Polskie bartnictwo i pasiecznictwo

Pszczoły na ziemiach należących do naszego kraju były hodowane na długo przed tym, nim pojawiły się jakiekolwiek zapiski na ten temat.

Publikacja: 03.02.2022 16:08

„Puszcza Białowieska – polowanie na niedźwiedzia” Jana Henryka Müntza, 1783 r. Jak widać, niedźwiedź

„Puszcza Białowieska – polowanie na niedźwiedzia” Jana Henryka Müntza, 1783 r. Jak widać, niedźwiedź zniszczył stanowiska bartnicze

Foto: Jan Henryk Müntz

Już w pierwszych tekstach dotyczących naszego kraju można znaleźć wzmianki o obfitości tych terenów w miód. Pisał o tym w X wieku Ibrahim ibn Jakub, pisali później Thietmar czy Gall Anonim. Świadczy to jednakże nie tylko o tym, iż w Polsce było dużo dzikich gniazd pszczelich, ale i o tym, że istniała już jakaś forma gospodarki, która zajmowała się pozyskiwaniem z nich produktów, czyli przede wszystkim miodu, ale również wosku.

Fakt zaś, że w najstarszych zapiskach dotyczących naszego kraju miód był wymieniany, świadczy jednoznacznie o jego znaczeniu dla ówczesnych ludzi. Nie powinno to jednak dziwić, do XVIII wieku produkt ten był bowiem jedyną dostępną formą cukru w Europie. Dopiero w nowożytności popularność zdobył cukier trzcinowy i buraczany. Miód był jednak wykorzystywany nie tylko do słodzenia. W tej części Europy, gdzie klimat nie sprzyjał uprawie winorośli, wykorzystywano go do produkcji specyficznego i niegdyś bardzo rozpowszechnionego napoju alkoholowego, jakim był miód pitny.

Cenny był nie tylko miód, ale również wosk pszczeli. Oprócz powszechnie wiadomego przeznaczenia do produkcji świec, które oświetlały niegdysiejsze katedry czy zamki, miał również szereg innych zastosowań. Był wykorzystywany w odlewnictwie, rzeźbiarstwie czy garbarstwie, a to jeszcze nie wszystkie jego zastosowania. Największe znaczenie miał jednak jako surowiec, z którego produkowano świece i jako taki dawał ogromne zyski z eksportu do Europy Zachodniej, gdzie był wysoko cenionym i poszukiwanym towarem.

W przedrozbiorowej Polsce pszczelarstwo było bardzo ważną gałęzią gospodarki. Mało kto jednak wie, że jednocześnie funkcjonowało w dwóch podobnych, ale różniących się formach. Na pierwsze miejsce, i to od początków naszej państwowości, wysuwa się bartnictwo, drugim modelem było pasiecznictwo. Warto przyjrzeć się obu formom, ponieważ przez kilka stuleci obie funkcjonowały niezależnie obok siebie.

Narodziny i rozwój bartnictwa

Charakterystyczny dla bartnictwa był obszar, na którym mogło funkcjonować. Niezbędne do tego typu gospodarki pszczelarskiej były wielkie obszary leśne zdominowane przez wiekowe drzewa, czyli po prostu puszcze. Jak wiadomo, w minionych czasach porastały one obficie nasze tereny, dzięki czemu bartnictwo mogło bezpiecznie funkcjonować, jak również się rozwijać. Pierwotnie bowiem pszczoły w tej części Europy zamieszkiwały w naturalnych dziuplach starych drzew.

Człowiek wraz z przejściem na osiadły tryb życia i rozwojem rolnictwa zaczął również wykorzystywać pszczoły. Początkowo robił to w sposób rabunkowy, z czasem jednak nauczył się tak podbierać produkty pszczele, aby jednocześnie umożliwić rodzinie pszczelej dalsze bezpieczne funkcjonowanie. Ponadto chcąc zwiększyć dochodowość z tej gałęzi gospodarki i widząc naturalny podział rodzin pszczelich, jakim są roje i ich wędrówki w poszukiwaniu nowych miejsc do założenia gniazd, wpadł na pomysł wyrabiania sztucznych dziupli w drzewach.

Czytaj więcej

O sośnie, miodzie i niedźwiedziu

Tak narodziło się bartnictwo. Wraz z jego rozwojem ludzie parający się nim dostrzegli, iż rodziny pszczele preferują dziuple wykonane przez człowieka w pniach żywych drzew, a nie w tych uschniętych. Najczęściej wyrabiano je w sosnach i dębach, rzadziej w jodłach, modrzewiach, lipach, topolach i innych gatunkach. Pojawił się tu jednak pewien problem. Jak bowiem pogodzić interesy bartników z innymi formami eksploatacji lasów, jak choćby wycinką drzew na eksport?

W średniowieczu sprawa była jeszcze prosta, znacznie większe dochody czerpano bowiem z produktów pszczelich niż z wycinki lasów, których obfitość w ówczesnej Europie była znaczna. Ponadto władcom Polski tak bardzo zależało na dochodach z tej dziedziny gospodarki, że zastrzegali sobie monopol na produkty pszczele. Ów monopol nazywany był „regale bartne". Polegał on na tym, iż wszystkie drzewa bartne – niezależnie, czy zasiedlone przez pszczoły, czy puste – były własnością Skarbu Państwa, czyli władcy, króla bądź księcia. Nawet jeżeli władca zrzekał się lub sprzedawał jakiś obszar gruntu, mógł zastrzec sobie prawo do wyłączności czerpania zysków z produktów pszczelich.

Prawa i obowiązki bartników

To wiąże się z pewnymi przywilejami, które otrzymywali bartnicy jako opiekunowie drzew bartnych. Mogli się oni bowiem poruszać swobodnie nie tylko po lasach należących do króla, ale także prywatnych, szlacheckich bądź kościelnych, w których znajdowały się drzewa bartne będące własnością króla. Dodatkowo mieli prawo polować na drobną zwierzynę w lasach (z czego płacili daninę w postaci kunich skór), zastawiać jazy na rzekach i strumieniach oraz czerpać drewno z puszczy na opał i budulec. Mało tego: każdy z nich posiadać mógł pewne obszary w puszczach, jak łąki czy pola uprawne (z których nie musiał płacić podatków), a także szałas lub chatę zwaną stanem, w której mógł mieszkać podczas prac pszczelarskich wykonywanych w lesie, a które trwać mogły nawet kilka tygodni

– w zależności od ilości barci, którymi się opiekował. Bartnicy bowiem nigdy nie byli właścicielami owych drzew bartnych, byli jedynie ich dzierżawcami – albo tylko czasowymi, albo wieczystymi. Prawdziwymi właścicielami byli właśnie władcy, którzy w zamian za miód i wosk otaczali bartników wyjątkową formą opieki.

Była to bowiem grupa ludzi, która nie podlegała pańszczyźnie, ale ponadto posiadała własne prawodawstwo oraz sądownictwo. Bartnicy byli zjednoczeni w bractwach, które wzorowały się na średniowiecznych cechach rzemieślniczych. Każde takie bractwo posiadało własne spisane prawo bartne wywodzące się z wcześniejszego prawa zwyczajowego, dlatego w zależności od regionu owe prawa mogły się od siebie nieznacznie różnić. Bartnicy wywodzili się z różnych warstw społecznych. Najwięcej wśród nich było chłopów, nieco mniej mieszczan, ale była wśród nich również szlachta.

