwana przez niewolników” – obraz Jeana- -Baptiste’a Debreta z ok. 1830 r.

Jean Baptiste Debret/wikipedia

Bardziej krnąbrni okazali się Indianie, przeprowadzając napady na kolonistów. „Jeśli wasza królewska mość nie pomoże, to straci kraj, a my stracimy życie i majątki”, przestrzegał króla jeden z kolonistów Luis de Gois. Życie Portugalczykom uprzykrzała ponadto holenderska, brytyjska i francuska konkurencja. Pierwsza i druga spod znaku pirackiej flagi. Krzyk rozpaczy z kolonii został w Lizbonie wysłuchany. Monarcha wysłał do Brazylii nowego gubernatora, który przegonił konkurencję z Francji, a przede wszystkim rozwinął nową gałąź eksportu – po tym jak w ciągu pół wieku wykarczowano niemal wszystkie czerwone drzewa.

Białe złoto i czarni niewolnicy

Od tej pory Brazylia pokryła się plantacjami trzciny cukrowej. Tak zresztą jak na Azorach, Wyspach Zielonego Przylądka i Maderze. Dzięki temu Portugalczycy zmonopolizowali w swoich rękach dziewiczą gałąź przemysłu – światowy handel cukrem. Brazylia urosła do jego największego producenta. W 1600 r. 192 młyny cukrowych produkowały 9 tys. ton białego złota, cenniejszego niż dziś i niebotycznie drogiego. Ale inwestycja wymagała, by w jednym tylko cukrowym młynie (engenho) od rana do wieczora uwijało się do setki afrykańskich niewolników. Wśród nich duża przewaga mężczyzn i krótki okres życia generowały niską dzietność. Urodzonych na miejscu niewolników, w związkach kolonistów z nielicznymi Afrykankami, nazywano „Crioulos”. Plasowali się oni na szczycie hierarchii niewolników. Szczególnie ci, którzy pracowali jako pomoc domowa i cieszyli się sympatią właścicieli, mogli za zaoszczędzoną sumkę pod koniec życia wykupić się. Już pod koniec XVII w. powstała grupa wolnych Afrobrazylijczyków. Łańcuchy niewoli zrywano także ucieczką. Zbiegli niewolnicy razem z wolnymi Crioulos tworzyli z miejscowymi Indiankami odrębne osiedla jak w Quilombo pod Palmares. W 1630 r. holenderska konkurencja spod znaku Zachodniej Kompanii Indyjskiej zdobyła rejon Pernambuco na atlantyckim wybrzeżu (gdzie kontynent najbardziej wychyla się na wschód) i przejęła całą produkcję cukru na północnym wschodzie kraju. Ucieczkę Portugalczyków z nieskrywanym szyderstwem sportretował trzy wieki później brytyjski historyk Charles Boxer: „Pułki brzuchatych latyfundystów wiały, gdzie pieprz rośnie, w siodle ich śliczne metresy Metyski, a wzgardzane przez nich białe małżonki dawały dyla na bosaka, brnąc po kolana w błocie”.

Istotnie, lepiej od Afrykańczyków i Indian koloniści traktowali Indianki. Jak już wynika z zapisków de Caminha, śniade nagie kobiety z niezakrytymi narządami płciowymi musiały katolickim przybyszom jawić się jako niezwykle atrakcyjne. Brali je sobie seryjnie nawet za żony. Niewiele przejmowali się płynącymi z katolickiej macierzy wezwaniami do porzucenia mezaliansów z pogankami. Aby podnieść upadłe morale kolonizatorów – w większości kupców, nierzadko i kryminalistów – i podtrzymać szczytną misję nawracania Indian, zza oceanu nadciągnęli jezuici. Zakonnicy zakładali wioski dla miejscowych (aldeias), edukowali, chronili przed krewkimi Portugalczykami, niekiedy jednak padali ofiarą rytualnego kanibalizmu. W 1556 r. los taki dosięgnął pierwszego biskupa Brazylii Pera Fernandesa Sardinhę.

Dziś historycy powątpiewają, czy ówcześni Indianie rzeczywiście praktykowali kanibalizm. Raport z podróży heskiego rycerza Hansa von Stadena z 1557 r. informuje o tym, jak został pojmany przez plemię Tupi i o mały włos wrzucony do kotła na kolację. Raport robił w Europie furorę, ale jego wiarygodność budzi obecnie spore wątpliwości.

