Morze karci pyszałków. Katastrofa "Mary Rose"

Z wraku „Gribshunden” archeolodzy wydobyli mnóstwo monet stanowiących żołd dla zaokrętowanych najemnych lancknechtów, a także setki miedzianych i mosiężnych elementów broni palnej pochodzącej z rusznikarni w Norymberdze.

Publikacja: 08.06.2023 23:04

Szczątki wraku „Gribshunden”, statku, który zatonął latem 1495 r.

Szczątki wraku „Gribshunden”, statku, który zatonął latem 1495 r.

Foto: Blekinge Museum

„Mary Rose” – okręt flagowy i duma Henryka VIII. Statek nazwano na cześć królewskiej siostry Mary; róża zaś to symbol królewskiej linii Tudorów. Okręt ten uważano za najpotężniejszy na świecie, niezwyciężony. 19 lipca 1545 r. władca Anglii obserwował z fortecy nad brzegiem cieśniny Solent jak „Mary Rose” gromi flotę francuską. Ale podczas gwałtownego zwrotu, wykonywanego z otwartymi furtami działowymi w burtach, okręt zaczerpnął taki haust wody, że błyskawicznie, na oczach króla, zatonął wraz z 400-osobową załogą. Morze skarciło koronowanego pyszałka. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

Latem 1495 r. król Danii Hans I (1455–1513) wyruszył ku wybrzeżom Szwecji z flotą 18 okrętów. Na mocy traktatu podpisanego w 1397 r. duński monarcha powinien sprawować zwierzchnictwo także nad Szwecją i Norwegią. Norwegowie godzili się z tym, natomiast szwedzki regent Sten Sture nie uznawał duńskiego króla za suzerena. Toteż duński monarcha zamierzał odnowić unię i restaurować swoje zwierzchnictwo. Zamierzał zaimponować Szwedom, olśnić ich, wywrzeć na nich kolosalne wrażenie. Liczył na splendor swojego okrętu admiralskiego „Gribshunden”, przewodzącego ekspedycyjnej eskadrze.

Niczego nie lekceważyć

W latach 70. XX wieku nurkowie z lokalnego klubu sportowego nad zatoką Ronneby na południu Szwecji zauważyli „stos drewna” na głębokości 10 metrów. Nie uznali tego za rzecz godną uwagi, nie uznali za konieczne zawiadomić jakąś placówkę archeologiczną. Popełnili błąd, bo to miejsce na północ od wyspy Stora jest na Bałtyku wyjątkowe – w ciągu dziejów poszedł tam na dno tylko jeden żaglowiec, właśnie „Gribshunden” („pies Gryfon”).

Podwodne badania archeologiczne rozpoczęły się tam na początku XXI w., ale dopiero w roku 2013 definitywnie zidentyfikowano ten wrak. Jego większą część przykrywa osad denny, a to, co wystawało, nurkowie amatorzy wzięli za „stos drewna”. Identyfikacji dokonano na podstawie analizy dendrochronologicznej „stosu drewna”. W 2015 r. wykonano dokładne pomiary obiektu, natomiast w 2019 r. rozpoczęła się ostrożna eksploracja wraku, z zachowaniem naukowych rygorów. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką wtedy wydobyto, była figura zdobiąca dziób żaglowca. Całościowe podwodne wykopaliska naukowcy ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund rozpoczęli w maju 2021 r.

Czytaj więcej

Na dnie Bałtyku odkryto wrak galeonu "Jabłko"

Sposób, w jaki zbudowano „Gribshunden”, wskazuje, że była to jednostka prestiżowa, nowatorska. Drzewa użyte do budowy powalono zimą z 1482 na 1483 rok, a rosły one w Niderlandach, w delcie rzeki Mozy. Stąd wniosek, że okręt zbudowali tamtejsi szkutnicy na zamówienie duńskiego władcy. Wskazuje na to również zastosowana technika szkutnicza. Deski poszycia kadłuba ułożono na styk (wcześniej stosowano technikę zakładkową). Właśnie taka nowatorska technika używana przez szkutników i cieśli hiszpańskich i portugalskich umożliwiła iberyjskim galeonom żeglowanie po oceanach. Tak budowane kadłuby mogły osiągać większe rozmiary, mieścić więcej zaopatrzenia, co umożliwiało miesięczne rejsy bez uzupełniania zapasów wody i żywności, zabieranie większej masy towarowej i uzbrajania żaglowców w cięższe działa.

