23 września 1976 r. 14 osób podpisało dokument, który był odpowiedzią na represje wobec robotników uczestniczących w protestach Czerwca ’76. Nie wiedzieli jeszcze, że tworzą organizację, która stanie się jednym z najważniejszych środowisk demokratycznej opozycji w PRL. Komitet Obrony Robotników nie obalił komunizmu i nie był jedynym nurtem opozycji. Jego znaczenie polegało na czymś innym: stworzył nowy sposób działania – jawny, oparty na solidarności, samoorganizacji i obronie praw obywatelskich.

KOR nie był pierwszą formą sprzeciwu wobec komunizmu. Jego narodziny były rezultatem kilkuletniego dojrzewania środowisk opozycyjnych. To właśnie połączenie doświadczeń wcześniejszych protestów, środowisk intelektualnych i robotniczych oraz wydarzeń czerwca 1976 r. stworzyło warunki do powstania organizacji, która zmieniła sposób myślenia o działalności opozycyjnej. Jej członkowie działali pod własnymi nazwiskami, podawali adresy i numery telefonów, wiedząc, że oznacza to stałą obserwację i represje ze strony Służby Bezpieczeństwa.

Opozycja dojrzewała przez całe lata 70.

Na początku dekady mogło się wydawać, że rządy Edwarda Gierka przyniosły Polsce stabilizację. Po dramatycznym Grudniu ’70 nowe kierownictwo PZPR wycofało podwyżki cen żywności i rozpoczęło modernizację kraju, finansowaną w dużej mierze zachodnimi kredytami. Rosnąca konsumpcja dawała wrażenie, że system potrafi się reformować.

Czytaj więcej

Jan Olszewski. Biografia nieoczywista

Za fasadą inwestycji niewiele się jednak zmieniło. Polska pozostawała państwem jednopartyjnym, podporządkowanym Związkowi Radzieckiemu, bez wolnych wyborów, niezależnych organizacji i swobody wypowiedzi. Aparat bezpieczeństwa nadal ścigał przeciwników politycznych. W pierwszej połowie lat 70. represje dotykały zarówno działaczy niepodległościowych, jak i osoby występujące w obronie praw człowieka.

W tych warunkach powstawały nowe formy oporu. Profesorowie, pisarze i przedstawiciele środowisk akademickich zaczęli podpisywać listy otwarte w obronie więźniów politycznych, prześladowanych studentów, czy Polaków mieszkających w Związku Radzieckim. Początkowo były to pojedyncze inicjatywy, ale stopniowo tworzyły środowisko ludzi gotowych do bardziej zdecydowanego działania.

Przełom przyniósł koniec 1975 r. Władze zamierzały zmienić konstytucję, wpisując do niej kierowniczą rolę PZPR oraz „nierozerwalny sojusz” ze Związkiem Radzieckim. Odpowiedzią był „List 59”, podpisany przez przedstawicieli inteligencji. Dokument wykraczał poza sprzeciw wobec jednej zmiany konstytucyjnej. Jego autorzy domagali się wolności słowa i sumienia, prawa do tworzenia niezależnych związków zawodowych i strajku, zniesienia cenzury oraz rzeczywistych wyborów parlamentarnych. Był to ważny krok w kierunku formowania się demokratycznej opozycji – po raz pierwszy tak wyraźnie przedstawiono katalog praw, których realizacji miało służyć działanie opozycyjne. Kilka miesięcy później wydarzenia przyspieszyły.

Czerwiec ’76

25 czerwca 1976 r. w wielu polskich zakładach pracy wybuchły protesty przeciwko zapowiedzianym dzień wcześniej podwyżkom cen żywności. Mięso miało zdrożeć nawet o kilkadziesiąt procent, podrożeć miały także inne podstawowe produkty. Strajki wybuchły m.in. w Warszawie, Łodzi, Płocku, Grudziądzu, Elblągu i Poznaniu. Najgwałtowniejszy przebieg miały jednak wydarzenia w Radomiu, Ursusie i Płocku. Robotnicy wyszli na ulice, domagając się wycofania podwyżek i rozmów z władzami.

