Internowano nadzieję

Ci, którzy w stanie wojennym siedzieli w obozie dla internowanych w Strzebielinku, później budowali naszą niepodległość. Niektórzy pełnili najwyższe urzędy w państwie, jak prezydent RP Lech Kaczyński i Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier w wolnej Polsce.

Publikacja: 29.12.2022 21:00

Od 13 grudnia 1981 r. do 23 grudnia 1982 r. w Strzebielinku przebywało 501 internowanych działaczy s

Od 13 grudnia 1981 r. do 23 grudnia 1982 r. w Strzebielinku przebywało 501 internowanych działaczy solidarnościowej opozycji. Pierwszy trafił tu Lech Kaczyński. Obozową rzeczywistość dokumentowano dzięki przemyconym aparatom fotograficznym

Foto: www.strzebielinek.pl

W nocy z soboty na niedzielę 13 grudnia 1981 r. zmęczony wracałem do domu. W historycznej Sali BHP Stoczni Gdańskiej przez dwa dni przysłuchiwałem się posiedzeniu Komisji Krajowej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność. Tej samej sali, w której na oczach świata rozmawiał „Polak z Polakiem” i podpisywano porozumienie strajkujących z rządem. 31 sierpnia 1980 r. ze stoczni wychodziliśmy pełni euforii. Zdawało się, że otworzyliśmy sobie drogę do wolności, która była na wyciągnięcie ręki. Do Solidarności dołączyło blisko 10 mln ludzi, tworząc największy ruch społeczny w bloku wschodnim i jeden z największych w historii świata.

Po 16 miesiącach od tamtej chwili było jednak jakoś dziwnie. Podczas obrad dużo było emocjonalnych wystąpień o arogancji i stałym łamaniu przez władze wspólnych ustaleń. Także o przygotowaniach do siłowych rozwiązań mających zniszczyć Solidarność. Wskazywano na ograniczenia w sprzedaży żywności i produktów pierwszej potrzeby. Mówiono wręcz, że władze chcą wziąć społeczeństwo głodem. Pojawiały się ostre głosy konfrontacyjne, a dramatyczne ostrzeżenia doradców związku o możliwości użycia siły przez władze pozostawały bez echa. Nie robił także wrażenia list prymasa Józefa Glempa, apelujący o umiar i cierpliwość. Lech Wałęsa jako przewodniczący siedział za stołem prezydialnym i prawie się nie odzywał, co było u niego niespotykane. Często wychodził na papierosa. Zdawał się bagatelizować niepokojące fakty. Na pytanie Tadeusza Mazowieckiego odpowiedział: – Oni straszą.

Pod wieczór drugiego dnia ze związkowego nasłuchu prezydium wiedziało już o pojazdach opancerzonych i polowych samochodach oraz budach więźniarskich na ulicach miasta. Sygnalizowano przemieszczanie się milicji w pełnym wyposażeniu szturmowym, głównie oddziałów ZOMO, a także wojsk w Gdańsku. Już w nocy od działaczy Ruchu Młodej Polski można się było dowiedzieć, że do kilku mieszkań przyszli milicjanci szukający określonych osób. Podobno kogoś aresztowano, ktoś uciekł z „kotła”. Wreszcie przewodniczący regionu gdańskiego zadzwonił do komendanta wojewódzkiego milicji, pytając, co to znaczy. Komendant oświadczył, że prowadzona jest akcja przeciwko przestępcom: „Trzy pierścienie”. Wtedy miał zapytać: – Który pierścień jest dla Solidarności? Odpowiedzi nie otrzymał. Około północy Wałęsa, kończąc obrady, poinformował o wyłączonych telefonach i zatrzymaniach. Nie wydał żadnych poleceń.

www.strzebielinek.pl

Wszyscy ruszyliśmy do wyjścia. Stocznia nie była zablokowana. Część udała się do hoteli, pozostali wsiadali do samochodów i pociągów, kierując się do swoich regionów. Wałęsa pojechał zaś do domu. Później dowiedziałem się, że zaraz potem wpadł do niego aktor Józek Duriasz z Warszawy: – Lechu, coś się dzieje niedobrego. W mieście milicja i wojsko. – Spokojnie, nic nie będzie – odpowiedział Wałęsa. – Za parę godzin się opamiętają. Radzę ci iść spać, ja to właśnie robię.

I Józek wyszedł. Wokół domu Wałęsy było pusto i spokojnie. Za parę godzin wieźli już Wałęsę do Warszawy. Podobno na ważne jakieś rozmowy, ale on ich nie podjął. Ich finałem było internowanie, najpierw w Warszawie, później w Otwocku, wreszcie w Arłamowie, skąd został zwolniony prawie po roku, w listopadzie 1982 r., tuż po śmierci Leonida Breżniewa, I sekretarza KPZR.

Internowanie

Zastanawiałem się, czy gdzieś nie zniknąć. Ale dlaczego? Ktoś podrzucił mnie pod dziesięciopiętrową „szafę”, gdzie mieszkałem. W domu dzieci spały, żona czekała. Ledwo zasnąłem, a obudził mnie dzwonek do drzwi. – Milicja! – słyszę. Przez wziernik widać trzech uzbrojonych mundurowych i cywila. Odsyłam ich do rana. Od razu próbują wyważyć drzwi. Otwieram. Z impetem wpadają do przedpokoju. Cywil – jak się orientuję, dowódca akcji – informuje mnie, że jestem internowany, nie określając, co to znaczy. Wręcza jakiś „nakaz zatrzymania i doprowadzenia”, bez dat. Na moją uwagę wpisuje je z obojętnością. Biorę szczoteczkę i pastę do zębów. Wszystko inne cywil każe zostawić. Do kieszeni wsuwam zegarek. Całuję śpiące dzieci. Żona patrzy, jak mnie wyprowadzają, choć nie w kajdankach. W windzie odruchowo spoglądam na obrączkę ślubną. Cywil mówi krótko: – Wam się to już nie przyda. Możecie oddać żonie. Wracamy. Zdezorientowanej żonie mówię, że lepiej będzie, jak pamiątkowa obrączka pozostanie w domu.

W zimnej nysce wieźli mnie samego. Obstawę stanowili ci sami trzej milicjanci wraz z cywilem, domyślałem się, że ubekiem. Jechaliśmy przez miasto, po drodze minęliśmy siedzibę regionu, gdzie stało pełno milicjantów. Odruchowo spojrzałem na zegarek – dochodziła czwarta. Zjechaliśmy na obwodnicę trójmiejską i dalej na północ. Z boku zostawiliśmy jednak Wejherowo, a przy drodze mignęła mi nazwa Piaśnica, miejsce masowych egzekucji Polaków jesienią 1939 r. Zaraz potem wjechaliśmy w las.

Od 13 grudnia 1981 r. do 23 grudnia 1982 r. w Strzebielinku przebywało 501 internowanych działaczy s

Od 13 grudnia 1981 r. do 23 grudnia 1982 r. w Strzebielinku przebywało 501 internowanych działaczy solidarnościowej opozycji. Pierwszy trafił tu Lech Kaczyński. Obozową rzeczywistość dokumentowano dzięki przemyconym aparatom fotograficznym

www.strzebielinek.pl

Stajemy. – Wysiadać – rozkazuje cywil. Stoję osobno, oświetlony reflektorami samochodu. Cisza, piękny zimowy las, kopiasty, lśniący śnieg, nie widać nikogo. Kilka kroków dalej cywil i milicjanci coś ustalają. W myślach kłębią się skojarzenia wojenne z obrączką i tym okrutnym miejscem. Czy kolejne pokolenie Polaków musi tego doświadczać? Przez głowę przelatuje film życia. Wewnętrzna modlitwa. Czekam, kiedy to nastąpi… Nagle słyszę, jak cywil woła do mnie: – Pchać!

Budzę się. Zwykły zbieg okoliczności? A może sprawdzano moją odporność psychiczną? Przekroczyłem jednak jakiś próg. Przestałem się bać, ostatecznie. Nyska zakopała się w śniegu, trzeba było ją wypchnąć na drogę, ale to nie był mój problem.

