Złotooka władczyni

Tak jak Dziecięca Cesarzowa rządziła sercami i umysłami mieszkańców Fantazjany w „Niekończącej się historii”, powieści Michaela Ende, tak cesarzowa Sisi niepodzielnie włada wyobraźnią milionów ludzi na świecie już od ponad stu lat.

Publikacja: 25.05.2023 21:00

Cesarzowa Elżbieta Bawarska w stroju węgierskim, 1867 r.

Cesarzowa Elżbieta Bawarska w stroju węgierskim, 1867 r.

Foto: Bridgeman Images/Leemage/AFP

W czym tkwi fenomen tej pierwszej europejskiej supergwiazdy, której niezwykły życiorys z zapartym tchem do dziś śledzą rzesze historyków i wielbicieli na całym świecie? Sława Sisi wykracza daleko poza rodzinną Bawarię i Austrię, której koronę nosiła. Najlepszym dowodem jest to, że tylko w ostatnich miesiącach do pokaźnej kolekcji publikacji i filmów o życiu Elżbiety dołączyły aż trzy nowe produkcje pochodzące z różnych krajów.

Prawdą jest jednak, że wielu ludzi współczesnych Wittelsbachównie przepowiadało jej nadzwyczajny los. O fakcie tym miała przesądzić sama data jej urodzenia – Wigilia 1837 r. – oraz to, że przyszła na świat już z jednym ząbkiem, co poczytano jako zapowiedź szczęśliwego życia dziewczynki. Dorastająca w ukochanym zamku Possenhofen oraz otoczona troskliwą opieką rodziców i gromadą licznego rodzeństwa Sisi rzeczywiście nie miała wielu powodów do zmartwień. Całe dnie spędzała, jeżdżąc konno lub wędrując po ukochanych bawarskich górach. Pierwszy dramat dotknął ją, gdy miała zaledwie 14 lat – obiekt jej młodzieńczego zauroczenia, hrabia Ryszard, zachorował i zmarł. Elżbieta próbowała poradzić sobie ze stratą, przelewając swoje uczucia w formę wiersza. Być może właśnie wówczas narodziło się w niej zamiłowanie do poezji, które towarzyszyło jej do końca życia. „Ach, Ryszard już nie żyje/ nie zna już ziemskich dróg/ żałobny dzwon bije/ niech się zmiłuje Bóg!/ Tam, gdzie ten zamek stary/ dziewczyna w oknie łka/ i nawet nocne mary/ porusza rozpacz ta!”.

To właśnie smutek Sisi po śmierci Ryszarda miał być jedną z przyczyn, dla których jej matka, księżna Ludwika, podjęła tak brzemienną w skutkach decyzję o zabraniu dziewczyny do Bad Ischl, aby towarzyszyła starszej siostrze Helenie w spotkaniu z jej narzeczonym cesarzem Franciszkiem Józefem. Ludwika miała nadzieję, że zmiana otoczenia pomoże Elżbiecie zapomnieć o tragedii. Liczyła także, że córka nawiąże bliższą znajomość z bratem cesarza Karolem Ludwikiem. Oczywiście, życie napisało swój własny, wręcz bajkowy scenariusz – cesarz Franciszek zakochał się nie w przeznaczonej mu przez matkę kobiecie, lecz w jej młodszej siostrze, uroczej Sisi.

Miłość od pierwszego wejrzenia?