Członkowie i sympatycy KOR podczas spotkania na cmentarzu. Na zdjęciu od lewej: NN, NN, Jacek Kuroń,

Członkowie i sympatycy KOR podczas spotkania na cmentarzu. Na zdjęciu od lewej: NN, NN, Jacek Kuroń, Henryk Wujec, Jan Józef Lipski, Piotr Naimski, Janusz Przewłocki. Warszawa, 1976–1980

Foto: NN / Zbiory Ośrodka KARTA (z archiwum rodzinnego Jacka Kuronia)

Kierownictwo PZPR szybko wycofało się z decyzji o podwyżkach. Protestujący mogli więc uznać, że odnieśli sukces. Następnego dnia okazało się, że władze zamierzają zapłacić za swoją porażkę represjami.

Było widać, że cała operacja zrobiona była w sposób kompletnie szczeniacki: najpierw władza zadrwiła ze społeczeństwa, ogłaszając jednego dnia konsultacje, a drugiego – nowe ceny, a następnie okazała słabość, natychmiast wszystko odwołując

Jan Olszewski, Warszawa, 26 czerwca 1976 r.

Do zakładów pracy wkroczyły SB i Milicja Obywatelska. Uczestników protestów zatrzymywano, zwalniano z pracy i stawiano przed sądami. W Radomiu zatrzymani byli bici i poniżani, wielu zmuszano do przechodzenia przez tzw. ścieżki zdrowia – szpalery funkcjonariuszy uzbrojonych w pałki. Zapadały surowe wyroki, a propaganda przedstawiała protestujących jako chuliganów i przestępców.

Represje miały zastraszyć nie tylko uczestników protestów, ale całe społeczeństwo. Stało się jednak coś odwrotnego. Brutalna reakcja władz doprowadziła do nawiązania współpracy między środowiskami, które wcześniej rzadko działały razem.

Mieliśmy świadomość, że sytuacja jest jakościowo nowa. Oto wielka część społeczeństwa publicznie zakwestionowała politykę władzy. I władza się cofnęła. Okazało się, że możliwe jest wywieranie presji, że artykulacja zbiorowych aspiracji może przynieść skutek

Adam Michnik, Laski, 28 czerwca 1976 r.

Inteligencja wyciąga rękę do robotników

Do tej pory protesty robotnicze i środowisk inteligenckich funkcjonowały obok siebie. Marzec ’68 był buntem studentów. Grudzień 1970 r. należał do robotników Wybrzeża. Obie grupy sprzeciwiały się temu samemu systemowi, ale rzadko działały wspólnie.

Latem 1976 r. sytuacja zaczęła się zmieniać. Warszawscy intelektualiści postanowili zorganizować pomoc dla rodzin aresztowanych. Zbierano pieniądze, lekarstwa i żywność. Szukano adwokatów gotowych bronić robotników przed sądami. Jeżdżono do Radomia i Ursusa, rozmawiano z rodzinami skazanych, spisywano relacje świadków, dokumentowano przypadki pobić i łamania prawa. Dla wielu uczestników tych wyjazdów był to pierwszy bezpośredni kontakt ze środowiskiem robotniczym. Szybko okazało się, że różnice społeczne czy światopoglądowe schodzą na dalszy plan wobec wspólnego doświadczenia państwowej przemocy.

Jednym z najważniejszych organizatorów pomocy był Jacek Kuroń. Wspólnie z Antonim Macierewiczem, Janem Józefem Lipskim i grupą przyjaciół niemal natychmiast rozpoczęli akcję wsparcia. Początkowo wydawało się, że będzie ona trwała kilka tygodni – do czasu zakończenia procesów i wypłacenia pomocy najbardziej potrzebującym.

Szybko okazało się jednak, że państwo nie zamierza ustąpić. Każdego dnia pojawiały się informacje o kolejnych zwolnieniach z pracy, nowych aresztowaniach i wyrokach. Rodziny represjonowanych pozostawały bez środków do życia. Potrzebna była organizacja zdolna działać nie przez kilka tygodni, lecz przez wiele miesięcy.

Bezpośrednio zetknęliśmy się z rodzinami poszkodowanych, co wywarło na nas bardzo duże wrażenie. Ci ludzie byli zszokowani, bezradni, spodziewali się najgorszego – a tak się złożyło, że władze popełniły błąd: wytoczyły ten proces osobom bardzo pozytywnym, które mogły być wzorem w swoich środowiskach, więc rodziny też były porządne. […] Wszystko to było bardzo trudne: dużo ludzi się tam pętało, podejrzewali nas, że jesteśmy ubekami, ale w sytuacji takiej rozpaczy lody zostały przełamane. […] Jeszcze na korytarzu sądowym podszedł do mnie Antek i zapytał, czy bym się nie włączył w akcję pomocy dla tych ludzi. Zgodziłem się. »To zgłosisz się do Wojtka Onyszkiewicza« – i podał mi telefon.

