Reklama

Powojenne życie powstańca warszawskiego

Ryszard Stawierej, ps. Bladolicy Sęp, urodzony w 1932 r. Wywiad ten powstał na bazie ostatnich rozmów z moim ojcem. Wiele z nich odbyło się, jak już przebywał w ośrodku Kombatant, bo wymagał całodobowej opieki i nie mógł już dłużej mieszkać sam. Odwiedzaliśmy go tam z bratem Zbyszkiem.

Publikacja: 29.08.2025 05:02

Ryszard Stawierej (drugi z lewej w pierwszym rzędzie) podczas uroczystych obchodów jednej z rocznic

Ryszard Stawierej (drugi z lewej w pierwszym rzędzie) podczas uroczystych obchodów jednej z rocznic wybuchu Powstania Warszawskiego

Foto: Archiwum Autorki

Dużo się mówi o powstańcach w kontekście Powstania Warszawskiego. Zawsze patrzyłam na ojca przez pryzmat jego udziału w Powstaniu. Ale w trakcie rozmów z nim okazało się, że jego życie po wojnie było również ciekawe – pełne sportu, muzyki i kobiet. W czasie obchodów kolejnych rocznic i spotkań kombatanckich był żołnierzem, bohaterem, ale dla mnie na co dzień mój tata jeździł na rowerze, chodzi w dresach i był hipsterem, zanim zaczęło to być modne. Umarł 30 października 2024 r. 1 sierpnia 2025 r. był pierwszą rocznicą Powstania Warszawskiego bez niego i pierwszą rocznicą bez naszych rozmów. Pełny biogram powstańczy Ryszarda Stawiereja jest dostępny na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego.

Tato, jak to jest mieć tyle lat? Czujesz się jeszcze czasem jak młody chłopak?

Starość jest straszna, dziecko. Po dziewięćdziesiątce człowiek potrzebuje spokoju. Wielu starych ludzi chce popełnić samobójstwo, ja też czasem o tym myślę, ale potem patrzę na Was i czuję, że chciałbym jeszcze pożyć, jeszcze interesuje mnie to, co mówią w telewizji.

Czytaj więcej

Irena Krajewska z domu Krawczak, ps. „Lala”: Powstanie Warszawskie było zrywem wolnościowym

Teraz oglądasz wojnę w Ukrainie. Masz jeszcze siłę śledzić wiadomości, po wszystkich swoich przeżyciach?

Reklama
Reklama

Wojna to okrutna rzecz. Putin musi mieć coś źle z głową, żeby niszczyć to, co tak bardzo chce mieć.

Zanim zaczęła się II wojna światowa, której Ty doświadczyłeś, babcia Ci wywróżyła, że będziesz żył prawie 100 lat…

Babcia Rózia mieszkała na Nowym Świecie, różni ludzie ją odwiedzali, żeby im wróżyła z kart. Kiedyś pojechała na wieś, gdzie przez jakiś czas mieszkała i tam jednemu takiemu przepowiedziała, że dom mu spłonie. Tak się stało. Stwierdził, że to wina babci i chciał ją zabić. Musiała wtedy stamtąd uciekać ukryta na wozie. Teraz mam 92 lata, jak dobrze pójdzie, będę żył jeszcze osiem, choć nie jestem tego pewny.

Myślisz, że ta wróżba rzeczywiście coś zmieniła i uratowała Ci życie w Powstaniu Warszawskim? Czy ludzie wtedy w takie rzeczy w ogóle wierzyli?

Życie uratował mi tata. Biegliśmy z chłopakami przez podwórko i ojciec krzyknął, bym na obiad wracał, bo matka zupę ugotowała na zdobytej gdzieś koninie. Cofnąłem się do domu, a wtedy bomba spadła. Wszyscy koledzy zginęli, tylko po butach ich później rozpoznać mogłem. Jako jedyny z tej piątki przeżyłem.

