Jak Narożniak i chłopcy z podziemia zrobili gliny w wała

Akcja odbicia Jana Narożniaka z rąk milicji i SB była najbardziej spektakularną akcją podziemnej Solidarności w okresie stanu wojennego.

Publikacja: 15.12.2022 21:00

Akcja protestacyjna na terenie Zakładów Mechanicznych Ursus przeciwko aresztowaniu Jana Narożniaka.

Akcja protestacyjna na terenie Zakładów Mechanicznych Ursus przeciwko aresztowaniu Jana Narożniaka. Od lewej (od góry): Henryk Wujec, NN, NN, Zbigniew Bujak, NN, Wiktor Kulerski, Janusz Onyszkiewicz. Warszawa, 26 listopada 1980 r.

Foto: WOJTEK LASKI/EAST NEWS

Dwóch młodych mężczyzn pewnym krokiem przechodzi obok uzbrojonych w kałasznikowy zomowców pilnujących śluzy bloku operacyjnego szpitala klinicznego Akademii Medycznej przy ulicy Banacha w Warszawie. Do uszu funkcjonariuszy docierają strzępki rozmowy: „ciężki dzień”, „wiele operacji”. Zmęczeni przedłużającą się służbą zerkają na przechodzących mało przyjaźnie, ale przepuszczają bez kontroli. Szkoda na nich czasu, to zapewne młodzi lekarze albo praktykujący studenci. Mężczyźni wchodzą do pomieszczenia z odzieżą dla personelu, zakładają zielonkawe lekarskie kitle i idą dalej w głąb korytarza. Gdyby ktoś ich wtedy obserwował, zapewne zdziwiłby się, że beztrosko złamali regulamin, zakładając fartuchy na codzienne ubrania. Ale nikt na nich nie zwraca uwagi, bez problemu więc docierają do sali pooperacyjnej i podchodzą do leżącego tam pacjenta. „Przysyła nas doktor Romaszewski” – ściszonym głosem odzywa się jeden z nich, a pacjent lekko kiwa głową, chociaż zdaje sobie doskonale sprawę, że taki lekarz na pewno w tym szpitalu nie pracuje. Mężczyźni wytaczają jego łóżko tylnym wyjściem z sali i cała trójka kieruje się do windy. Ktoś wciska na tablicy przycisk najniższego poziomu.

Kiedy na dole drzwi windy rozsuwają się, w środku nie ma już młodych lekarzy i pacjenta po operacji. W długi półkilometrowy podziemny korytarz prowadzący do szpitalnego prosektorium wkracza ponury kondukt – dwóch „pielęgniarzy” w jasnych fartuchach popycha przed sobą wózek z „nieboszczykiem” całkowicie przykrytym białym prześcieradłem. Szybkim tempem, nieco niepasującym do powagi sytuacji, ruszają w stronę leżącego na uboczu budynku. Tuż przy drzwiach prosektorium stoi nyska pogotowia sygnalizacyjnego Miejskiego Przedsiębiorstwa Robót Elektrycznych, a obok niej osobowe bmw. W obu pojazdach czekają podenerwowani kierowcy. Po dotarciu do nyski „pielęgniarze” ściągają całun z „nieboszczyka”, który nagle „ożywa” i delikatnie, aby nie naruszyć świeżo zoperowanych ran po postrzałach, zawijają go w koc i układają na pace samochodu dostawczego. Sami zrzucają fartuchy i wsiadają do bmw. Oba auta błyskawicznie opuszczają teren szpitala. Nyską kieruje Mirosław Radzikowski, bmw – Kazimierz Hintz, rzekomi sanitariusze to Adam Borowski i Jerzy Bogumił – cała czwórka to członkowie grup specjalnych podziemnego Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu Solidarności (MRKS). A odbity przez nich z rąk ZOMO i SB człowiek to Jan Narożniak, podziemny wydawca i drukarz, wsławiony powieleniem w listopadzie 1980 r. tajnej instrukcji dla prokuratorów dotyczącej zwalczania opozycji.

