Reklama

Piotr Bożejewicz: Brukarze piekła

Świat chełpi się tylko produktywnością, zawzięcie eksponując wielkie dokonania, dzieła absolutnie skończone i efektywne projekty. Puszcza w niepamięć idee zbudowane z dobrych chęci...

Publikacja: 20.01.2022 16:06

Piotr Bożejewicz: Brukarze piekła

Foto: AdobeStock

Tylko spektakularne katastrofy i wielkie porażki zapadają w ludzką pamięć. A gdzie miejsce dla mrówczej, żmudnej pracy nad kwadraturą koła i perpetuum mobile? Gdzie szacunek dla ogromnej energii zużytej do produkcji „pary w gwizdek"? Stąd ciche marzenie, by jakoś upamiętnić ten wielki jałowy wysiłek i stworzyć „Światowe Muzeum Dobrych Intencji".

Ponieważ artefaktów starczy, żeby wypełnić Watykan, British Museum i dwa Luwry, wyłania się trudny problem odpowiedniej siedziby. I chociaż kubatura skłania ku gmachowi ONZ w Nowym Jorku, to przez szacunek dla ciągłości tradycji stawiam na Hagę. Godny budynek stoi tam ponad stulecie, już poniekąd pełniąc funkcję muzeum, a zasiedziałe w nim instytucje mogłyby nadal robić wszystko jak dotąd, z tym samym efektem.

Budowla powstała, by uczcić dzieło konferencji haskich w 1899 r., skądinąd zrodzonych z inicjatywy Rosji – tradycyjnego orędownika pokoju... Pacyfistyczne wzmożenie spadło na Europę w czasach, gdy młody Churchill był zrozpaczony brakiem widoków na jakąkolwiek wojnę, potrzebną do zrobienia kariery. Mimo to władcy i premierzy nie mogli zasnąć, póki nie wypracowali cywilizowanych zasad... zabijania.

Ich trud nie poszedł na marne. Już 15 lat później wszystkie mocarstwa przestrzegały zakazu używania amunicji z gazem trującym – zwłaszcza że noblista Fritz Haber wdrożył swój system rażenia chlorem, odtąd więc truto się z czystym sumieniem i lege artis. Poza tym prawdziwe mocarstwa nie musiały się zbytnio krępować, gdyż Stany Zjednoczone nie podpisały konwencji, a Francja i Wielka Brytania wybrały z menu wedle upodobania.

By zwieńczyć dzieło, uchwalono budowę wielkiej Świątyni Pokoju, notabene za pieniądze Andrew Carnegie – skromnego zbawcy ludzkości i stalowo-węglowego magnata. Kosztowne gmaszysko wyznaczono na Stały Trybunał Rozjemczy, który rozstrzygnie roszczenia i pretensje między państwami. Na przykład Rzesza mogła zapytać, czy ma prawo zostać światowym mocarstwem z dostępem do Atlantyku albo czy może budować Mitteleuropę na ziemiach zabranych Rosji, a sprawę rozstrzygnąłby niezależny sąd arbitrażowy. Cóż mogło zawieść w tym planie?

Reklama
Reklama

Budowa postępowała w tempie proporcjonalnym do światowego wzrostu zużycia węgla i stali na pancerniki, aż położono ostatnią dachówkę, Szwajcaria zawiesiła zegar mierzący czas nowej epoki, Rosja zaś ozdobiła hall wielkim wazonem z imperialnymi orłami. Wreszcie holenderska królowa mogła otworzyć „wrota ku jasności świata obdarzonego darem wiecznego pokoju i sprawiedliwości", a czas był najwyższy, ponieważ kończył się sierpień 1913 r.

Nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale czemu winna szlachetna idea? Zanim świat na dobre pochował wszystkich poległych, już w grudniu 1920 r. Liga Narodów ustanowiła w haskim gmachu Stały Trybunał Sprawiedliwości Międzynarodowej. Monumentalna nazwa sugerowała ideę Sądu Światowego jako trybunału spraw ostatecznych, dając prawnikom „dreszcz kosmicznych wibracji", a ludziom „spełnienie marzenia wszech czasów".

Po roku formalności proceduralnych Trybunał pełną parą orzekał, rozsądzał i opiniował, a im bardziej dwoił się i troił, żeby rozstrzygać i regulować, tym mocniej obnażał własną nieistotność dla świata. Większość wniosków wpływających do Hagi tyczyła orzeczenia, czy Sąd Światowy ma kompetencje do rozstrzygnięcia ich sprawy, a co tyczy mocarstw, nie po to są mocarstwami, żeby załatwiać interesy pozwami. Stany Zjednoczone nie chciały nawet uczestniczyć w systemie, bez prawa weta we własnych sprawach, Niemcy wystąpiły z Ligi Narodów, a Trybunał jakby nic, nadal usuwał z drogi drobne kamyki, gdy Europą wstrząsały górotwórcze procesy. Gdyby w Monachium ktoś wspomniał o Sądzie Światowym, byłby winien ataku kolki wszystkich dygnitarzy, a śmiech rozsadziłby ściany. Jednak w Hadze przestawiano segregatory i głucho dudniły pieczątki, z perspektywą walki o pokój do ostatniego dnia wojny, gdyby Niemcy nie zajęli Holandii.

Jednakże zanim ruiny Europy znów dobrze ostygły, na Pałacu Pokoju zawisł najnowszy szyld Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Wprawdzie informacji o świeżych osiągnięciach Trybunału trudno szukać nawet w prawniczych gazetach, ale z pewnością uratowały one świat przed zagładą. Wiem tylko, że Fundacja Carnegie, która wciąż zarządza pałacem, oferuje wsparcie dla światowego pokoju poprzez zakup przez internet kolorowych skarpet z wizerunkiem Alfreda Nobla.

Historia
Agentka, której ufał Canaris. Niezwykła historia Haliny Szymańskiej
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Historia
Skafandry, które zmieniły świat. Nowy skarb trafił do polskiego muzeum
Historia
Ministerstwo kultury nie chce kolejnego muzeum o zbrodni pomorskiej
Historia
Artefakty z Auschwitz znów na aukcji w Niemczech. Polski rząd tym razem nie reaguje
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama