18 września mija 87. rocznica bitwy pod Tułowicami – starcia, w którym gen. Stanisław Grzmot-Skotnicki przeprowadził w ramach bitwy nad Bzurą ważny atak na pozycje niemieckiej 31. Dywizji Piechoty z IX Korpusu Armijnego Wehrmachtu, odnosząc ciężkie rany, w wyniku których zmarł dzień później w pobliskiej leśniczówce. Jak z dzisiejszej perspektywy oceniacie panowie – jako stryjeczni wnukowie generała – to wydarzenie?

Michał Skotnicki: Wspomniana heroiczna śmierć jest nie tylko zakończeniem życia żołnierza, ale pewnego rodzaju puentą losów człowieka reprezentującego wiarę w określone wartości całego swojego pokolenia. Jego generacja walczyła na frontach Wielkiej Wojny, odzyskała niepodległą Polskę, kształtowała okres międzywojenny i zbudowała pokolenie Kolumbów walczących z niemieckim okupantem w czasie II wojny światowej. Generał Stanisław Grzmot-Skotnicki urodził się w latach 90. XIX w., miał zatem to szczęście walczyć o odzyskanie niepodległości Polski.

Szarża i śmierć gen. Grzmota-Skotnickiego pod Tułowicami były przejawem najwyższego bohaterstwa. Jednak można by zapewne natrafić na opinie, że była marnotrawstwem dowódczego kunsztu. Rodzi się pytanie, czy odzyskanie inicjatywy w lokalnym starciu było warte straty tak cennego wojskowego dowódcy?

Maksymilian Skotnicki: Jego postawę nazwałbym patriotyzmem pozbawionym politykierstwa. Był w „Siódemce Beliny”, czyli pierwszym patrolu zwiadowczym, który z rozkazu Józefa Piłsudskiego przekroczył granicę zaboru rosyjskiego. Później walczył kolejno w Pierwszej Kompanii Kadrowej i w wojnie polsko-bolszewickiej. Dla niego patriotyzm był wartością nadrzędną. Jego zasługi nie kończyły się na wojennej charyzmie. Na początku okresu międzywojennego został wysłany do szkoły kawalerii w Saumur we Francji. Zamiast na polityce skupił się na absorbowaniu francuskich rozwiązań wojskowych i wprowadzaniu ich do polskich sił zbrojnych – także jako główny instruktor w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Operacja bitwy nad Bzurą miała głęboki sens. Aż do 1941 r. była jedynym zwrotem zaczepnym wobec armii niemieckiej w wielkim stylu. Opóźniła marsz Wehrmachtu na Warszawę, dając czas zachodnim aliantom do rozpoczęcia ofensywy ustalonej na przynajmniej dwa tygodnie od czasu wypowiedzenia wojny. Zatem poświęcenie biorących udział w bitwie żołnierzy miało sens.

Generał Skotnicki nie uległ powszechnej w II RP chorobie politykierstwa, stawiając etos żołnierza ponad jałowe spory partyjne.

Michał Skotnicki: Tę postawę widzimy w 1926 r. Grzmot-Skotnicki, jak przystało na byłego legionistę, był oczywiście piłsudczykiem, ale podczas zamachu majowego, jako dowódca 15. Pułku Ułanów Poznańskich, opowiedział się po stronie legalnego rządu i ruszył nawet na pomoc prawowitej władzy w Warszawie. Nie dotarł, ponieważ związany z PPS Związek Zawodowy Kolejarzy wstrzymał ruch pociągów, uniemożliwiając przejazd wojskom wiernym rządowi. Wówczas wydarzenia potoczyły się szybciej. Mimo osobistego przywiązania do Piłsudskiego przeciwstawił się koncepcji zamachu stanu, dotrzymując przysięgi żołnierskiej. Całe życie pozostał przede wszystkim wierny chłodnemu profesjonalizmowi wojskowemu.

Czytaj więcej

Wrzesień 1939 jako grecka tragedia. Rozkaz, który podzielił polskich dowódców

Czy opowiedzenie się po stronie rządowej nie zaszkodziło jego karierze w latach 30.?