26 maja 1982 r. poszukiwany Jan Narożniak wpadł podczas rutynowej milicyjnej kontroli na warszawskim

26 maja 1982 r. poszukiwany Jan Narożniak wpadł podczas rutynowej milicyjnej kontroli na warszawskim Żoliborzu. Gdy podjął desperacką próbę ucieczki, został ciężko ranny. Trafił do szpitala przy ul. Banacha, skąd wywieźli go działacze podziemnej Solidarności

ZBIORY D.B.LOMACZEWSKA/EAST NEWS

Dziś Narożniak, jutro Wałęsa, pojutrze Ty

Jan Narożniak, z wykształcenia matematyk, w działalność opozycyjną zaangażował się jeszcze przed karnawałem Solidarności. W 1977 r. był jednym ze współzałożycieli niezależnego wydawnictwa NOWA, a po sierpniu 1980 r. pomagał zorganizować poligrafię Regionu Mazowsze NSZZ Solidarność. Nie należał jednak do grona znanych działaczy, do listopada 1980 r. słyszało o nim niewiele osób. Wtedy to Narożniak pomógł w powieleniu i rozpowszechnieniu tajnej instrukcji prokuratora generalnego PRL Lucjana Czubińskiego zalecającej zwalczanie opozycji politycznej metodami niezgodnymi z prawem. Otrzymał ją od Krzysztofa Łozińskiego, działacza Solidarności z Teatru Wielkiego, który wcześniej nielegalnie wykradł ją z Prokuratury Generalnej. Dokument był dla władz komunistycznych kompromitujący i gdy trafił do publicznego obiegu, wywołał poważny kryzys na linii Solidarność–władze PRL.

20 listopada 1980 r. milicja pod nadzorem osławionej naczelniczki wydziału śledczego prokuratury wojewódzkiej Wiesławy Bardonowej wkroczyła do siedziby Regionu Mazowsze i przeprowadziła rewizję. Następnego dnia aresztowano Narożniaka i Sapełę, młodego pracownika powielarni Prokuratury Generalnej. Dlaczego ich, a nie Łozińskiego, głównego „winowajcę” całego zamieszania? Zapewne wiedza służb bezpieczeństwa była fragmentaryczna – ktoś doniósł, że Narożniak powielił gdzieś na mieście instrukcję, ale nie potrafił wskazać, kto mu ją dostarczył. W obronie aresztowanych zastrajkowało wiele warszawskich zakładów pracy, a stolica oblepiona był plakatami o treści: „Uwolnić Narożniaka”, „Dziś Narożniak, jutro Wałęsa, pojutrze Ty”. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, aż w końcu w obliczu groźby strajku generalnego niegotowe jeszcze do rozprawy z Solidarnością władze ustąpiły, wypuszczając obu zatrzymanych na wolność. „Sprawa Narożniaka”, jak zaczęto potocznie nazywać te wydarzenia, sprawiła, że jej nieco przypadkowy główny bohater stał się postacią znaną i symboliczną dla obu stron konfliktu. Członkom i zwolennikom Solidarności przypominał o nadużyciach władzy i o tym, że można z nimi skutecznie walczyć, natomiast komunistom o wstydliwej porażce.

Po raz kolejny wir historii wciągnął Narożniaka półtora roku później, już w czasie stanu wojennego. I ponownie było w tym sporo przypadku. Opozycjonista zdawał sobie sprawę, że władze go nienawidzą i przez długi czas skutecznie się ukrywał, unikając internowania. W końcu jednak wyczerpał limit szczęścia. 26 maja 1982 r., przechodząc przez park Żeromskiego przy pl. Komuny Paryskiej (obecnie Wilsona) na Żoliborzu, został zatrzymany do rutynowej kontroli przez patrol ZOMO. Okazał dowód osobisty, ale milicjanci nie kojarzyli jego nazwiska, nie było go także na liście poszukiwanych działaczy Solidarności, którą posiadał każdy patrol. Ich uwagę przykuł jednak brak stempla o zatrudnieniu. W głowach zomowców zapaliła się lampka oznaczająca potencjalny zysk – jeśli bowiem Narożniak nie jest poszukiwanym opozycjonistą, to zapewne dorabia na czarnym rynku i ma dużo pieniędzy. Jako łapówki zażądali 5 tys. zł (ówcześnie równowartość 13 dol.). Niestety, zatrzymany miał przy sobie jedynie 1200 zł, doszli więc do wniosku, że bardziej opłaca się go aresztować, gdyż dzięki temu zyskają szansę na kilkudniowy urlop. Narożniaka ogarnęło przerażenie, pomyślał, że w areszcie czeka go ze strony komunistów sroga zemsta. Prowadzony do milicyjnej nyski podjął desperacką decyzję – wyrwał się milicjantom i zaczął uciekać. Jeden z zomowców, st. szer. Bydłoń (jak później zapisano w aktach sprawy), sięgnął po kałasznikowa i oddał w jego kierunku serię strzałów. Narożniak dostał dwie kule. Pierwsza urwała mu mały palec, druga przebiła miednicę i narządy wewnętrzne. Pogotowie zabrało go do szpitala przy ulicy Banacha, co – jak się później okazało – miało kluczowe znaczenie dla jego dalszych losów.