Ryszard Stawierej, ps. Bladolicy Sęp (1932–2024)

Ryszard Stawierej, ps. Bladolicy Sęp (1932–2024)

Foto: Archiwum Autorki

Reklama
Reklama

Gdy wybuchło Powstanie, miałeś 12 lat. Ja w Twoim wieku bałam się ciemności…

Kiedy wybuchła wojna, miałem siedem lat. We wrześniu 1939 r. poszedłem do szkoły. Od razu od drugiej klasy, bo mama już w domu czytać mnie nauczyła. Przez dwa dni byłem w pierwszej klasie, ale jak nauczycielka zobaczyła, ile umiem, to do starszych iść kazała. Potem w 1943 r. wujek mnie do konspiracji w harcerstwie namówił. W Powstaniu byłem łącznikiem. Przyjąłem pseudonim „Bladolicy Sęp”, bo poważną minę miałem, a jeszcze lubiłem czytać książki o Dzikim Zachodzie. Różne rzeczy w Powstaniu widziałem i to na zawsze we mnie zostało, ale też jakby gdzieś obok stałem, bo cały czas czułem ochronę rodziców. Nigdy nie zapomnę, jak matka jednego chłopaka o pseudonimie „Dzidek”, co był jedynakiem, w ciągu nocy cała osiwiała, kiedy dowiedziała się, że zginął. Do tej pory czegoś takiego nie widziałem. Wojna nauczyła mnie też dużego szacunku do jedzenia. Widziałem, jak ludzie z głodu jedli bezpańskie psy. Po wojnie, jeszcze parę lat temu, jak miałem więcej siły, śniadania dla kolegów z mojego batalionu „Krybar” organizowałem. Śmiali się, że sam nigdy nic nie jem. Lubiłem patrzeć na nich, jak siedzą przy pełnym stole.

Czy te wszystkie obrazy po wojnie z Tobą zostały? Przecież nie da się z dnia na dzień tak po prostu przejść do normalności? Wtedy nie było tylu psychologów jak teraz.

Po wojnie o Powstaniu dużo się w domach rozmawiało. Często z ojcem mojej synowej Beaty o tym mówiliśmy. Tadeusz Szczypa, ps. Drzazga, był starszy o 10 lat ode mnie, więc przeżywał Powstanie w innych warunkach i w innej randze. Był w bezpośredniej osłonie generała Chruściela, ps. Monter. Uczestniczył w Powstaniu od początku do ostatniego dnia. Po powstaniu trafił jako jeniec do obozu Markt Pongau w Austrii, gdzie w nieludzkich warunkach pracował przy budowie kolei w Tyrolu. Po wojnie był prześladowany przez UB – jak większość akowców. Na pewno miał więcej wspomnień powstańczych niż ja. Z tych rozmów dowiedziałem się, że jeszcze na początku latach 80. XX wieku w jego mieszkaniu przy ul. Mokotowskiej odbywały się spotkania i nadania wojskowe dla byłych akowców z jego oddziału.

Ryszard Stawierej na kolarzówce, początek lat 50. XX w.

Ryszard Stawierej na kolarzówce, początek lat 50. XX w.

Foto: Archiwum Autorki

A czy mieliście takie samo przekonanie, że Powstanie to nie był błąd?

Reklama
Reklama

Mieliśmy poczucie, że Powstanie było konieczne. Nie było błędem taktycznym, a pokazaniem, że warszawiacy nie godzą się z okupacją i odbieraniem im tożsamości narodowej. Przez te wszystkie lata, aż do roku 1989, mieliśmy poczucie pewnej konspiracji. Te rozmowy były bardzo trudne, ponieważ wiązały się z traumatycznymi przeżyciami, do których żaden człowiek nie chce wracać. Były czasem wymuszane przez dzieci lub wnuki, dla których na szczęście to już tylko historia.

Czy jest coś, co oprócz walk zapamiętałeś z Powstania?

Do dziś pamiętam, jak zatrułem się papierosami. Chciałem być dorosły i zapaliłem. Strasznie mocno się zakrztusiłem i pochorowałem. Od tamtej pory nigdy więcej nie sięgnąłem po papierosa.

Co było potem? Jak wracało się do normalnego życia, gdy miało się za sobą tyle śmierci i krzywdy ludzkiej?

Po wojnie musiałem nadgonić szkołę i życie. Nie można było przyznać się do wojennego harcerstwa. Po pierwsze należało znaleźć pracę, bo byłem jedynym żywicielem w domu. Następnie skończyłem szkołę średnią i zacząłem studia. Pierwszą żonę Henię poznałem, jak miałem 20 lat. Dzieciak byłem. Ona była starsza ode mnie o sześć lat. Miała już wtedy dwójkę dzieci. Zamieszkaliśmy na Bielanach wraz z jej rodzicami. Była to przedwojenna kamienica. Na piętrze znajdowały się trzy pokoje z kuchnią i łazienką. Nam przydzielono jeden pokój, a dwa otrzymało małżeństwo Kowalskich. On pracował w jakimś ministerstwie, więc mu się należało. Tam urodziła się dwójka naszych dzieci. Pokój przedzieliliśmy szafami i zasłoną. A co do współlokatorów, to małżonek Stefci zmarł zaraz po urodzeniu ich córki. Żyliśmy tam jak jedna rodzina. Bez najmniejszych problemów wynikających ze wspólnej kuchni czy łazienki i trosk codziennego życia. Nawet Henia dokarmiała ich córkę po urodzeniu, bo Stefcia miała problemy z pokarmem, a nasze córki były równolatkami. W końcu przeprowadziliśmy się do czteropokojowego mieszkania w nowym bloku na Woli. A ja, cóż: utrzymywanie rodziny, praca na budowie, nauka po nocach i jeszcze sport po drodze.