Na czele każdej bartniczej organizacji stał starosta bartny, który był wybierany spośród ogółu bartników przez nich samych, jednakże musiał być on szlachetnie urodzony. Posiadał bardzo szerokie kompetencje i obowiązki. To on przede wszystkim stał na straży porządku wewnątrz bractwa i pilnował, aby coroczne daniny miodowe wpływały do kasy władcy. Czasami wybierany był również podstarości bartny, nazywany też niekiedy woźnym sądowym. Był on odpowiedzialny przede wszystkim za sprawne działanie sądów. Także on rekrutował się spośród danej grupy bartników. Ostatnią ważną funkcję w każdym cechu bartnym pełnił pisarz. Ten z kolei nie musiał się wywodzić spośród bartników, ponieważ z racji pełnionej funkcji musiał posiadać umiejętność pisania po polsku oraz łacinie. Zobowiązany był jednak do złożenia przysięgi o dyskrecji.

Owi trzej funkcjonariusze społeczności bartnej wchodzili jednocześnie w skład sądu bartnego. Co ciekawe, o ile sami bartnicy podlegali tylko i wyłącznie wymienionemu sądowi, zwolnieni byli z sądów ziemskich, o tyle pozostała społeczność np. chłopów podlegała zarówno sądowi ziemskiemu, a w przypadku przestępstw na tle bartnym, również sądowi bartnemu. Wszelkie ważne dokumenty, jak tekst prawa bartnego, księgi bartne dotyczące rozpraw sądowych, pieczęcie czy pieniądze ogółu cechu, były przetrzymywane w specjalnej skrzyni. Znajdowała się ona zazwyczaj u starosty bartnego, ale klucz do niej posiadał inny zaprzysiężony bartnik, a otwierana była tylko w obecności ogółu bractwa lub przy większej liczbie świadków, tak by nie dochodziło do żadnych malwersacji.

Ponadto bartnicy zobowiązani byli przynajmniej raz w roku uczestniczyć w wewnętrznych wiecach zwanych rugami bartnymi. Nieobecność na nich była surowo karana. Podczas ich trwania mogli odwoływać się od postanowień sądów bartnych, a jeżeli i to nic nie dało, ostateczną instancją dla bartników był starosta powiatowy.

Praca tej grupy społecznej nie należała jednak do łatwych. Rozpoczynała się wczesną wiosną, a kończyła dopiero jesienią, kiedy po zakończeniu miodobrania byli zobowiązani do oddawania corocznej daniny miodowej. Ciężko jest ustalić konkretną wielkość owej daniny, ponieważ zależała od szeregu różnych czynników, ale przyjąć można, że każdy bartnik zobowiązany był do oddawania dwóch trzecich tego, co zebrał w danym roku. Sami bartnicy musieli się odznaczać niebywałą zręcznością i kondycją fizyczną. Barcie bowiem dla ochrony przed złodziejami oraz szkodnikami były wykonywane przynajmniej kilka metrów nad ziemią, a często bywały usytuowane na wysokości kilkunastu metrów. Aby dostać się na taką wysokość, bartnik posiłkował się specjalnym zestawem lin zwanych leziwiem, do których posiadania tylko ta grupa miała prawo.

Czytaj więcej

Polska przywraca na swoim terenie bartnictwo

Wszelkie prawa, obowiązki oraz kary, którym podlegali bartnicy, były spisywane w specjalnych tekstach zwanych prawem bartnym. Nie było jednego wspólnego prawa dla ogółu bartników z obszaru całej Polski, ponieważ prawo to wywodziło się z dawniejszego niespisanego prawa zwyczajowego, które mogło nieznacznie różnić się dla poszczególnych obszarów kraju. Co ciekawe, zarówno to prawo zwyczajowe, jak i późniejsze prawo stanowione przewidywało karę śmierci w przypadku najcięższych przestępstw na tle bartnym i to nie tylko dla samych bartników, ale również ludzi spoza tego cechu.

Wraz z rozwojem gospodarki leśnej zaczęło dochodzić do coraz częstszych konfliktów interesów między bartnikami a ludnością zajmującą się trzebieniem lasów. Bartnictwo bowiem opierało się na zwartych leśnych kompleksach, a same barcie wykonywane były w najzdrowszych, przynajmniej 120-letnich drzewach, które jednocześnie były też najbardziej poszukiwane na rynku tartacznym. Górę zaczęły brać interesy związane z pozyskiwaniem drewna, bartnictwo w związku z tym przestało się rozwijać, a z czasem zaczęło zamierać. Ostatecznie polityka państw zaborczych zakazała prowadzenia gospodarki bartnej z obawy o wywoływanie przez bartników pożarów w lasach, ponieważ używali oni dymu do poskramiania pszczół. Dodatkowo już od średniowiecza bartnictwo konkurowało z drugim modelem gospodarki pszczelarskiej, czyli pasiecznictwem.

