Andrzej Sadowski: Polityka powinna być oparta na wiedzy. Skutki ustawy Wilczka przebadał prof. Paweł Glickman z Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk w swojej książce, w której wylicza blisko 6 milionów nowych miejsc pracy i blisko 2 miliony nowych przedsiębiorstw. I to jest skutek ustawy Wilczka, a nie planu Balcerowicza. Prawdziwa zmiana gospodarcza dokonała się przed Okrągłym Stołem w roku 1989. Warto te dane znać, bo to było kluczowe dla likwidacji socjalizmu i tworzenia się dobrobytu społecznego. Ustawa Wilczka nie tylko wprowadzała wolnorynkowe zasady, ale też likwidowała socjalizm, bo tam była najdłuższa lista likwidowanych aktów prawnych konstytuujących gospodarkę socjalistyczną.
24 stycznia 2024 r., Uniwersytet Warszawski. Od lewej: Andrzej Sadowski i Andrzej Machalski
Foto: Centrum im. Adama Smitha/Mirosław Stelmach
Tadeusz Syryjczyk: Ściśle mówiąc, likwidowała restrykcje nakładane na nowe przedsiębiorstwa i obniżała próg wejścia. Natomiast w zasadzie wtedy się ciągle bano problemu prywatyzacji dużych firm. Ale wracając do problemu dziedzictwa. W moim przekonaniu, jeśli chodzi o podstawowy fakt, o którym chrześcijański liberalizm Dzielskiego mówił jako pewnej filozofii życiowej, politycznej, społecznej, że to był problem powiązanych ze sobą: odpowiedzialności człowieka i jego wolności. Podstawą jest kwestia przyjęcia odpowiedzialności za siebie. Dzielski bał się demokracji, co mu wytykają, bo uważał, że jak długo ludzie nie będą brać za siebie odpowiedzialności, tak długo nie można się spodziewać, że wezmą odpowiedzialność za społeczeństwo. Pod tym względem sytuacja jest moim zdaniem mieszana. To znaczy dzisiaj już się nie mówi o prywaciarzach, o badylarzach. Są przedsiębiorcy, rolnicy, farmerzy. I to jest zmiana pozytywna. Natomiast na mnie zrobiło wielkie wrażenie, że niejaki „Paprykarz”, człowiek bogaty, zamożny, zdrowy, w sile wieku, pyta premiera rządu: „jak żyć?”. I to, że on pyta, to pyta, ale to, że go nie wyśmiano potem powszechnie, jest wstrząsające. Bo ja rozumiem, że porzucona matka, inwalida, proszą rząd, żeby im pomóc żyć. Natomiast generalnie biorąc, jeżeli społeczeństwo i opinia publiczna, prasa, media, tolerują w sposób poważny dorosłego, pełnoletniego, w pełni sił, majętnego człowieka, który pyta premiera rządu „jak żyć”, to stało się coś niedobrego. Opiekuńczość rozlała się na wszystko. Opiekuńczość państwa rozlewa się nie tylko na ludzi, którym się nie udało albo mają pewne kłopoty, ale w zasadzie każdy oczekuje opieki od państwa. Nie tylko po powodzi, ale zawsze. Może po powodzi to jest słusznie. Ale jak Cimoszewicz mówi publicznie, że trzeba się ubezpieczyć, to jest oburzenie. No właśnie: czemu oburzenie? To dla mnie też jest niesprawiedliwa ocena. Bo to cytat wyrwany z kontekstu. Mam wrażenie jakiejś połowiczności w Polsce: świadomość społeczna się zmieniła, nie ma „badylarzy”, ale dalej nie ma sytuacji, w której zakładamy, że człowiek w zasadzie sam za siebie odpowiada i państwo może się opiekować, ale tylko w szczególnych sytuacjach. Druga sprawa to kwestia deregulacji. Słowo brzmi źle, bo dla większości ludzi oznacza wprowadzanie bałaganu, natomiast generalnie biorąc, w tych sferach, które dotyczą nas bardzo silnie, deregulacja była podstawą i wydarzyła się stosunkowo późno. Jej się bali jednak postkomuniści w swoim czasie. Kolejne rządy też działały powoli. Ale już w latach 80. zaczęła powstawać idea deregulacji tych sektorów, puszczenia tam konkurencji i prywatyzacji w celu poprawy standardów. Unia Europejska ma olbrzymie zasługi w tej dziedzinie, bo w zasadzie zaczęła wymuszać tego typu zmiany. W Polsce trzeba jasno powiedzieć, że niektóre z tych zjawisk deregulacyjnych trzyma się na dyrektywach Unii, a nie na naszej własnej woli politycznej.