Ten nieprzewidziany bieg wypadków był prawdziwym szokiem nie tylko dla samych Sisi i Franciszka, ale też przede wszystkim dla matki cesarza, arcyksiężnej Zofii, przyzwyczajonej do absolutnego posłuszeństwa ze strony całego otoczenia, w tym własnego syna. Wszyscy musieli się jednak pogodzić z zaistniałymi okolicznościami, gdyż przykładny i posłuszny dotychczas syn Zofii tym razem okazał się nieugięty. Czy przyczyną jego uporu była tu tylko przysłowiowa „miłość od pierwszego wejrzenia”? Psychiatra dr Frank P. Jones w swojej książce „Magia oczu” poświęcił cały rozdział niezwykłym właściwościom, jakie przypisywano pięknym, złocistoorzechowym, sugestywnym oczom Sisi, których hipnotyzujące spojrzenie miało działać zarówno na ludzi, jak i na zwierzęta: „Cesarza doprawdy oczarowały żywe oczy Sisi, od czasu, kiedy je ujrzał po raz pierwszy w 1853 r., aż do śmierci. Czy była to tylko miłość? Czy były w to wplątane jakieś inne, nieziemskie, paranormalne siły, niewyjaśnione do dziś dnia?”.

Nawet jeśli faktycznie początkowo Sisi oczarowała cesarza jedynie swoją nietuzinkową urodą bądź magnetycznym spojrzeniem, to nie ulega wątpliwości, że cesarz darzył ją prawdziwą miłością. Cierpliwie towarzyszył swojej nieprzystosowanej do życia na dworze żonie w uczeniu się nowej roli – cesarzowej. Łagodził stale nawracające konflikty pomiędzy Elżbietą a swoją matką. Pomimo diametralnie innego charakteru starał się rozumieć i szanować potrzeby wrażliwej artystycznej duszy Sisi. A robiły się one coraz trudniejsze do zaakceptowania przez konserwatywnego cesarza, stawiającego na pierwszym miejscu obowiązek. Źle czująca się na wiedeńskim dworze Elżbieta, odmawiająca dostosowania się do wymaganej etykiety oraz znoszenia coraz bardziej doskwierających zachowań despotycznej teściowej, zapragnęła podróży. Takiej zachcianki nie przejawiała dotychczas żadna z przykładnych habsburskich cesarzowych, spędzających życie w dusznych komnatach Schonbrunn i Hofburga, otoczonych liczną gromadką dzieci i potulnie wypełniających rolę „ozdobnika” męża. Kochający jednak szczerze swą kapryśną małżonkę, a może i zmęczony ciągłymi swarami pomiędzy najbliższymi kobietami w swoim życiu, cesarz wyraził zgodę. Od tej pory Sisi zaczęła regularnie znikać z Wiednia na długie miesiące, które wraz ze swoją 60-osobową świtą spędzała w wynajmowanych przez cesarza luksusowych rezydencjach w całej Europie.

Na ścieżce wojennej z teściową

Nie można zaprzeczyć, że chociaż Elżbieta bardziej niż chętnie korzystała ze związanych ze swoją pozycją przywilejów, to skrupulatnie uchylała się też od towarzyszących jej obowiązków. Czy wolno jednak winić za to nastoletnią dziewczynę, której w wieku zaledwie 18 lat przyszło mierzyć się najpierw z rozdzieleniem z dwojgiem dzieci, zabranych jej przez teściową na wyłączne wychowanie, a potem z utratą pierworodnej córki na zawsze? Mała Zofia zmarła w wieku dwóch lat na szkarlatynę, a Elżbieta do końca życia nosiła na ręku bransoletę z medalionem zawierającym wizerunek córki. Teściowa nie omieszkała wypomnieć przy tym pogrążonej w żałobie matce, że dziecko rozchorowało się podczas podróży na Węgry, na którą naciskała Elżbieta, i że to ona jest winna śmierci swej pierworodnej córki. Być może właśnie w tych gorzkich chwilach po raz pierwszy Elżbieta skonstatowała, że „Małżeństwo to niedorzeczna instytucja. Piętnastoletnie dziecko zostaje sprzedane i składa przysięgę, której znaczenia nie rozumie, a potem żałuje tego kroku przez trzydzieści lat lub dłużej, nie mogąc się już z tego wycofać”.