Henryk Wujec, Warszawa, 17 lipca 1976 r.

Czternaście podpisów

23 września 1976 r. ogłoszono „Apel do społeczeństwa i władz PRL” i poinformowano o powstaniu Komitetu Obrony Robotników.

Pod dokumentem podpisało się 14 osób: Jerzy Andrzejewski, Stanisław Barańczak, Ludwik Cohn, Jacek Kuroń, Edward Lipiński, Jan Józef Lipski, Antoni Macierewicz, Piotr Naimski, Antoni Pajdak, Józef Rybicki, Aniela Steinsbergowa, Adam Szczypiorski, ks. Jan Zieja i Wojciech Ziembiński. Reprezentowali różne pokolenia, środowiska i tradycje polityczne. Byli wśród nich dawni żołnierze Armii Krajowej, socjaliści, intelektualiści, pisarze, naukowcy i duchowny.

Ta różnorodność była ważna. KOR nie powstał jako organizacja jednej partii czy jednego środowiska. Jego członków łączyło przekonanie, że wobec prześladowania obywateli nie wolno pozostawać obojętnym. Jeszcze ważniejszy był sposób działania.

Autorzy apelu nie ukryli się pod pseudonimami. Nie stworzyli tajnej siatki. Podali własne nazwiska, adresy i numery telefonów. Wiedzieli, że od tej chwili będą obserwowani, zatrzymywani, poddawani rewizjom i szykanom. Mimo to uznali, że jawność jest ich największą siłą. Była to decyzja ryzykowna, ale przemyślana. Władzy trudniej było przedstawiać KOR jako tajną organizację czy „spisek”, skoro jego członkowie otwarcie informowali o swojej działalności i odwoływali się do prawa obowiązującego w PRL oraz międzynarodowych dokumentów dotyczących praw człowieka.

Organizacja, jakiej w PRL jeszcze nie było

Jawność nie była jedyną cechą odróżniającą KOR od wcześniejszych form opozycji. Równie nietypowa była jego struktura. Nie było prezesa ani przewodniczącego, formalnego zarządu, statutu czy rozbudowanej administracji. Decyzje podejmowano wspólnie, a nowych członków przyjmowano za zgodą pozostałych. Dzięki temu Komitet pozostawał niewielką, ale dobrze współpracującą grupą. Każdy zajmował się tym, w czym był najbardziej potrzebny. Jedni organizowali pomoc finansową, inni kontaktowali się z adwokatami, uczestniczyli w procesach i dokumentowali represje. Jeszcze inni przygotowywali komunikaty i przekazywali informacje zachodnim mediom.

Wokół kilkunastu założycieli szybko powstała sieć współpracowników: lekarzy, prawników, studentów, księży i osób prywatnych. Ktoś przekazywał pieniądze, ktoś udostępniał mieszkanie, ktoś inny przepisywał komunikat na maszynie. Dzięki temu KOR nie był zamkniętą organizacją – każdy, kto chciał pomóc, mógł znaleźć dla siebie miejsce. To właśnie w praktyce oznaczało budowanie społeczeństwa obywatelskiego.

Zebranie członków Komitetu Obrony Robotników (KOR) na cmentarzu. Na zdjęciu od lewej: Antoni Maciere

Zebranie członków Komitetu Obrony Robotników (KOR) na cmentarzu. Na zdjęciu od lewej: Antoni Macierewicz, Zbigniew Romaszewski, Jacek Kuroń, Jan Lityński. Warszawa, lata 70. lub 80. XX w.

Foto: NN, zbiory Ośrodka KARTA (z archiwum rodzinnego Jacka Kuronia)

W KOR przy jednym stole spotkali się ludzie o bardzo różnych życiorysach. Jan Józef Lipski, Jacek Kuroń, Antoni Macierewicz, Edward Lipiński, Józef Rybicki, ks. Jan Zieja, Aniela Steinsbergowa czy Ludwik Cohn różnili się poglądami i doświadczeniem. Łączyła ich jednak zasada, że prawa człowieka nie mogą zależeć od światopoglądu. Jeśli państwo prześladuje obywatela, inni powinni stanąć w jego obronie.