Wreszcie podjechaliśmy pod wysoki mur z godłem państwa i szyldem: Zakład Karny w Wejherowie – Oddział Zewnętrzny Strzebielinek. Dookoła więzienny mur, na rogu wieżyczka strażnicza, tak zwany kogut, reflektory, karabiny. Od nyski do muru więziennego szpaler uzbrojonych zomowców, jakby gotowych do przepuszczenia przez „ścieżkę zdrowia”. Było mi obojętne. Idę sam, wolno. Łomotu nie było. Ten sam cywil prowadzi mnie do jakiejś sali w administracyjnej części więzienia. Robią zdjęcia twarzy z trzech stron, biorą odciski wszystkich palców i obu dłoni. Każą to podpisać. Protestuję. Jestem oszołomiony. Cisną się skojarzenia z gestapo i ubeckimi przesłuchaniami. I już kolejny etap: – Wyjąć wszystko z kieszeni, do depozytu – mówi strażnik więzienny. Zegarek, pasek, długopis, notatnik i pieniądze lądują w jakimś worku. Tłoczno. Znajome twarze koleżanek i kolegów. Podobnie jak ja, wszyscy poddawani są tej więziennej procedurze. Kogoś szczegółowo rewidują, a znaną aktorkę ubeczka bierze do osobistej rewizji. – Rozebrać się – rozkazuje. Dochodzi do ostrych scysji. Tu dowiedziałem się, że moje zatrzymanie to prawdziwy wersal. W innych przypadkach akcje przeprowadzono bojówkarsko. Zabierano bez nakazów, wręcz porywano, jak kto stał, w bieliźnie, wyważano drzwi, nie informowano ani dokąd, ani dlaczego.

Wieża Babel

Wyprowadzają mnie na dziedziniec. Zamknięta przestrzeń otoczona wysokim ogrodzeniem z siatki, zakończonej rzędami drutów kolczastych. Za nimi ścieżka dla patroli więziennych, mur na jakieś cztery metry i dwa „koguty” dominujące nad placem. Pięć parterowych pawilonów złączonych korytarzem. W oknach kraty. W dyżurce dostaję przydział do celi. Po drodze jeszcze standardowe badanie. Lekarz, chyba jednak nie ubecki, pyta: – Skąd się znamy? Nie pamiętam.

www.strzebielinek.pl

Klawisz prowadzi długim korytarzem, który zaczyna się i kończy kratą sięgającą sufitu. Po obu stronach cele. Jest ich dwanaście. Przedostatnia to moja. Zgrzyt wielkiego klucza i w słabym świetle żarówki widzę osiem piętrowych żelaznych prycz, na wprost dwa zakratowane okna. Pomieszczenie niewielkie, dziesięć na pięć kroków, jak później zmierzyłem. Zdawało mi się, że byłem sam. Dopiero po chwili zobaczyłem śpiącego kolegę, z którym rozmawiałem w stoczni zaledwie przed paroma godzinami. Cela zapełniła się szybko. Do wieczora był już komplet: szesnastu ludzi. Istna wieża Babel: robotnicy, inżynier, nauczyciel, prawnik, dziennikarze, dwaj uczniowie, zaledwie siedemnastolatki, i funkcyjni związkowi różnych szczebli, do krajówki włącznie. Połowa to namiętni palacze. Już od końca dnia chmura papierosowego dymu stale wisiała nad pryczami, a okien nie chcieliśmy otwierać, bo w celi zimno, a na zewnątrz ponad 20-stopniowy mróz. Przydziałowe dwa wytarte, brudne koce już dawno straciły swoją wartość. Siedzimy w kurtkach i płaszczach, dyskutujemy, dyskutujemy... Czekamy na rozwój wydarzeń. Z naszego okna widać kobiety przeprowadzane do jednego z pawilonów. Po nocy wywieziono je dalej, by ostatecznie trafiły do Gołdapi. Okazało się, że nami „zasiedlono” jedynie dwa pawilony, przedzielone pawilonem zajmowanym przez więźniów, aby nie dochodziło do przekazywania sobie informacji.

Pierwszy posiłek w południe – herbata, jeśli można tak nazwać zabarwianą wodę. Później jakaś okropna grochówka, od razu nazwana betonem, łyżka włożona w to coś sterczała jak pręt. Nasze menu zmieniło się, gdy nadeszły dary z całego świata, przekazywane za pośrednictwem Kościoła, z tego przyrządzaliśmy w celi jakieś posiłki. Przydzielono nam też więzienne aluminiowe nakrycia, czyli dwie miski (głęboką i płaską), kubek i łyżkę, bez noży. Naczynia myje się w zimnej wodzie w zlewie zamontowanym wraz z kiblem w rogu celi, oddzielonym od reszty przepierzeniem. Prysznic raz w tygodniu, jeśli nie zepsuł się hydrofor. Dopiero trzeciego dnia pozwolono napisać listy do najbliższych, którzy nie wiedzieli, gdzie jesteśmy. Wszystkie listy od i do nas przechodziły przez cenzurę, niekiedy nawet niewinne sformułowania dziecka były zamazywane.