Pacjent specjalnej troski

Gdyby Narożniak trafił do wojskowego szpitala na Szaserów lub kliniki MSW na Wołoskiej, szanse wydostania go stamtąd byłyby znikome. Szpital Akademii Medycznej przy Banacha był słabiej strzeżony, a przede wszystkim działała w nim silna komórka Solidarności. Już na izbie przyjęć Narożniak doświadczył przychylności miejscowego personelu – dyżurujący lekarz, dr Krasnodębski, z własnej inicjatywy odnotował, że „wskutek zatorów tłuszczowych przewiezienie pacjenta do szpitala więziennego jest niemożliwe”. Było to kłamstwo, ale skuteczne – SB tymczasowo pozostawiła rannego opozycjonistę na Banacha. Był za to najlepiej pilnowanym pacjentem w Polsce. Blisko 20 milicjantów i tajniaków obstawiało różne punkty w klinice, z tego dwóch zomowców stale dyżurowało przy otwartych drzwiach separatki, do której Narożniak trafił po przejściu dwóch skomplikowanych operacji.

Szybko pojawiło się kilka niezależnych od siebie inicjatyw odbicia go z rąk SB. Najprawdopodobniej jako pierwszy wpadł na ten pomysł przewodniczący podziemnej Solidarności w szpitalu, anestezjolog dr Jerzy Sawicki, który postanowił wykorzystać w tym celu blok operacyjny, na którym ze względów konieczności zachowania aseptyki zomowcy nie mogli przebywać, oraz przejście podziemne prowadzące do położonego na uboczu prosektorium. Aby przeprowadzić akcję, potrzebna była jednak pomoc z zewnątrz. W pewnym momencie współpracujący z Solidarnością lekarze z Banacha kontaktowali się z przedstawicielami dwóch grup podziemnych, działających każda na własną rękę, z czego najprawdopodobniej nie zdawali sobie sprawy. Pierwszą z nich kierował Krzysztof Łoziński, ten sam, który zdobył i przekazał Narożniakowi instrukcję Czubińskiego. Łoziński – na podstawie informacji uzyskanych ze szpitala – opracował szczegółowy i dobrze przemyślany plan działania. Pomagał mu w tym m.in. dr Andrzej Sankowski, chirurg plastyczny, który zoperował Narożniakowi postrzeloną dłoń. Łoziński miał jednak trudności z uzyskaniem ostatecznej zgody osób stojących wyżej w związkowej hierarchii, przede wszystkim Zbigniewa Bujaka. W końcu zniecierpliwiony czekaniem samodzielnie wyznaczył termin akcji na 9 czerwca 1982 r. Kiedy dzień wcześniej jak zwykle przyszedł rano do pracy, w modelatorni Teatru Wielkiego dowiedział się, że Janek Narożniak został odbity przez podziemie. „Pamiętam, że w pierwszej chwili kompletnie zbaraniałem. Jak, kto, jakim cudem? Byłem przekonany, że to jedna z moich grup wyskoczyła przed szereg i wykonała akcję bez mojego polecenia. Do głowy mi nie przyszło, że zrobił to zupełnie kto inny” – wspominał po latach w relacji zamieszczonej w dwutygodniku internetowym „Kontrateksty”.