Było to szczególnie ważne w społeczeństwie, które przez dziesięciolecia było dzielone przez komunistyczną propagandę. Robotników przeciwstawiano inteligencji, wierzących – ateistom, a przeciwników politycznych przedstawiano jako wrogów państwa.

KOR proponował inną zasadę: możemy się różnić, ale możemy działać razem. Ta praktyczna solidarność stała się jednym z najważniejszych doświadczeń polskiej opozycji. Cztery lata później, podczas strajków sierpniowych, okaże się niezwykle cenna.

Pomagać i dokumentować

Pomoc dla represjonowanych była tylko jedną stroną działalności KOR. Drugą było dokumentowanie działań władz. Członkowie Komitetu pojawiali się na procesach robotników, sporządzali notatki, opisywali przypadki łamania procedur i pobić podczas przesłuchań. Informacje o represjach trafiały do niezależnych komunikatów, a część z nich przekazywano zachodnim mediom.

W państwie, w którym prasa była kontrolowana przez cenzurę, samo przekazanie rzetelnej informacji stawało się formą oporu.

W sytuacji, kiedy czynniki oficjalne, wbrew historycznym, długofalowym interesom narodu, nie dopuszczają do ujawnienia obywatelskiej i moralnej wrażliwości na krzywdę, uformował się Komitet Obrony Robotników. Jego działalność humanitarna zasługuje, w moim głębokim przekonaniu, na całkowite poparcie. Nie uważam za rozsądny apelu Komitetu o pisanie listów do Sejmu w sprawie powołania komisji do »zbadania okoliczności wydarzeń czerwcowych«. Możliwość i celowość powołania takiej komisji są ogromnie wątpliwe – zważywszy, iż powołana do podobnych celów po znacznie tragiczniejszych wydarzeniach grudnia 1970 komisja nigdy nie ujawniła wyników swoich badań, o ile w ogóle badania przedsięwzięła. Uważam jednak, że bardzo szkodliwe byłoby wytworzenie się przekonania, iż pobudki moralne, którymi się Komitet kierował, są nam, polskim literatom, obojętne.

Zdzisław Najder w liście do Jarosława Iwaszkiewicza, Warszawa, 18 grudnia 1976 r. [Zdzisław Najder, „Wywrotowiec”, Warszawa 2026]

Dla robotników i ich rodzin miało to także znaczenie psychologiczne. Wiedzieli, że nie zostali sami. Ktoś interesował się ich losem, pomagał ich rodzinom, organizował obronę prawną i przypominał o ich sprawie innym obywatelom. Właśnie wtedy zaczęło powstawać zaufanie między inteligencją a środowiskiem robotniczym.

KOR szybko zaczął myśleć o czymś więcej niż pomoc dla konkretnych osób. Jego działacze doszli do wniosku, że trwała zmiana wymaga odbudowania więzi społecznych i stworzenia niezależnych od państwa form działania. System PRL opierał się nie tylko na represjach. Równie ważne było przekonanie obywateli, że każdy powinien troszczyć się przede wszystkim o własne bezpieczeństwo. KOR próbował ten mechanizm odwrócić.

Jacek Kuroń podkreślał znaczenie wspólnego działania, Jan Józef Lipski – odpowiedzialności za drugiego człowieka, a Adam Michnik wskazywał na potrzebę tworzenia niezależnych instytucji. Zamiast kolejnego jednorazowego protestu proponowano więc cierpliwe budowanie środowisk, które mogłyby funkcjonować niezależnie od państwa.

To była jedna z najważniejszych zmian, jakie KOR wniósł do polskiej opozycji. Nie chodziło już tylko o protest przeciwko władzy. Chodziło o tworzenie własnej przestrzeni wolności.

Śmierć Stanisława Pyjasa

Na początku 1977 r. działalność Komitetu przynosiła pierwsze efekty. Większość robotników skazanych po Czerwcu ’76 odzyskała wolność, a władze zaczęły zdawać sobie sprawę, że KOR nie jest efemeryczną grupą kilku intelektualistów.

KOR się rozwijał, co chwila zgłaszali się do nas różni ludzie spoza Warszawy z chęcią wspomożenia naszych działań na swoim terenie. Jednym z takich ludzi był Staszek Pyjas, student z Krakowa. Jego idea wsparcia nas w Krakowie połączyła dwa tamtejsze, przeciwstawne sobie z pozoru, środowiska. Jedno to »Beczka«, czyli duszpasterstwo akademickie, prowadzone przez ojców dominikanów. Drugie to komuna hipisów, skąd Staszek się wywodził.