Na pierwszym spacerze wiedzieliśmy już, że w trakcie nocnej obławy w hotelach i mieszkaniach zatrzymano i przywieziono do Strzebielinka koło Wejherowa około 200 osób. Przez ponad rok w miejsce zwalnianych lub wywożonych do innych obozów przerzucano do Strzebielinka internowanych z innych więzień. Proceder przerzucania z obozu do obozu wynikał również z powolnego likwidowania obozów. Pozostawiono jedynie kilka największych, wśród nich Strzebielinek. Po czterech miesiącach dotarł do nas duży transport z obozu w Potulicach, zwyczajnego kryminału z „blindami” i wszystkimi szykanami więziennymi, gdzie siedzieli działacze z regionu toruńsko-bydgoskiego. W połowie 1982 r. przywieziono kolegów z regionu zachodniopomorskiego. Najpierw osadzono ich w Goleniowie, stamtąd przeniesiono do Wierzchowa Pomorskiego, ostrego kryminału, gdzie doszło do brutalnego pałowania w celach i przepuszczenia internowanych przez „ścieżkę zdrowia”. Wreszcie pod koniec sierpnia przywieziono kilkunastu internowanych z kryminału w Białołęce. Przywożono nie tylko z Trójmiasta, Szczecina, Torunia, Bydgoszczy i Warszawy oraz okolicznych miast, ale pojedyncze osoby lub niewielkie grupki także ze Słupska, Lęborka, Grudziądza, Elbląga, Zielonej Góry, Wadowic, Olsztyna, Poznania, Rybnika, Krosna, Nysy, Świdnicy, Radomia, Gołdapi, Płocka, Kalisza, Jeleniej Góry, Trzebini, Łodzi, Wrocławia, Tarnowskich Gór, Siedlec, Częstochowy, Kielc i Lublina. Wśród nich byli nasi koledzy zwolnieni ze Strzebielinka i ponownie internowani oraz przerzucani z obozu do obozu, w tym do tych najcięższych. W wielu obozach dochodziło bowiem do przemocy, a nawet ciężkich pobić. W naszym obozie szczęśliwie przetrwaliśmy bez „łomotania”, choć niekiedy było do tego blisko.

Hierarchie obozowe

Szybko przyszło nam poznać rozkład władzy w obozie. Formalnie zwierzchnikiem nad nami był komendant zakładu karnego, który mógł podejmować decyzje w sprawach papieru toaletowego, zaopatrzenia w stale brakujące papierosy, szczotki do zębów, ławek do siedzenia czy liczby przysługujących na celę taboretów. Faktyczną władzę dzierżył jednak zakompleksiały ubek, pełnomocnik ds. internowanych komendanta wojewódzkiego MO. Znali go dobrze koledzy z Ruchu Młodej Polski, którym niejednokrotnie osobiście przeprowadzał rewizje w mieszkaniach. Dozór zaś pełnili strażnicy więzienni, klawisze, którzy pilnowali nas w celach, na dziedzińcu nie mieli nic do gadania. Tu decydowali skoszarowani w więzieniu uzbrojeni zomowcy, według własnego uznania potrafiący skracać czas przysługujący na spacer. Podkreślali swoją nadrzędność. Tak było w przypadku jednego z naszych „małolatów”, mającego zaledwie 17 lat, któremu udało się na spacerze podejść do okna jednej z cel. Odpędzany nie usłuchał zomowca i coś mu odpalił. Doszło do spięcia i zomowcy zażądali od komendanta przykładnego ukarania. Wsadzono go do izolatki. Najpierw protest podniosły cele jego pawilonu, potem cały obóz, waląc w drzwi i kraty w oknach czym popadło. Waleniem chcieliśmy wesprzeć naszego kolegę. Trwało to godzinę, drugą, z piętnastominutowymi przerwami, a z głośników leciały komunikaty ostrzegające przed akcją zomowców i konsekwencjami wynikającymi z zarządzeń stanu wojennego. Głośnik krzyczał: „Internowani, czy opłaci się wam skórka za wyprawkę?”. Było to trochę śmieszne, a trochę ponure, tym bardziej że na korytarze pawilonów wpuszczono uzbrojonych zomowców. Starcie było tuż-tuż, ale władze obozowe uznały jednak, że to się im nie opłaca.