„Ogłoszenie” w prasie na podstawie listu gończego wystawionego przez prokuraturę za Janem Narożniaki

„Ogłoszenie” w prasie na podstawie listu gończego wystawionego przez prokuraturę za Janem Narożniakiem

Wojciech Krynski/Forum

Chłopaki z podziemia

Na identyczny pomysł co Łoziński wpadł bowiem Adam Borowski, szef tzw. grup specjalnych MRKS, które specjalizowały się w czymś, co można by nazwać małym sabotażem okresu stanu wojennego (w nawiązaniu do podobnych działań z okresu okupacji). Borowski nie dowodził zza biurka, często dawał osobisty przykład, uczestnicząc w akcjach wymierzonych przeciwko „kolaborantom” (zasmradzanie mieszkań, niszczenie samochodów) czy osobom publicznym wspierającym reżim Jaruzelskiego. Dr Sawicki, szukając ludzi, którzy mogliby mu pomóc w wywiezieniu Narożniaka ze szpitala na Banacha, skontaktował się ze znanymi działaczami opozycji – Zofią i Zbigniewem Romaszewskimi, a ci z kolei przekazali kontakt do niego ludziom z MRKS. W krótkim czasie powstał potencjalnie dobry plan, znaleźli się zdeterminowani wykonawcy i dodatkowo było jeszcze trochę czasu na przygotowanie akcji, ponieważ bezpieka czekała z przewiezieniem Narożniaka do szpitala więziennego, aż nieco wydobrzeje. Sawicki spotkał się nawet parę razy z wykonawcami akcji na terenie szpitala, aby przećwiczyć ją „na sucho”. Zgodę wyraził także sam Narożniak. Do przeprowadzenia ucieczki potrzeba było czterech ludzi – dwóch kierowców i dwóch „porywaczy”. Borowski postanowił, że weźmie w akcji udział osobiście, a dołączył do niego Jerzy Bogumił, członek tzw. pierwszej piątki zarządzającej MRKS.

7 czerwca o godz. 10 w dyżurce kliniki gastroenterologii w szpitalu na Banacha zadzwonił telefon. „Prosimy pana Narożniaka na zabieg” – oświadczył ktoś po drugiej stronie linii, a dyżurujący lekarze, nie zastanawiając się zbyt długo, odesłali pacjenta do bloku operacyjnego. Narożniak trafił do sali, w której operował akurat dr Sankowski, i choć lekarz nie spodziewał się go akurat w tym momencie, bez zbędnych pytań zmienił mu ponownie opatrunki. W drodze na blok operacyjny Narożniakowi towarzyszyło dwóch uzbrojonych zomowców, którzy jednak musieli zatrzymać się przed śluzą. Niedługo potem minęło ich dwóch młodych stażystów. W każdym razie nie wyglądali na nikogo podejrzanego. Adam Borowski i Jerzy Bogumił odegrali bowiem swoje role znakomicie i z dużą determinacją.

Polski broadside

Nyska pogotowia sygnalizacyjnego pognała przez Warszawę, przewożąc Narożniaka na Żoliborz, na ul. Staffa, gdzie mieszkała działaczka MRKS Małgorzata Jastrzębska, która zgodziła się ukryć zbiega. Samochód z Hintzem, Borowskim i Bogumiłem jechał w niewielkiej odległości. Plan był taki, że w razie próby zatrzymania lub pogoni osobówka miała spowodować wypadek, aby nyska z Narożniakiem mogła spokojnie odjechać. Chociaż Radzikowski, starając się jak szybciej dojechać na Staffa, niezbyt gorliwie zwracał uwagę na przepisy ruchu drogowego, pogotowia nikt nie zatrzymał. Mijani po drodze milicjanci zerkali obojętnie, byli bowiem przyzwyczajeni, że takie pojazdy dość często jeżdżą… naprawiać awarie oświetlenia i sygnalizacji ulicznej. Narożniak i jego wybawcy bez problemu dotarli do bezpiecznej kryjówki.

Jan Narożniak (w swetrze) po uwolnieniu z więzienia. Zdjęcie wykonano w mieszkaniu Ewy Milewicz. War

Jan Narożniak (w swetrze) po uwolnieniu z więzienia. Zdjęcie wykonano w mieszkaniu Ewy Milewicz. Warszawa, grudzień 1980 r.

