Reklama

Liberałowie, czyli Polskę trzeba było zmienić. Debata w rocznicę śmierci Mirosława Dzielskiego

Debatę moderowaną przez redaktora Bogusława Chrabotę przeprowadzono 26 października 2024 r. w gościnnych murach krakowskiego Znaku. Wzięli w niej udział członkowie Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego, Akcji Gospodarczej, Solidarności, parlamentarzyści pierwszych kadencji Sejmu RP, członkowie rządów Tadeusza Mazowieckiego i Jerzego Buzka, byli opozycjoniści i profesorowie. Poniżej zamieszczamy pełny zapis debaty.

Publikacja: 21.03.2025 07:35

I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ Solidarność w Gdańsku obradował w dwóch turach: od 5 do 10 września i

I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ Solidarność w Gdańsku obradował w dwóch turach: od 5 do 10 września i od 26 września do 7 października 1981 r.

Foto: IPN

Bogusław Chrabota: To będzie rozmowa o tym, co po 40 latach po nas zostało. O tej wolnościowej inspiracji intelektualnej, o tych ideach, które pojawiły się w tym środowisku już w latach 70., a potem rozwijały konsekwentnie w kolejnej dekadzie. Nieco wcześniej niż w kręgach późniejszych naszych sojuszników z Gdańska czy Warszawy. Wtedy, w połowie lat 80., kiedy powstawało Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe, byliśmy w mniejszości. Refleksja o odbudowie gospodarki rynkowej wydawała się niedorzeczna. Intelektualnie dominowała myśl marksistowska lub przynajmniej jej reminiscencje. Powszechnie uważano, że do kapitalizmu nie ma powrotu. Mirosław Dzielski zawzięcie tłumaczył, że jest inaczej. Co prawda, mimo heroicznej walki z chorobą, umarł w październiku 1989 r. w Bethesda, ale jego przyjaciele i współpracownicy – jak Tadeusz Syryjczyk, Marian Kania czy Henryk Woźniakowski – wprowadzali jego idee w życie w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. W tym sensie ruch liberalny szybko awansował do sfery politycznej praxis. Był również, w osobie publicystów, a potem różnych środowisk politycznych obecny w polskiej debacie. „Rzeczpospolita”, którą kierowałem przez 12 lat, przesiąknięta jest refleksją wywodzącą się z chrześcijańskiego liberalizmu jak żadne inne polskie pismo czy środowisko intelektualne. Stąd zresztą inspiracja tej debaty i zadanie publicystyczne, które sobie stawiam. Zacznijmy od pytania, jaki był realny wpływ na polską reformę środowisk prorynkowych z końca lat 80.?

Czy liberałowie lat 80. mieli wpływ na realną politykę po 1989 r.?

Andrzej Sadowski: Dominujący. Liberałowie gospodarczy, którzy w latach 80. podnieśli w Polsce ten sztandar, stawali się wpływowi. Najbardziej, rzecz jasna, przez ruch towarzystw przemysłowych i gospodarczych, których z inspiracji KTP i Towarzystwa Gospodarczego w Warszawie powstało wtedy w Polsce kilkanaście. 3 grudnia 1988 r., a więc jeszcze przed tzw. ustawą Wilczka z 23 grudnia tego samego roku, zawiązała się w Warszawie antykomunistyczna wolnorynkowa Akcja Gospodarcza, której słynny manifest „Minimum zmian” cenzura dopuściła na łamach chrześcijańskiego tygodnika „Ład” oraz „Gazety Bankowej” – pisma partyjnych technokratów, którzy proponowali zmiany w systemie gospodarczym PRL. „Minimum zmian” i kilka jeszcze innych dokumentów Akcji Gospodarczej omawiało Biuro Polityczne PZPR, o czym Aleksander Paszyński dowiedział się w rozmowie z premierem Mieczysławem Rakowskim, który zaproponował mu stanowisko ministra w swoim rządzie. Rząd uwalnia ceny żywności, co było jednym z postulatów Akcji Gospodarczej, a miało to miejsce latem roku 1989. Akcja Gospodarcza ma już taką pozycję merytoryczną w sprawach ekonomicznych, że 9 lipca 1989 r. w nocy w Belwederze generał Wojciech Jaruzelski i przyszły prezes NBP Władysław Baka spotykają się z jej przedstawicielami. 11 lipca wszystkie ówczesne dzienniki publikują wspólny dokument z tego spotkania pt. „Trzeba zmienić system”, który wytycza jednoznacznie wolnorynkowy kierunek zmian.

Uważam, że wpływ ludzi o orientacji liberalnej na przemiany transformacyjne w Polsce po 1989 r. był decydujący i rozstrzygający

Janusz Majcherek

Warto wspomnieć, że podczas obrad Okrągłego Stołu zawiązała się niecodzienna koalicja między zwolennikami restytucji „socjalizmu z ludzką twarzą” i jej zwolennikami w Solidarności. Mało kto pamięta, że leżała na stole propozycja, by przywrócić dekret PKWN z tzw. gospodarką trójsektorową, w której prywatny sektor mógłby zatrudniać nie więcej niż 50 osób na jedną zmianę. Jednak wówczas już obowiązywała ustawa Wilczka, która zniosła jakiekolwiek limity zatrudnienia w prywatnym sektorze. Nie doszło do restytucji socjalizmu przy Okrągłym Stole dzięki Mieczysławowi Wilczkowi i grupie reformatorów partyjnych, którzy porozumieli się z przedstawicielami Akcji Gospodarczej zasiadającymi po stronie Solidarności. Paradoksalnie ta niewielka, kilkunastoosobowa reprezentacja w parlamencie Akcji Gospodarczej, gdzie warto wymienić posła profesora Andrzeja Zawiślaka, senatora profesora Cezarego Józefiaka – przewodniczącego senackiej Komisji Gospodarki Narodowej, czy Józefa Dietla oraz Andrzeja Machalskiego, którzy w Senacie moderowali proces przyjmowania zmian. Kompetencje merytoryczne zapewniły realną siłę środowisk wolnorynkowych i przemożny wpływ na zmiany, które wtedy miały miejsce. Puentą niech będzie wywiad, który dziesięć lat później z okazji rocznicy Okrągłego Stołu ukazał się w „Rzeczpospolitej” z Jarosławem Kaczyńskim, który powiedział, że horyzont gospodarczy zmian opozycji, do której on należał, sprowadzał się do wprowadzenia samorządu robotniczego w państwowych zakładach pracy. Akcja Gospodarcza od początku proponowała przywrócenie gospodarki wolnorynkowej i prywatnej własności.

Uczestnicy I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ Solidarność w Gdańsku, wrzesień 1981 r.

Uczestnicy I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ Solidarność w Gdańsku, wrzesień 1981 r.

Reklama
Reklama

Janusz Majcherek: Uważam, że wpływ środowisk liberalnych czy też ludzi o orientacji liberalnej na przemiany transformacyjne w Polsce po 1989 r. był decydujący i rozstrzygający, co jest pewnym paradoksem, wziąwszy pod uwagę okoliczności, a zwłaszcza ogromne wówczas wpływy koncepcji tzw. trzeciej drogi, opartej na rozpowszechnionych jeszcze w latach 70. teoriach konwergencji i poszukiwaniach jakiegoś rozwiązania pośredniego. Myślę, że jeżeli oceniamy polską transformację pod tym kątem, to powinniśmy porównać się do innych. Wbrew bowiem takiemu sformułowaniu, że nikt tego przed nami nie robił, to niektórzy robili to równolegle albo wkrótce po nas. Jeżeli porównamy się np. do Czech czy Węgier, które nie zdecydowały się na coś, co w Polsce nazwano „terapią szokową”, możemy powiedzieć, że ona w Polsce przyniosła o wiele większe sukcesy. Ten model wprowadzenia liberalizmu, nie chcę tutaj parafrazować Kisiela, ale w gruncie rzeczy coś było na rzeczy: chwycić za twarz i wprowadzić liberalizm – to była właśnie jego koncepcja. I coś podobnego się dokonało, może nie przez chwycenie za twarz, ale przez szybkie, raptowne, gwałtowne i zdecydowane posunięcia, które od 1 stycznia 1990 r. wprowadziły do Polski zupełnie inny model gospodarczy. Jeżeli porównamy się np. do dzisiejszych Węgier, które nie zrobiły żadnej terapii szokowej, a w latach 70., a zwłaszcza 80., w Polsce uchodziły za pewien wzór czy ideał, że ten gulaszowy socjalizm funkcjonuje doskonale i był to w pewnym sensie przedmiot zazdrości naszego zubożałego i gnębionego społeczeństwa stanu wojennego, to widzimy, co się tam stało właśnie z powodu, że tam takiej terapii szokowej nie przeprowadzono. A z drugiej strony mamy przykład Niemieckiej Republiki Demokratycznej, która uchodziła wówczas za najwyżej rozwinięty kraj socjalistyczny. Ale kiedy doszło do zjednoczenia, to z NRD nie został kamień na kamieniu. Poza Carl Zeiss Jena i browarem Radeberger chyba nic z enerdowskiego przemysłu, usług i gospodarki nie zostało. W konfrontacji z rozwiniętym, chociaż bynajmniej nie jakimś drapieżnym i radykalnie wolnorynkowym kapitalizmem, jaki od kilkudziesięciu lat budowano w Republice Federalnej Niemiec, cały ten socjalistyczny, rzekomo wysoko rozwinięty przemysł czy gospodarka nie wytrzymały konfrontacji, nic z tego nie zostało. Konkludując: szczęśliwym trafem w Polsce „trzeciej drogi” (przypomnę hasło owych czasów: „trzecią drogą do Trzeciego Świata” – tak komentowali te pomysły liberałowie), mimo znacznych wpływów owych koncepcji, sugestii łączenia kapitalizmu z socjalizmem – nie szukano. Dodajmy, że okoliczności nie były korzystne; przede wszystkim w opozycji, która nie była w większości wolnorynkowa. W Solidarności funkcjonowały ideały samorządu robotniczego, najkrócej to określając. Ale z drugiej strony mieliśmy też pewne wolnorynkowe poglądy w ekipie odchodzącej. Słynna reforma Wilczka była wyrazem tego, że w partii formalnie wciąż jeszcze komunistycznej zwyciężyły mniejszościowe liberalne tendencje. To połączenie liberałów partyjnych, tak ich wtedy nazywano, z liberałami ze środowisk solidarnościowych dało efekt, którym możemy się po 35 latach cieszyć.

Prywatyzacje przebiegały różnie, były doskonałe, np. FSM sprywatyzowano z udziałem Fiata i ta firma rozwinęła się potem bardzo szybko, natomiast wiele zakładów miało z tym wielki problem.

Janusz Steinhoff

Janusz Steinhoff: Byłem wtedy posłem w sejmie kontraktowym, z obecnymi tutaj Edwardem Nowakiem i panem senatorem Machalskim. Mieliśmy świadomość, szczególnie po pierwszych miesiącach pobytu w parlamencie, że tej gospodarki socjalistycznej nie da się naprawić. I nie mieliśmy takiej intencji, żeby naprawiać socjalistyczną gospodarkę, stosując te wszystkie mechanizmy, które wówczas funkcjonowały w niej. Była w upadłości, biorąc pod uwagę wskaźniki makroekonomiczne; deficyt budżetowy na poziomie 12 proc., zadłużenie na poziomie 42 miliardów dolarów, co w stosunku do PKB było ogromną sumą i skutkowało niewypłacalnością naszego państwa, bośmy nie obsługiwali tego zadłużenia. Trzeba jeszcze dodać załamanie części rynków wschodnich, pod które nasz przemysł był tworzony. Mieczysław Wilczek, a właściwie w kancelarii ówczesnego prezesa rady ministrów, późniejszy zresztą mój współpracownik Stanisław Lausch-Bentkowski był jednym z autorów tej ustawy. Była konsultowana jeszcze za czasów rządu Messnera. Potem pisano ją dość szybko; wytyczne były jedne: co nie jest zabronione, jest dozwolone. Na ówczesne czasy to była próba ratunku dla tej gospodarki. Natomiast trzeba mieć świadomość, że ta ustawa potem była wielokrotnie nowelizowana, m.in. dlatego, że wchodziliśmy do Unii Europejskiej, słusznie czy nie, ale to była konieczność. Natomiast jestem przekonany o tym, że gdyby nie twarda pozycja Leszka Balcerowicza, wspierana przez obecnego tutaj Tadeusza Syryjczyka, czyli linia rządu Tadeusza Mazowieckiego, wsparta przez posłów i senatorów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, która przekonała również postkomunistów wówczas zasiadających parlamencie, to świadomość, że trzeba tę gospodarkę zacząć budować na nowo, nie miała szansy zwyciężyć. Te 11 ustaw, które przesłał Leszek Balcerowicz w imieniu rządu Tadeusza Mazowieckiego do Sejmu, 17 grudnia, o ile dobrze pamiętam, nad którymi procedowała komisja pod przewodnictwem prof. Andrzeja Zawiślaka całe sześć dni, po których zdecydowaliśmy o przyjęciu tych ustaw. Jedną ustawę odłożyliśmy na później. Senat i prezydent Jaruzelski oczywiście klepnęli ten pakiet ustaw i od 1 stycznia można było rozpocząć te twarde reformy. Oczywiście, jeszcze raz podkreślam, polska gospodarka była w sytuacji najgorszej w Europie. Jeżeli chodzi np. o tempo wzrostu PKB, byliśmy na pierwszym miejscu od końca, oczywiście na 32 państwa. Polska przez osiem lat, o ile sobie przypominam, miała ujemny wzrost gospodarczy. Nasza gospodarka nie rozwinęła się absolutnie. Przez siedem albo osiem lat do 1989 r. ten sumaryczny wzrost był na poziomie minus 0,7. Eksport na poziomie poniżej 20 miliardów dolarów; w tej chwili mamy 360 miliardów. Mieliśmy świadomość, że gospodarka jest w stanie upadłości, że trzeba ją ratować. Nie było to łatwe. Tadeusz Syryjczyk jako minister przemysłu miał wiele problemów, również natury politycznej, ponieważ część posłów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego w ogóle nie chciała słyszeć o likwidacji czy upadłości takich czy innych zakładów. Część załóg, jak na przykład załoga Rometu, była bardzo aktywna w ratowaniu swoich zakładów. Miała wpływ na zarządzanie tymi zakładami i to się dla nich skończyło nie najlepiej. Przede wszystkim uważam, że rozpoczęcie procesu prywatyzacji miało zasadniczy charakter. Rozpoczęliśmy prywatyzację. Prywatyzacje przebiegały różnie, były doskonałe, np. FSM sprywatyzowano z udziałem Fiata i ta firma rozwinęła się potem bardzo szybko, natomiast wiele zakładów miało z tym wielki problem.

Osoby, które przeszły przez ruch liberalny, trafiły do polityki i wpływały na bieg spraw. Nie były w większości, ale mówiły o kapitalizmie

Tadeusz Syryjczyk

Bogusław Chrabota: Tadeusza Syryjczyka zapytam o coś więcej i może to pytanie będzie nieco prowokacyjne, bo lubimy mówić o dziedziczeniu pewnych idei, o dziedzictwie pewnych środowisk, o tym, że one miały wpływ na rzeczywistość polityczną. Ale może byłoby tak, że nawet bez liberałów w Polsce te reformy musiały pójść w tę stronę? Bo taki choćby Leszek Balcerowicz nie miał przecież wiele wspólnego ze środowiskami liberalnymi, był jednak z zupełnie innego rozdania. Jak się te idee faktycznie przekładały na decyzje polityczne w ramach rządu? Czy była konfrontacja w Radzie Ministrów epoki Mazowieckiego z ludźmi, którzy myśleli inaczej? Czy trzeba było się przebijać z reformami wolnorynkowymi? Czy też były one oczywiste?

Pragnę zauważyć, że pan premier Mazowiecki nie był przygotowany do objęcia tej funkcji w momencie, kiedy dochodziło do zmiany systemu

Andrzej Sadowski

Reklama
Reklama

Tadeusz Syryjczyk: Jeżeli chodzi o wpływ grup liberalnych na przemiany polityczne, głównie ustrojowe, gospodarcze, to był on duży. Łatwo wyliczyć osoby, które znałem osobiście i które przeszły przez ruch liberalny i trafiły później do polityki i tam wpływały na bieg spraw. Nie były w większości, ale intelektualnie wyprzedzały otoczenie, bo mówiły o kapitalizmie. To wtedy, jak słusznie zauważyli wszyscy mówcy, nie było takie zbyt gładkie. Z samego kręgu Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego, prócz wymienianej tu często mojej osoby, byli Edward Nowak i Marian Kania; trafili do rządu jako wiceministrowie. Z Warszawskiego Towarzystwa Aleksander Paszyński znalazł się w Ministerstwie Budownictwa. Z gdańskiej grupy liberałów przede wszystkim Janusz Lewandowski, który był frontowym pracownikiem prywatyzacji i dużo za to zapłacił, bo on miał chyba 17 procesów, z mniej lub bardziej wydumanymi zarzutami. Tak więc środowiska liberalne dały ludzi. To jest poza sporem w moim przekonaniu. Dały ludzi, i druga rzecz, to jednak miały pewien wpływ mentalny. Bo nam się dzisiaj wydaje, że wtedy rząd Mazowieckiego szybko zarządził, że będzie kapitalizm. Nic podobnego. Sam Tadeusz Mazowiecki radził, aby mówić, że będziemy szli wypróbowanymi drogami: „Nie mówcie za dużo o tym kapitalizmie, mówcie, że idziemy wypróbowanymi drogami”. Ale powiedział też tak: „Chronimy ludzi, ale nie chronimy chorych struktur. Musimy ludziom, którzy w wyniku tego popadną w kłopoty, pomóc. Natomiast nie wolno nam chronić chorych struktur”. W moim przekonaniu nasza obecność była ważna. Pamiętam swoje dyskusje przy różnych historiach, które nie wchodziły na forum rządu jako całości, choć czasami też. Likwidujemy np. rozdzielnictwo stali. Fabryki będą musiały kupić sobie stal w hutach. Na co od razu kontrreakcja Ministerstwa Rolnictwa: fabryki, które produkują maszyny rolnicze, muszą mieć przydziały. Ja mówię: ale nikt nie będzie miał. Oni na to: muszą mieć przydziały. No dobrze, no to tam wpisaliśmy, choć nie wiadomo, co z tego wynikało, bo wtedy już nie było backgroundu ustawowego. Papier będzie wyjęty spod kontroli cen. Wydawnictwa upadną. Skąd wezmą papier? Ja mówię: kupią sobie. Jak braknie, kupią za granicą, bo jest otwarta możliwość importu i wymiany dolarów. Także dużo ludzi dobrej woli nie wierzyło, że w wyniku zadziałania rynku będzie papier, stal do produkcji maszyn i tak dalej. To wszystko musi być załatwione przez jakieś rozdzielniki. A nie tak, że po prostu kupimy. Tak więc ludzie nie za bardzo w to wierzyli. Inną historią, przy której nawet niektórzy z naszych kolegów nieco się poplątali, była sprawa nowelizacji ustawodawstwa dotyczącego najmu lokali. Przyszła propozycja zmiany prawa lokalowego; są tam pewne poluzowania, w których właściciele jednak coś mają do gadania. Ja mówię: dobrze, ale proszę, czemu nie wyłączamy spod tego lokali użytkowych? Ja rozumiem, że staruszki z mieszkania wyrzucić nie wolno, w porządku. Płaci, nie płaci, właściciel nie ma nic do gadania, ma mieszkać, ale lokale użytkowe powinny być jednak elementem rynku. No i zgodzono się ze mną. Potem to ja odkryłem, choć nie byłem prawnikiem ani ministrem sprawiedliwości, że w kodeksie karnym ciągle jest taki artykuł antyspekulacyjny, który mówi, że kto nabywa większą ilość towarów w celu odsprzedaży z zyskiem, to podlega każe więzienia do lat pięciu. To ja mówię, że dziś pod Pałacem Kultury trzeba by było sprowadzić duże kordony policji, żeby wszystkich tam handlujących ludzi zatrzymać. To był ewidentny dysonans: ustawa Wilczka już była, ale kodeks karnym też wciąż funkcjonował. Trzeba było oczyścić prawo z takich niefunkcjonujących przepisów. To jest sprawa mentalnie ważna i ja te dyskusje odbywałem. Musiałem się zderzać z ludźmi dobrej woli, kultury, rolnictwa, różnych innych działów, tłumacząc, że będą sobie kupować te różne rzeczy w fabrykach, które produkują. A jeśli braknie, to się sprowadzi. Z takich problemów, o których tutaj koledzy mówili, związanych z poprzednią ekipą, to ja często przytaczam problem właśnie z lokalami. Otóż, myśmy w Krakowie uzyskali zniesienie szczególnego trybu najmu lokali użytkowych, czyli przydziału lokali, wcześniej. Co zresztą było widać – w Krakowie rynek już kwitł, a warszawski Nowy Świat był taki sobie, jak się nim przeszło. W niedzielę to kawiarnie były otwarte dopiero od 11.00. A na krakowskim rynku już wtedy wszystko wybuchło. Bo właściciele odzyskali możliwość dysponowania lokalami. Tak, w Krakowie kwestie własnościowe były uporządkowane. Przy rynku miasto miało tylko jedną kamienicę. Jako KTP właśnie podjęliśmy rekomendację, żeby w ramach reform ekonomicznych wprowadzić w Krakowie wolny najem lokali użytkowych. Poszedłem z tym do wiceprezydenta Paszuchy z SD. I przedstawiłem naszą propozycję. On mówi: proszę pana, dla nas ten szczególny tryb najmu lokali użytkowych jest czystą udręką. Przeciętny kierownik wydziału lokalowego w dzielnicy Śródmieście urzęduje mniej więcej pół roku. Bo albo jest pazerny, bierze tyle łapówek, że w końcu wpada i go zamykają po pół roku, albo jest ostrożny i wie, kiedy zwolnić się z pracy i pójść z tymi pieniędzmi, które nazbierał, do innej roboty. Gdyby więc dało się to zrobić, to tutaj zapewniam pana, że komitet, wszyscy byliby za likwidacją, bo to jest w tej chwili czysty kłopot ten tryb. Ale my tu mamy prawników, którzy nam pokazują, że nie wolno nam tego zrobić. W tym sensie, że szczególnie tryb najmu lokali użytkowych i mieszkalnych obejmuje jednolita ustawa. Wtedy w KTP przejrzeliśmy taki gruby plik uchwał rad gminnych na temat szczególnego trybu najmu; obejmował lokale mieszkalne, czyli kwaterunek, ale nie użytkowe. Prezydent Paszucha odetchnął i wytłumaczył swoim prawnikom, że nie mają racji, po czym Rada Miasta Krakowa tryb zniosła. Wcześniej niż w całym kraju. Efekt? Okazało się, że na krakowskim rynku mogą być kawiarnie i w ogóle Śródmieście się zmieniło diametralnie w krótkim czasie. Konkludując, to, że byliśmy zorganizowani, że istniały takie grupy, że istniała myśl, że pewne myślenie zostało wstrzyknięte do obiegu intelektualnego, jest bardzo ważne. To prawda, że Miltona Friedmana wydawanego w podziemiu przez Dzielskiego zapewne przeczytało niewiele osób. Ale sam fakt wydania, fakt, że parę osób przejrzało przynajmniej pierwsze rozdziały, miał istotne znaczenie. Bo oficjalna ekonomia co najwyżej do keynesizmów się posuwała, nie dalej. Jak to koledzy przypomnieli, Balcerowicz mówił, że szuka fizyków, inżynierów i tak dalej, bo przeciętna wiedza ekonomistów niestety jest ujemna. Taki miał obraz. Oczywiście byli ludzie, którzy po cichu dość dużo umieli i wiedzieli, ale to dopiero wtedy się mogło wykrystalizować.