Piotr Bartula: Mam kilka takich słodko-gorzkich uwag jako pracownik Instytutu Filozofii, w którym miałem okazję poznać Mirosława Dzielskiego. Powiem nieskromnie, że jestem ostatnim z pracowników instytutu, który omawia jego teksty. Im więcej czasu upływa od napisania tych tekstów, tym więcej trzeba przytaczać danych kontekstowych i wydaje mi się, że musiałbym całe to nagranie dzisiejszej dyskusji puszczać studentom, by zrozumieli niektóre teksty. Co jest słodko-gorzką refleksją na temat autonomii tych tekstów w jakimkolwiek czasie. Teza na przykład, że wolność i demokracja mogą iść w parze, ale nie muszą. Wtedy była pocieszająca, choć nie do końca przekonywująca; dzisiaj, w czasach, kiedy demokracja jest religią obywatelską, to brzmi jak herezja. Ta opinia, że idą w parze, byłaby dla dzisiejszych studentów kompletnie niezrozumiała. Również odkrycie Dzielskiego, niesamowite odkrycie antropologiczne, że komuniści to są ludzie, a w związku z tym potrzebują pieniędzy i można z nimi robić interesy, nie może być dzisiaj zrozumiała. Ponieważ ta teza, że i ty możesz być liberałem, i komunista może być liberałem, wszyscy są liberałami, brzmi też dosyć dziwacznie. Dzisiaj trzeba raczej tłumaczyć, że są w ogóle ludzie bezinteresowni na świecie, a nie tylko tacy, co potrzebują pieniędzy. Teza Dzielskiego o interesach z komunistami przeszła jednak do domów polskich, do edukacji, jako wsparcie dla kapitalizmu politycznego, a nie liberalnego. I bardzo ciężko odkręcić tę tezę, która funkcjonuje w domach polskich, w edukacji i Kościele. W związku z tym kolejna teza Dzielskiego, że chrześcijaństwo i liberalizm to wzajemnie inspirujące się systemy ideowe, także się nie sprawdza, ponieważ do młodzieży docierają takie opinie ze strony biskupów polskich czy księży, że „przetrwaliśmy faszyzm i komunizm, to przetrwamy i liberalizm”. No to, jaki jest związek tych dwóch formacji ideowych? W Polsce właściwie żaden. I jeszcze jedna sprawa. Na uniwersytetach dzisiaj dominuje doktryna efektu badawczego. W związku z tym powstają publikacje wieloautorskie, które mają na celu dokonanie jakichś badań. W odwrocie jest filozofia uczestnicząca, która jest oparta na publikacjach jednego człowieka. Monoautorskie publikacje są w odwrocie. Każdy humanista, w szczególności liberał uważa, że monoautorskie publikacje to jest to, co jest związane z ideą ogólną humanizmu liberalnego. Niestety, idea-styl to człowiek, który, co reprezentował Dzielski, odchodzi w przeszłość. Sądzę, że on dzisiaj by nie przetrzymał punktacji, ewaluacji, i został usunięty z Uniwersytetu. Usunięty jako osoba, która nie spełnia kryteriów efektu badawczego, tylko ma wpływ kulturowy.