Jacek Kuroń, Warszawa, koniec kwietnia 1977 r. [Jacek Kuroń, „Gwiezdny czas”, Warszawa 1991]

W maju doszło jednak do wydarzenia, które wstrząsnęło środowiskiem opozycyjnym. W nocy z 6 na 7 maja 1977 r. w Krakowie zginął Stanisław Pyjas, student Uniwersytetu Jagiellońskiego i współpracownik KOR. Władze przedstawiały jego śmierć jako nieszczęśliwy wypadek. W środowisku opozycyjnym od początku pojawiło się przekonanie, że Pyjas został zamordowany przez funkcjonariuszy SB. Okoliczności jego śmierci do dziś pozostają przedmiotem badań i sporów historyków, ale już wówczas stała się ona symbolem represji wobec opozycji.

Strasznie nas wszystkich ta śmierć przygnębiła. Zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy coś zrobić, bo inaczej wytłuką nas w bramach. Zebraliśmy się – młody KOR – i uradziliśmy, że trzeba robić »eksport rewolucji« do Krakowa. Wezwaliśmy środowisko akademickie Krakowa do zbojkotowania juwenaliów, które miały się wkrótce odbyć. Mieliśmy jednak dużo wątpliwości, gdyż śmierć to śmierć i jej majestat rodzi zawsze pytanie, czy wolno ten fakt »wykorzystywać«. Rozmawialiśmy o tym z najbliższymi przyjaciółmi Staszka – w końcu decydując się na akcję, bo przecież trzeba było jakoś powstrzymać bicie i pokazać policji, jak bardzo się to »nie opłaca«.

Jacek Kuroń, Warszawa, 13 maja 1977 r. [Jacek Kuroń, „Gwiezdny czas”, Warszawa 1991]

Pogrzeb Pyjasa przerodził się w wielką manifestację. Wkrótce krakowscy studenci powołali Studencki Komitet Solidarności, a podobne inicjatywy pojawiły się w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu.

KOR zaczął oddziaływać na nowe środowiska i nowe pokolenie. Byli to ludzie, którzy nie pamiętali stalinizmu ani Października ’56. Ich doświadczeniem były Marzec ’68 oraz Czerwiec ’76.

Wpada na pogawędkę Adam Michnik. Zdążył się już całkowicie rozejrzeć w sytuacji i jest we wspaniałym nastroju. Zapewnia mnie, że zbliża się czas wielkich przemian. Podobnie jak ja, szansę najważniejszych działań widzi w »Zapisie« i innych wydawnictwach. Zapowiada, że wkrótce techniczne wykonanie i wysokość nakładu ulegną zasadniczej poprawie. Kreśli oszałamiające plany rozwoju potężnego forum niezależnej opinii publicznej. Obawiam się, że nie wyszedł jeszcze z powięziennego szoku, ale spijam z jego ust te miody. Jest zachwycony atmosferą, jaką zastał w Warszawie w kołach korowskich i do KOR-u zbliżonych. Wiktor Woroszylski powiedział mu w dzisiejszej rozmowie: »Dzięki KOR-owi staliśmy się ludźmi wolnymi. A być w tym kraju człowiekiem wolnym, to nie byle co«. »I to jest prawda – mówi z najgłębszym przekonaniem Adam. – Ludzie przestali się bać. A to jest właśnie wolność«.

Marian Brandys w dzienniku, Warszawa, 6 sierpnia 1977 r. [Marian Brandys, „Dziennik 1976–1977”, Warszawa 1996]

KSS „KOR” – nowy etap

Latem 1977 r. większość robotników skazanych po Czerwcu ’76 opuściła więzienia. Władze liczyły, że wraz z zakończeniem represji działalność Komitetu straci sens. Stało się odwrotnie. 29 września 1977 r. KOR przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej „KOR”. Zmiana nazwy oznaczała zmianę zakresu działalności. KSS „KOR” szybko przestał być jedynie grupą zajmującą się pomocą represjonowanym robotnikom. Wokół Komitetu powstało szerokie środowisko współpracowników, które z czasem stworzyło jeden z najważniejszych ośrodków polskiej opozycji demokratycznej. Jego działalność obejmowała zarówno bezpośrednią pomoc osobom prześladowanym przez władze, jak i tworzenie niezależnego obiegu informacji oraz wspieranie kolejnych inicjatyw opozycyjnych.