www.strzebielinek.pl

„Manewry” zomowców powtórzyły się, gdy podczas spaceru żądaliśmy otwarcia cel. Od razu wyszedł bojowo uzbrojony oddział i gdyby nie doświadczenie więzienne Jacka Kuronia, doszłoby do konfrontacji, nie mieliśmy żadnych szans. Podczas kolejnej miesięcznicy wprowadzenia stanu wojennego śpiewaliśmy w oknach, wywiesiliśmy flagę narodową, hasła solidarnościowe i waliliśmy taboretami i miskami w metalowe drzwi i kraty. Tym razem pacyfikowaniem miała się zająć specjalna grupa uderzeniowa strażników więziennych z Wejherowa. Wpuszczono ich na dziedziniec. W mundurach szturmowych, kaskach z przyłbicą, z plastikowymi tarczami i gumowymi pałkami przygotowywali się do akcji. W ostatniej chwili akcję wstrzymano. Zdaje się, że uznano, iż byłby to zbyt duży koszt polityczny.

Komunia jak na polu bitwy

Nasze główne żądania sprowadzały się do określenia naszego statusu prawnego, spraw socjalnych, sanitarno-higienicznych i opieki duszpasterskiej. Wszystko trzeba było wyrywać. Spełnieniem jednego z naszych postulatów był przyjazd księdza. Dzień przed Wigilią do obozu przywieziono ks. Tadeusza Błońskiego, salwatorianina, proboszcza parafii garnizonowej w Gdańsku. Później okazało się, że jako kapelan wojskowy w stopniu podpułkownika otrzymał rozkaz udania się do Strzebielinka. Jego sytuacja nie była łatwa. Z jednej strony nasza nieufność, a z drugiej ostrzeżenie obozowego ubeka o grożącym mu sądzie wojennym, gdyby przekazał jakieś informacje. Odwiedzał kolejne cele. Towarzyszyli mu: główny ubek, komendant, klawisze, a na korytarzach uzbrojeni zomowcy. Po latach wspominał, że to przejście po celach było dla niego dramatyczne. Niekiedy przyjmowano go bowiem z dużym dystansem, uznając za ubeckiego przebierańca. Prawie w każdej celi żądano okazania odpowiedniego zezwolenia władzy kościelnej. W jakiś sposób było to zrozumiałe, gdyż tuż przed stanem wojennym krążyła plotka o specjalnie przygotowanych 800 sutannach dla „służbowych księży”. Pod koniec obchodu przyszedł do nas. Był zdenerwowany, z kroplami potu na twarzy i trzęsącymi się rękami. Żądaliśmy okazania kościelnego dokumentu. Zapowiedział, że przyjedzie w Wigilię i odprawi mszę. Zostawił nam opłatki.

www.strzebielinek.pl

Przyjechał w Wigilię. Był po spotkaniu z biskupem gdańskim Lechem Kaczmarkiem, który pozwolił skorzystać z absolucji generalnej. „Sytuacja – jak mówił do niego – jest drażliwa. Nie jesteś znany w tym środowisku, a też nie wiadomo, czy w ciągu tygodnia lub dwóch nie zostaną oni wywiezieni gdzieś dalej na wschód, w stronę Syberii”. Podczas kilku krótkich mszy ks. Błoński w celi zamienionej na kaplicę rozdawał więc komunię jak na polu bitwy, jedynie po zbiorowym absolutorium, rozgrzeszeniu. Dla nas było to wstrząsające przeżycie, pełniej uświadamiające grozę sytuacji. Po tym kapelan przeszedł z życzeniami po celach. Jako swoista obstawa towarzyszyli mu komendant więzienia i klawisz. Przełamaliśmy się z nimi opłatkiem. Byli zaskoczeni.