Paweł Kłoczowski: Ja chciałem tutaj wzmocnić argument pana Steinhoffa w sprawie jednak klęski, jaką jest brak ustawy reprywatyzacyjnej. Skupię się na planie etycznym; fakt, że jednak nie został napiętnowany system, który legitymizuje państwową kradzież, jest rzeczą fatalną, dlatego że to sieje dezorientację, co do kwestii własności, przyzwolenia na kradzież, odpowiedzialności indywidualnej. To zostało kompletnie zapoznane i niestety to trwa. A więc jest to argument, który dotyczy z jednej strony przeszłości, ale też ważny na przyszłość. I tutaj niestety za to skłonny jestem winić po części trochę orientację socjalistyczną, ale także tradycyjną katolicką naukę społeczną. W szczególności chodzi mi o ten argument, który wszyscy znamy, bo żyjemy w Kościele katolickim, to znaczy, że droga cnoty, droga sprawności moralnej, to jest droga pomiędzy dwoma skrajnościami. Na przykład: obowiązuje mnie hojność, muszę unikać jednej strony marnotrawstwa, z drugiej – chciwości. Ale to jest doktryna, która bywa niestety w dalszym ciągu błędnie interpretowana. Bo zupełnie co innego, jeżeli ja idę drogą cnoty. Ale jeżeli jestem w sytuacji skrajnego bagna, moralnego i ekonomicznego, kiedy jestem na skrajności, kiedy tkwię w czymś złym, to ja muszę kłaść nacisk na coś przeciwnego, żeby wydobyć się z tego bagna. A więc wtedy, tertium non datur. Wtedy extremis malis, extremum remedia. Przypomnę ten klasyczny obraz z Dantego, kiedy on pokazuje, w jaki sposób ludzie w czyśćcu, w purgatorium mogą oczyścić się z grzechu pychy. Ci, co chodzili, patrzyli na ludzi z góry, pyszałkowaci, oni muszą później w czyśćcu chodzić zgięci w kółku przygnieceni ogromnymi głosami. Czyli jeżeli człowiek chce się z czegoś oczyścić, to musi wejść w drugą skrajność, jakoś się odbudować. Wyjście z tego systemu musiało nas kosztować, ale niestety nie całkowicie się udało.
Czy program
liberalny
dla świata zostanie
wygaszony przez
populizm?
Czy może da się
połączyć liberalizm
z populizmem?
Bogusław Chrabota
Na koniec: o populizmie
Bogusław Chrabota: Powoli zbliżamy się do końca naszej debaty. Proponuję zająć się ostatnim wątkiem, który będzie punktem zaczepienia do konkluzji. Słowo o populizmie; te uwagi o populizmie tu już padały jako o zagrożeniu zarówno w sferze idei, jak i praktyki politycznej. Zadam pytanie prowokujące na koniec. Czy program liberalny dla świata zostanie wygaszony przez populizm? Czy może da się połączyć liberalizm z populizmem?
Andrzej Sadowski: Rzecz taka już miała miejsce. Jeżeli przypomnimy sobie prezydenturę Ronalda Reagana, to był wolnorynkowy populizm. I okazało się, że w stosunku do poprzednika, który spowodował dwucyfrową inflację w Ameryce sięgającą do 17 proc. w skali roku, samo odwołanie się do wolnorynkowych idei było skuteczną strategią wyborczą. Zresztą przypomnimy bliższy przykład pani premier Margaret Thatcher, która uprawiała wolnorynkowy czy nawet liberalny populizm, co przyniosło jej zwycięstwo i przełamało trwające kilka dekad rządy Partii Pracy. Odwołanie się do racjonalnego, wolnorynkowego kapitalistycznego populizmu jest skuteczną metodą. Wcześniej była mowa, że dzisiejsza polityka została sprowadzona do pewnych uproszczeń. Sądzę, że można byłoby w oparciu o taki populizm wygrać, zwłaszcza że obywatele korzystają na wolnorynkowych zmianach. Gdyby nie Unia Europejska, która doprowadziła do deregulacji w Polsce, w wielu obszarach ciągle dzisiaj mielibyśmy monopole, których demokratyczne rządy broniłyby tak, jak kiedyś generał Jaruzelski bronił socjalizmu, wprowadzając stan wojenny.