Był Adam Michnik. Zaprosił mnie do Komisji Likwidacyjnej KOR-u. Razem z Władysławem Bieńkowskim i Stefanem Kisielewskim muszę przejrzeć rachunki KOR-u i wydać oświadczenie o właściwym zużyciu funduszów. KOR przestaje istnieć. Na jego miejsce powstać ma jakieś ciało przeznaczone do obrony ludzi przed represjami. […] Oprócz tego wyszedł pierwszy numer »Robotnika«.

Andrzej Kijowski w dzienniku, Wilga, 17 września 1977 r. [Andrzej Kijowski, „Dziennik 1970–77”, Kraków 1998]

Był to kolejny etap tej samej drogi. Nie chodziło o stworzenie alternatywnego rządu, lecz o budowanie społeczeństwa, które potrafi organizować się bez zgody państwa. W skład nowego Komitetu weszła większość dotychczasowych członków KOR, wśród nich: Jerzy Andrzejewski, Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski, Adam Michnik, Antoni Macierewicz, Piotr Naimski, Józef Rybicki, Aniela Steinsbergowa i ks. Jan Zieja. Dołączyli do nich także młodsi współpracownicy, m.in. Seweryn Blumsztajn, Konrad Bieliński, Andrzej Celiński, Jan Lityński, Zbigniew Romaszewski i Henryk Wujec.

Skład KSS „KOR” z czasem jeszcze się poszerzał. Do Komitetu dołączali kolejni działacze, przedstawiciele środowisk inteligenckich i katolickich, a także osoby zaangażowane w rozwój niezależnego ruchu wydawniczego i społecznego. Wśród nich znaleźli się m.in.: Jerzy Ficowski, Wiesław Kęcik, Jerzy Nowacki i Ewa Milewicz. W roku 1981, w chwili rozwiązania Komitetu, liczył on 32 członków.

Ta różnorodność była jedną z największych sił KSS „KOR”. W jednym środowisku spotykali się ludzie o różnych poglądach politycznych, doświadczeniach i życiorysach, których łączył sprzeciw wobec łamania praw obywatelskich i przekonanie, że społeczeństwo może skutecznie bronić się przed samowolą państwa. KSS „KOR” nie był więc partią polityczną ani jednolitym ruchem ideologicznym. Stał się raczej platformą współpracy ludzi, którzy potrafili działać razem mimo dzielących ich różnic.

Zasadniczą cechą nowego ruchu jest jego zupełna jawność. Podejmowane dotąd próby tworzenia organizacji o charakterze opozycyjnym sprowadzały się do istnienia efemerycznych, a przy tym tajnych związków. […] Dla wielu osób powstanie niemal legalnej opozycji w państwie totalitarnym jest trudne do pojęcia. Wydaje się bowiem, że aparat władzy dysponuje dostatecznymi środkami, aby nie dopuścić do wszelkiego rodzaju »nieprawomyślnych wystąpień«. […] Niezastosowanie ostatecznych środków (aresztowania, procesy) nie oznacza jeszcze zupełnej bierności i bezczynności władzy. Wiadomo powszechnie, że pomimo wskazań kierownictwa PZPR, aby walka z opozycją toczyła się jedynie na płaszczyźnie politycznej, odpowiedzialność rozprawienia się z »wrogimi ustrojowi ruchami« spoczywa nadal na barkach MSW, czyli tak zwanej policji politycznej.

Bogdan Borusewicz, Sopot, początek października 1977 r. [Bogdan Borusewicz, „Metody walki z opozycją w Polsce”, „Spotkania” nr 1/1977]

W maju 1977 r. Zofia i Zbigniew Romaszewscy utworzyli Biuro Interwencyjne, które dokumentowało przypadki bezprawia i pomagało osobom pokrzywdzonym przez milicję, prokuraturę czy sądy. Była to działalność niezwykle ważna, ponieważ pokazywała, że represjonowany człowiek nie musi pozostawać sam wobec państwowego aparatu przemocy. Informacje o przypadkach łamania prawa publikowano w niezależnych wydawnictwach i przekazywano zagranicznym mediom.