Michał Skotnicki: Nie zaszkodziło. Marszałek Józef Piłsudski nie zemścił się na nim za tę postawę, co nie było częste. Przecież represje wobec oficerów, którzy stanęli po stronie rządowej bywały dotkliwe. Według rodzinnej opowieści miał później wezwać „Grzmota” do Belwederu i powiedzieć: „Oj, Grzmocik, Grzmocik…”. Jeszcze w 1930 r. Skotnicki został awansowany na generała, w wieku zaledwie 36 lat. To pokazuje, że można być wiernym własnemu środowisku, wartościom, a jednocześnie w sprawach zasadniczych kierować się przede wszystkim interesem państwa.

Podobnie było w 1939 r., kiedy nie zgodził się z decyzjami marszałka Śmigłego-Rydza...

Michał Skotnicki: No właśnie. Wojsko Polskie znalazło się wtedy w trudnej sytuacji. Rozmieszczenie sił przy granicach było częściowo wymuszone politycznie, ponieważ istniała obawa, że Niemcy zajmą Pomorze, Wielkopolskę i Śląsk – na tym zakończą ofensywę – a następnie będą twierdzić, że Polska nawet nie próbowała tych terenów bronić. Dlatego generał Grzmot-Skotnicki znalazł się w jednym z najtrudniejszych pod względem obronnym miejsc w Polsce – w rejonie korytarza pomorskiego i Bydgoszczy. Po pierwszych walkach zdołał przeorganizować rozbite oddziały i stworzyć grupę operacyjną pod swoim dowództwem. Walczył do końca, a jego ostatnie działania pod Tułowicami były próbą przebicia się w kierunku Warszawy.

Grzmot-Skotnicki był jednym z zaledwie kilku polskich generałów, którzy zginęli podczas kampanii wrześniowej. Nie zginął przypadkowo, gdzieś na tyłach. Osobiście uczestniczył w działaniach bojowych i prowadził swoich żołnierzy. Tak nie czyni człowiek, który utracił wiarę w walkę.

Maksymilian Skotnicki: I właśnie dlatego jego śmierci nie należy sprowadzać do romantycznego gestu bez znaczenia. Ta uparta walka do samego końca nie była aktem emocji, ale konsekwencją wcześniejszych bohaterskich postaw i całej jego służby dla Polski.

W kilku polskich miastach znajdują się ulice gen. Grzmota-Skotnickiego, m.in. w Poznaniu, Wrocławiu, Płocku, Łowiczu i Sochaczewie. Niezrozumiałe jest jednak, dlaczego nie ma ulicy jego imienia w stolicy. Przecież zginął, idąc Warszawie na odsiecz.

Maksymilian Skotnicki: Nazwy ulic i inne miejsca pamięci powinny czemuś służyć. Jeżeli mamy postać tak jednoznacznie związaną ze służbą państwu, to jej upamiętnienie wydaje się naturalne. Całe życie Stanisława Grzmota- -Skotnickiego pokazuje, że na pierwszym miejscu stawiał Polskę. Już jako bardzo młody człowiek marzył o wstąpieniu do Wojska Polskiego. Wiemy o tym ze wspomnień jego serdecznego przyjaciela ze szkoły handlowej w Radomiu, Michała Tadeusza Brzęka-Osińskiego. Wspólnie spędzali wakacje w Skotnikach, jeździli konno i odgrywali szarże „na Moskala”. Gdy kończyli szkołę i zastanawiali się, co dalej robić, matka Stanisława, Wanda Skotnicka z domu Russocka, miała podejść do nich i powiedzieć: „Już ja wiem, chłopcy, co wam się marzy – Wojsko Polskie”. To dobrze pokazuje atmosferę patriotyczną, która w tamtym pokoleniu była czymś bardzo naturalnym.

Czy planujecie stworzyć miejsce dedykowane jego pamięci w rodzinnych Skotnikach?