Janusz Majcherek: Wiele badań wskazuje na to, że w Polsce dochodzi już do pewnego przełomu mentalnego polegającego na zniecierpliwieniu i znużeniu propagandą socjalną, uprawianą zarówno z lewej, jak i z prawej strony. Ostatnie badania np. Sadury i Sierakowskiego wskazują na to, że w elektoratach wielu partii, w tym także stricte populistycznych czy stricte socjalistycznych, narasta zniecierpliwienie. Za dużo tego rozdawnictwa, za dużo „socjalu”, za dużo reglamentacji, za dużo kontroli państwa, za dużo etatyzmu itd. To by sugerowało, podobnie zresztą jak w ogóle wynik wyborów 15 października ubiegłego roku, że w Polsce jesteśmy albo w obliczu przełomu, który sprawi, że idee deregulacji, deetatyzacji, liberalizacji, decentralizacji, najogólniej – wolności – zwyciężą, albo się do tego punktu zbliżamy. Oczywiście, sondaże partyjne pokazują wahanie w tym względzie, niemniej jednak są pewne podstawy do optymizmu. Natomiast w świecie dokonuje się przełamywanie się tej fali, bo to jest przecież zjawisko ogólnoświatowe i występuje w bardzo różnych kręgach kulturowych, cywilizacyjnych, w różnych społeczeństwach. Zmaganie populizmów – w obecnym wydaniu prawicowego, bo też trzeba wziąć pod uwagę, że był taki okres, kiedy w Europie i w świecie lewicowy populizm był na fali. Lata 60., 70., to był przede wszystkim lewicowy populizm. Teologia wyzwolenia w Ameryce Południowej, arabski socjalizm w krajach postkolonialnych i tak dalej. W Azji – chiński, wietnamski, nie będziemy do tego wracać. W każdym razie kiedyś był to lewicowy populizm, dzisiaj jest to prawicowy populizm. On ma zasięg uniwersalny, występuje w społeczeństwach o bardzo różnym backgroundzie kulturowym, cywilizacyjnym. I te zmagania są niezwykle interesujące. Ale jeżeli nie patrzy się na nie okiem symetrysty czy niezaangażowanego obserwatora, któremu jest obojętne, kto w tych zmaganiach przeważy, to można być zaniepokojonym. Można dostrzegać jednak w pewnych społeczeństwach i kręgach politycznych niebezpieczeństwo utrwalenia się tego prawicowego populizmu. Weźmy Węgry, choć tam ostatnie sondaże pokazują, że jednak partia Petera Magyara przeważa nad Fideszem, może więc jest jakaś iskierka nadziei. Będziemy to śledzić. Jako – mam wrażenie, tu obecni, na tej sali – zaangażowani obserwatorzy. Obserwatorzy, którzy kibicują czy sprzyjają jednej ze stron. Czy ta strona liberalna okaże się zwycięska? Jak pewności nie ma, to róbmy wszystko, by jednak udało się zwyciężyć.
Janusz Steinhoff: Proszę państwa, polityka jest sztuką zawierania kompromisów, które nie wymagają ofiary z zasad, tak jak to pojmuję jako konserwatywny liberał. Natomiast coś, co dotyczy wyzwań dla Polski, to są reformy w obszarach, w których nie było odwagi, aby je podjąć wcześniej. Wielkie problemy w naszym państwie mamy akurat tam, gdzie tych reform nie przeprowadzono. Tam, gdzie państwo utrzymało monopole, np. w sektorze energetycznym. Efektem są najwyższe ceny energii elektrycznej i najwyższe ceny gazu. Budowaliśmy bowiem bezpieczeństwo energetyczne w oparciu o jedną firmę, czyli PGNiG, która ma ponad 90 proc. rynku gazu ziemnego w Polsce. Broniliśmy się przed konkurencją zagraniczną. Przykład z ostatniego czasu – łączenie Orlenu z Lotosem, które mogło się narodzić jedynie w głowie człowieka, który nie wiedział, że nie można tworzyć firmy, bo jest to sprzeczne z polskim prawem, która miałaby 80 proc. hurtowego rynku paliw, czyli byłby to lokalny monopol. Takich sytuacji mamy wiele. Trzeba też powiedzieć, i to chciałbym podkreślić bardzo mocno, że wielką rolę w polskich reformach miał związek zawodowy Solidarność, który osłaniał bardzo społecznie trudne reformy. Ja wymienię tylko tę, którą się osobiście zajmowałem, czyli przeobrażenia w polskim górnictwie w czasach rządu Jerzego Buzka. Zrobiliśmy to dwukrotnie szybciej