„Gribshunden” pod względem konstrukcyjnym był jednostką prekursorską w Europie Północnej. Miał 32 metry długości! Posiadał jeszcze cechy średniowieczne – był przystosowany do abordażu i uśmiercania wrogiej załogi, ale równocześnie wyposażono go też do walki w nowoczesnym stylu polegającym na destrukcji nieprzyjacielskiego statku z odległości, salwami z dział, które zatapiały statek bądź czyniły go niezdolnym do manewrowania, a tym samym do boju. Dlatego ten awangardowy – jak na północną Europę – okręt wyposażony był w kasztele (rufowy i dziobowy) umożliwiające walkę wręcz na pokładzie, a równocześnie uzbrojony był w działa do rażenia wrogich statków. Archeolodzy wydobyli tuzin drewnianych łoży, na których pierwotnie spoczywały działa, lecz same armaty gdzieś przepadły; archeolodzy żartują, że badają okręt wojenny nowego typu – „bezarmatni”.

Co może morze?

W bardzo słabo zasolonej wodzie Morza Bałtyckiego drewno przetrwało w dobrym stanie, ponieważ takie  środowisko nie sprzyja rozwojowi świdraków okrętowych (Teredo navalis); są to małże morskie o wydłużonym ciele, pozbawione muszli, zakończone „świdrem” umożliwiającym drążenie korytarzy w drewnianych częściach statków, w drewnianych elementach zabudowy portowej itp. Świdraki osiągają długość do 20 cm. Większość żaglowca „Gribshunden” wykonana była z drewna: kadłub, maszty, pokład, ścianki kabin, meble, beczki, kabestany, miski, kufle... W innych, bardziej zasolonych wodach, zaspokajałyby apetyt świdraków.

Inaczej rzecz się ma z elementami żelaznymi: ulegają rozkładowi na skutek działalności bakterii beztlenowych (tak się dzieje w przypadku wraku „Titanica”). Metale szlachetne, także mosiądz i miedź, opierają się destrukcyjnemu działaniu tych bakterii, stąd np. monety kruszcowe wydobywane z wraków po oczyszczeniu z osadu prezentują się wyśmienicie. Z wraku „Gribshunden” archeolodzy wydobyli mnóstwo monet stanowiących żołd dla zaokrętowanych najemnych lancknechtów, a także setki miedzianych i mosiężnych elementów broni palnej pochodzącej z rusznikarni w Norymberdze – byli w nią wyposażeni zaciężni niemieccy żołnierze, czyli siła uderzeniowa na duńskim okręcie. Również niemieckiego pochodzenia jest ołów kul armatnich – przetrwały nienaruszone przez morskie organizmy z powodu swojej toksyczności. Kule te, wielkości piłki tenisowej, były w stanie niszczyć maszty i takielunek, unieruchamiając statek, bądź na tyle podziurawić burty, aby nie dało się powstrzymać nabierania wody do kadłuba.

Imponować! Olśniewać!

„Jest jeszcze mnóstwo do odkrycia, bowiem według naszych szacunków dotychczas poznaliśmy zaledwie 1 proc. bogactwa historycznego, jakie zawiera ten wrak” – wyjaśnia kierujący badaniami Brendan Foley z Uniwersytetu w Lund. I rzeczywiście: tabliczki z kory brzozowej z motywami roślinnymi i zwierzęcymi wydobyte z wraku wskazują, że okręt był starannie ozdobiony. Miał przecież olśniewać, duński król liczył na taki efekt.

Również kuchnia miała sprawiać wrażenie luksusu panującego na tym okręcie; ziarna pieprzu, goździki, szafran – znalezione we wraku przyprawy najdroższe w tamtej epoce w Europie Północnej – świadczą o tym, że duński król popisywał się  egzotycznymi smakami. W jednej z beczek zachowały się resztki jesiotra dwumetrowej długości. Okręt był przygotowany, aby na jego pokładzie wydawać imponujące uczty.

– „Gribshunden” stanowi unikalną okazję do tego, aby zbadać całość, jaką jest żaglowiec ze schyłku średniowiecza, poznać życie codzienne na pokładzie. Większość tego, co załadowano na okręt w 1495 roku, wciąż tam jest – entuzjazmuje się szwedzki naukowiec.

