Cywilny rząd Rzeczypospolitej wraz z Naczelnym Dowództwem ruszył ku granicy z Rumunią. Tego dnia polski korpus generalski stanął przed sprawdzianem z moralnej odpowiedzialności za zwykłego żołnierza, który nie pytał o sens politycznych kalkulacji.

Głównym antybohaterem tej tragedii narodowej stał się Edward Śmigły-Rydz. Próbował unieść ciężar dziedzictwa Józefa Piłsudskiego, lecz nie miał nawet cienia charyzmy Marszałka. Jego rozkaz ewakuacji, wydany w obliczu sowieckiego ciosu w plecy, w założeniu miał ratować ciągłość państwa i siłę armii. W praktyce wywołał jednak głęboką wyrwę w sercach tych, którzy uważali, że hetman nigdy nie opuszcza pola bitwy. Być może Rydz myślał, że postępuje jak Piłsudski, który w pierwszych dniach sierpnia 1920 r. wyjechał do Puław, opuszczając Warszawę. Ale przecież Piłsudski w Puławach objął dowództwo nad Grupą Uderzeniową, aby osobiście poprowadzić kontrofensywę znad Wieprza. Pozostał w granicach państwa i na polu walki. Nawet jeśli Rydz liczył na odbudowę sił na Zachodzie, działał poza swoimi konstytucyjnymi obowiązkami. Świadomie pozbawił się możliwości dalszego dowodzenia oddziałami walczącymi w kraju, wywołując paraliż decyzyjny i zostawiając wojsko bez centralnego kierownictwa.

Trzej generałowie wybrali śmierć zamiast granicy

Po polskiej stronie granicy zostali ludzie, dla których linia odwrotu wyznaczała granicę honoru. Wśród tych, którzy wybrali walkę bez oglądania się na odgórne dyrektywy, było trzech generałów, którzy oddali życie w obronie ojczyzny. Symboliczną staje się postać generała Józefa Kustronia, dowódcy 21. Dywizji Piechoty Górskiej, który w pierwszej linii z bronią w ręku poprowadził swoich ludzi pod Oleszycami do wyrwania się z pierścienia okrążenia. Kula wroga dostrzegła go natychmiast. Zginął tak, jak żył: bez zbędnych gestów. Poległ wśród swoich podkomendnych. Kustroń nie kalkulował geopolitycznych zysków i strat. Dla niego liczyła się tylko ta konkretna polana, ten konkretny las i ludzie, których nie mógł zostawić na łaskę wroga.

Czytaj więcej

Polegli w obronie Polski

87 lat temu, 18 września 1939 r., dzień po ucieczce Naczelnego Wodza generał brygady Stanisław Grzmot-Skotnicki (o którego życiu rozmawiam z jego stryjecznymi wnukami na stronach J6–J7 tego wydania „Rzeczy o Historii”) poprowadził pod Tułowicami Grupę Operacyjną swojego imienia na pozycje niemieckie. Manewr polegał na dynamicznym uderzeniu konnicy i piechoty mającym rozbić pierścień okrążenia i otworzyć drogę do Puszczy Kampinoskiej. Koncepcja była słuszna. Trzystu jego podkomendnym udało się przebić. On sam jednak, prowadząc kawalerzystów z pierwszej linii, został śmiertelnie ranny.

Podobnie rzecz się miała z generałem Mikołajem Bołtuciem, dowódcą Grupy Operacyjnej „Wschód”. Był to człowiek szorstki, znany z twardego traktowania podwładnych i surowy wobec samego siebie. Pragmatyk, który miał pełną świadomość katastrofy. A jednak pod Łomiankami, próbując przebić się do oblężonej stolicy, poszedł na czele natarcia. Zginął od strzału strzelca wyborowego.

Gdy Hitler odbierał defiladę w Warszawie, jeden polski generał wciąż walczył

Wielu oficerów wybrało jawne nieposłuszeństwo wobec dyrektywy Naczelnego Wodza o ewakuacji. Generał Franciszek Kleeberg stworzył Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie” i prowadził własną wojnę. Kiedy Hitler 5 października odbierał defiladę zwycięstwa w Warszawie, SGO Kleeberga zadała dotkliwe straty niemieckiemu XIV Korpusowi Zmotoryzowanemu, zapisując ostatni rozdział wojny obronnej 1939 r. Dopiero całkowity brak amunicji zmusił Kleeberga do złożenia broni.

Czytaj więcej

Czy Hitlera można było zatrzymać? Wtedy okno możliwości pozostawało jeszcze otwarte

Tymczasem po drugiej stronie granicy polsko-rumuńskiej toczyło się inne życie. Generałowie, którzy wykonali rozkaz Śmigłego-Rydza, tłumaczyli ucieczkę dyscypliną, rygorem służby i koniecznością zachowania kadr. Z punktu widzenia wojskowej pragmatyki mieli rację, przecież armia to struktura oparta na posłuszeństwie. Jednak w wymiarze społecznym i symbolicznym ich przejazd przez granicę był pęknięciem nie do naprawienia. Historia rzadko wybacza chłodną kalkulację w chwilach narodowej tragedii. Zachęcam Państwa do lektury najnowszego numeru kwartalnika „Uważam Rze Historia” (4/2026), który w całości poświęciliśmy tym zagadnieniom. Magazyn ukaże się w sprzedaży już 24 września.