niż pani premier Thatcher. W warunkach spokoju społecznego zredukowaliśmy zatrudnienie w ciągu czterech lat o 100 tys. osób, likwidując częściowo i całkowicie trwale nierentowne 23 kopalnie. Nikt na świecie tak szybko takiej reformy nie przeprowadził, tak trudnej w społecznym odbiorze. A dlaczego nam się to udało? Dlatego, że popierała nas Solidarność. To Marian Krzaklewski jako szef klubu Akcji Wyborczej Solidarność zdecydowanie odważył się poprzeć tę konieczną restrukturyzację z pełną świadomością ceny, którą przyjdzie mu za to zapłacić. Na tym zbijał kapitał ówczesny szef opozycji politycznej, który wygrał kolejne wybory. To jest problem coraz mocniejszy. Czy będziemy tkwić w okowach populizmu i wzbraniać się przed jakimikolwiek reformami, które są trudne w społecznym odbiorze i będziemy jako państwo dryfować? Czy też, wzorem założycieli III Rzeczypospolitej, będziemy mieli odwagę polityczną, determinację, tak jak miało to miejsce w przypadku dwóch priorytetów politycznych, czyli członkostwa w Unii Europejskiej i członkostwa w NATO? W poprzednim okresie udało się te cele zrealizować. Także jeszcze raz podkreślam – odpowiedzialność za przyszłość państwa, odwaga polityczna, determinacja, no i umiejętność przekonywania opinii publicznej. Badania opinii publicznej niepoprzedzone edukacją ekonomiczną dla mnie osobiście nie stanowią żadnej wartości. Kompletnie żadnej. Jeżeli zapytamy obywateli naszego kraju, czy są za wydobyciem węgla i rozbudową kopalni, to powiedzą, że tak. Bez względu na fakty, ponieważ nie mają świadomości, że do górnictwa w przyszłym roku dopłacimy 9 miliardów złotych, nie licząc transferów do FUS-u, czyli do emerytur górniczych. To jest jawne nieprzestrzeganie zasad gospodarki rynkowej.
W wyborach do Sejmu kontraktowego (1989) Janusz Steinhoff mógł liczyć na poparcie Lecha Wałęsy
Foto: archiwum prywatne
Polityka jest sztuką
zawierania
kompromisów,
które nie wymagają
ofiary z zasad.
Tak to pojmuję jako
konserwatywny
liberał
Janusz Steinhoff
Tadeusz Syryjczyk: Największe zapoznanie pewnej generalnej linii, którą prezentowała filozofia liberalna, Mirek Dzielski i inni ludzie związani z tym środowiskiem, to jest kwestia zdrowego pieniądza i zdrowych finansów publicznych, równowagi budżetowej. Tutaj zapoznanie jest największe. To znaczy praktycznie biorąc, o ile i w Polsce, i na świecie kiedyś po prawej stronie stawialiśmy tę kwestię jako pewną polityczną czy moralną wartość, w tej chwili właściwie o tym nikt nie mówi. Natomiast jedni chcą obniżyć podatki, drudzy chcą podnieść świadczenia. W zasadzie trzeba znaleźć skądś pieniądze, bo to przecież „gdzieś się znajdzie”. A świadomość, że to są pieniądze podatnika i że to my płacimy za to coś... frazeologia, że podatnik ma coś finansować, w zasadzie nie występuje w życiu publicznym. To jest moim zdaniem największe zagrożenie. To jest to zapoznanie. Tutaj ta luka w dziedzictwie jest najpoważniejsza. Czasami ktoś tam coś powie, ale w praktyce, jeśli chodzi o decyzje, np. że trzeba przywrócić jednak wyższy wiek emerytalny, który już był wprowadzany, to nie ma odważnych. Chociaż bilans matematyczny jest taki, jaki jest. Dlaczego to jest takie niebezpieczne? Dlatego że kryzys bankowy z lat 2008–2009 pokazał, że pomimo iż nadrukowano pieniędzy, to nic właśnie wielkiego się nie stało. Czemu? Prawdopodobnie głównie dlatego, że te pieniądze weszły w system bankowy, a nie w szersze warstwy konsumentów. Ale to uśpiło czujność bardzo wyraźnie. U nas ten kryzys przeszedł w ogóle spokojnie, ze względu na to, że na szczęście nie mieliśmy jeszcze wtedy takiej dezynwoltury. Ale to najlepszą metaforą jest problem stąpania po lodzie. To znaczy, kwestia deficytu budżetowego i nadmiernej emisji pieniądza ma coś ze stąpania po lodzie. Ten staje się coraz cieńszy. Może się nie załamie i