Reklama
Reklama

Pierwsza żona i od razu dwójka dzieci? I czas na sport? Boksowałeś, prawda? Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Ciebie w rękawicach.

Uczyłem się boksu przez moment. Gdzieś zobaczyłem i mi się spodobało, więc zacząłem trenować, ale takie wciry w pierwszej poważnej walce dostałem, że stwierdziłem: „To nie dla mnie”. Wtedy zacząłem w Legii na kolarzówce jeździć. Piękną z klubu dostałem. I tu pech – mało życia nie straciłem. Jak wracałem do domu, to ciężarówka z przyczepą we mnie wjechała. Przyczepa przejechała mi po nogach i rowerze. Na szczęście była pusta, mięśnie napiąłem i tylko na udach miałem ślady po oponach. Wziąłem na ramię to, co zostało z roweru i ledwo doszedłem do domu. I tak się skończyła moja przygoda z kolarstwem. Strasznie żal było. Ale coś trenować trzeba i zainteresowałem się tenisem. Całe życie grałem, na kortach na Rusałce nad Wisłą kierownikiem z powołania byłem. I na rower wróciłem, bo samochód to niepotrzebne koszty. W tenisa grać przestałem, jak 70 lat skończyłem. Ale ze sportu się nie wycofałem: codziennie rano gimnastykowałem się przez 20 minut, a do osiemdziesiątki 10 km dziennie po ogródkach na Saskiej Kępie biegałem, dopóki biodro mi nie wysiadło.

Czytaj więcej

Konspiracyjny przemysł zbrojeniowy Polski Podziemnej

Rywalizować też chyba lubiłeś…

W latach 60. i 70. Resort Budownictwa organizował zawody w różnych konkurencjach: strzelectwie, tenisie stołowym, badmintonie, szachach, brydżu. Na te zawody Zbyszka (syna) zabierałem i grywaliśmy tam, reprezentując moje przedsiębiorstwo. Do zawodów ćwiczyliśmy w domu. Dzieci frajdę miały, bo przez dwa otwarte pokoje strzelaliśmy z wiatrówki do tarczy. To wszystko dobrą zabawą było. Potem brałem udział w telewizyjnym teleturnieju „Kółko i Krzyżyk”. Do finału doszedłem i prowadzący zapytał się o różne znaczenia słowa „etykieta”. Do tej pory jestem przekonany, że dobrze odpowiedziałem, ale on uczepił się jednego słowa i przegrałem. Od początku czułem jego niechęć.

Reklama
Reklama

A co z Twoją słabością do motocykli?

Nie była zbyt duża, raczej taka ekonomiczna. Na początku lat 60. kupiłem motorower Jawę o pojemności 50 centymetrów sześciennych. Żona Henia uszyła siedzisko na bagażnik, ja dorobiłem podnóżki i całą Polskę tak zjeździliśmy. W weekendy na grzyby do Palmir ze Zbyszkiem (synem) jeździliśmy, dopóki nas stamtąd nie przegonili, bo chodziliśmy do rezerwatu. Potem tę Jawkę podarowałem synowi, a sobie kupiłem SHL 175 centymetrów sześciennych. To był wspaniały motocykl. W delegacje nim jeździłem i zdarzało mi się zabierać syna. Bardzo to lubiliśmy. Zbyszek po latach długo wspominał dwie historie. Raz przejechałem między dwoma ciężarówkami, które akurat się wymijały. Kiedy indziej w Bieszczadach, w czasie deszczu, jechaliśmy pod górę i przed zakrętem zwolniłem, ponieważ z naprzeciwka zjeżdżała wywrotka. To zwolnienie życie nam uratowało. Wywrotka wpadła w poślizg i rzuciło ją na naszą stronę jezdni. Gdybyśmy wtedy nie zwolnili, to nie byłoby dziś tej opowieści. Po tym, jak zatarł się tłok w silniku, zamknąłem SHL-kę w piwnicy i przesiadłem się do komunikacji miejskiej.