Przydomowa hodowla pszczół

Pasiecznictwo polegało na hodowli pszczół w kłodach bartnych, ale już ściętych i przywiezionych w pobliże gospodarstwa człowieka, który się tymi pszczołami zajmował. Czasami ule te wykonywane były również z innych materiałów. W naszym kraju najpopularniejsza do tego celu była słoma, z której wyplatano tzw. kószki. Poza granicami naszego kraju wykorzystywano do tego również pędy winorośli czy po prostu glinę. Pasiecznicy nie zrzeszali się już jednak w żadne cechy, ponieważ pszczelarstwo nie było ich głównym zajęciem, tylko dodatkową formą dochodu. Ponadto pszczoły trzymane blisko gospodarstw wykorzystywały przede wszystkim pożytki znajdujące się na ugorach, pastwiskach, miedzach śródpolnych czy w samych uprawach. Jest to istotne, ponieważ w marginalnym stopniu bazowały na roślinach miododajnych rosnących w lasach, co nie powodowało konfliktów podczas wycinki puszcz, jak to miało miejsce w przypadku gospodarki bartnej.

Nie bez znaczenia dla bartnictwa były również działania wojenne, które przetoczyły się przez nasz kraj, zwłaszcza w XVII wieku. Jednym z ich objawów było niszczenie nie tylko zabudowań czy upraw, ale również wycinanie sadów oraz drzew bartnych. W połączeniu z tym, że lasy i tak już były mocno przetrzebione, bartnicy nie mieli gdzie wykonywać nowych barci. Chociaż ta forma gospodarki pszczelarskiej istniała niemalże do końca XIX wieku, to nie odgrywała już większego znaczenia w ogólnej gospodarce Polski.

Bartnictwo ustąpiło miejsca pasiecznictwu. Co ciekawe, pierwszy polski podręcznik dotyczący pszczelarstwa pochodzący z XVII wieku skierowany jest właśnie do pasieczników, a nie bartników, mimo że w tamtym okresie to właśnie bartnictwo zajmowało poczesne miejsce w polskim pszczelarstwie. Ów podręcznik nosi nazwę „Nauka koło pasiek" i został napisany przez Walentego Kąckiego, a wydany w 1614 roku. Jest on również pierwszym tego typu podręcznikiem napisanym w języku słowiańskim, a niektóre uwagi czy też porady w nim zawarte wydają się ponadczasowe i są aktualne również we współczesnym pszczelarstwie, które wywodzi się bezpośrednio z pasiecznictwa. Ciekawostką jest to, że w XXI wieku nie brak ludzi, którzy w Polsce reaktywują to, jakby się wydawało, zapomniane rzemiosło, jakim jest bartnictwo.

Już w pierwszych tekstach dotyczących naszego kraju można znaleźć wzmianki o obfitości tych terenów w miód. Pisał o tym w X wieku Ibrahim ibn Jakub, pisali później Thietmar czy Gall Anonim. Świadczy to jednakże nie tylko o tym, iż w Polsce było dużo dzikich gniazd pszczelich, ale i o tym, że istniała już jakaś forma gospodarki, która zajmowała się pozyskiwaniem z nich produktów, czyli przede wszystkim miodu, ale również wosku.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Przez Warszawę przejdzie marsz pamięci
Historia
Prezydentura – zawód najwyższego ryzyka
Historia
Czesław Lasik: zapomniany agent wywiadu
Historia
Indyjscy „wyklęci” wracają do łask
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia
IPN poszukuje na Litwie szczątków poległych żołnierzy AK