dojdziemy do drugiego brzegu, a może się załamie. I to, czy się załamie, zależy od przypadków, od zewnętrznych szoków gospodarczych, które mogą nastąpić. I wtedy przy takim deficycie i przy takiej gotowości do emisji pieniądza może się nagle okazać, że to poza naszym sprawstwem już wtedy będzie. Bo my będziemy w takim punkcie, że nie da się wrócić. Druga uwaga, którą mam, dotyczy prywatyzacji. W zasadzie prywatyzacja ustała. Rzeczywiście brak reprywatyzacji jest błędem. Tylko że wszystkie próby, które były podejmowane, kończyły się jednak oskarżeniem, że chcemy przywrócić pańszczyznę. Poza tym środowiska reprywatyzacyjne nie chciały przyjąć do wiadomości, że są potrzebne pewne kompromisy. Ja np. nie byłem w stanie wytłumaczyć właścicielom krakowskich kamienic, że dobrze, my przywrócimy w pełni prawo własności, ale musimy mieć jakąś przejściową ścieżkę dla ochrony lokatorów. Nie taką, jaka była za komuny, ale jakąś musimy mieć. Reprywatyzacja była skomplikowana także przez to, że nie było jasne, kogo ma dotyczyć: obecnych polskich obywateli czy ludzi, którzy byli kiedyś obywatelami Polski? To rzecz jasna kwestia własności pożydowskiej, poniemieckiej i tak dalej. Rozwiązanie tego problemu jest dość delikatne. To jest rozwiązywalne. Wtedy jednak było trudno o kompromisy, a łatwo o demagogię. Przecież dało się odwrócić weto Kwaśniewskiego do ustawy reprywatyzacyjnej. Tyle że 20 posłów zagłosowało przeciw, bo Kwaśniewski argumentował, że zakłada weto, bo ustawa nie uwzględnia obywateli, którzy byli polskimi obywatelami, a dziś już nie są. On się z tym nie zgodził i podał to jako powód, choć oczywiście powód był chyba trochę inny. A z kolei ci koledzy nie zgodzili się na to, bo... co będziemy oddawać tym, którzy już dawno wyjechali, albo ich nie ma, a tu są spadkobiercy itd. Pojawił się problem własności pożydowskiej, która w niektórych miastach stanowi pół rynku, więc to nie jest takie proste. W związku z tym dyskusja nad tym tematem ciągle wisiała gdzieś tam w powietrzu. Jedyne, co się udało zrobić, to za Mazowieckiego zakazano spółdzielniom sprzedawania majątku odebranego kiedyś osobom prywatnym, do czasu ustawy reprywatyzacyjnej. Za Buzka wydano okólnik zakazujący Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa sprzedawania lasów i pól, do których są zgłoszone roszczenia. To padło ofiarą populizmu właściwie. Zaczęła się wielka afera, że tutaj się krępuje działanie instytucji, które założyło społeczeństwo etc. W moim przekonaniu to zagrożenie jest. Ono w zasadzie bardzo utrudni prywatyzację, która powinna nastąpić do końca. Ona prawdopodobnie nas uchroni jednak przed pełną monopolizacją niektórych dziedzin, na które się zanosi. Może nas uchronić. Aczkolwiek jest pytanie, czy jest ta świadomość narastania w tej chwili monopoli wynikłych z tego, że niektóre platformy, zwłaszcza platformy internetowe, mają cechę, której w historii ekonomii w zasadzie nie było. To znaczy, że koszt końcowy pozyskania nowego klienta równa się prawie zero, a próg inwestycyjny jest wysoki. To powoduje, że stopniowo nastąpi monopolizacja niektórych dziedzin i nie ma już poza booking.com i airb’n’b innego gestora noclegów. Uber jeszcze ma konkurencję, ale generalnie tutaj jest zjawisko bardzo trudne, bo ono będzie wymagało istotnych działań antymonopolowych. I pytanie, po której stronie staną wtedy populiści? Czy uznają, że jednak konkurencja jest ważna i powinna być? Czy uznają, że konkurencja to bałagan? Bo takie idee też się pojawiają. Jest protest przeciwko temu, że następuje chaotyczna konkurencja, bo takie coś się już pojawiło, że nie może być chaotycznej konkurencji. A niechaotyczna konkurencja to na ogół się kończy właśnie monopolizacją i oddaniem rynku w czyjeś ręce. To jest pewne novum, na które nie wiem, czy jest odpowiedź w nauce i praktyce.