Jedna z zachowanych map (z 1502 r.) pokazująca m.in. drogę do odkrytej przez Cabrala Brazylii

Jedna z zachowanych map (z 1502 r.) pokazująca m.in. drogę do odkrytej przez Cabrala Brazylii

Biblioteca Estense Universitaria, Modena, Włochy

Z reguły było odwrotnie: miejscowi, przed portugalską kolonizacją żyjący jak nomadzi, tłoczyli się jak sardynki w beczce, umierając seryjnie w jezuickich wioskach. Najczęściej misyjna posługa wśród Indian sprowadzała się do szybko po sobie następujących chrztu i pogrzebu. Wprawdzie odległa macierz w Portugalii zabraniała zniewalania autochtonów, ale liczba dopuszczalnych wyjątków podmywała naczelną zasadę. Nierzadko wymierały jezuitom całe wioski. Wtedy zakonnicy zapraszali do opustoszałej aldeias kolejne plemię na lekcje religii i edukacji.

By wypełnić demograficzne luki, Portugalczycy podkręcili tempo sprowadzania Afrykanów, tym razem z Beninu i Angoli, w końcu z Mozambiku. Ponadto organizowali polowania na Indian, zapuszczając się w głąb kontynentu. Aż po linię Andów. Przy zdobywaniu indiańskich wiosek życie tracili nawet jezuici. Ci zaangażowali się tak bardzo w ochronę ludności indiańskiej, że w 1759 r. zostali hurtem z Brazylii wydaleni. Co ciekawe, wpływ na tę sytuację miało także gigantyczne trzęsienie ziemi w Lizbonie (1755 r.). Mnisi uznali je za karę bożą nałożoną na grzesznych kolonistów, którzy w odpowiedzi moralistom w habitach kazali w Brazylii zwijać manatki. Zysk ze sprzedaży ich majątku poszedł na odbudowę portugalskiej stolicy.

Nieco wcześniej, bo w roku 1698, odkryto wreszcie skarb, o którym przed w dwoma wiekami marzył Carbal – pokłady złota, leżące 400 km na zachód od Rio, największe w Ameryce Południowej, które jak magnes zwabiły nowe pułki Portugalczyków. Nowo przybyli i miejscowi Portugalczycy skakali sobie do oczu (częściej do gardła), by przypieczętować wyłączność do złóż. Ale korona zacierała ręce. Rocznie 11 ton kruszcu docierało do Lizbony w latach największego wydobycia złota (1730–1760). Dziś wiele imponujących kościołów w Portugalii zaświadcza o niebywałych latach prosperity.

Czytaj więcej

Brazylia, kraj nieograniczonych możliwości

Odkrycie przypieczętowało smutny los Indian – w pierwszej kolejności zaciągniętych do pracy w kopalniach. Na przykład plemię Payaguá, zamieszkałe w pobliżu kopalń złota Cuiabá, w 1780 r. broniło się przed przymusowym wcieleniem do pracy i zostało wybite w pień... A mimo to portugalski kolonializm, inaczej niż sąsiedni hiszpański, o iście rasistowskim polorze, należał do najmniej krwawych na kontynencie. Cechowała go adaptacja, nie konfrontacja. Dużą rolę odegrała korupcja, która życie codzienne czyniła znośnym, intuicyjnie szukając kompromisów, generując fantazję i wspierając zdolności dostosowania się do otoczenia. W efekcie w Brazylii nie musiało dojść do wojny o niepodległość.

201. rocznica niepodległości Brazylii

Portugalskiemu następcy tronu tak bardzo spodobało się w swoim brazylijskim wicekrólestwie, że do Lizbony już nie wrócił (opuścił ją wraz z rodziną królewską, dworem i dywizją arystokratów – orszak liczył 15 tys. – w 1807 r., zanim Napoleon zajął Portugalię). 7 września 1822 r. Pedro I wydał dekret o niepodległości Brazylii i koronował się na jej cesarza (1 grudnia 1822 r.).

Bogacący się na eksporcie trzciny i złota, a także kauczuku, kawy i diamentów kraj oferował białym migrantom szerokie możliwości dorobienia się, cierpiąc niezmiennie na niedobór rąk do pracy. W XIX wieku cesarz Pedro II, po matce Habsburg, który aż do rewolty republikańskiej (1889 r.) rządził prawie przez pół wieku, szeroko otworzył bramy kraju przed biedującymi w przeludnionej Europie ochotnikami. Z oferty skorzystali najczęściej chłopi z półwyspów Iberyjskiego i Apenińskiego, ale też z krajów niemieckich. Nowe życie rozpoczynali od zakładania plantacji kawy i bawełny. Migracja z miast europejskich objęła nawet elity: kupców, intelektualistów, rzemieślników i urzędników.

