Zbyszek mówi, że zawsze za kobietami szalałeś, zostawiłeś matki swoich dzieci…
Sześć kobiet miałem. Najbardziej kochałem Bożenkę. Takie uczucie spotyka się jedynie w książkach.
Co takiego było w tej Bożence? Przecież poznałeś ją późno, miałeś 52 lata.
Spotkałem ją w sanatorium w 1984 r., jak nerki sobie reperowałem. Ona leczyła się na bezpłodność. Wtedy nie brano pod uwagę, że to mężczyzna może mieć problem. Mężatką była. Pojechałem do niej na wieś, związać się chciałem, ale rodzina była przeciwna. Starałem się nie przeżywać naszej rozłąki, ale rozum jest chwilami słabszy od uczucia i było mi wtedy bardzo źle. Ale też nie chciałem być jej kłopotem, pragnąłem dawać jej radość. Gdyby to było 100 lat wcześniej, pewnie z tego bólu zamknąłbym się w jakimś klasztorze. Ile my wtedy do siebie listów pisaliśmy, choć słowa były zbyt ubogie, by przekazać nimi wszystkie uczucia…
Ryszard Stawierej na zawodach Resortu Budownictwa, koniec lat 60. XX w.
Foto: Archiwum Autorki
Widzę, że w szufladzie listy leżą, bo jak się rozstaliście, to Ci wszystkie odesłała.
Tak zrobiła, ale wtedy, jak byliśmy zakochani, to ja co chwila do skrzynki na dół latałem i patrzyłem, czy listonosza nie było. Od rana tych listów wyglądałem. Wszystko, co robiłem, jej opisywałem, że rano ćwiczyłem, że po sałatę do sklepu iść musiałem, że mróz w Warszawie i jakie ciśnienie za oknem. Każdego ranka oczekiwałem w niepewności na telefon. Czy zadzwoni? Dzwoniła. Bardzo liczyłem na to, że kiedyś będziemy razem. Znałem przypadki, że nawet po kilku latach zakochani szczęście bez ograniczeń osiągali. Prosiłem, by w listach, jeśli czas jej pozwoli, pisała, co robi, bo wtedy mogłem jakby z nią być i chociaż oczami wyobraźni wiedzieć ją przy codziennych czynnościach.
Mówiłeś jej, że ją kochasz, tak między wierszami?
Mówiłem i pisałem, ale nie za często, żeby z miłości nie zrobiła się rozmowa.
A co z życiem w Warszawie, nie miałeś ochoty rzucić tego wszystkiego i uciec? Po tych licznych rozstaniach w końcu mieszkałeś sam.
Poza miłością był kierat życia codziennego. Pracowałem w biurze projektów na Tamce, a potem na Sienkiewicza. Choć ciągła gonitwa większości ludzi za zdobyciem kilku groszy na poprawienie bytu była dla mnie niezrozumiała. Kosztem posiadania samochodu, większego mieszkania czy domku weekendowego uzyskałem względną wolność, co mnie najbardziej cieszyło i do czego w swoich marzeniach dążyłem. Są ludzie, którym imponuje posiadanie tego czy tamtego, ja ich po postu nigdy nie rozumiałem. Uważam, że największe szczęście daje życie swobodne.
Ale mimo to za pieniędzmi za granicę pojechałeś. To była przygoda czy tylko praca?
Wtedy każdy, kto mógł, wyjeżdżał. W krótkim czasie można było dobrze zarobić i po roku mieszkanie kupić. Zresztą chciałem coś więcej zobaczyć. Pracowałem w Libii i Syrii. Wódkę tam z Arabami piłem, ale żyłem skromnie, bo oszczędzałem. Zależało mi, żeby po pobycie tam już w Polsce nie trzeba było tak ciężko pracować. Pamiętam, że kiedy koledzy codziennie wieczorem szli do restauracji, ja zostawałem i na kolację zjadałem jedną pomarańczę i wypijałem szklankę rozpuszczonego mleka w proszku. Ciotki się martwiły, że nic nie jem i źle się odżywiam. Pisały w listach: „kup sobie choć banana, Rysiu”.
Serio pomarańcze i mleko w proszku? Rozumiem, dlaczego ciotki się o Ciebie martwiły.
Były moimi rodzicami. Ojciec na chorobę płuc umarł młodo, dożył tylko 33 lat. Matka zginęła pod koniec lat 60. na Nowym Świecie. Samochód ją potrącił na przejściu dla pieszych. Babcia, co wróżyła, popełniła samobójstwo. Raka miała i już z bólu wytrzymać nie mogła. Tyle krwi było, że policja myślała, że to zabójstwo i moją mamę aresztowała. Ciotki były trzy: Pela, Genia i Kazia. Na obiady do nich chodziłem i niedziele razem spędzaliśmy. Gienia i Pela miały mężów, tylko Kazia sobie życia nie ułożyła. Choć piękna i wielu adoratorów do niej pisało, to żyła samotnie, bo twierdziła, że nigdy nie spotkała prawdziwej miłości. Bardzo długo pracowała w Urzędzie Miasta w Śródmieściu, chyba do siedemdziesiątki. Jak przestała, to szybko na zdrowiu podupadła. Potem zaczęły się problemy z głową. Straszne traumy po wojnie miała i one na starość do niej wróciły. Biedy się bała. Jeszcze w latach 90. trzymała węgiel w szafie. Czasem jej się wydawało, że wojna trwa i wiatrówkę wyjmowała, żeby z okna do Niemców strzelać. Na szczęście nie była nabita.
Tato, mimo że dużo smutnych rzeczy w Twoim życiu się wydarzyło, zawsze jesteś wesoły i cały czas żartujesz. Może po prostu kochasz życie?
Dziecko, po co płakać, jak można się śmiać. Ostatnio Zbyszek jechał na kolejny turniej tenisowy i stwierdził, że raczej nie ma szans, więc mu powiedziałem: „Uśmiechnij się, nawet jak przegrasz”.