W pierwszych tygodniach i miesiącach wewnętrzną solidarność obozową umacniał także cały religijno-patriotyczny rytuał. Zaczynał się poranną modlitwą oraz pieśniami religijnymi i patriotycznymi, kończył się wieczorem w porze apelu jasnogórskiego także modlitwą i pieśniami, i to przy otwartych oknach we wszystkich celach. Napięcie religijne wyraźnie osłabło, gdy pod koniec marca 1982 r. otwarto cele w pawilonach. Od razu zmniejszyła się frekwencja na mszach i już nie trzeba było sześciu, a wystarczyły dwie, wreszcie jedna. Bytność na mszy nie była już aktem sprzeciwu, demonstracją, ale jedynie wewnętrzną potrzebą duchową.

Rekolekcje obozowe

Z oporami zgodzono się na przyjazdy biskupów. Odwiedzać nas mogli ci z biskupów, z których diecezji pochodziły większe grupy kolegów. Władze wykorzystywały wizyty, chwaląc się, że w obozie nie doszło do żadnych aktów przemocy, o których było głośno w innych więzieniach. Szczególną rolę odegrał jednak ks. Edmund Piszcz, który dwukrotnie był w Strzebielinku, później w szpitalu w Wejherowie, gdzie przebywało kilkunastu naszych kolegów. I to w różnych rolach: najpierw jako profesor seminarium pelplińskiego, później jako biskup nominat, wreszcie biskup pomocniczy. Wspaniała postać. Na naszą prośbę przyjechał do obozu z rekolekcjami wielkopostnymi. Prawdopodobnie były one jedynymi w obozach internowanych. Po pierwszym dniu ks. Piszcz wyraził chęć spędzenia nocy z internowanymi. Wywołało to popłoch wśród ubeków. Kategorycznie zażądano od niego natychmiastowego opuszczenia Strzebielinka. Liczono, że po takiej reprymendzie już nie wróci. Jakież było ich zdziwienie, gdy rano zjawił się na dyżurce klawiszowskiej. Po rekolekcjach on i inni przybyli z nim księża siedzieli w konfesjonałach i słuchali spowiedzi.

13 grudnia 2015 r. dawni internowani spotkali się przy murze byłego więzienia w Strzebielinku

13 grudnia 2015 r. dawni internowani spotkali się przy murze byłego więzienia w Strzebielinku

Antoni Filipkowski, www.strzebielinek.pl

Duchowe przygotowanie ułatwiło opozycjoniście z Gdańska Tadeuszowi Szczudłowskiemu i jego kolegom potajemne przygotowanie symbolicznego krzyża. W Wielką Sobotę 10 kwietnia 1982 r. do kaplicy wniesiono ponaddwumetrowy krzyż. Z surowego drewna, otoczony w górnej części drutem kolczastym, z wbitym brzeszczotem włóczni, udrapowany spływającą z boku białą tkaniną, tworzącą jakby postać. Robił wielkie wrażenie. Biskup Jan Nowak, biskup pomocniczy z Gniezna, wówczas nas odwiedzający, uroczyście go poświęcił. Na wewnętrznej stronie krzyża złożyliśmy swoje podpisy, cały obóz. Po zamknięciu obozu ubecja szukała go i nie znalazła. Później okazało się, że jeden ze strażników zdemontowany krzyż przerzucił przez płot i przez długie lata trzymał go w ukryciu. W ostatnich latach za namową miejscowego księdza przekazał go kościołowi parafialnemu pw. św. Józefa Robotnika w Gniewinie, na którego terenie znajdował się obóz. W kolejne rocznice wprowadzenia stanu wojennego wystawiany jest podczas mszy, na której gromadzą się byli internowani.

„Spis z natury”

Najważniejszym zadaniem, jakie sobie postawiliśmy, było zrobienie spisu wszystkich zamkniętych i przerzucenie go na wolność. W końcu przez pierwsze dni nasze rodziny nic o nas nie wiedziały. Administracja cywilna, sądy i prokuratorzy nie potrafili im nawet powiedzieć, gdzie jesteśmy i czy żyjemy. W dodatku ubecja robiła swoje i rozpowszechniała informacje podsycające niepewność, a niekiedy strach. Nie było łatwo, gdyż pilnował nas uzbrojony trzydziestoosobowy oddział ZOMO i strażnicy więzienni, także na „kogutach”. Cele na spacernik wypuszczano osobno, a pod naszą nieobecność robiono błyskawiczne rewizje. W krótkim czasie powstał jednak dosyć dokładny „spis z natury”. (...) Niedługo potem nazwiska niektórych naszych kolegów pojawiały się na transparentach w trakcie demonstracji antyrządowych w wielu miastach w Europie i Stanach Zjednoczonych. Powodzenie tej akcji zachęciło nas wreszcie do sporządzania szczegółowego wykazu internowanych i stałego rejestrowania zmian w stanie obozu. Grypsami informowaliśmy o nich kolegów na wolności.