Michał Skotnicki: Myślimy o stworzeniu w dworze w Skotnikach muzeum poświęconego Sandomierszczyźnie, w którym generał byłby oczywiście odpowiednio upamiętniony. Ważne jest też to, że pamięć o nim nie jest wyłącznie inicjatywą rodziny. Na stulecie odzyskania niepodległości z inicjatywy lokalnej społeczności wmurowano tablicę upamiętniającą gen. Stanisława Grzmota- -Skotnickiego na budynku szkoły podstawowej, współufundowanej niegdyś przez naszego dziadka, Maksymiliana Skotnickiego, który był bratem generała. Ostatnio pan Adrian Wołos, wójt gminy Samborzec, zapowiedział utworzenie komitetu budowy pomnika gen. Stanisława Grzmota- -Skotnickiego w rodzinnych Skotnikach. To jest szczególnie cenne, ponieważ inicjatywa wychodzi bezpośrednio od mieszkańców.

A jak wyobrażalibyście sobie upamiętnienie postaci generała w Warszawie?

Maksymilian Skotnicki: Ulica nazwana nazwiskiem generała byłaby chyba najlepszym rozwiązaniem. To postać, która może funkcjonować ponad podziałami politycznymi. Był przede wszystkim żołnierzem i patriotą. Nawet jako piłsudczyk potrafił w maju 1926 r. opowiedzieć się przeciwko zamachowi stanu. Dzisiaj potrzebny nam jest wzór państwowca opierającego się bieżącym sporom politycznym. Wartości, którymi żył nasz stryjeczny dziadek, są z naszej perspektywy nadal aktualne. Staramy się kontynuować to dziedzictwo, angażując się w różne inicjatywy społeczne. Jednym z przedsięwzięć jest współtworzona przez nas Fundacja Pamięci o Bohaterach Powstania Warszawskiego. Z niewielkiej prywatnej fundacji wyrosła organizacja pożytku publicznego, która dzięki zaangażowaniu przedsiębiorców i społeczników rozwija swoją działalność: buduje pomniki, wydaje książki, pomaga żyjącym jeszcze powstańcom warszawskim, a co najważniejsze przekazuje wiedzę kolejnym pokoleniom.

Kiedy dwa lata temu zwiedzałem prastary gotycki kościół pw. Jana Chrzciciela w Skotnikach, ufundowany w 1347 r. przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Jarosława Bogorię Skotnickiego, szczególnie poruszyła mnie tablica umieszczona w kruchcie. Wymienieni są tam wszyscy członkowie waszej rodziny, którzy zginęli i zmarli w czasie II wojny światowej.

Michał Skotnicki: Wszyscy czterej bracia z tego pokolenia zginęli – Stanisław, Gustaw, Michał i Maksymilian. Wanda Skotnicka, ich matka, zmarła po otrzymaniu wiadomości o śmierci kolejnego syna. Polegli też synowie dwóch braci, Jarosław i Jan. Jarosław Skotnicki, syn Gustawa, żołnierz Armii Krajowej, został rozstrzelany w Szydłowcu. Jan Skotnicki poległ w Powstaniu Warszawskim. Michał Skotnicki, jego ojciec, zginął w Warszawie podczas niemieckiej łapanki. Syn generała Grzmota- -Skotnickiego, Stanisław „Stach” Skotnicki, przeżył wojnę. Był związany z Armią Krajową i kierował podchorążówką w należącym do rodziny majątku Sobótka. Po wojnie został aresztowany przez służby komunistyczne. Wyszedł na wolność dopiero w 1956 r. Później został redaktorem i przez lata w pewnym sensie reprezentował pamięć o swoim ojcu podczas wielu uroczystości, w których brał udział jako uznany radiowiec. Miał talent do opowiadania i charakterystyczny przedwojenny humor. Kiedyś znany dziennikarz radiowy i telewizyjny, Wojciech Reszczyński, zapytany o swoją karierę dziennikarską i sposób działania mediów komunistycznych, odpowiedział: „Pierwszym człowiekiem, którego zapamiętałem z nonkonformistycznej postawy, a spotkałem go w Polskim Radiu, był redaktor Stanisław Skotnicki, syn generała Grzmota-Skotnickiego, żołnierza Legionów Polskich i uczestnika kampanii wrześniowej, podczas której poległ. Jego postawa imponowała mi, władza ludowa go nie złamała. W 1956 r. wyszedł na wolność z celi śmierci. Podziwiałem jego przedwojenny humor, celne riposty, kpiny z partyjnych aparatczyków. To on objaśnił mi tamte »radiowe układy«”.