Wszystko przemawia za tym, że „Gribshunden” spełni nadzieje, jakie pokładają w nim współcześni badacze. Jednak zawiódł nadzieje króla Danii, ponieważ poszedł na dno, zanim zdołał olśnić Szwedów. Feralnego dnia króla nie było na pokładzie – opuścił okręt wraz ze świtą i udał się na ląd na spotkanie z przedstawicielami szlachty szwedzkiej, chronili go wówczas zaciężni lancknechci. Tymczasem na okręcie doszło do eksplozji i pożaru. Królewski prestiż mocno ucierpiał na tej katastrofie.

Gdyby nie to, że w racjonalnej dyscyplinie naukowej, jaką jest archeologia podwodna, nie ma miejsca na irracjonalne wyjaśnianie faktów, można by pomyśleć, że morze skarciło królewskiego pyszałka i zabrało mu ulubioną zabawkę. Podobnie jak niespełna 100 lat później, również w Skandynawii.

Za dużo wszystkiego

10 sierpnia 1628 r. z portu w Sztokholmie wypłynął pierwszy rejs okręt wojenny „Vasa”. Był dumą Lwa Północy, największego – jak wówczas uważano – geniusza militarnego, szwedzkiego monarchy Gustawa II Adolfa. Zapragnął mieć najpotężniejszy i najpiękniejszy okręt świata. Nadzór nad budową zlecono doświadczonemu szkutnikowi rodem z Niderlandów. Henrik Hybertsson kierował wszystkim, począwszy od wycinki dębów na budulec. Niestety, Lew Północy wtrącał się do wszystkiego, nie mając przy tym pojęcia o niczym, co dotyczy szkutnictwa. Kolos miał porażać uzbrojeniem i bogactwem snycerki – z tego powodu umieszczono na nim niespotykaną ilość rzeźb. Mistrz Henrik Hybertsson protestował, wyjaśniał, że to za dużo dział, za dużo ozdób, za wysoka burta podwyższona na królewskie polecenie, za mały balast, zmniejszony, aby pomieścić więcej dział. Gdy próby stateczności wypadły źle (ludzie biegali z burty na burtę, aby sprawdzić, jak przechyla się i prostuje kadłub), w ogóle z nich zrezygnowano. Henrik Hybertsson zmarł przed wodowaniem – być może ze zgryzoty na myśl o tym, co musiało nieuchronnie nastąpić.

I nastąpiło: niezrównany okręt uległ niezrównanej katastrofie, która byłaby wręcz komiczna, gdyby nie to, ze pochłonęła kilkadziesiąt ofiar... Wyruszenie galeonu w pierwszy rejs obserwował z nabrzeża wiwatujący tłum. Okręt postawił żagle, oddał salwę honorową i majestatycznie wyszedł z portu. Nie zdążył przepłynąć nawet jednej mili, gdy dostał zwyczajny morski podmuch. Majestatycznie, z postawionymi żaglami, przechylił się na lewą burtę, potem całkowicie się przewrócił, a ponieważ po salwie honorowej nikt nie myślał o zamykaniu furt armatnich w burtach, lecz o paradzie i wiwatowaniu, „Vasa” błyskawicznie wypełnił się wodą i poszedł na dno.

Pyszałkowatość nigdy nie popłaca – ani na morzu, ani na lądzie, a już zwłaszcza w sprawach wojskowych. Wola władców (nie tylko królów) nie ma mocy zmieniania praw fizyki.

„Mary Rose” – okręt flagowy i duma Henryka VIII. Statek nazwano na cześć królewskiej siostry Mary; róża zaś to symbol królewskiej linii Tudorów. Okręt ten uważano za najpotężniejszy na świecie, niezwyciężony. 19 lipca 1545 r. władca Anglii obserwował z fortecy nad brzegiem cieśniny Solent jak „Mary Rose” gromi flotę francuską. Ale podczas gwałtownego zwrotu, wykonywanego z otwartymi furtami działowymi w burtach, okręt zaczerpnął taki haust wody, że błyskawicznie, na oczach króla, zatonął wraz z 400-osobową załogą. Morze skarciło koronowanego pyszałka. Nie pierwszy i nie ostatni raz.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Pomogliśmy im odejść z honorem. Powstanie w getcie warszawskim
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Historia
Jan Karski: nietypowy polski bohater
Historia
Yasukuni: świątynia sprawców i ofiar
Historia
„Paszporty życia”. Dyplomatyczna szansa na przetrwanie Holokaustu
Materiał Promocyjny
Jak kupić oszczędnościowe obligacje skarbowe? Sposobów jest kilka
Historia
Przemyt i handel, czyli jak Polacy radzili sobie z niedoborami w PRL