Ryszard Stawierej z synem Zbyszkiem na motorze, początek lat 60. XX w.

Ryszard Stawierej z synem Zbyszkiem na motorze, początek lat 60. XX w.

Foto: Archiwum Autorki

W starym mieszkaniu w całym pokoju miałeś płyty winylowe, prawie dwa tysiące.

W czasach, kiedy pojawił się dźwięk stereo w radiu, kupiłem polski sprzęt i nagrywałem na magnetofonie szpulowym audycje muzyczne. A potem zacząłem zbierać płyty i kasety. Biegałem po Warszawie między domami kultury z kraju demoludów i za słodycze otrzymywałem informacje o dostawach płyt. I tak przez te lata trochę się uzbierało. Teraz już wcale nie słucham. Za to cieszę się, że tą miłością do muzyki zaraziłem syna, a on swoje dzieci. Syn gra na gitarze, wnuczka na skrzypcach, jeden wnuk na fortepianie, a najstarszy jest światowej sławy didżejem, po całym świecie jeździ i ma nawet pseudonim artystyczny, ale nie potrafię go wymówić.

Reklama
Reklama

Zbyszek mówi, że zawsze za kobietami szalałeś, zostawiłeś matki swoich dzieci…

Sześć kobiet miałem. Najbardziej kochałem Bożenkę. Takie uczucie spotyka się jedynie w książkach.

Co takiego było w tej Bożence? Przecież poznałeś ją późno, miałeś 52 lata.

Spotkałem ją w sanatorium w 1984 r., jak nerki sobie reperowałem. Ona leczyła się na bezpłodność. Wtedy nie brano pod uwagę, że to mężczyzna może mieć problem. Mężatką była. Pojechałem do niej na wieś, związać się chciałem, ale rodzina była przeciwna. Starałem się nie przeżywać naszej rozłąki, ale rozum jest chwilami słabszy od uczucia i było mi wtedy bardzo źle. Ale też nie chciałem być jej kłopotem, pragnąłem dawać jej radość. Gdyby to było 100 lat wcześniej, pewnie z tego bólu zamknąłbym się w jakimś klasztorze. Ile my wtedy do siebie listów pisaliśmy, choć słowa były zbyt ubogie, by przekazać nimi wszystkie uczucia…

Ryszard Stawierej na zawodach Resortu Budownictwa, koniec lat 60. XX w.

Ryszard Stawierej na zawodach Resortu Budownictwa, koniec lat 60. XX w.

Foto: Archiwum Autorki

Widzę, że w szufladzie listy leżą, bo jak się rozstaliście, to Ci wszystkie odesłała.

Tak zrobiła, ale wtedy, jak byliśmy zakochani, to ja co chwila do skrzynki na dół latałem i patrzyłem, czy listonosza nie było. Od rana tych listów wyglądałem. Wszystko, co robiłem, jej opisywałem, że rano ćwiczyłem, że po sałatę do sklepu iść musiałem, że mróz w Warszawie i jakie ciśnienie za oknem. Każdego ranka oczekiwałem w niepewności na telefon. Czy zadzwoni? Dzwoniła. Bardzo liczyłem na to, że kiedyś będziemy razem. Znałem przypadki, że nawet po kilku latach zakochani szczęście bez ograniczeń osiągali. Prosiłem, by w listach, jeśli czas jej pozwoli, pisała, co robi, bo wtedy mogłem jakby z nią być i chociaż oczami wyobraźni wiedzieć ją przy codziennych czynnościach.

Mówiłeś jej, że ją kochasz, tak między wierszami?

Mówiłem i pisałem, ale nie za często, żeby z miłości nie zrobiła się rozmowa.

A co z życiem w Warszawie, nie miałeś ochoty rzucić tego wszystkiego i uciec? Po tych licznych rozstaniach w końcu mieszkałeś sam.

Poza miłością był kierat życia codziennego. Pracowałem w biurze projektów na Tamce, a potem na Sienkiewicza. Choć ciągła gonitwa większości ludzi za zdobyciem kilku groszy na poprawienie bytu była dla mnie niezrozumiała. Kosztem posiadania samochodu, większego mieszkania czy domku weekendowego uzyskałem względną wolność, co mnie najbardziej cieszyło i do czego w swoich marzeniach dążyłem. Są ludzie, którym imponuje posiadanie tego czy tamtego, ja ich po postu nigdy nie rozumiałem. Uważam, że największe szczęście daje życie swobodne.