Elżbieta Amalia Eugenia von Wittelsbach (1837–1898), zwana pieszczotliwie Sisi

Elżbieta Amalia Eugenia von Wittelsbach (1837–1898), zwana pieszczotliwie Sisi

Austrian Archives (AA) / IMAGNO / APA-PictureDesk via AFP

Naturalnie długie okresy nieobecności cesarzowej na dworze nie mogły pozostać niezauważone. Dworzanie, a następnie pozostali mieszkańcy miasta zaczęli ten fakt komentować. Rodziły się plotki i podejrzenia, z których najbardziej pikantne dotyczyły oczywiście rzekomych fantastycznych romansów, jakie Sisi miała przeżywać podczas swoich podróży. I chociaż sama cesarzowa, według jej własnych słów, nigdy nie przywiązywała dużej wagi do tej sfery życia („Nie dla mnie uroki miłości/ wino to też kłopoty/ Pierwsze wywołują mdłości/ a drugie – wymioty!”), to nie można zaprzeczyć, iż w jej życiu kilku mężczyzn poza Franciszkiem Józefem odegrało znaczącą rolę. Najbardziej kontrowersyjną dla Austriaków była jej bliska znajomość z węgierskim hrabią Gyulą Andrássym, gorącym zwolennikiem suwerenności Węgier oraz politycznym oponentem Franciszka, skazanym nawet kiedyś przez niego zaocznie na karę śmierci. Te okoliczności nie przeszkodziły bynajmniej cesarzowej, której sercu znacznie bliższe było węgierskie umiłowanie wolności i swobody niż sztywne austriackie zasady, w nawiązaniu dobrej przyjaźni z przystojnym hrabią. „Tak, to była wierna przyjaźń. I nie była zatruta przez miłość [cielesną]” – zwierzyła się Sisi dwórce. Sądząc jednak z listów węgierskiego „przyjaciela”, ten darzył Elżbietę uczuciem wykraczającym poza ramy przyjaźni: „Pani wie dobrze, że mam wielu panów – króla, parlament, senat… ale tylko jedną Panią, a ponieważ znam tylko jedną kobietę, która może mi rozkazywać, tym chętniej jestem jej posłuszny”.

Królowa Węgier

Biorąc pod uwagę prowęgierskie sympatie Elżbiety, czerwiec 1867 r. – kiedy doszło do tak upragnionego przez nią zjednoczenia Austrii i Węgier oraz jej koronacji na królową Węgier – musiał być jednym z najpiękniejszych miesięcy w życiu monarchini. Zupełnie nie przejmując się niechętnymi spojrzeniami austriackich poddanych, wybierała na damy dworu jedynie Węgierki i z zapałem uczyła się tego języka. Będąc w ciąży, kompletnie ignorowała insynuacje, że ojcem maleństwa może być Andrássy. Jakby na przekór złośliwym plotkom, postanowiła urodzić i wychować dziecko na ukochanych Węgrzech, konsekwentnie izolując je od arcyksiężnej Zofii. 30-letnia wówczas Elżbieta czuła, że to jej ostatnia szansa na prawdziwe macierzyństwo. Postanowiła, że tym razem nie pozwoli teściowej przejąć kontroli nad życiem swojego potomka.

Z biegiem lat ta ostatnia, wyczekana córka Maria Waleria stała się tak fizycznie podobna do Franciszka Józefa, że przestano wreszcie przypisywać Sisi niewierność. Ku mniejszemu zadowoleniu samej cesarzowej, bo na tym podobieństwo Marii Walerii do ojca się nie zakończyło. Chociaż od chwili swoich narodzin była ona otoczona przez pragnącą zrekompensować sobie utratę poprzednich dzieci matkę wręcz obsesyjną troską, zabierana w niekończące się podróże, uczona literatury i języka węgierskiego, arcyksiężniczka wyrosła na osobę różniącą się od Sisi pod każdym względem. Pałała otwartą niechęcią do Węgrów i Słowian (u schyłku życia wyrażała wręcz poglądy nacjonalistyczne), nie znosiła podróży (spędziła życie u boku kuzyna, Franciszka Salwatora Toskańskiego, rodząc mu dziesięcioro dzieci), a z ukochanym ojcem, o którego krzywdę ustawicznie obwiniała matkę, rozmawiała wyłącznie po niemiecku.