Później dzięki temu oraz ubeckiej dokumentacji zachowanej w Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku i w archiwum więziennym byliśmy w stanie odtworzyć nazwiska 501 osób, które przez 375 dni (od 13 grudnia 1981 r. do 23 grudnia 1982 r.) siedziały w obozie w Strzebielinku. Byli tutaj członkowie i sympatycy oraz doradcy NSZZ Solidarność, w tym jedna trzecia składu Komisji Krajowej, połowa prezydium krajówki oraz dziesiątki działaczy związkowych, robotników, chłopów, studentów, aktorów, dziennikarzy oficjalnych i solidarnościowych mediów, pracowników nauki, prawników, partyjnych i bezpartyjnych, a nawet „małolatów”, którzy nie mieli nawet 17 lat… Lista znamienna: Kaczyński, Mazowiecki, Strzelecki, Modzelewski, Kuroń, Onyszkiewicz, Wujec, Rulewski, Tokarczuk, Wądołowski, Merkel, Balicki, Zimowski, Iwanów, Prądzyński, Czaputowicz, Dymarski, Gauden, Gwiazda, Wyszkowski, Janowski, Jaworski, Jurczyk, Łużny, Palka, Pietkiewicz, Rybicki, Słoma, Soiński, Sulimierski, Stankiewicz, Stawikowski, Wyrowiński, Zarębski, Żabiński… Pierwszym, który tutaj „zamieszkał”, i to na długie miesiące, był Lech Kaczyński, prawnik, doradca związku. Po ponad roku ostatni opuścił obóz Józef Taran, student Politechniki Warszawskiej, szef sekcji zagranicznej Niezależnego Zrzeszenia Studentów...

Ci, którzy siedzieli w Strzebielinku, od lat budują naszą niepodległość. Niektórzy pełnili najwyższe urzędy w państwie, jak prezydent RP Lech Kaczyński i Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier w wolnej Polsce. Kilkudziesięciu było lub jest posłami i senatorami. Weszli też jako ministrowie w skład kolejnych ekip rządowych i zasilali kancelarie wszystkich prezydentów III RP. Inni zostali samorządowcami oraz działaczami politycznymi i gospodarczymi. Wielu już odeszło, jednak wszyscy swoją postawą w obozie zaświadczali, że nie można zabić nadziei wyrosłej z pragnienia wolności.

W artykule wykorzystano „Dziennik internowanego. Grudzień 1981 – grudzień 1982” Andrzeja Drzycimskiego i Adama Kinaszewskiego, pierwotnie wydany za granicą pod pseudonimem Jan Mur. W 2014 r. z okazji pierwszego zjazdu strzebielinkowców ukazało się wydanie poszerzone i uzupełnione.

W nocy z soboty na niedzielę 13 grudnia 1981 r. zmęczony wracałem do domu. W historycznej Sali BHP Stoczni Gdańskiej przez dwa dni przysłuchiwałem się posiedzeniu Komisji Krajowej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność. Tej samej sali, w której na oczach świata rozmawiał „Polak z Polakiem” i podpisywano porozumienie strajkujących z rządem. 31 sierpnia 1980 r. ze stoczni wychodziliśmy pełni euforii. Zdawało się, że otworzyliśmy sobie drogę do wolności, która była na wyciągnięcie ręki. Do Solidarności dołączyło blisko 10 mln ludzi, tworząc największy ruch społeczny w bloku wschodnim i jeden z największych w historii świata.

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia Polski
Uniwersał Połaniecki – amerykański sen o wolności
Historia Polski
Dzień, w którym Warszawa została stolicą
Historia Polski
Polska. Wielka mała Europa
Historia Polski
Sygurd Wiśniowski, galicyjski globtroter
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie
Historia Polski
Szczątki ponad stu osób w zbiorowych mogiłach pod Chojnicami
Materiał Promocyjny
Jak sztuczna inteligencja może być wykorzystywana przez przestępców cybernetycznych?