Redaktor Stanisław Skotnicki przyczynił się w latach 80. ub. wieku m.in. do odbudowy słynnego przedwojennego pomnika ułana w Poznaniu, który w czasie okupacji został zniszczony przez Niemców.

Michał Skotnicki: Redaktor Stanisław Skotnicki bardzo zabiegał o jego odbudowę. Pomnik był ważnym symbolem poznańskim, związanym m.in. z pamięcią o wojnie polsko-bolszewickiej. Podczas uroczystości otwarcia w latach 80. władze nie pozwoliły mu jednak wygłosić przemówienia.

Na tablicy umieszczonej w skotnickim kościele jest także wymienione nazwisko waszego dziadka – Maksymiliana Skotnickiego. Jego śmierć to tragiczna ironia losu, zmarł bowiem 5 maja 1945 r. w obozie jenieckim w Murnau, czyli praktycznie tydzień po wyzwoleniu przez wojsko amerykańskie. Ta śmierć u progu wolności akcentuje tragizm tamtych czasów, kiedy ratunek przychodzi o krok za późno.

Michał Skotnicki: Dziadek był oficerem rezerwy. Jako bardzo młody człowiek walczył już w 1919 r., a później w wojnie polsko- -bolszewickiej. W 1939 r. wziął udział w wojnie obronnej. Następnie trafił do Oflagu VII A Murnau pod Monachium. Tam przebywał przez ponad pięć lat. Przypomnijmy, że był to obóz jeniecki dla oficerów, a nie obóz koncentracyjny. Niemcy w pewnym zakresie przestrzegali tam konwencji dotyczących jeńców wojennych, ponieważ obóz ten był często odwiedzany przez przedstawicieli Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Ale mimo to warunki były ciężkie. Dziadek był tak wycieńczony, że zmarł trzy dni przed zakończeniem II wojny światowej w Europie.

Dr Maksymilian Skotnicki (1937–2007) – geograf, afrykanista, redaktor naczelny „Miscellanea Geograph

Dr Maksymilian Skotnicki (1937–2007) – geograf, afrykanista, redaktor naczelny „Miscellanea Geographica”, kawaler francuskiego orderu Palmes Académiques. W 2025 r. pośmiertnie wyróżniony nagrodą „In Memoriam” w plebiscycie Zielone Orły dziennika „Rzeczpospolita” za działalność naukową, badania nad środowiskiem oraz wkład w rozwój małych elektrowni wodnych w Polsce

Foto: arch. rodziny Skotnickich

A trzeci z braci, Gustaw Skotnicki, trafił do obozu Mauthausen-Gusen?

Maksymilian Skotnicki: Tak. Gustaw został aresztowany przez Niemców w 1939 r. i trafił do obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen. Jak wiadomo, tam warunki były straszne. Zginął niecały rok później.

Jak przez pryzmat niewyobrażalnej tragedii waszej rodziny – utraty najbliższych i części dorobku pokoleń – spoglądacie na problem zadośćuczynienia i reparacji wojennych od Niemiec?