Skutki wizyty w Anglii

Swoje niepowodzenia w różnych dziedzinach życia Sisi odreagowywała, nie tylko odkrywając nowe miejsca, ale też oddając się różnym formom aktywności fizycznej, w tym przede wszystkim jeździe konnej. Wymarzonym miejscem do tego okazały się zarówno rozległe równiny węgierskie, jak też tajemnicze, zamglone krajobrazy Anglii oraz Irlandii. To właśnie tutaj brytyjski major High zwrócił po raz kolejny uwagę na rzekome niezwykłe właściwości oczu Elżbiety: „Cesarzowa nie bała się wsiąść na żadnego, nawet najdzikszego konia. Po prostu patrzyła koniowi w oczy, pogłaskała czy poklepała po szyi czy pysku – a koń miękł jak wosk. Jej wzrok miał magiczną siłę, która działała nie tylko na zwierzęta”. Opiekunem Elżbiety podczas tych eskapad został kapitan William „Bay” Middleton (daleki krewny obecnej księżnej Kate Middleton), najlepszy jeździec w Anglii.

Niezbyt urodziwy, rudowłosy mężczyzna zaimponował jednak cesarzowej genialną techniką jazdy oraz... szczerością – jako jedyny odważył się wypowiadać krytyczne uwagi odnośnie do stylu jazdy władczyni, która, o dziwo, zaczęła jego komentarze przyjmować bez słowa sprzeciwu, a nawet z wdzięcznością. Po krótkim czasie Elżbieta do tego stopnia „uzależniła” się od codziennych przejażdżek w towarzystwie Middletona, że zaczęła się ich domagać nawet w niedzielę. Jazda konna w niedzielę była jednak niedopuszczalna w Anglii ze względów religijnych, toteż było to chyba jedyne życzenie cesarzowej, któremu nie uczyniono zadość. Rozdrażniona tym Elżbieta popełniła kolejny nietakt, wybierając ten właśnie dzień na zaległe odwiedziny u królowej Wiktorii. Nie chciała bowiem na spełnienie tego przykrego obowiązku poświęcać dnia, który mogła spędzić w siodle. Królowa Wiktoria nie omieszkała cierpko skomentować tego faktu, a na gorączkowe tłumaczenia Elżbiety, że jest ona w Anglii jedynie „prywatnie”, starsza monarchini nie odmówiła sobie przyjemności pouczyć cesarzowej: „Królowa, moja droga, wszędzie pojawia się w oficjalnym charakterze”.

O ile wizyta Sisi w ojczyźnie Middletona okazała się – przynajmniej z jej perspektywy – pełnym sukcesem, o tyle rewizyta Anglika na Węgrzech stała się dla obojga niemiłym doświadczeniem. Nastoletni syn Sisi, Rudolf, był otwarcie zazdrosny o zażyłość matki i Middletona. Nie wahał się nawet w obecności gościa zarzucać jej niewierności względem ojca. Węgierscy mistrzowie siodła i towarzysze Sisi – hrabiowie Rudolf Liechtenstein oraz Niki Esterhasy – traktowali Middletona z wyższością, być może kierowani zazdrością o względy cesarzowej. Bariera językowa też nie pomagała w nawiązaniu relacji. W końcu sfrustrowany Middleton opuścił zamek i udał się do domu publicznego w Budapeszcie, gdzie został okradziony. Wściekła z powodu tego kompromitującego incydentu Sisi nie chciała go więcej widzieć. Wraz z końcem znajomości z Middletonem nastąpił też koniec wojaży Elżbiety na Wyspy Brytyjskie.