Erazm Ciołek/Forum

Tymczasem na Banacha działy się dantejskie sceny. Zomowcy zorientowali się dopiero po godzinie, że Narożniak zniknął. W panice, wyobrażając sobie gniew przełożonych, przeszukiwali wszystkie zakamarki szpitala, zaglądali pod łóżka, a nawet do małych szafek. Postrzelonego opozycjonisty nigdzie nie było, dosłownie zapadł się pod ziemię. Cały budynek został otoczony przez milicję i SB. Po dokładnym przeszukaniu szpitala w podziemiach znaleziono porzucony wózek i dwie pary szpitalnych ubrań. Około godz. 14 przybyła na miejsce wściekła prokurator Bardonowa. Zrugała zomowców i kazała zgromadzić w jednym miejscu cały personel szpitala – wszyscy mieli być przesłuchani. Każdy, kto odezwał się nieproszony lub wzbudził jakiekolwiek podejrzenia, z miejsca trafiał do aresztu.

Większość zatrzymanych wypuszczono po 24 godzinach, ale lekarze Andrzej Sankowski i Jerzy Siwiec zostali ukarani trzymiesięcznym ciężkim aresztem. W ciągu kilku miesięcy po akcji, głównie wskutek działania w szeregach Solidarności agentów bezpieki, w ręce SB wpadli także Łoziński, Borowski, Bogumił i Romaszewscy. Tymczasem Narożniakowi zaczęło w końcu dopisywać szczęście. Od Małgorzaty Jastrzębskiej został po pewnym czasie przewieziony pod Warszawę, do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, gdzie mógł w końcu zacząć odbywać piesze spacery, ćwicząc uszkodzony staw biodrowy. Dotrwał tam bezpiecznie aż do pierwszej amnestii w 1983 r., kiedy postanowił się ujawnić.

Wieść o brawurowej akcji lotem błyskawicy obiegła Warszawę, a potem całą Polskę, rozjaśniając na moment przygnębiający mrok stanu wojennego. Kiedy dotarła do więzionego na Białołęce barda opozycji Jana Krzysztofa Kelusa, napisał on balladę pt. „Polski broadside, czyli w więzieniu zasłyszana opowieść prawdziwa o ponownym ocaleniu Narożniaka Jana z rąk prok. Bardonowej”, która stała się podziemnym hitem stanu wojennego. Oto jej fragment:

„Parę dni minęło

– wie już Polska cała –

że Jasio Narożniak

zrobił gliny w wała

Mieli ze szpitala

wziąć go do więzienia

ale mu pomogli

chłopaki z podziemia”.

Dwóch młodych mężczyzn pewnym krokiem przechodzi obok uzbrojonych w kałasznikowy zomowców pilnujących śluzy bloku operacyjnego szpitala klinicznego Akademii Medycznej przy ulicy Banacha w Warszawie. Do uszu funkcjonariuszy docierają strzępki rozmowy: „ciężki dzień”, „wiele operacji”. Zmęczeni przedłużającą się służbą zerkają na przechodzących mało przyjaźnie, ale przepuszczają bez kontroli. Szkoda na nich czasu, to zapewne młodzi lekarze albo praktykujący studenci. Mężczyźni wchodzą do pomieszczenia z odzieżą dla personelu, zakładają zielonkawe lekarskie kitle i idą dalej w głąb korytarza. Gdyby ktoś ich wtedy obserwował, zapewne zdziwiłby się, że beztrosko złamali regulamin, zakładając fartuchy na codzienne ubrania. Ale nikt na nich nie zwraca uwagi, bez problemu więc docierają do sali pooperacyjnej i podchodzą do leżącego tam pacjenta. „Przysyła nas doktor Romaszewski” – ściszonym głosem odzywa się jeden z nich, a pacjent lekko kiwa głową, chociaż zdaje sobie doskonale sprawę, że taki lekarz na pewno w tym szpitalu nie pracuje. Mężczyźni wytaczają jego łóżko tylnym wyjściem z sali i cała trójka kieruje się do windy. Ktoś wciska na tablicy przycisk najniższego poziomu.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia Polski
Tajemnicza beczka wyłowiona z Bałtyku i jej ofiary. Czas na działania Akademii Marynarki Wojennej i WAT
Historia Polski
Czy prof. Jerzy Bralczyk miał rację? Ostrożnie z tym uczłowieczaniem
Historia Polski
Zwiedzamy polskie zabytki techniki: Staropolski Okręg Przemysłowy
Historia Polski
Manifest PKWN: 22 lipca, dzień wielkiego kłamstwa
Materiał Promocyjny
Mity i fakty – Samochody elektryczne nie są ekologiczne
Historia Polski
Oto kufer Else Ledermann. 80 lat temu zlikwidowano obóz na Majdanku