Rząd Mazowieckiego i jego reformy

Andrzej Sadowski: Pragnę zauważyć, że pan premier Mazowiecki nie był przygotowany do objęcia tej funkcji w momencie, kiedy dochodziło do zmiany systemu. Przytoczę tylko jedną z rozmów, które przeprowadził z nim Aleksander Paszyński, już jako minister budownictwa. Przyszedł do premiera i zaproponował likwidację Ministerstwa Budownictwa jako instytucji kompletnie zbędnej, a powołanie urzędu nadzoru budowlanego, tak jak to było w czasach rzymskich, gdzie pilnowano norm, aby budynki się nie zawalały. Wtedy, niemal błagalnie, pan premier Mazowiecki poprosił, żeby nie upubliczniał swojej propozycji, bo ludzie mogliby pomyśleć, że w Polsce nie będzie mieszkań, jak nie będzie ministerstwa. Nie doszło wtedy do innych radykalnych zmian, które były proponowane i leżały już na stole, jak chociażby propozycja tzw. małej prywatyzacji pana wiceministra Jerzego Drygalskiego. Zaproponował, aby wszystkie te państwowe małe lokale handlowe z pustymi półkami, przed którymi stali przedsiębiorcy z łóżkami i kocami, sprzedając z nich towar, w pilnym trybie im udostępnić i przekazać. I to miała być tzw. mała prywatyzacja przed tą wielką. Nie było zgody pana premiera Mazowieckiego na tego typu działania. I też nie było w ogóle myślenia w kategoriach, które proponował Mirosław Dzielski, aby stworzyć społeczny kapitał i przeprowadzić radykalną dekomunizację polegającą na uwłaszczeniu obywateli we własność mieszkań spółdzielczych, tak aby był to zastaw pod pożyczki i kapitalistyczny obrót gospodarczy. Tak się jednak nie stało i te późniejsze próby prywatyzacji, w tym tzw. Program Powszechnej Prywatyzacji, wykazywały nie tyle głęboką zmianę systemową, co były źródłem wszelkich możliwych patologii. Obawiano się nawet zniesienia kartek na mięso w listopadzie 1989 r., kiedy mięso było już na każdym rogu polskich ulic – od momentu, gdy zniesiono kontrolę cen żywności za rządów premiera Rakowskiego. Wiem o rozmowie, podczas której pan premier powiedział, że gdyby nie zrobił tego rząd Rakowskiego, to nasz rząd nie odważyłby się na zniesienie kartek i kontroli cen. Natomiast na przełomie października oraz listopada 1989 r. w rządowym ośrodku w Konstancinie-Jeziornie, który udostępnił pan minister przemysłu Tadeusz Syryjczyk, odbyło się kilkudniowe spotkanie ekonomistów orientacji liberalnej, których zaprosiliśmy wtedy do Polski. Wśród obecnych byli m.in. nieżyjący już profesor Adam Brzeski z Uniwersytetu Kalifornijskiego i Paweł Dębiński ze Szwajcarii. Sporą rolę odegrał profesor Stefan Kurowski, który był jednym z nestorów polskich liberałów; może później jego poglądy pod tym względem ewoluowały. W obradach brał udział wiceminister finansów Marek Dąbrowski. Doszło do spotkania uczestników konferencji z wicepremierem Leszkiem Balcerowiczem, któremu przekazano dokument, jakie zmiany w Polsce należy przeprowadzić. Miało to miejsce jeszcze przed uchwaleniem tzw. planu Balcerowicza, który de facto przygotował profesor Stanisław Wellisz, dziekan wydziału ekonomicznego Uniwersytetu Columbia w USA, na swoim laptopie. I jak widać, temu programowi bardzo wiele brakowało tych elementów wolnorynkowych, które zostały na tym kilkudniowym seminarium w ośrodku Ministerstwa Przemysłu wypracowane. Zabrakło ich też w następnych latach, stąd Jan Winiecki w ramach projektu Centrum im. Adama Smitha przygotował raport w 1994 r. pod tytułem „Niedokończona transformacja”, bo ona nigdy nie została zakończona.

Lech Wałęsa (1. z lewej) podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ Solidarność w Gdańsku, wrzesień 1

Lech Wałęsa (1. z lewej) podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ Solidarność w Gdańsku, wrzesień 1981 r.

Foto: IPN (2)

Janusz Majcherek: Ja bym tylko jeszcze ad vocem stwierdził, że aczkolwiek Kisiel w swoim „Abecadle” pisze o Mazowieckim: „zawsze wierzgał, jak się coś na socjalizm mówiło”, to jednak potem powołał Balcerowicza, i ze wszystkimi swoimi być może zastrzeżeniami, być może wcześniejszymi poglądami, jednak dał Balcerowiczowi wolną rękę.

Bogusław Chrabota: Pytanie brzmi, jak wiele z tych programów przeszło do praktyki ustrojowej? I czy doczekalibyśmy się przemian bez wkładu liberałów?

Janusz Majcherek: Niektórzy powiadają, że przecież w innych krajach przebiegało to inaczej. Ale tam są przypadki odstręczające – Bułgarii, Rumunii, Albanii, itd., a więc innych krajów komunistycznych, które próbowały transformacji, ale wyrodziły się w oligarchiczną postać kapitalizmu. Oczywiście Ukraina… Oligarchiczny kapitalizm to jest jedna wersja. Bez liberalizmu byłby oligarchiczny kapitalizm, co prawdę mówiąc, w Polsce też już zaczęło się poniekąd realizować, ale dopiero w ostatnich latach, kiedy tu zaczęła się tworzyć oligarchia partyjna, ale to pod auspicjami, pod parasolem zupełnie innej, deklaratywnie i faktycznie antyliberalnej w działaniu ekipy. Z drugiej strony mamy przykład Niemieckiej Republiki Demokratycznej, która nie wytrzymała w konfrontacji z wolnym rynkiem, gdy tam nastąpił szok nieporównywalny z balcerowiczowskim, ponieważ to się wydarzyło z dnia na dzień: zjednoczenie, wspólna waluta. I tam powołano urząd powierniczy, który rozprzedał ten majątek w tempie, który u nas wywołałby prawdopodobnie milionowe protesty na ulicach. Jeżeli więc porównujemy polskie reformy z tym, jak zrobili inni, to ja uważam, że aczkolwiek czytelników Miltona Friedmana być może nie było zbyt wielu, to jednak idee liberalne – użyję tego określenia – wisiały w powietrzu. To znaczy, że były jednak w obiegu w licznych środowiskach i bardzo różnorodnych, od Krakowa poprzez Warszawę do Gdańska, i w pewnym sensie budowały atmosferę w tych kręgach, które ostatecznie okazały się decyzyjne. To, że te kręgi okazały się decyzyjne i to one przejęły kontrolę nad transformacją, stało się dla Polski błogosławieństwem.

Reklama
Reklama

Problemy, które towarzyszyły wdrożeniu nowych idei do gospodarki, ujawniały się nie tylko na poziomie dyskusji między mądrymi ludźmi

Andrzej Machalski

Janusz Steinhoff: Nie podzielam opinii, że rząd Mazowieckiego nie zrobił wszystkiego, co można było zrobić w tamtym czasie. Trzeba bowiem te oczekiwania osadzić w realiach ówczesnej gospodarki i w realiach ówczesnego stanu finansów publicznych. Aż 12 proc. deficytu, 25-procentowy spadek produkcji przemysłowej – to była katastrofa. Dlatego też moim zdaniem rząd Mazowieckiego, mając świadomość, że idzie po linie, szedł po tej linie we właściwym kierunku z taką prędkością, z jaką można było pójść. Szybciej się nie dało. Pojawiły się wielkie problemy, jako że zetknięcie się gospodarki postsocjalistycznej z mechanizmami rynkowymi było niesamowicie brutalne w skutkach społecznych. Trzeba mieć tę świadomość. Ja obserwowałem to na przykładzie dwóch sektorów: górnictwa i hutnictwa. To była katastrofa. Pamiętajmy też o tym, że rząd Rakowskiego rozpoczął pewne reformy, tych reform nikt nie kwestionuje. Niemniej jednak, gdyby je zaczął dziesięć lat wcześniej, to może by coś z tą gospodarką dało się zrobić. Wówczas, gdy zaczynaliśmy pracę w parlamencie, rząd Rakowskiego jeszcze funkcjonował. Ale ten rząd nie miał żadnej siły politycznej ani żadnej możliwości, ani żadnej wiarygodności, która dawałaby mu mandat do przeprowadzenia trudnych reform. Wiele rzeczy, które wprowadził w ramach tzw. programu konsolidacji gospodarki, uwolnienie cen np. żywności, to były racjonalne działania. Niemniej jednak ze skutkami wynikającymi z tych racjonalnych działań, czyli potężną hiperinflacją, trudno było temu rządowi sobie poradzić. Jeżeli bym miał oceniać te 35 lat, to osobiście ciągle to powtarzam przy różnych okazjach, że to jest najlepszy okres w historii Polski. Nigdy nie byliśmy w tak niewielkim dystansie do krajów najwyżej uprzemysłowionych. Uważam, że proces przemian w Polsce, biorąc pod uwagę punkt startowy, był przeprowadzony zdecydowanie lepiej niż w innych krajach, które nie miały tego typu problemów, w tej skali na początku procesu transformacji. Biorąc pod uwagę wszystkie efekty z tego wynikające, to faktycznie Polska jest dalej w awangardzie krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Na koniec jeszcze jedną rzecz powiem. Po roku, w którym odszedł rząd Marka Belki, w Polsce nie obserwuję jakichkolwiek reform, które trzeba przeprowadzić. Oceniam ten okres zdecydowanie negatywnie, natomiast o racjonalności tych działań, które budowały fundamenty polskiej gospodarki, niech świadczy fakt, że nawet populiści, którzy potem rządzili, tych mechanizmów nie potrafili zepsuć. One są tak trwałe, że gospodarka w dalszym ciągu się rozwija, chociaż trudno by ocenić pozytywnie ostatnie rządy, jeśli chodzi o determinację do podejmowania decyzji koniecznych z punktu widzenia przyszłości Polski, ale trudnych w społecznym odbiorze.

Demontaż pomnika Lenina w Nowej Hucie, 10 grudnia 1989 r.

Demontaż pomnika Lenina w Nowej Hucie, 10 grudnia 1989 r.