Kolejna fala migrantów, która swego szczęścia szukała w Brazylii, napłynęła zaraz po tym, gdy wysechł atrament na umowie kończącej wojnę domową w USA (1865 r.). Rozgoryczeni porażką osadnicy z południowych stanów – wielu z nich w wojnie potraciło majątki, a sama wojna zadała im cios w serce w postaci zniesienia niewolnictwa – próbowali na brazylijskiej ziemi przywrócić utracony raj. Razem ze swoimi białymi rodzinami przejmowali leżące na wschód od Puszczy Amazońskiej latyfundia; uprawiali na nich bawełnę, tytoń, kawę i trzcinę, inkasując zyski z harówki czarnych niewolników afrykańskich. Jeden z nowo przybyłych południowców, oficer marynarki Matthew Fontaine Maury, zachęcał kolegów do deportacji byłych niewolników z USA w region Amazonii. Wprawdzie Brazylia zakazała w 1748 r. niewolenia Indian, a w latach 50. XIX stulecia – importu niewolników, to samego niewolnictwa nie zniosła.

Pedro II na wzór europejskich potęg modernizował swój kraj, uprawa bawełny wraz z dochodowym eksportem jak ulał pasowała do ambitnych planów monarchy. To okazało się wodą na młyn dla amerykańskich konfederatów. Emeryci z wojny secesyjnej natrafili jednak na problemy z aklimatyzacją. Niejaki Andrew McCollam, zamożny farmer z Luizjany, z przerażeniem zapisał: „Dwie trzecie Brazylijczyków siada przy jednym stole z niewolnikami. A jeśli murzyn jest bogaty, to wolno mu w publicznym miejscu zasiąść przy centralnym miejscu stołu”. Rozgoryczony McCollam wrócił do Luizjany. Innych zniechęciły tropikalne choroby, długie i naprzemienne okresy suszy i gwałtownych opadów, dokuczliwe przez cały rok mrówki i porywające drób z kurników dzikie zwierzęta. Gdy w 1888 r. Pedro II zniósł niewolnictwo (edykt podpisała jego córka księżna Izabela), Amerykanie, z wyjątkiem niewielkiej enklawy wokół São Paulo, już się zwinęli.

Migranci i uciekinierzy zza oceanu

W przeciwieństwie do Amerykanów emigranci z Europy w Brazylii zmieniali swoje życie na lepsze. Wśród nich Polacy ze wszystkich trzech zaborów: badacze, podróżnicy, inżynierowie, lekarze, humaniści.

„Statek niewolników” – obraz Johanna Moritza Rugendasa z 1830 r.

„Statek niewolników” – obraz Johanna Moritza Rugendasa z 1830 r.

Johann Moritz Rugendas/wikipedia

Wielu Polaków znacząco odcisnęło swój ślad na rozwoju Brazylii. Jak choćby geolog Andrzej hr. Przewodowski (1799–1879). Od 1839 r. w stanie Bahia prowadził pionierskie badania geologiczne i zaprojektował imponujący most na rzece Paraquacuçu. Inżynier i kartograf Florestan Rozwadowski (1805–1879), uczestnik powstania listopadowego, prowadził dziewicze pomiary topograficzne w dorzeczu Amazonki. Do annałów brazylijskiej medycyny i farmacji trafił dr Piotr Czerniewicz (1812–1881). Jego ambitny cel: poprawa złych warunków higienicznych wśród ludności oraz popularyzacja wiedzy medycznej. W wąskim kręgu naukowców zasłynął jako autor encyklopedii lekarskiej, w szerokim – jako twórca słownika medycyny popularnej. Za te dokonania sam cesarz Pedro II uhonorował go orderem „Cavalheiro de Christo” i komandorią „Cruzeiro da Rosa”. Oprócz prominentnych osobowości na przełomie XIX i XX wieku do Brazylii ruszyły trzy fale chłopskiej migracji z Polski. „Gorączka brazylijska” objęła ponad 100 tys. Polaków, zwabionych sprzyjającymi pracy na roli warunkami klimatycznymi.

Spośród Europejczyków warto wspomnieć o niemieckim farmerze Johannie Bruhnie, który zbił fortunę na plantacji trzciny cukrowej (nieopodal leżącego na samym końcu szlaku kawy i złota portowego miasteczka Paraty). Jego córkę Julię dopiero śmierć pierwszego męża skłoniła do powrotu do Niemiec, do Lubeki. W przeciwnym razie jej syn i gigant europejskiej literatury Thomas Mann właśnie w Paraty umieściłby dramatyczne losy rodziny Buddenbrooków... Do dziś miasteczko zachowało swój kolonialny charakter: wybrukowane kostką ulice jak w labiryncie biegną pośród wybielonych wapnem i przybranych girlandami domów z kolorowymi oknami i drzwiami. Niekończące się filmy, osnute na kolonialnej kanwie, w tym osławione brazylijskie seriale, kręcono właśnie w Paraty, gdyż reżyserzy niewiele musieli zmieniać w pierwotnej scenografii.