Równolegle rozwijał się drugi filar działalności środowiska KOR – alternatywny obieg wydawniczy. W 1977 r. powstała Niezależna Oficyna Wydawnicza, która publikowała książki, czasopisma i materiały niedopuszczane przez państwową cenzurę. Wokół niej zaczęła powstawać sieć drukarzy, kolporterów i osób przechowujących nielegalne wydawnictwa. Obok oficjalnych publikacji KOR ukazywały się kolejne niezależne pisma, m.in. „Biuletyn Informacyjny”, „Robotnik”, „Głos” czy „Krytyka”. Z czasem niezależna prasa stała się jednym z najważniejszych narzędzi opozycji – pozwalała informować o wydarzeniach, których władze nie chciały ujawniać, i przełamywała monopol państwa na przekazywanie informacji.

Środowisko skupione wokół KOR nie ograniczało się również do własnej działalności. Wspierało powstawanie i rozwój kolejnych niezależnych inicjatyw, m.in. Studenckich Komitetów Solidarności, Towarzystwa Kursów Naukowych, Wolnych Związków Zawodowych oraz niezależnych ruchów chłopskich. Pomoc polegała nie tylko na ochronie ich uczestników przed represjami, lecz także na nagłaśnianiu ich działalności i zapewnianiu kontaktu z innymi środowiskami opozycyjnymi.

Głodówka solidarnościowa członków i sympatyków Komitetu Samoobrony Społecznej „KOR” (KSS „KOR”) w ko

Głodówka solidarnościowa członków i sympatyków Komitetu Samoobrony Społecznej „KOR” (KSS „KOR”) w kościele Św. Krzyża w obronie więźniów politycznych w Czechosłowacji oraz aresztowanych Polaków: Adama Wojciechowskiego i Edmunda Zadrożyńskiego. Siedzą z przodu: Anka Kowalska, Jan Lityński, Jacek Bierezin, Andrzej Czuma; pod ścianą: Jerzy Markuszewski i Mariusz Wilk. Warszawa, 3–10 października 1979 r.

Foto: NN / Kolekcja Jacka Kuronia, zbiory Ośrodka KARTA

W ten sposób KOR stał się czymś więcej niż organizacją powołaną do obrony robotników. Stał się szkołą działania opozycyjnego – miejscem, w którym ludzie uczyli się, jak organizować pomoc, dokumentować represje, wydawać niezależną prasę, budować sieci współpracy i działać mimo represji. To doświadczenie miało ogromne znaczenie kilka lat później, gdy w sierpniu 1980 r. protest robotników Wybrzeża przerodził się w masowy ruch społeczny.

To właśnie te procesy będą miały znaczenie w kolejnych latach – wtedy, gdy polska opozycja zacznie tworzyć kolejne niezależne środowiska i organizacje.

Droga do Sierpnia ’80

KOR nie był jedynym nurtem opozycji demokratycznej. W drugiej połowie lat 80. rozwijały się również środowiska niepodległościowe i inne niezależne inicjatywy. Historia każdej z nich zasługuje na osobne miejsce.

Jednak wjątkowe znaczenie KOR-u polegało na tym, że stworzył model działania, który można było powtarzać: dokumentować represje, pomagać prześladowanym, tworzyć niezależne źródła informacji, budować sieć współpracowników, a przede wszystkim – uczyć ludzi wspólnego działania pomimo różnic.

Kiedy wybuchły dwa pierwsze strajki, […] czym prędzej się skrzyknęliśmy na dyskusję. Przeważyła opinia, że chyba się zaczyna, a w każdym razie trzeba natychmiast wydać oświadczenie, bo jeżeli to się zacznie lawinowo rozwijać, to nazajutrz czy po dwóch–trzech dniach mogą nastąpić aresztowania i nie będziemy w stanie nic zrobić. W związku z tym szybko sporządziliśmy oświadczenie, które zawierało niemal wszystkie podstawowe postulaty

Jan Józef Lipski, Warszawa, 2 lipca 1980 r. [Andrzej Friszke, Andrzej Paczkowski, „NiepoKORni. Rozmowy o Komitecie Obrony Robotników”, Kraków 2008]

W latach 1978–1980 doświadczenia te zaczęły procentować. Kiedy w sierpniu 1980 r. przez Polskę przetoczyła się fala strajków, wielu działaczy związanych z KOR znalazło się wśród doradców protestujących robotników. Nie oni stworzyli „Solidarność” i nie oni kierowali strajkami. Mieli jednak doświadczenie, którego wcześniej brakowało: potrafili organizować pomoc, prowadzić rozmowy, tworzyć niezależną informację i łączyć środowiska inteligencji oraz robotników. To doświadczenie okazało się niezwykle ważne.