Ale mimo to za pieniędzmi za granicę pojechałeś. To była przygoda czy tylko praca?

Wtedy każdy, kto mógł, wyjeżdżał. W krótkim czasie można było dobrze zarobić i po roku mieszkanie kupić. Zresztą chciałem coś więcej zobaczyć. Pracowałem w Libii i Syrii. Wódkę tam z Arabami piłem, ale żyłem skromnie, bo oszczędzałem. Zależało mi, żeby po pobycie tam już w Polsce nie trzeba było tak ciężko pracować. Pamiętam, że kiedy koledzy codziennie wieczorem szli do restauracji, ja zostawałem i na kolację zjadałem jedną pomarańczę i wypijałem szklankę rozpuszczonego mleka w proszku. Ciotki się martwiły, że nic nie jem i źle się odżywiam. Pisały w listach: „kup sobie choć banana, Rysiu”.

Czytaj więcej

Sportowcy w Powstaniu Warszawskim: ze stadionów na barykady

Serio pomarańcze i mleko w proszku? Rozumiem, dlaczego ciotki się o Ciebie martwiły.

Były moimi rodzicami. Ojciec na chorobę płuc umarł młodo, dożył tylko 33 lat. Matka zginęła pod koniec lat 60. na Nowym Świecie. Samochód ją potrącił na przejściu dla pieszych. Babcia, co wróżyła, popełniła samobójstwo. Raka miała i już z bólu wytrzymać nie mogła. Tyle krwi było, że policja myślała, że to zabójstwo i moją mamę aresztowała. Ciotki były trzy: Pela, Genia i Kazia. Na obiady do nich chodziłem i niedziele razem spędzaliśmy. Gienia i Pela miały mężów, tylko Kazia sobie życia nie ułożyła. Choć piękna i wielu adoratorów do niej pisało, to żyła samotnie, bo twierdziła, że nigdy nie spotkała prawdziwej miłości. Bardzo długo pracowała w Urzędzie Miasta w Śródmieściu, chyba do siedemdziesiątki. Jak przestała, to szybko na zdrowiu podupadła. Potem zaczęły się problemy z głową. Straszne traumy po wojnie miała i one na starość do niej wróciły. Biedy się bała. Jeszcze w latach 90. trzymała węgiel w szafie. Czasem jej się wydawało, że wojna trwa i wiatrówkę wyjmowała, żeby z okna do Niemców strzelać. Na szczęście nie była nabita.

Tato, mimo że dużo smutnych rzeczy w Twoim życiu się wydarzyło, zawsze jesteś wesoły i cały czas żartujesz. Może po prostu kochasz życie?

Dziecko, po co płakać, jak można się śmiać. Ostatnio Zbyszek jechał na kolejny turniej tenisowy i stwierdził, że raczej nie ma szans, więc mu powiedziałem: „Uśmiechnij się, nawet jak przegrasz”.

Dużo się mówi o powstańcach w kontekście Powstania Warszawskiego. Zawsze patrzyłam na ojca przez pryzmat jego udziału w Powstaniu. Ale w trakcie rozmów z nim okazało się, że jego życie po wojnie było również ciekawe – pełne sportu, muzyki i kobiet. W czasie obchodów kolejnych rocznic i spotkań kombatanckich był żołnierzem, bohaterem, ale dla mnie na co dzień mój tata jeździł na rowerze, chodzi w dresach i był hipsterem, zanim zaczęło to być modne. Umarł 30 października 2024 r. 1 sierpnia 2025 r. był pierwszą rocznicą Powstania Warszawskiego bez niego i pierwszą rocznicą bez naszych rozmów. Pełny biogram powstańczy Ryszarda Stawiereja jest dostępny na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego.

Pozostało jeszcze 96% artykułu
/
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Reklama
Historia Polski
Polski sierpień 1980 roku
Materiał Promocyjny
Sieci kampusowe – łączność skrojona dla firm
Historia Polski
Znaleziono skarb strajkujących stoczniowców
Historia Polski
Paweł Łepkowski: Winni napaści na Polskę
Historia Polski
„2 listopada, o godz. 17 zostanę ścięty” – Niemcy zwracają listy
Materiał Promocyjny
Bieszczady to region, który wciąż zachowuje aurę dzikości i tajemniczości
Historia Polski
Paweł Łepkowski: Pytania o wojnę 1920 roku
Materiał Promocyjny
Jak sfinansować rozwój w branży rolno-spożywczej?
Reklama
Reklama