Michał Skotnicki: Jak dla każdej rodziny – najważniejsze są przede wszystkim straty ludzkie. Tego oczywiście nie da się przeliczyć na pieniądze. Były też straty materialne. Rodzina posiadała m.in. kopalnie węgla kamiennego w Zagłębiu Dąbrowskim, które podczas wojny przejęli Niemcy. Z kolei majątki ziemskie – Skotniki oraz Ruszcza – zostały później odebrane przez komunistów. Sama sprawa reparacji międzypaństwowych jest bardzo skomplikowana. Są kwestie formalne związane ze zrzeczeniem się reparacji przez PRL w latach 50. i późniejszym stanowiskiem władz wolnej Polski. Są też sprawy indywidualne. Jeżeli konkretna rzecz została zrabowana rodzinie i nadal istnieje, to powinna oczywiście wrócić do prawowitego właściciela albo jego spadkobierców. Państwo polskie powinno przede wszystkim walczyć o własność swoich obywateli, a nie traktować odzyskane z Niemiec przedmioty automatycznie jako własność państwa. Jest również wymiar moralny, szczególnie wobec ludzi, którzy jeszcze żyją i bezpośrednio doświadczyli niemieckiej okupacji. W ich przypadku zadośćuczynienie symboliczne oraz finansowe ma znaczenie. Z drugiej strony, po II wojnie światowej Polska bardzo poważnie zmieniła granice. Straciliśmy ogromne obszary na wschodzie, ale uzyskaliśmy Śląsk, Warmię, Mazury i Pomorze. Dlatego do wszystkich kwestii prawnych i terytorialnych trzeba podchodzić bardzo ostrożnie. Polsce powinno zależeć przede wszystkim na trwałości powojennych granic. Co ciekawe, była to jedna z nielicznych spraw, w których polskie środowiska niepodległościowe i emigracyjne zajmowały podobne do władz PRL stanowisko. Niemcy w dużym stopniu przepracowali odpowiedzialność za II wojnę światową, czego nie można niestety powiedzieć o drugim agresorze – Rosji. Nadal jednak brakuje w Niemczech odpowiedniej edukacji o skali tego, co wydarzyło się w okupowanej Polsce. To jest pole do dalszej pracy: utrwalania pamięci, edukacji, wykonywania gestów moralnych i pomocy dla żyjących ofiar.

Czyli nie chodzi o proste hasło „należą nam się pieniądze”, tylko o znacznie szerszy bilans prawny, historyczny i moralny?

Michał Skotnicki: Dokładnie tak. Trzeba patrzeć na całość bardzo rozważnie. Każde pytanie rodzi bowiem następne. Pamiętajmy, że jeżeli próbujemy patrzeć na II wojnę światową z perspektywy wszystkich decyzji podejmowanych przez Polskę – na przykład: czy należało iść z Hitlerem, czy przeciwko niemu lub jak oceniać układ Sikorski–Majski, Powstanie Warszawskie i inne wydarzenia – to bardzo łatwo jest po latach tworzyć alternatywną historię, szczególnie używając zasady: „analiza wsteczna zawsze skuteczna”. W latach 1939–1945 Polska znalazła się w sytuacji tragicznej, bez dobrego wyjścia. Najważniejszą kwestią jest, że stanęliśmy pod względem moralnym po dobrej stronie. Jeśli można wskazać jeden długoterminowo korzystny element powojennego układu, to są nim uzyskane ziemie zachodnie i północne. Bez polskiego wysiłku wojennego i bezprecedensowego poświęcenia Polaków nie otrzymalibyśmy tak dużych poniemieckich obszarów. Z kolei gdyby Polska, utraciwszy Kresy, jednocześnie nie otrzymała wspomnianych terenów niemieckich, zostałaby niewielkim państwem, niewiele większym niż Kongresówka. Dlatego w dyskusji o reparacjach trzeba pamiętać o całym powojennym bilansie i o tym, że stabilność obecnych granic ma dla Polski fundamentalne znaczenie.

Czytaj więcej

Kisielin. Zjeżdżały tu tysiące arian z całej Rzeczypospolitej. Dziś nie ma po nich śladu

Wspomnieliście o potrzebie edukacji historycznej w Niemczech. Jak z tej perspektywy oceniacie sposób, w jaki Niemcy dbają o pamięć polskich jeńców w Murnau? Głównym akcentem pamięci jest przecież tylko tablica odsłonięta w 2012 r. z inicjatywy Polskiej Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Michał Skotnicki: W przypadku Murnau trudno mieć jednak większe zastrzeżenia. Jest tam bardzo dobrze utrzymany cmentarz z polską kwaterą, położony przy barokowym kościele, w honorowym miejscu. Kiedy będąc na miejscu, szukałem polskiej kwatery, starsze niemieckie małżeństwo od razu wiedziało, o kogo chodzi. Wspominali, że wśród polskich jeńców było wielu lekarzy i że Polacy leczyli miejscową ludność. Ta pamięć nadal tam funkcjonuje.