Foto: Józef Fularz/ipn

Tadeusz Syryjczyk: Po pierwsze, co do oceny ludzi, nie tylko Mazowieckiego, ale i kolejnych premierów, z którymi współpracowałem, to muszę powiedzieć, że w miarę upływu lat coraz mniej dzieliłem ich na liberałów, którzy mówili o kapitalizmie, i nie liberałów, ale na tych, którzy – za przeproszeniem – nadstawiali tyłek za moje decyzje albo nie. Mnie jest obojętne, czy niektórzy moi koledzy ministrowie mieli nastawienie prokapitalistyczne czy nie. Wystarczało mi, że nie zdezawuują mnie, nie utrudnią wdrożenia decyzji, ale poprowadzą do ich wykonania. Bo to, że byli ludzie silnie prorynkowi i mówili o tym, ale w godzinie próby brakowało im odwagi, to niestety zalicza ich do grupy, która jest mniej pomocna. Ja pamiętam do dzisiaj, jak przed wotum nieufności dla rządu Suchockiej, który był jednak jednym z najbardziej prorynkowych, jakie można było z tamtego Sejmu zrobić, opowiadał mi Bronisław Geremek: słuchaj, przyszedł do mnie lider takiego niewielkiego koła, już nie chcę mówić o nazwiskach, i powiedział, że on zagłosuje przeciwko obaleniu rządu Suchockiej, jeśli pani premier wyjdzie i powie, że wprowadzi wojsko do kopalń w razie strajku. To jest „fajny” pomysł, tylko nie wiadomo, z której strony wprowadzać i tak dalej. I to jest właśnie problem. Co mi z takiego liberała, prawda? To ja wolę socjaldemokratę, który jednak powie: dobrze, stoję za tobą i nie będę przeszkadzał. No niestety, ta moja klasyfikacja, jeżeli chodzi o ludzi, w tym Mazowieckiego, bliższa niż kwestiom ideowym jest temu, czy potrafili wziąć odpowiedzialność za to, co robię, czy nie. To znaczy, jak idę do Mazowieckiego i mówię: będziemy musieli zrobić to czy tamto, a on pyta: jest pan pewien?... Jestem pewien. No to już! Nie było takiego motywu, że: „może poczekajmy, może oszczędzajmy się, może odsuńmy to w czasie”. Generalnie, jeżeli decyzja była przygotowana, to była. Podobnie z dobraniem do ekipy Balcerowicza. Odbyło się to na takiej zasadzie, że Mazowiecki poprosił m.in. Kuczyńskiego, żeby znaleźć polskiego Erharda. Mazowiecki zapewne wiedział, na czym polegały reformy Erharda w Niemczech. Zdaniem samego Balcerowicza były dość łagodne, bo sytuacja była lepsza. Zarazem musimy pamiętać, że Erhard kładł podwaliny pod swoje reformy z mandatu władz okupacyjnych. Kontrolowała go rada złożona z generałów amerykańskich, francuskich i brytyjskich, którzy dawali mu mandat do sprawowania władzy. Nie działał w systemie demokratycznym. Po prostu tylko wydał zarządzenie, na mocy którego m.in. skonfiskowano oszczędności Niemców. Mazowiecki chyba wiedział, że to właśnie tak przebiegało. Tak, że ja oceniam, mimo konfliktów, które miałem nieco później, dobrze tę postawę. Później nigdy już nie miałem takiej sytuacji. Chociaż byłem w trzech rządach, to takiej postawy premiera już nie napotkałem.

Edward Nowak: Ja chciałem jeszcze wrócić na chwilę do tego wątku udziału liberałów w początkach przemian. W 1981 r. działałem w sieci „wiodących” zakładów pracy i myśmy próbowali w tym gronie iść drogą samorządu pracowniczego, przedsiębiorstwa społecznego i tak dalej, ale też reform gospodarczych. Leszek Balcerowicz, o czym mało kto wie, on chyba sam tego też nie pamięta, był naszym doradcą. Próbowaliśmy, jak to określał kiedyś barwnie Mirek Dzielski, jeść tego smoka małą łyżeczką i to od ogona. On tak się dosłownie wypowiedział. I to był rok 1981, ale gdy przyszedł rok 1989 i znaleźliśmy się w Sejmie, ja także zostałem wtedy posłem, myśleliśmy już kompletnie inaczej. Już nikt nie chciał żadnego socjalizmu, tylko jednoznacznie opowiadaliśmy się za rozwiązaniami liberalnymi. Może mało kto pamięta o tym, że w Sejmie w OKP powstał „klub liberałów”. W tym klubie byli: Jan Krzysztof Bielecki, Andrzej Arendarski, Michał Wojtczak, Krzysztof Pawłowski, byłem ja i chyba Andrzej Zawiślak, ale tutaj nie jestem pewny. Taki klub istniał i on był dosyć aktywny. Nawet bardzo aktywny. Ale chciałem jeszcze o jednej rzeczy powiedzieć w kontekście tej mojej wypowiedzi, że w OKP, który wtedy poza rządem był głównym kreatorem tego, co się działo, była bardzo silna reprezentacja przedstawicieli załóg pracowniczych, mocno związana ze swoimi wielkimi zakładami pracy. Tu jest taka charakterystyczna różnica, np. pomiędzy Mieczysławem Gilem, który, jakie miał poglądy, to możemy sobie wyobrazić, a mną, też z Huty Lenina. Były takie spory. Ale z drugiej strony, gdy pracowaliśmy nad rozwiązaniami np. w Komisji Nadzwyczajnej Andrzeja Zawiślaka, to wielką, pozytywną i wspierającą rozwiązania liberalne rolę odegrał Marek Pol, który raczej nie był z Solidarności. Ale też Ziółkowska i wielu innych.

Reklama
Reklama

Tadeusz Syryjczyk: Jeszcze jedną rzecz warto dodać. Otóż dużo mówimy o ustawie Wilczka i słusznie, bo ona zneutralizowała problem, który by wyniknął z braku handlu w Polsce. Bo w momencie wprowadzenia reform część zakładów stała, ponieważ nie miała, jak sprzedawać. Nie było „ścieżek” sprzedaży. I to, że ludzie wylegli i zaczęli handlować ze „szczęk”, to było panaceum na bardzo wiele rzeczy, w przeciwnym razie skala trudności byłaby większa. Natomiast trzeba powiedzieć sobie tak. Dopuszczenie tej wolności, uwolnienie cen… ja już nie wspominam o prywatyzacji przedsiębiorstw, bo to teoretycznie mogło tak być, że bez prywatyzacji wielkich firm ten mały interes by się rozwijał i w końcu ogarnął gospodarkę, ale jednak ruszyła inflacja, a jej przyczyną było to, że nie było takiego odważnego, który by wprowadził jakieś mechanizmy hamujące inflację, wprowadzające równowagę budżetową i wstrzymujące emisję pieniądza. A to był jeden z elementów. Dzielski np. bardzo wyraźnie o tym pisał, że to musi być zrównoważenie budżetu, zrównoważenie finansów i dobry pieniądz. Dobry pieniądz jest podstawą wszystkiego. I niestety, koledzy z lewicy, starej czy nowej, nie bardzo w to wierzyli i dopiero 1 stycznia 1990 r. jest cezurą: wymienialność waluty, cięcie budżetowe etc. Efekt? W marcu czy w lutym pierwsze ceny zaczynają spadać.

Andrzej Machalski: Opór przeciwko zmianie był większy niż się pamięta i z innych źródeł. Pierwsza anegdota. Kiedyś wpada na mnie ktoś od Balcerowicza i mówi: jest problem. Zostały dwa tygodnie do końca roku, musimy przyjąć komplet ustaw, ale są opory. Gdzie? Po naszej stronie są ogromne opory. Możesz coś zrobić? Spróbuję. Zadzwoniłem do Zawiślaka, żeby przyszedł. Zaraz przyszedł. Ja mówię, jest taki problem. On mówi, znam temat doskonale. W mojej komisji ten opór jest największy. No to musisz go złamać. Ale jak? Prosto. Powiesz im, że jeżeli tego nie przyjmą, to wojska radzieckie nie wyjdą z Polski. Brzmi to absurdalnie, ale tak było. Na to on mówi: nie rób ze mnie idioty. A ja mówię: nie, masz po prostu to powiedzieć. Poszedł. Po trzech godzinach wraca. Co zrobiłeś? Powiedziałem, że wojska radzieckie nie wyjdą. I co, uwierzyli? Uwierzyli. Tak załatwiliśmy bardzo ważną sprawę. Nie dlatego, że mądrzy ludzie za nią optowali, ale dlatego, że udało się ją uzasadnić. Po prostu taki trik. A druga historia, którą chcę powiedzieć, jest jeszcze prostsza, a też znacząca. Dzwoni do mnie kiedyś Jacek Kuroń. Był już ministrem. Prosi, żebym wpadł do niego. Przyjechałem. Rozmawiamy, a on w końcu, po chwili ciszy, mówi: słuchaj, ty mi powiedz tak. Powiedz jedno zdanie. Czy my naprawdę musimy ten kapitalizm robić? Premier po prostu ma bardzo poważne wątpliwości. Ja mu mówię: tak, tak jest Jacku. Zrobimy ten kapitalizm, a potem zaraz go zamienimy w socjalizm. Jak już będziemy bogaci, bo po prostu staniemy się bogatsi, jeżeli przyjmiemy kapitalizm. A… tu bardzo się ucieszył. Podziękował. I trzecia historia, która jest bardzo prosta. Kiedyś mnie wezwano do NIK-u. Uruchamiałem firmę, ale uruchamiałem ją głównie po to, by dać ludziom, którzy wyszli z więzień, pracę. I jakiś tam dyrektor mówi mi: proszę pana, niestety będzie pan miał jak kłopoty. Bardzo poważne kłopoty. Jakie? Jest pan po prostu spekulantem. Jakim spekulantem? Bo pan taniej kupuje, a drożej sprzedaje. I to mówi człowiek, na poważnym miejscu w poważnej instytucji. No więc ja mu tam wspominam, że gospodarka światowa od tysiącleci powstawała z tego, że jedni kupowali taniej, a sprzedawali drożej. To było kiedyś, teraz będzie inaczej, pan pójdzie siedzieć. Jakoś udało mi się nie pójść siedzieć. Ale po co to mówię? Żeby uświadomić, że problemy, które towarzyszyły wdrożeniu pewnych nowych idei do gospodarki, ujawniały się nie tylko na poziomie dyskusji między nami mądrymi ludźmi, ale miały też bazę społeczną czy złą wolę, która to hamowała. I po prostu takimi metodami przedszkolnymi trzeba było to złamać. I to naprawdę odegrało dużą rolę.

Dzięki ustawie Wilczka i rządowi Mazowieckiego przez jakiś czas utrzymywało się przekonanie, że to państwo ma służyć obywatelom

Lech Jeziorny

Od lewej: Jan Lityński, Jacek Kuroń, Janusz Steinhoff i Anna Knysok (KO Solidarność), 1989 r.

Od lewej: Jan Lityński, Jacek Kuroń, Janusz Steinhoff i Anna Knysok (KO Solidarność), 1989 r.