Nic jednak nie było w stanie utrzymać Sisi na dłużej w jednym miejscu. Po samobójczej śmierci syna, arcyksięcia Rudolfa, która wydarzyła się w styczniu 1889 r., zaszyła się na długie miesiące na wyspie Korfu, gdzie cesarz kupił jej willę Achilleion, nazwaną przez Sisi imieniem jej ulubionego antycznego bohatera. Tam pielęgnowała swoją urodę, leczyła żałobę oraz doglądała toczącego się pod jej kierunkiem remontu willi. Z chwilą jednak, gdy wszystkie prace zostały zakończone i Elżbieta straciła konstruktywne zajęcie, jej niespokojny duch dał znowu o sobie znać. Postanowiła wyjechać z Korfu, nie bacząc na złość męża, który zainwestował znaczne kwoty w przystosowanie willi do życzeń żony, oraz jego coraz bardziej wyraźnie artykułowaną w listach tęsknotę: „Moje myśli i uczucia tęsknoty są przy Tobie. Ty zapewne myślisz o mnie rzadziej”.

Maria Waleria po latach oceniała: „Jak się wydawało, mama umiała kochać papę jedynie z daleka, gdyż wszystko ich dzieliło: on twardo stąpał po ziemi, ona dostrzegała w każdej rzeczy poezję, on chełpił się, że nigdy w życiu nie otworzył książki, ona uwielbiała Heinego i Szekspira, on był ograniczony, ona zaś ciekawa wszystkiego, on wysoko cenił wyłącznie parady wojskowe i polowania, ona pisała poematy elegijne wyrażające jej ból istnienia (…). Trzeźwy, obowiązkowy, urzędnik, cesarz Franciszek Józef oraz nieortodoksyjna, superinteligentna, bujająca w obłokach cesarzowa Elżbieta – są jak plus i minus, jak dzień i noc: elementy sprzeczne, a zarazem wzajem się warunkujące”.

Czy rzeczywiście Elżbieta bujała jedynie w obłokach, czy też faktycznie potrafiła czasem przekroczyć barierę świata znanego śmiertelnikom? Przecież tuż przed swoją śmiercią z ręki zamachowca miała niezwykły sen. Przyszedł do niej kuzyn i przyjaciel, król Ludwik Bawarski, który w tajemniczych okolicznościach stracił życie w wodach jeziora Starnberg. W tej wizji Ludwik ociekał wodą, jakby właśnie wyszedł z jeziora, i zapowiedział Elżbiecie, że niedługo do niego dołączy. Ostrze broni zamachowca połączyło te dwie bratnie dusze 10 września 1898 r. w Genewie.

W czym tkwi fenomen tej pierwszej europejskiej supergwiazdy, której niezwykły życiorys z zapartym tchem do dziś śledzą rzesze historyków i wielbicieli na całym świecie? Sława Sisi wykracza daleko poza rodzinną Bawarię i Austrię, której koronę nosiła. Najlepszym dowodem jest to, że tylko w ostatnich miesiącach do pokaźnej kolekcji publikacji i filmów o życiu Elżbiety dołączyły aż trzy nowe produkcje pochodzące z różnych krajów.

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
„2001: Odyseja kosmiczna”: Horyzont marzeń
Historia świata
Marek Aureliusz. Życiowe drogowskazy cesarza filozofa
Historia świata
Czy Mikołaj Kopernik był Polakiem? Trzy nieścisłości w jednym zdaniu
Historia świata
Niezwykła Toskania: Lukka
Akcje Specjalne
Naszym celem jest osiągnięcie 9 GW mocy OZE do 2030 roku
Historia świata
Rocznica D-Day. Joe Biden: 80 lat temu żołnierze przeszli próbę stuleci
Historia świata
Czy Ameryce grozi rozpad?