Paweł Kłoczowski: Ja kilka słów w sprawie wypowiedzi Andrzeja Sadowskiego. Chodzi mi o to, że trzeba jednak sprecyzować, co ma się na myśli, mówiąc o populizmie. Zasadniczo populizm jest zjawiskiem związanym z kryzysem reprezentacji. To odwołanie się do masy ponad głowami elit intelektualnych, politycznych czy ekonomicznych. Innymi słowy, ten przywódca musi trafić do umysłu, mówiąc w skrócie, Ferdynanda Kiepskiego. Jak trafić do umysłu Ferdynanda Kiepskiego? Otóż ten umysł jest zupełnie inny w Ameryce, a zupełnie inny w Polsce. Weźmy przykład Trumpa. Trump, jak skądinąd wiemy, jest milionerem. W Ameryce to budzi szacunek Ferdynanda Kiepskiego, jak najbardziej. On sam zapracował, jemu się to należy, to jest facet w porządku. W Polsce człowiek bogaty w oczach Kiepskiego to jest ten, co ukradł, to jest złodziej. W Ameryce on jest złodziej, jeżeli pracował w instytucji państwowej, a w Polsce to jest złodziej, jeżeli on jest, mówiąc starym językiem – prywaciarzem. To ogromna różnica. Wydaje mi się, że zwycięstwo, mówiąc terminologią Janusza Majcherka, narodowego populizmu w Polsce oznaczałoby zwycięstwo nieświadomej nostalgii za PRL-em. Zrzucanie odpowiedzialności. Wolność oznacza odpowiedzialność, a to jest pewien ciężar. A socjalizm ułatwia nam to, bo zrzuca z nas odpowiedzialność. A Ferdynand Kiepski marzy o tym, by nie być odpowiedzialnym.
Goście debaty
Bogusław Chrabota
Dziennikarz telewizyjny i prasowy, publicysta i pisarz, z wykształcenia prawnik, w latach 2013–2024 redaktor naczelny dziennika „Rzeczpospolita”.
Janusz Majcherek
Filozof, socjolog, nauczyciel akademicki, publicysta, profesor nauk humanistycznych, profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. W 2003 r. otrzymał Nagrodę Kisiela.
Piotr Bartula
Filozof i etyk, doktor habilitowany, adiunkt w Zakładzie Filozofii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Teoretyk zagadnienia kary śmierci i twórca tzw. testamentowej teorii sprawiedliwości.
Andrzej Machalski
Przedsiębiorca, polityk. W 1980 r. został członkiem NSZZ Solidarność. Po wprowadzeniu stanu wojennego został zwolniony z pracy. Redagował pisma drugiego obiegu („Głos Wolnego Hutnika”, „Głos Wolnego Robotnika”). W sierpniu 1982 r. tymczasowo aresztowany, w maju 1983 r. skazany na karę dwóch lat pozbawienia wolności. Zwolniono go w sierpniu tego samego roku w związku z amnestią. W latach 1989–1991 sprawował mandat senatora I kadencji, wybranego z ramienia Komitetu Obywatelskiego w województwie częstochowskim. Zasiadał w Komisji Ustawodawstwa Gospodarczego i w Komisji Gospodarki Narodowej. Krótko związany z Unią Polityki Realnej, brał w 1990 r. udział w zakładaniu Kongresu Liberalno-Demokratycznego (wchodził w skład prezydium tej partii). W latach 1989–1993 był pierwszym prezydentem Konfederacji Pracodawców Polskich. Współtworzył także Krajową Izbę Gospodarczą.