Foto: archiwum prywatne

Lech Jeziorny: Ja pamiętam rozmowę z Mirkiem krótko po powołaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego, a trzeba pamiętać, że Mirek wiele ostatnich miesięcy spędził na leczeniu w Stanach. Z jednej z ostatnich rozmów pamiętam jego komentarz do rozwoju sytuacji politycznej w Polsce. Prorokował, że największy konflikt ideowy w rządzie będzie pomiędzy Tadeuszem Syryjczykiem jako liberałem i Jackiem Kuroniem – twarzą nurtu lewicy laickiej. Okazało się, że jednak nie, za co chwała lewicy laickiej, że jednak poparła te reformy. Tu był konsensus. Natomiast patrząc retrospektywnie na to, co się wydarzyło w kolejnych rządach, w kolejnych latach, to przez zawirowania polityczne został zaprzepaszczony ogromny kapitał poczucia przez Polaków, że odzyskujemy nie tylko gospodarkę, ale też państwo, przyjazne państwo. Dzięki ustawie Wilczka, dzięki rządowi Mazowieckiego przez jakiś czas utrzymywało się przekonanie, że to państwo ma służyć obywatelom. Niestety potem przez zmiany prawa, często bardzo nieprzyjazne dla obywatela, a szczególnie dla przedsiębiorców, państwo stawało się swoim zaprzeczeniem, stało się nieprzyjazne. Zupełnie zostały zaniedbane kwestie mentalnej reformy wymiaru sprawiedliwości, aparatu skarbowego. Na to nachodziły, niestety, działania różnych szemranych koterii, które miały swoje korzenie w służbach specjalnych, czy to w starych, ale też w nowych, które zdobywały wpływy niewspółmierne do wartości, jakie wnosiły. Oczywiście te oligarchie na szczęście nie wyrosły tak jak w sąsiednich państwach, ale w Polsce niestety też ten problem istnieje. Może jest on mniej widoczny, ale dla niektórych dotkliwy. Patrząc wstecz, chwała więc, że środowiska solidarnościowe potrafiły się zmobilizować do programu reform, ale w wydaniach kolejnych rządów, też niestety SLD, to poczucie, że obywatele odzyskują swoje państwo, zostało kompletnie zaprzepaszczone. A dziś gęstwina prawna, w której żaden przedsiębiorca nie może egzystować bez bardzo wykwalifikowanego księgowego czy prawnika, powoduje, że mamy prawo mieć poczucie, że państwo nie służy obywatelom.

Reklama
Reklama

Dziedzictwo zmian i następcy

Andrzej Sadowski: Dziedzictwo nie jest dziś zbyt pewne. Zauważmy, że polscy politycy, modląc się do przykładu irlandzkiego – Irlandia była bowiem państwem jednego z większych tzw. cudów gospodarczych lat 80. – zapominają, że to Polska przeszła do podręczników światowej ekonomii jako przykład największego cudu gospodarczego w końcu wieku XX. Jeżeli nie ma tej świadomości na polskich uczelniach, zwłaszcza ekonomicznych, jeśli o tym w ogóle się nie mówi ani nie uczy, to dziedzictwo, o czym mówiliśmy tu przez pierwszą godzinę, nie funkcjonuje. Stąd nie ma nawet do czego nawiązać, skoro w świadomości akademickiej i politycznej to w ogóle nie funkcjonuje. Chociaż, kiedy robiliśmy z okazji 35-lecia Centrum im. Adama Smitha badania na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie i zadaliśmy pytanie o ustawę Wilczka, to jednak ponad 20 proc. obywateli ciągle kojarzy tę ustawę jako właśnie symbol wolności gospodarczej. Czyli jest jakieś dziedzictwo, ale ono jest związane przede wszystkim z tą ustawą, bo funkcjonują ciągle pokolenia przedsiębiorców, którzy doświadczyli dobrodziejstwa tej ustawy. A tak à propos Unii Europejskiej, nieprawdą jest, jakoby Unia Europejska spowodowała, że w Polsce ustawa została zlikwidowana, bo na 20-lecie ustawy Centrum zaprosiło przedstawiciela Komisji Europejskiej, który do kamery powiedział, że ustawę Wilczka w ramach Unii Europejskiej w Polsce można przywrócić. Pod warunkiem że zostanie zliberalizowana, wprowadzała bowiem dyskryminację podmiotów zagranicznych w roku 1988, a w ramach Unii Europejskiej nie można dyskryminować na jej terenie innych podmiotów z tejże Unii Europejskiej. Czyli ustawę Wilczka można przywrócić w Polsce Anno Domini 2025.

Bogusław Chrabota: A teraz na chwilę odetnijmy się od przeszłości. Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, jaki jest związek pomiędzy tym, co dzisiaj się nazywa liberalizmem w polskiej debacie publicznej, zwłaszcza lewicowym liberalizmem, a tym, co myśmy wtedy wnieśli? Czy mamy następców jako ludzie, którzy forsowali, proponowali wtedy liberalizm jako rozwiązanie polskich problemów gospodarczych i państwowych? Próbując odpowiedzieć, trzeba jeszcze wziąć pod uwagę dwa relatywnie nowe zjawiska. Z jednej strony mamy ten stereotyp negatywny neoliberalizmu, który niszczył polską tkankę społeczną, który niszczył kapitał społeczny i tak dalej. Z drugiej strony mamy dzisiaj współczesny lewicowy liberalizm, który się odcina od tego złego neoliberalizmu, ale który ma chyba niewiele wspólnego z tym myśleniem w kategoriach Dzielskiego czy też ruchu liberalnego końca lat 80. i początku 90. XX w.

Janusz Majcherek: Istnieje potencjał, pro futuro… Próba analizy obecnej sytuacji, a zwłaszcza perspektyw ruchu liberalnego oczywiście natrafi od razu na problemy definicyjno-kategoryzacyjne; co innego liberałowie w Stanach Zjednoczonych, co innego liberalizm obyczajowy, co innego ekonomiczny i tak dalej. Potencjał jest, my mówimy tutaj zapewne przede wszystkim o liberalizmie ekonomicznym, bo to nas interesuje. Potencjał ten tkwi w rozmaitych organizacjach i stowarzyszeniach obywatelskich. Zasługa Dzielskiego i jego środowiska jest taka, choć nie można pominąć jego sojuszników m.in. z Warszawy, że był pionierem organizacji, stowarzyszeń liberalnych, think tanków itd. Czyli tworzył albo inspirował do tworzenia, bo sam niestety już nie mógł później funkcjonować, jak wiemy zmarł przedwcześnie, do tworzenia tego rodzaju zinstytucjonalizowanych środowisk jak Fundacja Obywatelskiego Rozwoju, Fundacja Wolności Gospodarczej itd. One istnieją i mają dość duży potencjał. Tylko że – z jednej strony – część z nich funkcjonuje raczej w nurcie libertariańskim. I trzeba sobie powiedzieć: w aktualnej sytuacji znaczną część związanego z tym impetu politycznego odnotowują jednak środowiska libertariańskie spod znaku Mentzena, mówiąc w uproszczeniu. Korwinizm – dodam – i mentzenizm to jest ta jedna tradycja, która się przebija ze swoim niestety też niekiedy patologicznym aspektem, w różnych kwestiach. „Piątka Mentzena” itd. Nie będę tego wymieniał. Z drugiej natomiast strony jest reakcja lewicowa, która dla większości tu siedzących jest pokoleniowo niezrozumiała. To znaczy, że my nic nie rozumiemy z nowej rzeczywistości i w związku z tym naszym paleoliberalizmem, bo i takie pada określenie, jesteśmy ludźmi minionej epoki. I tylko dlatego możemy sobie rozpamiętywać stare dzieje, że kompletnie nie mamy nic do powiedzenia, jeżeli chodzi o nowoczesność. Ja sam osobiście, kiedy mnie wyzywają od neoliberałów, przyjmuję to z godnością i powiadam tak: jestem neoliberałem, bo nie chcę neo-socjalizmu. Neoliberalizm ma być orężem przeciw neo-socjalizmowi. Neo-socjalizm jednak współcześnie jest zagrożeniem słabym. Nie kryję, że z pewną radością przyjmuję rozłamy w partiach Razem i tego typu, myśląc – a niech słabną. Ale oni i tak są już na tyle słabi, że możemy się tym nie przejmować. Największym zagrożeniem jest oczywiście podszyty socjalnym sztafażem populizm prawicowy.

Janusz Steinhoff: Dwa słowa dotyczące ustawy Wilczka. Z całym szacunkiem dla ówczesnego ministra, który odważył się w tamtym systemie zrobić wyłom. Ta ustawa była nowelizowana, ponieważ trzeba było ją osadzić w realiach III RP. Bo ona była konstruowana w oparciu o realia prawa PRL-u. Natomiast przypisywanie jakiejś fundamentalnej roli w polskiej transformacji ustawie Wilczka jest, moim zdaniem, totalnym absurdem. Myśmy budowali nowy system społeczno-gospodarczy. Zrywaliśmy z tamtym systemem, otwieraliśmy polską gospodarkę na świat i podejmowaliśmy działania przede wszystkim uderzające w spuściznę po tamtym systemie. To jest poza sporem. Natomiast jest coś, co uważam, powinno być kontynuacją tej teorii funkcjonowania państwa, która przyświecała nam jeszcze w czasach opozycji: decentralizacja państwa. To jest jedno z największych wyzwań. Zasada pomocniczości państwa; tyle państwa w życiu obywateli i przedsiębiorców, ile jest niezbędne. Tworząc ustawę o samorządzie terytorialnym, mieliśmy wątpliwości, czy nie idziemy za daleko. Mówię tutaj o rządzie Mazowieckiego jeszcze. Potem w rządzie Buzka tworzyliśmy samorząd na szczeblu wojewódzkim. Szczebel powiatu jest dyskusyjny. Natomiast nie po to, żeby pozostawić tak duże kompetencje w rękach państwa. Chcieliśmy je przenieść na rzecz społeczności lokalnej i żaden rząd niestety się tego nie podjął. Czyli decentralizacja państwa, decentralizacja finansów publicznych. Największą wpadką całego procesu transformacji naszego państwa jest szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości, na który w stosunku do PKB wydajemy naprawdę duże pieniądze w porównaniu z innymi krajami europejskimi. I co mamy, drodzy państwo? Mamy nagminne aresztowania na oczach telewidzów z wykręcaniem rąk przez służby często ludzi niewinnych i procesy, które trwają 25 lat. Otóż teraz się kończy proces Emila Wąsacza, kolejnego ministra skarbu, i proszę sobie wyobrazić, że prokuratura odwołała się od wyroku uniewinniającego. Natomiast sędzia, który odczytywał ten wyrok, powiedział, że oskarżony z wielką godnością odbył karę, nie będąc nigdy skazanym! Taką samą karę odbył Janusz Lewandowski, którego proces trwał chyba 15 lat. I to jest jeden z największych skandali w naszym państwie. Kolejne wyzwanie, w którym mamy cały czas do czynienia, to jest czyszczenie ubezpieczeń społecznych. Niestety, rząd Leszka Millera zaczął demontaż, a kolejne rządy to kontynuowały. System ubezpieczeń społecznych – rząd Tuska podjął decyzję o podniesieniu wieku emerytalnego z inicjatywy Michała Boniego i to była słuszna decyzja. A co w tej chwili mamy? Mamy jeden z najniższych wieków emerytalnych w Europie, bo system jest niepowszechny. I to stanowi wielkie wyzwanie dla przyszłych pokoleń, ponieważ system emerytalny jest zdecydowanie niestabilny. I ostatnia już sprawa, która nam się nie udawała w czasie tych 35 lat, i to też w efekcie rozszerzającego się populizmu w klasie politycznej. To jest problem reprywatyzacji. Osobiście uważam, że proces prywatyzacji powinien być rozpoczęty wówczas, gdy zakończony zostanie proces reprywatyzacji. Jest to skandal z punktu widzenia ekonomicznego, z punktu widzenia etycznego. Jedynym rządem, który przeprowadził tę ustawę, choć oczywiście ona jest bardzo trudna politycznie, był rząd Jerzego Buzka. Nie podpisał jej pan prezydent Kwaśniewski i wielka szkoda. Niezrozumiałe jest dla mnie, że kolejne rządy w ogóle nie podjęły tego tematu. Mało tego, zatrzymano proces prywatyzacji. I na koniec taka uwaga. Otóż od co najmniej 15–20 lat reformy w Polsce wyhamowały, co nie znaczy, że nie są potrzebne. Jak długo na politycznej scenie panuje sytuacja, w której dominują socjotechnika i populizm, przykładem skuteczności politycznej jest i będzie wygrywanie wyborów. Na fali totalnego populizmu. Potem, gdy przychodzi tym rządom sprawować władzę wykonawczą, pozostają w kleszczach populizmu własnej kampanii wyborczej i bronią się przed jakimikolwiek decyzjami. Jeżeliby oceniać te 35 lat, a szczególnie ten pierwszy okres transformacji, to ja osobiście – nie dlatego, że uczestniczyłem w tym jako poseł, jako pracownik administracji, ale starając się o maksymalny obiektywizm – twierdzę, że założyciele III Rzeczypospolitej mieli polityczną odwagę, polityczną determinację po cudzie polskiej racji stanu i podejmowali decyzje, które przeszkadzały im w utrzymaniu poparcia społecznego. Tadeusz Mazowiecki – przypominam – po bardzo krótkim okresie przegrywa wybory prezydenckie ze Stanem Tymińskim.