Jak osadzenie dziadka w niemieckim obozie wpłynęło na funkcjonowanie waszej rodziny?

Maksymilian Skotnicki: Kiedy w 1939 r. dziadek został wywieziony do Murnau, jego dzieci były bardzo małe. Nasz ojciec urodził się w 1937 r., a jego siostra Irena w 1934 r. W Skotnikach została więc nasza babcia Maria Skotnicka z domu Knothe ze swoimi dziećmi i to ona musiała przejąć prowadzenie całego majątku ziemskiego. Babcia była odważną kobietą. Służyła w konspiracji jako zastępca dowódcy Wojskowej Służby Kobiet AK w Okręgu Radom-Kielce. Dwór w Skotnikach stał się ważnym lokalnym punktem działalności konspiracyjnej: odbywały się tam spotkania i odprawy. A przecież jej sytuacja była szczególnie trudna, bo nie mogła po prostu „pójść do lasu”. Miała dzieci, gospodarstwo i ponosiła odpowiedzialność za ludzi. W razie przyjazdu Niemców nie mogła po prostu zniknąć. W lokalnej pamięci zachowało się wzruszające wspomnienie: babcia wysyłała paczki do osób przebywających w obozach i nie różnicowała ich według pozycji społecznej. Taka sama paczka szła zarówno do jej męża, jak i do pracownika majątku. Takie zachowania częściowo tłumaczą, dlaczego po tylu latach społeczność nadal pamięta o naszej rodzinie.

Wojenne doświadczenia dotknęły waszego ojca, doktora Maksymiliana Skotnickiego. A mimo to świetnie sobie później poradził w życiu: został nauczycielem akademickim, badaczem kultury afrykańskiej i redaktorem naczelnym pisma geograficznego „Miscellanea Geographica”.

Michał Skotnicki: Miał pod tym względem sporo szczęścia. Był geografem na Uniwersytecie Warszawskim, zajmował się Francją i francuskojęzyczną Afryką. Dzięki pracy naukowej mógł regularnie wyjeżdżać, prowadzić zajęcia we Francji. Nie zmienia to oczywiście faktu, że historia naszej rodziny w PRL – jak wielu innych rodzin ziemiańskich – była trudna. Maria Wickenhagen z domu Skotnicka, siostra generała Grzmota- -Skotnickiego, w czasie okupacji łączniczka AK, trafiła do Krakowa i pracowała najpierw w wytwórni lalek, a później w fabryce przy ciężkiej produkcji płyt paździerzowych. Inni członkowie rodziny przechodzili przez więzienia i represje. Jeden z naszych krewnych, Witold Józefowski, dowódca Kedywu na Sandomierszczyźnie, był więziony w gułagu na Wyspach Sołowieckich, następnie przez UB, a po 1956 r. zdołał odbudować życie zawodowe, stworzyć magazyn „Uroda” i zostać jego wieloletnim redaktorem naczelnym. To przykłady osób, które potrafiły się odnaleźć w trudnej rzeczywistości.

Czytaj więcej

Iluzja zachodniej pomocy. Co naprawdę zrobili sojusznicy po 3 września 1939 r.

Dziś to w waszych rękach spoczywa możliwość urzeczywistniania marzeń tamtych pokoleń i wprowadzania Warszawy w nową erę. Jak oceniacie pozostałości architektury PRL-u i w jaki sposób jako deweloperzy zamierzacie przekształcić te zaniedbane przestrzenie w nowoczesną wizytówkę Warszawy?

