Są pisarze, których czyta się przy biurku, w ciszy, z ołówkiem w ręku. Są inni, których trzeba czytać w drodze, w pyle, w tropikalnym upale, z koszulą przyklejoną do pleców i z poczuciem, że każde zdanie prowadzi nie do następnego akapitu, lecz do kolejnej świątyni, rzeki, granicy albo ruiny. André Malraux należy do tych drugich. Nie jest dla mnie autorem bibliotecznym, oswojonym, starannie ustawionym na półce obok innych klasyków XX w. Jest raczej towarzyszem niewygodnym, drażniącym, pełnym sprzeczności; człowiekiem, którego nie potrafię ani bez reszty podziwiać, ani łatwo potępić.