Fakt, że jednak system, który legitymizuje państwową kradzież, nie został napiętnowany, jest rzeczą fatalną

Paweł Kłoczowski

Reklama
Reklama

Andrzej Sadowski: Polityka powinna być oparta na wiedzy. Skutki ustawy Wilczka przebadał prof. Paweł Glickman z Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk w swojej książce, w której wylicza blisko 6 milionów nowych miejsc pracy i blisko 2 miliony nowych przedsiębiorstw. I to jest skutek ustawy Wilczka, a nie planu Balcerowicza. Prawdziwa zmiana gospodarcza dokonała się przed Okrągłym Stołem w roku 1989. Warto te dane znać, bo to było kluczowe dla likwidacji socjalizmu i tworzenia się dobrobytu społecznego. Ustawa Wilczka nie tylko wprowadzała wolnorynkowe zasady, ale też likwidowała socjalizm, bo tam była najdłuższa lista likwidowanych aktów prawnych konstytuujących gospodarkę socjalistyczną.

24 stycznia 2024 r., Uniwersytet Warszawski. Od lewej: Andrzej Sadowski i Andrzej Machalski

24 stycznia 2024 r., Uniwersytet Warszawski. Od lewej: Andrzej Sadowski i Andrzej Machalski

Foto: Centrum im. Adama Smitha/Mirosław Stelmach

Tadeusz Syryjczyk: Ściśle mówiąc, likwidowała restrykcje nakładane na nowe przedsiębiorstwa i obniżała próg wejścia. Natomiast w zasadzie wtedy się ciągle bano problemu prywatyzacji dużych firm. Ale wracając do problemu dziedzictwa. W moim przekonaniu, jeśli chodzi o podstawowy fakt, o którym chrześcijański liberalizm Dzielskiego mówił jako pewnej filozofii życiowej, politycznej, społecznej, że to był problem powiązanych ze sobą: odpowiedzialności człowieka i jego wolności. Podstawą jest kwestia przyjęcia odpowiedzialności za siebie. Dzielski bał się demokracji, co mu wytykają, bo uważał, że jak długo ludzie nie będą brać za siebie odpowiedzialności, tak długo nie można się spodziewać, że wezmą odpowiedzialność za społeczeństwo. Pod tym względem sytuacja jest moim zdaniem mieszana. To znaczy dzisiaj już się nie mówi o prywaciarzach, o badylarzach. Są przedsiębiorcy, rolnicy, farmerzy. I to jest zmiana pozytywna. Natomiast na mnie zrobiło wielkie wrażenie, że niejaki „Paprykarz”, człowiek bogaty, zamożny, zdrowy, w sile wieku, pyta premiera rządu: „jak żyć?”. I to, że on pyta, to pyta, ale to, że go nie wyśmiano potem powszechnie, jest wstrząsające. Bo ja rozumiem, że porzucona matka, inwalida, proszą rząd, żeby im pomóc żyć. Natomiast generalnie biorąc, jeżeli społeczeństwo i opinia publiczna, prasa, media, tolerują w sposób poważny dorosłego, pełnoletniego, w pełni sił, majętnego człowieka, który pyta premiera rządu „jak żyć”, to stało się coś niedobrego. Opiekuńczość rozlała się na wszystko. Opiekuńczość państwa rozlewa się nie tylko na ludzi, którym się nie udało albo mają pewne kłopoty, ale w zasadzie każdy oczekuje opieki od państwa. Nie tylko po powodzi, ale zawsze. Może po powodzi to jest słusznie. Ale jak Cimoszewicz mówi publicznie, że trzeba się ubezpieczyć, to jest oburzenie. No właśnie: czemu oburzenie? To dla mnie też jest niesprawiedliwa ocena. Bo to cytat wyrwany z kontekstu. Mam wrażenie jakiejś połowiczności w Polsce: świadomość społeczna się zmieniła, nie ma „badylarzy”, ale dalej nie ma sytuacji, w której zakładamy, że człowiek w zasadzie sam za siebie odpowiada i państwo może się opiekować, ale tylko w szczególnych sytuacjach. Druga sprawa to kwestia deregulacji. Słowo brzmi źle, bo dla większości ludzi oznacza wprowadzanie bałaganu, natomiast generalnie biorąc, w tych sferach, które dotyczą nas bardzo silnie, deregulacja była podstawą i wydarzyła się stosunkowo późno. Jej się bali jednak postkomuniści w swoim czasie. Kolejne rządy też działały powoli. Ale już w latach 80. zaczęła powstawać idea deregulacji tych sektorów, puszczenia tam konkurencji i prywatyzacji w celu poprawy standardów. Unia Europejska ma olbrzymie zasługi w tej dziedzinie, bo w zasadzie zaczęła wymuszać tego typu zmiany. W Polsce trzeba jasno powiedzieć, że niektóre z tych zjawisk deregulacyjnych trzyma się na dyrektywach Unii, a nie na naszej własnej woli politycznej.

Piotr Bartula: Mam kilka takich słodko-gorzkich uwag jako pracownik Instytutu Filozofii, w którym miałem okazję poznać Mirosława Dzielskiego. Powiem nieskromnie, że jestem ostatnim z pracowników instytutu, który omawia jego teksty. Im więcej czasu upływa od napisania tych tekstów, tym więcej trzeba przytaczać danych kontekstowych i wydaje mi się, że musiałbym całe to nagranie dzisiejszej dyskusji puszczać studentom, by zrozumieli niektóre teksty. Co jest słodko-gorzką refleksją na temat autonomii tych tekstów w jakimkolwiek czasie. Teza na przykład, że wolność i demokracja mogą iść w parze, ale nie muszą. Wtedy była pocieszająca, choć nie do końca przekonywująca; dzisiaj, w czasach, kiedy demokracja jest religią obywatelską, to brzmi jak herezja. Ta opinia, że idą w parze, byłaby dla dzisiejszych studentów kompletnie niezrozumiała. Również odkrycie Dzielskiego, niesamowite odkrycie antropologiczne, że komuniści to są ludzie, a w związku z tym potrzebują pieniędzy i można z nimi robić interesy, nie może być dzisiaj zrozumiała. Ponieważ ta teza, że i ty możesz być liberałem, i komunista może być liberałem, wszyscy są liberałami, brzmi też dosyć dziwacznie. Dzisiaj trzeba raczej tłumaczyć, że są w ogóle ludzie bezinteresowni na świecie, a nie tylko tacy, co potrzebują pieniędzy. Teza Dzielskiego o interesach z komunistami przeszła jednak do domów polskich, do edukacji, jako wsparcie dla kapitalizmu politycznego, a nie liberalnego. I bardzo ciężko odkręcić tę tezę, która funkcjonuje w domach polskich, w edukacji i Kościele. W związku z tym kolejna teza Dzielskiego, że chrześcijaństwo i liberalizm to wzajemnie inspirujące się systemy ideowe, także się nie sprawdza, ponieważ do młodzieży docierają takie opinie ze strony biskupów polskich czy księży, że „przetrwaliśmy faszyzm i komunizm, to przetrwamy i liberalizm”. No to, jaki jest związek tych dwóch formacji ideowych? W Polsce właściwie żaden. I jeszcze jedna sprawa. Na uniwersytetach dzisiaj dominuje doktryna efektu badawczego. W związku z tym powstają publikacje wieloautorskie, które mają na celu dokonanie jakichś badań. W odwrocie jest filozofia uczestnicząca, która jest oparta na publikacjach jednego człowieka. Monoautorskie publikacje są w odwrocie. Każdy humanista, w szczególności liberał uważa, że monoautorskie publikacje to jest to, co jest związane z ideą ogólną humanizmu liberalnego. Niestety, idea-styl to człowiek, który, co reprezentował Dzielski, odchodzi w przeszłość. Sądzę, że on dzisiaj by nie przetrzymał punktacji, ewaluacji, i został usunięty z Uniwersytetu. Usunięty jako osoba, która nie spełnia kryteriów efektu badawczego, tylko ma wpływ kulturowy.

Paweł Kłoczowski: Ja chciałem tutaj wzmocnić argument pana Steinhoffa w sprawie jednak klęski, jaką jest brak ustawy reprywatyzacyjnej. Skupię się na planie etycznym; fakt, że jednak nie został napiętnowany system, który legitymizuje państwową kradzież, jest rzeczą fatalną, dlatego że to sieje dezorientację, co do kwestii własności, przyzwolenia na kradzież, odpowiedzialności indywidualnej. To zostało kompletnie zapoznane i niestety to trwa. A więc jest to argument, który dotyczy z jednej strony przeszłości, ale też ważny na przyszłość. I tutaj niestety za to skłonny jestem winić po części trochę orientację socjalistyczną, ale także tradycyjną katolicką naukę społeczną. W szczególności chodzi mi o ten argument, który wszyscy znamy, bo żyjemy w Kościele katolickim, to znaczy, że droga cnoty, droga sprawności moralnej, to jest droga pomiędzy dwoma skrajnościami. Na przykład: obowiązuje mnie hojność, muszę unikać jednej strony marnotrawstwa, z drugiej – chciwości. Ale to jest doktryna, która bywa niestety w dalszym ciągu błędnie interpretowana. Bo zupełnie co innego, jeżeli ja idę drogą cnoty. Ale jeżeli jestem w sytuacji skrajnego bagna, moralnego i ekonomicznego, kiedy jestem na skrajności, kiedy tkwię w czymś złym, to ja muszę kłaść nacisk na coś przeciwnego, żeby wydobyć się z tego bagna. A więc wtedy, tertium non datur. Wtedy extremis malis, extremum remedia. Przypomnę ten klasyczny obraz z Dantego, kiedy on pokazuje, w jaki sposób ludzie w czyśćcu, w purgatorium mogą oczyścić się z grzechu pychy. Ci, co chodzili, patrzyli na ludzi z góry, pyszałkowaci, oni muszą później w czyśćcu chodzić zgięci w kółku przygnieceni ogromnymi głosami. Czyli jeżeli człowiek chce się z czegoś oczyścić, to musi wejść w drugą skrajność, jakoś się odbudować. Wyjście z tego systemu musiało nas kosztować, ale niestety nie całkowicie się udało.

Czy program liberalny dla świata zostanie wygaszony przez populizm? Czy może da się połączyć liberalizm z populizmem?