Przed stu laty strumień migracji z Europy zasilili Japończycy i mieszkańcy Lewantu ze wschodniego basenu Morza Śródziemnego. Exodus podkręcił światowy kryzys gospodarczy 1929 r. A po przejęciu władzy w Niemczech przez nazistów (1933 r.) schronienia przed represjami między Rio a São Paulo szukali chrześcijańscy przeciwnicy Hitlera i Żydzi. Wśród nich kolejny gigant europejskiej literatury Stefan Zweig. Pisarz zamieszkał w Petrópolis, wcześniejszej kolonii migrantów z habsburskiego Tyrolu. Pomimo bajkowej przyrody, uroczego miasta, gdzie napawał się kawą o królewskim smaku, a nawet ciastem z kruszonką jak w najlepszej wiedeńskiej cukierni, popełnił samobójstwo (23 lutego 1942 r.). Kilka godzin później w jego ślady poszła 33-letnia żona. „Brazylia – kraj przyszłości”, brzmiał tytuł książki Zweiga, która przyniosła mu sławę i kłopoty. Wyidealizowanemu obrazowi wolnej od rasizmu Brazylii pisarz przeciwstawił Europę z wyhodowanym jak koń wyścigowy rasizmem. Wielkim łukiem ominął kwestię niewolnictwa w brazylijskich ogrodach Edenu, za co spadł na niego grad słusznej krytyki. Bielmo na oczach pochodziło z wdzięczności za przyznanie azylu przed nazistami. Zweig zupełnie przeoczył, że on i inni emigranci z Europy rządzącemu od 1934 r. brazylijskiemu dyktatorowi Getúlio Vargasowi, w istocie antysemicie, służyli za wygodny listek figowy. Kiedy jednak niemiecka łódź podwodna zatopiła brazylijski transportowiec, pacyfistyczny literat sądził, że sprowokowana Brazylia przyłączy się do wojny. Przeszyty lękiem, sięgnął po truciznę. „Uciekł przed wojną, a ta go dopadła”, pointowała samobójstwo pisarza jego biografka.

Czytaj więcej

Brazylijczycy, najlepsi przyjaciele z antypodów

Niewyjaśnione do końca przez historyków relacje reżimu Vargasa z nazizmem trafnie ilustruje ostatni rozdział europejskiej migracji. Wprawdzie dla zbrodniarzy III Rzeszy tzw. szczurzy szlak ucieczki po 1945 r. prowadził przez Watykan Piusa XII do Argentyny i Paragwaju, a rząd Vargasa jeszcze podczas wojny współpracował z Waszyngtonem, ba, wsparł nawet kontyngentem wojska aliantów w Europie, to prominentni naziści schronienie znaleźli także w Brazylii. Franz Stangl, komendant obozów w Sobiborze i Treblince, do 1967 r. w roboczych ogrodniczkach montował volkswageny w fabryce w São Paulo, zanim został zlokalizowany i skazany na dożywocie w RFN. Jeszcze bardziej łaskawym azylem okazał się kraj nad Amazonką dla osławionego „Anioła Śmierci” z Auschwitz – Josefa Mengele, nim w uroczym kurorcie Bertioga śmiertelny udar zakończył jego życie (7 lutego 1979 r.).

Z zawieszonym na ramieniu plecakiem oraz dzieckiem trzymanym na rękach już na naszych oczach maszerują do brazylijskiej ziemi obiecanej Wenezuelczycy – to najnowsza fala migracji do największego kraju Ameryki Południowej. Co najmniej 300 osób dziennie, w sumie od 2016 r. – 600 tysięcy. Co tylko potwierdza, że migracja w trwającej pół tysiąca lat historii Brazylii odgrywa ogromną rolę. A kraj pozostaje wymarzonym eldorado dla kolejnych pokoleń ludzkości.

Pierwsi zza oceanu dotarli tu portugalscy żeglarze, mimo że na ich mapach próżno by szukać wybrzeża brazylijskiego. W ostatnich dniach kwietnia 1500 r. na plażach w okolicach dzisiejszego Porto Seguro naprzeciw przybyszom Pedro Álvareza Cabrala wyszli miejscowi. „Brązowi, nadzy, z łukami w ręce”, donosiło w liście do króla w Lizbonie pierwsze pióro wyprawy, niejaki Pêro Vaz de Caminha. Jeden z Portugalczyków rzucił w kierunku tubylców swoje nakrycie głowy. W odpowiedzi w kierunku Europejczyków „popłynął pióropusz z ptasich piór”, zanotował Caminha. Jakby powiało wymianą poglądów.

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
Bizancjum, Konstantynopol, Stambuł – metropolia orientalna sercem i duchem
Historia świata
Niemieckie i austriackie akademie nauk. To one wpłynęły na kształt uczelni w Polsce
Historia świata
Początek dwubiegunowego świata. Doktryna Trumana. Część V
Historia świata
Zamach, który uczynił Napoleona cesarzem
Historia świata
Jak kawaleria SS pacyfikowała powstanie w getcie warszawskim
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?