Michał Skotnicki: Bądźmy obiektywni – PRL była złem, choć oczywiście nie przez cały okres jednakowym. Inaczej wyglądały lata stalinowskie, inaczej rządy Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Polska weszła w rok 1989 w stanie praktycznie gospodarczego bankructwa. Czechy czy Węgry startowały z wyższego poziomu. Być może właśnie dlatego w Polsce możliwe były głębokie reformy. Jeżeli spojrzeć na ostatnie 35 lat całościowo – na politykę gospodarczą, geopolitykę, integrację europejską i atlantycką, kwestie tradycji historycznej – można postawić tezę, że Polska była przez te trzy dekady jednym z najlepiej rządzonych państw Europy, niezależnie od kwestii podziałów politycznych. Oczywiście, popełniono błędy. Jednym z większych jest np. brak uczciwej reprywatyzacji. Mimo to Warszawa jest dziś jednym z najbardziej widocznych symboli tej transformacji. W 1989 r. była miastem mocno naznaczonym zniszczeniami wojennymi i komunizmem. Dzisiaj jej rozwój robi ogromne wrażenie nie tylko na Polakach, ale także na cudzoziemcach.

O PRL-u i blisko pięciu dekadach komunizmu nie sposób zapomnieć, kiedy w samym centrum rozwijającej się Warszawy stoi Pałac Kultury i Nauki, pierwotnie noszący imię Józefa Stalina. Jaka jest wasza opinia o tym budynku?

Maksymilian Skotnicki: Moim zdaniem, po 1989 r. Pałac Kultury powinien był zostać rozebrany z powodów symbolicznych. Po odzyskaniu niepodległości po I wojnie światowej z Warszawy usunięto sobór świętego Aleksandra Newskiego, który również był odbierany jako symbol rosyjskiej dominacji. Pałac Kultury miał podobną funkcję: był monumentalnym znakiem dominacji sowieckiej nad Polską. Jeżeli wychodzimy z systemu, którego symbolem był ten gmach, naturalnym gestem byłoby również jego usunięcie. Druga sprawa to własność gruntów. Pałac powstał na ogromnym obszarze dawnej tkanki miejskiej. Część ocalałych po wojnie kamienic została wyburzona pod jego budowę. Wiele działek należało do prywatnych właścicieli lub ich rodzin. Kwestia ich praw nigdy nie została w pełni rozwiązana.

Ale dziś Pałac Kultury jest już wpisany do rejestru zabytków. Wydaje się zatem nietykalny.

Maksymilian Skotnicki: To oczywiście utrudnia sprawę, ale decyzje administracyjne nie są nieodwracalne. Dyskusja o przyszłości tego miejsca nadal może trwać.

A jak wyobrażalibyście sobie zabudowę Placu Defilad, gdyby Pałac Kultury został kiedyś usunięty?

Michał Skotnicki: Najpierw trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: po co Pałac Kultury w ogóle powstał? Jego zadaniem było zdominowanie przestrzeni Warszawy i pokazanie sowieckiej przewagi. Już z tego powodu po 1989 r. powinien był zostać rozebrany. Ale jest też argument urbanistyczny. Dopóki pałac i ogromna pustka wokół niego zajmują centralny obszar między Alejami Jerozolimskimi, Marszałkowską, Świętokrzyską i Emilii Plater, Warszawa nie ma w tym miejscu normalnego śródmieścia. To olbrzymi obszar. Zamiast zwartej tkanki miejskiej mamy jeden ogromny kompleks otoczony pustą przestrzenią. Można byłoby odtworzyć część przedwojennej siatki ulic, oczywiście z modyfikacjami wynikającymi ze współczesnych potrzeb. Od strony Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich można byłoby zachować tradycyjną „wysokość warszawską”, której przykładem jest choćby hotel Polonia. Od strony Świętokrzyskiej można zostawić park, a w głębi dopuścić nowoczesne dominanty wysokościowe. Taki projekt powinien powstać w wyniku dużego międzynarodowego konkursu. Mógłby stać się wizytówką nowoczesnej Warszawy i ważnym impulsem rozwojowym dla całego kraju. Warszawa nie będzie konkurować z Pragą czy Krakowem liczbą zachowanych zabytków, bo historia jej to uniemożliwiła. Może natomiast wyróżnić się jako nowoczesna europejska stolica.