Andrzej Sadowski
Ekonomista, publicysta gospodarczy, prezydent Centrum im. Adama Smitha. Był redaktorem założonego w 1986 r. podziemnego pisma „Dodruk”. Za prowadzoną działalność był rozpracowywany przez funkcjonariuszy służb specjalnych PRL. Należał do organizatorów Towarzystwa Gospodarczego w Warszawie (1986–1989). Wraz z Mirosławem Dzielskim i Aleksandrem Paszyńskim współtworzył Akcję Gospodarczą jako środowisko dyskusyjne związanych z opozycją ekonomistów.
Lech Jeziorny
Opozycjonista, współzałożyciel Ruchu Młodej Polski, działacz gospodarczy. Z RMP związany od 1979 r. Internowany w stanie wojennym. W latach 80. – bliski współpracownik Mirosława Dzielskiego i współzałożyciel Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego. W latach 90. – zaangażowany w przedsięwzięcia biznesowe. Na bazie jego osobistych doświadczeń napisano scenariusz i nakręcono film „Układ zamknięty”.
Janusz Steinhoff
Inżynier i polityk. W 1980 r. był współzałożycielem Solidarności na Politechnice Śląskiej. W latach 1981–1989 prowadził działalność podziemną i opozycyjną. W trakcie obrad Okrągłego Stołu pełnił z ramienia Solidarności funkcję eksperta w zakresie górnictwa i ochrony środowiska. W okresie 1997–2001 – minister gospodarki, a w latach 2000–2001 – wiceprezes Rady Ministrów w rządzie Jerzego Buzka, poseł na Sejm X, I i III kadencji, w latach 2004–2008 przewodniczący Partii Centrum.
Edward Nowak
Inżynier, działacz opozycji demokratycznej w PRL, menedżer, urzędnik państwowy i polityk. Od sierpnia 1980 r. członek NSZZ Solidarność. Uczestnik strajków w Hucie im. Lenina. Aresztowany po wprowadzeniu stanu wojennego i skazany przez sąd wojskowy na karę trzech lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności. Zwolniony na mocy amnestii w 1983 r. Poseł na Sejm X kadencji. W latach 1990–1991 wiceprezydent Krakowa, w latach 1992–1993 oraz 1993–1995 – podsekretarz stanu w Ministerstwie Przemysłu i Handlu, w latach 2000–2001 – podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki. Inicjator reaktywowania Izby Przemysłowo-Handlowej w Krakowie; w latach 1989–1994 jej prezydent.
Tadeusz Syryjczyk
Polityk i przedsiębiorca. W 1980 r. był współzałożycielem NSZZ Solidarność w Krakowie i na AGH, w 1981 r. zasiadał w prezydium regionu małopolskiego związku. W stanie wojennym został internowany na okres od 13 grudnia 1981 r. do 23 lipca 1982 r. W 1987 r. był współzałożycielem, a w 1990 r. objął funkcję prezesa Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego. Był przewodniczącym jednego z zespołów Centrum Obywatelskich Inicjatyw Ustawodawczych Solidarności. Minister przemysłu w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i minister transportu i gospodarki morskiej w rządzie Jerzego Buzka, poseł na Sejm I, II i III kadencji.
Paweł Kłoczowski
Filozof polityki i teoretyk idei, publicysta, wykładowca akademicki. Syn Jerzego Kłoczowskiego, brat Piotra Kłoczowskiego i Jana Marii Kłoczowskiego. W okresie PRL-u działacz opozycji demokratycznej. W latach 1979–1981 członek pierwszej redakcji opozycyjnego czasopisma polityczno-kulturalnego „Res Publica”. W latach 80. uczestniczył w nieoficjalnym redagowaniu czasopisma, aż do momentu jego legalnego wznowienia w 1987 r., kiedy to ponownie wszedł w skład redakcji czasopisma. Profesor nadzwyczajny w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie i kierownik tamtejszej Katedry Filozofii Społecznej.