Bogusław Chrabota

Na koniec: o populizmie

Bogusław Chrabota: Powoli zbliżamy się do końca naszej debaty. Proponuję zająć się ostatnim wątkiem, który będzie punktem zaczepienia do konkluzji. Słowo o populizmie; te uwagi o populizmie tu już padały jako o zagrożeniu zarówno w sferze idei, jak i praktyki politycznej. Zadam pytanie prowokujące na koniec. Czy program liberalny dla świata zostanie wygaszony przez populizm? Czy może da się połączyć liberalizm z populizmem?

Andrzej Sadowski: Rzecz taka już miała miejsce. Jeżeli przypomnimy sobie prezydenturę Ronalda Reagana, to był wolnorynkowy populizm. I okazało się, że w stosunku do poprzednika, który spowodował dwucyfrową inflację w Ameryce sięgającą do 17 proc. w skali roku, samo odwołanie się do wolnorynkowych idei było skuteczną strategią wyborczą. Zresztą przypomnimy bliższy przykład pani premier Margaret Thatcher, która uprawiała wolnorynkowy czy nawet liberalny populizm, co przyniosło jej zwycięstwo i przełamało trwające kilka dekad rządy Partii Pracy. Odwołanie się do racjonalnego, wolnorynkowego kapitalistycznego populizmu jest skuteczną metodą. Wcześniej była mowa, że dzisiejsza polityka została sprowadzona do pewnych uproszczeń. Sądzę, że można byłoby w oparciu o taki populizm wygrać, zwłaszcza że obywatele korzystają na wolnorynkowych zmianach. Gdyby nie Unia Europejska, która doprowadziła do deregulacji w Polsce, w wielu obszarach ciągle dzisiaj mielibyśmy monopole, których demokratyczne rządy broniłyby tak, jak kiedyś generał Jaruzelski bronił socjalizmu, wprowadzając stan wojenny.

Janusz Majcherek: Wiele badań wskazuje na to, że w Polsce dochodzi już do pewnego przełomu mentalnego polegającego na zniecierpliwieniu i znużeniu propagandą socjalną, uprawianą zarówno z lewej, jak i z prawej strony. Ostatnie badania np. Sadury i Sierakowskiego wskazują na to, że w elektoratach wielu partii, w tym także stricte populistycznych czy stricte socjalistycznych, narasta zniecierpliwienie. Za dużo tego rozdawnictwa, za dużo „socjalu”, za dużo reglamentacji, za dużo kontroli państwa, za dużo etatyzmu itd. To by sugerowało, podobnie zresztą jak w ogóle wynik wyborów 15 października ubiegłego roku, że w Polsce jesteśmy albo w obliczu przełomu, który sprawi, że idee deregulacji, deetatyzacji, liberalizacji, decentralizacji, najogólniej – wolności – zwyciężą, albo się do tego punktu zbliżamy. Oczywiście, sondaże partyjne pokazują wahanie w tym względzie, niemniej jednak są pewne podstawy do optymizmu. Natomiast w świecie dokonuje się przełamywanie się tej fali, bo to jest przecież zjawisko ogólnoświatowe i występuje w bardzo różnych kręgach kulturowych, cywilizacyjnych, w różnych społeczeństwach. Zmaganie populizmów – w obecnym wydaniu prawicowego, bo też trzeba wziąć pod uwagę, że był taki okres, kiedy w Europie i w świecie lewicowy populizm był na fali. Lata 60., 70., to był przede wszystkim lewicowy populizm. Teologia wyzwolenia w Ameryce Południowej, arabski socjalizm w krajach postkolonialnych i tak dalej. W Azji – chiński, wietnamski, nie będziemy do tego wracać. W każdym razie kiedyś był to lewicowy populizm, dzisiaj jest to prawicowy populizm. On ma zasięg uniwersalny, występuje w społeczeństwach o bardzo różnym backgroundzie kulturowym, cywilizacyjnym. I te zmagania są niezwykle interesujące. Ale jeżeli nie patrzy się na nie okiem symetrysty czy niezaangażowanego obserwatora, któremu jest obojętne, kto w tych zmaganiach przeważy, to można być zaniepokojonym. Można dostrzegać jednak w pewnych społeczeństwach i kręgach politycznych niebezpieczeństwo utrwalenia się tego prawicowego populizmu. Weźmy Węgry, choć tam ostatnie sondaże pokazują, że jednak partia Petera Magyara przeważa nad Fideszem, może więc jest jakaś iskierka nadziei. Będziemy to śledzić. Jako – mam wrażenie, tu obecni, na tej sali – zaangażowani obserwatorzy. Obserwatorzy, którzy kibicują czy sprzyjają jednej ze stron. Czy ta strona liberalna okaże się zwycięska? Jak pewności nie ma, to róbmy wszystko, by jednak udało się zwyciężyć.

Janusz Steinhoff: Proszę państwa, polityka jest sztuką zawierania kompromisów, które nie wymagają ofiary z zasad, tak jak to pojmuję jako konserwatywny liberał. Natomiast coś, co dotyczy wyzwań dla Polski, to są reformy w obszarach, w których nie było odwagi, aby je podjąć wcześniej. Wielkie problemy w naszym państwie mamy akurat tam, gdzie tych reform nie przeprowadzono. Tam, gdzie państwo utrzymało monopole, np. w sektorze energetycznym. Efektem są najwyższe ceny energii elektrycznej i najwyższe ceny gazu. Budowaliśmy bowiem bezpieczeństwo energetyczne w oparciu o jedną firmę, czyli PGNiG, która ma ponad 90 proc. rynku gazu ziemnego w Polsce. Broniliśmy się przed konkurencją zagraniczną. Przykład z ostatniego czasu – łączenie Orlenu z Lotosem, które mogło się narodzić jedynie w głowie człowieka, który nie wiedział, że nie można tworzyć firmy, bo jest to sprzeczne z polskim prawem, która miałaby 80 proc. hurtowego rynku paliw, czyli byłby to lokalny monopol. Takich sytuacji mamy wiele. Trzeba też powiedzieć, i to chciałbym podkreślić bardzo mocno, że wielką rolę w polskich reformach miał związek zawodowy Solidarność, który osłaniał bardzo społecznie trudne reformy. Ja wymienię tylko tę, którą się osobiście zajmowałem, czyli przeobrażenia w polskim górnictwie w czasach rządu Jerzego Buzka. Zrobiliśmy to dwukrotnie szybciej niż pani premier Thatcher. W warunkach spokoju społecznego zredukowaliśmy zatrudnienie w ciągu czterech lat o 100 tys. osób, likwidując częściowo i całkowicie trwale nierentowne 23 kopalnie. Nikt na świecie tak szybko takiej reformy nie przeprowadził, tak trudnej w społecznym odbiorze. A dlaczego nam się to udało? Dlatego, że popierała nas Solidarność. To Marian Krzaklewski jako szef klubu Akcji Wyborczej Solidarność zdecydowanie odważył się poprzeć tę konieczną restrukturyzację z pełną świadomością ceny, którą przyjdzie mu za to zapłacić. Na tym zbijał kapitał ówczesny szef opozycji politycznej, który wygrał kolejne wybory. To jest problem coraz mocniejszy. Czy będziemy tkwić w okowach populizmu i wzbraniać się przed jakimikolwiek reformami, które są trudne w społecznym odbiorze i będziemy jako państwo dryfować? Czy też, wzorem założycieli III Rzeczypospolitej, będziemy mieli odwagę polityczną, determinację, tak jak miało to miejsce w przypadku dwóch priorytetów politycznych, czyli członkostwa w Unii Europejskiej i członkostwa w NATO? W poprzednim okresie udało się te cele zrealizować. Także jeszcze raz podkreślam – odpowiedzialność za przyszłość państwa, odwaga polityczna, determinacja, no i umiejętność przekonywania opinii publicznej. Badania opinii publicznej niepoprzedzone edukacją ekonomiczną dla mnie osobiście nie stanowią żadnej wartości. Kompletnie żadnej. Jeżeli zapytamy obywateli naszego kraju, czy są za wydobyciem węgla i rozbudową kopalni, to powiedzą, że tak. Bez względu na fakty, ponieważ nie mają świadomości, że do górnictwa w przyszłym roku dopłacimy 9 miliardów złotych, nie licząc transferów do FUS-u, czyli do emerytur górniczych. To jest jawne nieprzestrzeganie zasad gospodarki rynkowej.

W wyborach do Sejmu kontraktowego (1989) Janusz Steinhoff mógł liczyć na poparcie Lecha Wałęsy

W wyborach do Sejmu kontraktowego (1989) Janusz Steinhoff mógł liczyć na poparcie Lecha Wałęsy

Foto: archiwum prywatne

Polityka jest sztuką zawierania kompromisów, które nie wymagają ofiary z zasad. Tak to pojmuję jako konserwatywny liberał