Zakończenie działalności i dziedzictwo KOR-u 

23 września 1981 r., dokładnie pięć lat po ogłoszeniu powstania Komitetu Obrony Robotników, podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” podjęto decyzję o zakończeniu działalności KSS „KOR”.

Był to symboliczny moment. Organizacja, która zaczynała od pomocy kilkuset represjonowanym robotnikom, działała już w zupełnie innej Polsce. Istniał dziesięciomilionowy związek zawodowy, a idee niezależnego działania i społecznej samoorganizacji stały się udziałem milionów obywateli.

Kiedy w sierpniu 1980 r. przez Polskę przetoczyła się fala strajków, wielu działaczy KOR znalazło się wśród doradców protestujących robotników. Odegrali ważną rolę jako ludzie, którzy przez poprzednie cztery lata zdobyli doświadczenie w organizowaniu pomocy, prowadzeniu negocjacji, redagowaniu niezależnych informacji i budowaniu zaufania między inteligencją a środowiskiem robotniczym. To doświadczenie okazało się bezcenne.

Spotkanie opozycyjne – widoczni m.in. Jan Lityński i Jacek Kuroń. Warszawa, 1980–1981

Spotkanie opozycyjne – widoczni m.in. Jan Lityński i Jacek Kuroń. Warszawa, 1980–1981

Foto: NN / Zbiory Ośrodka KARTA (z archiwum rodzinnego Jacka Kuronia)

Po 50 latach łatwo patrzeć na KOR przez pryzmat późniejszych wydarzeń – powstania „Solidarności”, stanu wojennego i upadku komunizmu. Trzeba jednak pamiętać, że we wrześniu 1976 r. nikt nie wiedział, jak potoczy się historia. KOR był niewielką organizacją. Nie miał pieniędzy, rozbudowanych struktur ani politycznej siły. Nie planował przejęcia władzy. Jego członkowie nie wiedzieli, czy ich działalność przetrwa kilka miesięcy czy kilka lat.

A jednak właśnie ta niewielka grupa ludzi pokazała, że w państwie komunistycznym można działać jawnie, pomagać prześladowanym, domagać się przestrzegania prawa i tworzyć niezależną przestrzeń społeczną. Najważniejszym osiągnięciem KOR nie była więc tylko pomoc robotnikom Radomia czy Ursusa. Było nim odbudowanie zaufania. Ludzie o różnych poglądach, doświadczeniach i życiorysach nauczyli się współpracować, ponieważ uznali, że istnieją wartości ważniejsze od politycznych podziałów.

[Ludzie KOR-u] Byli bardzo przyzwoici w sensie spraw publicznych. I skłonni do realizowania tej przyzwoitości, robienia czegoś dla innych, pro publico bono. Do ponoszenia w związku z tym poważnego ryzyka. I myślę, że ponadto znacznie gorzej niż ta szara większość znosili nudę. […] Bo życie w PR-u było strasznie nudne. […] Było się wepchniętym w imadło beznadziejnego systemu, który tłamsił wszelką inicjatywę. A dla ludzi, którzy włączyli się do opozycji – zanim się na to zdecydowali – życie było chyba nudne w dwójnasób. Ja tak to odbieram. Opozycja to było też zerwanie z nudą i wejście do zupełnie innego, kolorowego świata.

Zofia Romaszewska, [„Romaszewscy. Autobiografia. Ze Zbigniewem, Zofią i Agnieszką Romaszewskimi rozmawia Piotr Skwieciński”, Warszawa 2014]

To właśnie dlatego historia KOR jest ważna także dzisiaj. Nie jest opowieścią o organizacji, która samotnie doprowadziła do upadku komunizmu. To historia ludzi, którzy w czasach, gdy większość społeczeństwa miała powody, by milczeć, zdecydowali się działać – najpierw w obronie innych, a później w obronie prawa społeczeństwa do niezależności.

I właśnie w tym sensie historia czternastu podpisów złożonych pod  dokumentem z 23 września 1976 r. jest jednym z ważniejszych rozdziałów drogi Polski do wolności.

Wszystkie użyte w tekście cytaty pochodzą z: „Autoportret KOR-u” w wyborze i opracowaniu Zbigniewa Gluzy. Książka ukazała się 11 września staraniem Fundacji Ośrodka Karta.