Janusz Steinhoff

Tadeusz Syryjczyk: Największe zapoznanie pewnej generalnej linii, którą prezentowała filozofia liberalna, Mirek Dzielski i inni ludzie związani z tym środowiskiem, to jest kwestia zdrowego pieniądza i zdrowych finansów publicznych, równowagi budżetowej. Tutaj zapoznanie jest największe. To znaczy praktycznie biorąc, o ile i w Polsce, i na świecie kiedyś po prawej stronie stawialiśmy tę kwestię jako pewną polityczną czy moralną wartość, w tej chwili właściwie o tym nikt nie mówi. Natomiast jedni chcą obniżyć podatki, drudzy chcą podnieść świadczenia. W zasadzie trzeba znaleźć skądś pieniądze, bo to przecież „gdzieś się znajdzie”. A świadomość, że to są pieniądze podatnika i że to my płacimy za to coś... frazeologia, że podatnik ma coś finansować, w zasadzie nie występuje w życiu publicznym. To jest moim zdaniem największe zagrożenie. To jest to zapoznanie. Tutaj ta luka w dziedzictwie jest najpoważniejsza. Czasami ktoś tam coś powie, ale w praktyce, jeśli chodzi o decyzje, np. że trzeba przywrócić jednak wyższy wiek emerytalny, który już był wprowadzany, to nie ma odważnych. Chociaż bilans matematyczny jest taki, jaki jest. Dlaczego to jest takie niebezpieczne? Dlatego że kryzys bankowy z lat 2008–2009 pokazał, że pomimo iż nadrukowano pieniędzy, to nic właśnie wielkiego się nie stało. Czemu? Prawdopodobnie głównie dlatego, że te pieniądze weszły w system bankowy, a nie w szersze warstwy konsumentów. Ale to uśpiło czujność bardzo wyraźnie. U nas ten kryzys przeszedł w ogóle spokojnie, ze względu na to, że na szczęście nie mieliśmy jeszcze wtedy takiej dezynwoltury. Ale to najlepszą metaforą jest problem stąpania po lodzie. To znaczy, kwestia deficytu budżetowego i nadmiernej emisji pieniądza ma coś ze stąpania po lodzie. Ten staje się coraz cieńszy. Może się nie załamie i dojdziemy do drugiego brzegu, a może się załamie. I to, czy się załamie, zależy od przypadków, od zewnętrznych szoków gospodarczych, które mogą nastąpić. I wtedy przy takim deficycie i przy takiej gotowości do emisji pieniądza może się nagle okazać, że to poza naszym sprawstwem już wtedy będzie. Bo my będziemy w takim punkcie, że nie da się wrócić. Druga uwaga, którą mam, dotyczy prywatyzacji. W zasadzie prywatyzacja ustała. Rzeczywiście brak reprywatyzacji jest błędem. Tylko że wszystkie próby, które były podejmowane, kończyły się jednak oskarżeniem, że chcemy przywrócić pańszczyznę. Poza tym środowiska reprywatyzacyjne nie chciały przyjąć do wiadomości, że są potrzebne pewne kompromisy. Ja np. nie byłem w stanie wytłumaczyć właścicielom krakowskich kamienic, że dobrze, my przywrócimy w pełni prawo własności, ale musimy mieć jakąś przejściową ścieżkę dla ochrony lokatorów. Nie taką, jaka była za komuny, ale jakąś musimy mieć. Reprywatyzacja była skomplikowana także przez to, że nie było jasne, kogo ma dotyczyć: obecnych polskich obywateli czy ludzi, którzy byli kiedyś obywatelami Polski? To rzecz jasna kwestia własności pożydowskiej, poniemieckiej i tak dalej. Rozwiązanie tego problemu jest dość delikatne. To jest rozwiązywalne. Wtedy jednak było trudno o kompromisy, a łatwo o demagogię. Przecież dało się odwrócić weto Kwaśniewskiego do ustawy reprywatyzacyjnej. Tyle że 20 posłów zagłosowało przeciw, bo Kwaśniewski argumentował, że zakłada weto, bo ustawa nie uwzględnia obywateli, którzy byli polskimi obywatelami, a dziś już nie są. On się z tym nie zgodził i podał to jako powód, choć oczywiście powód był chyba trochę inny. A z kolei ci koledzy nie zgodzili się na to, bo... co będziemy oddawać tym, którzy już dawno wyjechali, albo ich nie ma, a tu są spadkobiercy itd. Pojawił się problem własności pożydowskiej, która w niektórych miastach stanowi pół rynku, więc to nie jest takie proste. W związku z tym dyskusja nad tym tematem ciągle wisiała gdzieś tam w powietrzu. Jedyne, co się udało zrobić, to za Mazowieckiego zakazano spółdzielniom sprzedawania majątku odebranego kiedyś osobom prywatnym, do czasu ustawy reprywatyzacyjnej. Za Buzka wydano okólnik zakazujący Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa sprzedawania lasów i pól, do których są zgłoszone roszczenia. To padło ofiarą populizmu właściwie. Zaczęła się wielka afera, że tutaj się krępuje działanie instytucji, które założyło społeczeństwo etc. W moim przekonaniu to zagrożenie jest. Ono w zasadzie bardzo utrudni prywatyzację, która powinna nastąpić do końca. Ona prawdopodobnie nas uchroni jednak przed pełną monopolizacją niektórych dziedzin, na które się zanosi. Może nas uchronić. Aczkolwiek jest pytanie, czy jest ta świadomość narastania w tej chwili monopoli wynikłych z tego, że niektóre platformy, zwłaszcza platformy internetowe, mają cechę, której w historii ekonomii w zasadzie nie było. To znaczy, że koszt końcowy pozyskania nowego klienta równa się prawie zero, a próg inwestycyjny jest wysoki. To powoduje, że stopniowo nastąpi monopolizacja niektórych dziedzin i nie ma już poza booking.com i airb’n’b innego gestora noclegów. Uber jeszcze ma konkurencję, ale generalnie tutaj jest zjawisko bardzo trudne, bo ono będzie wymagało istotnych działań antymonopolowych. I pytanie, po której stronie staną wtedy populiści? Czy uznają, że jednak konkurencja jest ważna i powinna być? Czy uznają, że konkurencja to bałagan? Bo takie idee też się pojawiają. Jest protest przeciwko temu, że następuje chaotyczna konkurencja, bo takie coś się już pojawiło, że nie może być chaotycznej konkurencji. A niechaotyczna konkurencja to na ogół się kończy właśnie monopolizacją i oddaniem rynku w czyjeś ręce. To jest pewne novum, na które nie wiem, czy jest odpowiedź w nauce i praktyce.

Paweł Kłoczowski: Ja kilka słów w sprawie wypowiedzi Andrzeja Sadowskiego. Chodzi mi o to, że trzeba jednak sprecyzować, co ma się na myśli, mówiąc o populizmie. Zasadniczo populizm jest zjawiskiem związanym z kryzysem reprezentacji. To odwołanie się do masy ponad głowami elit intelektualnych, politycznych czy ekonomicznych. Innymi słowy, ten przywódca musi trafić do umysłu, mówiąc w skrócie, Ferdynanda Kiepskiego. Jak trafić do umysłu Ferdynanda Kiepskiego? Otóż ten umysł jest zupełnie inny w Ameryce, a zupełnie inny w Polsce. Weźmy przykład Trumpa. Trump, jak skądinąd wiemy, jest milionerem. W Ameryce to budzi szacunek Ferdynanda Kiepskiego, jak najbardziej. On sam zapracował, jemu się to należy, to jest facet w porządku. W Polsce człowiek bogaty w oczach Kiepskiego to jest ten, co ukradł, to jest złodziej. W Ameryce on jest złodziej, jeżeli pracował w instytucji państwowej, a w Polsce to jest złodziej, jeżeli on jest, mówiąc starym językiem – prywaciarzem. To ogromna różnica. Wydaje mi się, że zwycięstwo, mówiąc terminologią Janusza Majcherka, narodowego populizmu w Polsce oznaczałoby zwycięstwo nieświadomej nostalgii za PRL-em. Zrzucanie odpowiedzialności. Wolność oznacza odpowiedzialność, a to jest pewien ciężar. A socjalizm ułatwia nam to, bo zrzuca z nas odpowiedzialność. A Ferdynand Kiepski marzy o tym, by nie być odpowiedzialnym.

Goście debaty

Bogusław Chrabota

Dziennikarz telewizyjny i prasowy, publicysta i pisarz, z wykształcenia prawnik, w latach 2013–2024 redaktor naczelny dziennika „Rzeczpospolita”.

Janusz Majcherek

Filozof, socjolog, nauczyciel akademicki, publicysta, profesor nauk humanistycznych, profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. W 2003 r. otrzymał Nagrodę Kisiela.

Piotr Bartula

Filozof i etyk, doktor habilitowany, adiunkt w Zakładzie Filozofii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Teoretyk zagadnienia kary śmierci i twórca tzw. testamentowej teorii sprawiedliwości.

Andrzej Machalski

Przedsiębiorca, polityk. W 1980 r. został członkiem NSZZ Solidarność. Po wprowadzeniu stanu wojennego został zwolniony z pracy. Redagował pisma drugiego obiegu („Głos Wolnego Hutnika”, „Głos Wolnego Robotnika”). W sierpniu 1982 r. tymczasowo aresztowany, w maju 1983 r. skazany na karę dwóch lat pozbawienia wolności. Zwolniono go w sierpniu tego samego roku w związku z amnestią. W latach 1989–1991 sprawował mandat senatora I kadencji, wybranego z ramienia Komitetu Obywatelskiego w województwie częstochowskim. Zasiadał w Komisji Ustawodawstwa Gospodarczego i w Komisji Gospodarki Narodowej. Krótko związany z Unią Polityki Realnej, brał w 1990 r. udział w zakładaniu Kongresu Liberalno-Demokratycznego (wchodził w skład prezydium tej partii). W latach 1989–1993 był pierwszym prezydentem Konfederacji Pracodawców Polskich. Współtworzył także Krajową Izbę Gospodarczą.

Andrzej Sadowski

Ekonomista, publicysta gospodarczy, prezydent Centrum im. Adama Smitha. Był redaktorem założonego w 1986 r. podziemnego pisma „Dodruk”. Za prowadzoną działalność był rozpracowywany przez funkcjonariuszy służb specjalnych PRL. Należał do organizatorów Towarzystwa Gospodarczego w Warszawie (1986–1989). Wraz z Mirosławem Dzielskim i Aleksandrem Paszyńskim współtworzył Akcję Gospodarczą jako środowisko dyskusyjne związanych z opozycją ekonomistów.

Lech Jeziorny

Opozycjonista, współzałożyciel Ruchu Młodej Polski, działacz gospodarczy. Z RMP związany od 1979 r. Internowany w stanie wojennym. W latach 80. – bliski współpracownik Mirosława Dzielskiego i współzałożyciel Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego. W latach 90. – zaangażowany w przedsięwzięcia biznesowe. Na bazie jego osobistych doświadczeń napisano scenariusz i nakręcono film „Układ zamknięty”.

Janusz Steinhoff

Inżynier i polityk. W 1980 r. był współzałożycielem Solidarności na Politechnice Śląskiej. W latach 1981–1989 prowadził działalność podziemną i opozycyjną. W trakcie obrad Okrągłego Stołu pełnił z ramienia Solidarności funkcję eksperta w zakresie górnictwa i ochrony środowiska. W okresie 1997–2001 – minister gospodarki, a w latach 2000–2001 – wiceprezes Rady Ministrów w rządzie Jerzego Buzka, poseł na Sejm X, I i III kadencji, w latach 2004–2008 przewodniczący Partii Centrum.

Edward Nowak

Inżynier, działacz opozycji demokratycznej w PRL, menedżer, urzędnik państwowy i polityk. Od sierpnia 1980 r. członek NSZZ Solidarność. Uczestnik strajków w Hucie im. Lenina. Aresztowany po wprowadzeniu stanu wojennego i skazany przez sąd wojskowy na karę trzech lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności. Zwolniony na mocy amnestii w 1983 r. Poseł na Sejm X kadencji. W latach 1990–1991 wiceprezydent Krakowa, w latach 1992–1993 oraz 1993–1995 – podsekretarz stanu w Ministerstwie Przemysłu i Handlu, w latach 2000–2001 – podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki. Inicjator reaktywowania Izby Przemysłowo-Handlowej w Krakowie; w latach 1989–1994 jej prezydent.

Tadeusz Syryjczyk

Polityk i przedsiębiorca. W 1980 r. był współzałożycielem NSZZ Solidarność w Krakowie i na AGH, w 1981 r. zasiadał w prezydium regionu małopolskiego związku. W stanie wojennym został internowany na okres od 13 grudnia 1981 r. do 23 lipca 1982 r. W 1987 r. był współzałożycielem, a w 1990 r. objął funkcję prezesa Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego. Był przewodniczącym jednego z zespołów Centrum Obywatelskich Inicjatyw Ustawodawczych Solidarności. Minister przemysłu w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i minister transportu i gospodarki morskiej w rządzie Jerzego Buzka, poseł na Sejm I, II i III kadencji.

Paweł Kłoczowski

Filozof polityki i teoretyk idei, publicysta, wykładowca akademicki. Syn Jerzego Kłoczowskiego, brat Piotra Kłoczowskiego i Jana Marii Kłoczowskiego. W okresie PRL-u działacz opozycji demokratycznej. W latach 1979–1981 członek pierwszej redakcji opozycyjnego czasopisma polityczno-kulturalnego „Res Publica”. W latach 80. uczestniczył w nieoficjalnym redagowaniu czasopisma, aż do momentu jego legalnego wznowienia w 1987 r., kiedy to ponownie wszedł w skład redakcji czasopisma. Profesor nadzwyczajny w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie i kierownik tamtejszej Katedry Filozofii Społecznej.

Historia Polski
Jedna z największych tragedii polskiej żeglugi. Po 33 latach losy „Jana Heweliusza” wciąż budzą emocje
Historia Polski
Wystawimy rachunek Rosji. Naukowcy liczą straty po agresji ZSRS
Historia Polski
Jak KARTA broniła polskiej pamięci przed fałszem i podziałem
Historia Polski
Gdzie zaginęły bezcenne dokumenty Rzeczypospolitej? Trop urywa się w Watykanie
Historia Polski
Michał Rybikowski – polski szpieg w japońskiej ambasadzie
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama