Pervez Musharraf – generał generalny wykonawczy

W galerii dyktatorów świata Pervez Musharraf zająłby zapewne poślednie miejsce. O ironio, po jego śmierci chętniej wspomina się stabilność, jaką usiłował zaprowadzić w Pakistanie, niż fakt, że złamał wszelkie reguły demokracji.

Publikacja: 20.06.2024 21:00

Protestujący uderzają butami w zdjęcie byłego dyktatora Pakistanu Perveza Musharrafa. Demonstracja w

Protestujący uderzają butami w zdjęcie byłego dyktatora Pakistanu Perveza Musharrafa. Demonstracja w Birmingham, Wielka Brytania, 2 października 2010 r.

Foto: FELIPE TRUEBA/Photoshot/be&w

Weteran pakistańskiego reportażu politycznego Zahid Hussein na kartach książki „Frontline Pakistan” pisał: „Zza przyciemnionych szyb pędzącego mercedesa prezydent Musharraf mógł zobaczyć vana zmierzającego w stronę prezydenckiego konwoju z naprzeciwka, przejeżdżającego policjanta, który wybiegł na drogę, próbując zatrzymać auto. Było święto narodowe, szosa była pusta. Kilka sekund później van wybuchł, uderzając w wóz ochroniarzy w ogonie konwoju. Zapadła ciemność, kierowca odruchowo nacisnął hamulce. »Przyspieszaj! Nie zatrzymuj się!« – krzyknął na niego prezydent. Przejechali jakieś 150 jardów, kiedy kolejne auto wpadło w samochód tuż za prezydencką limuzyną, detonując 60 funtów materiałów wybuchowych. Trzy z czterech opon limuzyny pękły od tej eksplozji. Na karoserię chlusnęła krew i spadły skrawki ciał. Ale kierowca naciskał pedał gazu i dojechał do siedziby prezydenta na jedynej pozostałej oponie”. – Było blisko – wspominał potem Musharraf.

Blisko było kilka razy, ponieważ zamachowcy – przeważnie dżihadystowskiej proweniencji – próbowali dopaść Musharrafa kilkakrotnie, w grudniu 2003 r. nawet dwa razy. Opisany wyżej zamach skończył się fiaskiem, być może dlatego, że trzeci wóz zamachowców nie dotarł na miejsce. O ironio, kilkanaście lat po odebraniu Musharrafowi władzy, niespełna dekada jego rządów (1999–2008) uchodzi w oczach Pakistańczyków za stosunkowo stabilną. Jeszcze jeden dowód słabości ludzkiej pamięci? Może i tak, ale też dowód na to, że bezpardonowa polityczna młócka i wywoływane nią emocje czy chaos instytucjonalny mogą męczyć przeciętnego człowieka bardziej niż zagrożenie wojną czy terroryzmem.

Junta z cywilną fasadą

W sumie można to zrozumieć. „Jednym z największych problemów Pakistanu jest to, że nasi demokraci próbowali być dyktatorami, a nasi dyktatorzy – demokratami. W efekcie demokratyczne rządy nie rozwijały demokracji, a dyktatury nie rozwijały kraju. A to ostatecznie zmuszało ich do bycia jeszcze bardziej dyktatorskimi” – taką opinię anonimowego pakistańskiego biznesmena przytacza w swojej książce „Pakistan. A Hard Country” (Trudny kraj) Anatol Lieven, politolog z londyńskiego King’s College, specjalizujący się we współczesnych dziejach Azji.

Opinia tyleż lapidarna, co trafna. Kraj, który zrodził się z rozpadu kolonialnych Indii, w założeniu miał charakter demokratyczny: zadbali o to muzułmanie uciekający z terytoriów, które w 1948 r. przypadły Hindusom – w sporej mierze wielkomiejskie elity, często wykształcone na Zachodzie, a przynajmniej w  brytyjskich uczelniach na subkontynencie. Koncepcje pluralizmu politycznego, wielopartyjny system, wolne wybory czy niezależność władzy sądowniczej to idee, które zostały wpisane w pakistański system polityczny (pomimo faktu, że Pakistan jest z nazwy „Republiką Islamską”) i do dzisiaj w wielu środowiskach są żywe w nie mniejszym stopniu niż w krajach zachodnich.

Spalenie kukły Musharrafa podczas demonstracji w pobliżu ambasady Pakistanu w New Delhi, 27 grudnia

Spalenie kukły Musharrafa podczas demonstracji w pobliżu ambasady Pakistanu w New Delhi, 27 grudnia 2000 r.

RAVI RAVEENDRAN/AFP

Jednak teorię od praktyki dzieliła przepaść. Założyciel Pakistanu Muhammad Ali Jinnah zmarł wkrótce po ogłoszeniu przez Islamabad niepodległości. Dominique Lapierre i Larry Collins, reporterzy, którzy w dobie rozpadu Indii przemierzali subkontynent wzdłuż i wszerz, pokusili się nawet o spekulacje, że gdyby wiadomo było o toczącym Jinnaha nowotworze, można byłoby przeciągać negocjacje do jego śmierci i w efekcie zapobiec rozpadowi. Odwracając jednak tę tezę, można byłoby się zastanawiać, czy gdyby Jinnah pożył dłużej, to Pakistan uniknąłby losu azjatyckiego rozsadnika chaosu, jakim stawał się w kolejnych dekadach.

Bez Jinnaha pakistańska polityka stała się rodzinnym przedsięwzięciem, przez wiele lat zdominowanym przez klany Bhutto czy Szarifów. Partie polityczne prowadziły politykę, nazwijmy to, totalną: wybory były wolne, owszem, ale codzienna walka polityczna została naznaczona przemocą, populizmem i politycznymi wendetami na przegranych adwersarzach. Temperatura sporów i politycznego chaosu była tak wysoka, że od czasu do czasu w tym tyglu interweniowała armia: w 1958 r. władzę przejął generał Ayub Khan, w 1969 r. pałeczka przeszła w ręce generała Yahyi Khana, przewrót wojskowy generała Zii ul Haqa w 1977 r. wytrącił władzę klanowi Bhutto (a premiera Zulfikara Alego Bhutto wysłał na szafot), wreszcie w 1999 r. Musharraf odsunął klan Szarifów.

Czytaj więcej

Nie żyje były prezydent Pakistanu Pervez Musharraf. Był kluczowym sojusznikiem USA w walce z Al-Kaidą

Ale chyba tylko Musharraf próbował dbać o pozory, bo po obaleniu Szarifa wręcz zażądał, by tytułowano go „chief executive” – prezesem czy dyrektorem generalnym, według biznesowych terminologii. „Zrobiłem to na potrzeby mediów – cytuje tłumaczenia Musharrafa inny ceniony pakistański dziennikarz Ahmed Rashid w książce „Descent Into Chaos”. – Było to bardziej strawne niż szef administracji stanu wyjątkowego, termin drakoński w brzmieniu i znaczeniu. Chcę, by władza miała cywilną fasadę”, miał powiedzieć generał. „Bezceremonialny, szczery, zawsze w pośpiechu, czasem rozjuszony, ale zawsze dystansujący się od swojej wojskowej funkcji Musharraf miał obsesję wizerunku” – wspominał Rashid. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że była to przewidująca postawa: wszelkie grzeszki przeszłości spłynęły, jak się wydaje, po generalskim mundurze bez śladu.

Pervez Musharraf – niesubordynowana marionetka

Rozpad Indii, którego świadkami byli cytowani wyżej Lapierre i Collins, był wielką maszynką mielącą mieszkańców kontynentu. Międzywyznaniowe i międzyetniczne masakry odbywały się w maleńkich wsiach i wielkich metropoliach, ale symbolem 1947 r. stały się pociągi. Tym środkiem transportu miliony muzułmanów próbowały się przebić na zachód, do rodzącego się Pakistanu, a miliony Hindusów na wschód – do macierzy. Po drodze na toczące się niespiesznie składy napadały – czasem wielokrotnie – bojówki strony przeciwnej, nierzadko więc na docelową stację przyjeżdżały wagony, w których były tylko tysiące ciał...

Jednym z takich pociągów, z Delhi do Karaczi, uciekła rodzina Musharrafów. Udało im się uniknąć bojówkarzy. „Z podróży zapamiętał tylko niepokój matki” – pisał o sobie w trzeciej osobie, w autobiografii, przyszły prezydent dyktator, w czasie ucieczki czterolatek. Jak wyliczał, potem ocierał się o śmierć wielokrotnie: w dzieciństwie złamała się pod nim gałąź mango, w 1972 r. nie wsiadł do samolotu, który rozbił się w Himalajach, w 1979 r. – nie wsiadł do samolotu z generałem Zią ul-Haqiem na pokładzie, który spadł w niewyjaśnionych okolicznościach, w 1998 r. zasiedział się przy brydżu i jego śmigłowiec odleciał bez niego – z wiadomym finałem. Wreszcie w 1999 r. premier Nawaz Szarif praktycznie skazał go na śmierć w kolejnej katastrofie. Ale o tym za chwilę.

Spotkanie Szanghajskiej Organizacji Współpracy, od lewej prezydenci: Tadżykistanu – Emomali Rachmon,

Spotkanie Szanghajskiej Organizacji Współpracy, od lewej prezydenci: Tadżykistanu – Emomali Rachmon, Iranu – Mahmud Ahmadineżad, Pakistanu – Pervez Musharraf i Afganistanu – Hamid Karzai. Szanghaj, 15 czerwca 2006 r.

Zavrazhin Konstantin/Gamma/be&w

Rodzina Musharrafów należała do tej zwesternizowanej społeczności „nowych Pakistańczyków”, o której była mowa wyżej. Ojciec, obiecujący dyplomata, już w 1949 r. został wysłany na placówkę do Turcji, a Ankara była wówczas bastionem kultu Atatürka: wojskowego, który przejął władzę z misją modernizacji podupadającego imperium i stworzenia nowoczesnej potężnej republiki. Turecki przywódca miał stać się idolem małego Pakistańczyka, choć być może to część skrupulatnie budowanej po przejęciu władzy legendy. W chrześcijańskich szkołach w Karaczi Lahore, gdzie uczęszczał po powrocie, zapamiętano go jako ucznia przeciętnego: książek nie czytał, nie udzielał się zanadto, za to chętnie uprawiał sport, chodził na potańcówki i randki, a najczęściej rozjeżdżał okoliczne drogi na swoim motocyklu. Atatürk, jeśli nawet, to był na dalekim planie. „Do wojska przyciągnął mnie glamour” – miał powiedzieć Rashidowi. Takie pakistańskie „za mundurem panny sznurem”.

Ale okazało się, że – początkowo słynący z niesubordynacji – kadet ma talent wojskowy. Udział w wojnie z Indiami w 1965 r., potem wstąpienie do elitarnych jednostek armii, szkolenia w USA i kolejne awanse wytyczały ścieżkę jego kariery. Otarł się o stanowisko adiutanta Zii ul-Haqa, ale niedługo przed katastrofą lotniczą, w której zginął dyktator, został zastąpiony kim innym. „Kto to zrobił, nie wiemy. Ja mam jednak pewne podejrzenia w tej sprawie” – pisał w autobiografii, nie rozwijając jednak wątku. Ukoronowaniem kariery stało się stanowisko szefa sztabu powierzone mu przez premiera Nawaza Szarifa u schyłku lat 90. Złośliwi mówili, że Szarif wybrał go, bo wydawał się być pasywny i łatwy do kontroli. Nawet koledzy w mundurze potrafili utyskiwać. „Jak to komandos: świetna taktyka i zero strategii” – kwitował w rozmowie z Rashidem anonimowy emerytowany generał.

Czytaj więcej

Afganistan: sowiecki Wietnam

Po roku od nominacji, w październiku 1999 r., Szarif się rozmyślił. Wiosną tego roku Musharraf autoryzował operację w Kaszmirze, która miała być błyskotliwą akcją komandosów, a skończyła się odbezpieczeniem atomowych guzików i wielką kompromitacją rządu w Islamabadzie: tzw. wojną o Kargil. Szarif ustąpił w niej Indiom bez stawiania jakichkolwiek warunków, ucierpiał na tym jego wizerunek, a wojskowi byli na premiera wściekli. Między premierem a szefem sztabu wyrosła ściana, po obu stronach której plotkowano albo o dymisji głównodowodzącego, albo o buncie przeciw szefowi rządu.

Szarif zaatakował pierwszy: wykorzystał wizytę Musharrafa na Sri Lance i zakazał pilotom wracającego z wyspy wojskowego samolotu lądowania w Pakistanie – z pełną wiedzą, że poziom paliwa nie pozwoli im lądować właściwie nigdzie indziej. „Mamy paliwa na 45 minut lotu. Możemy lecieć tylko do Indii” – informował pilot generała. „Po moim trupie. Nie polecimy do Indii. Proszę przekazać to kontroli lotów” – usłyszał w odpowiedzi. W ciągu kwadransa czy dwóch szef sztabu postawił podwładnych na nogi i doprowadził do przejęcia przez nich lotniska w Karaczi. Kości zostały rzucone: po lądowaniu samolotu urząd po urzędzie, instytucja po instytucji, rezydencja po rezydencji mundurowi zatrzymywali ludzi Szarifa i jego samego. Przewrót stał się faktem.

Utracone wyczucie taktyki

Choć junta chętnie widziałaby Szarifa – a przynajmniej część jego najbliższej świty – na stryczku, to mundurowi powściągnęli się przed natychmiastową i brutalną zemstą. Zaważyła pewnie kwestia wizerunku, o której pisał Rashid. Być może dlatego po rutynowym potępieniu zamachu stanu na świecie po prostu zaczęto pomijać sytuację w Pakistanie milczeniem. Wystarczyło przetrwać niecałe dwa lata – do zamachów 11 września. Owszem, Musharraf usłyszał wówczas od administracji George’a W. Busha sławetne: „jesteście z nami albo cofniemy Pakistan do epoki kamienia łupanego”, ale gdy tylko potwierdził swój udział w wojnie z terroryzmem, stał się jednym z najbliższych sojuszników. Z dyktatora zapyziałego kraju w Azji stał się przywódcą, godnym autorem wydanej na całym świecie – i potraktowanej jako niemałe wydarzenie – budującej mit drugiego Atatürka autobiografii „Na linii ognia”.

Niewątpliwie – mimo obalenia tuż za zachodnią granicą talibów, rebelii, która zaczęła wkraczać na terytoria Pakistanu, tajnych służb wywiadu wojskowego (ISI), które prowadziły własną grę daleką od linii prezydenta, polujących na Musharrafa i innych zlaicyzowanych Pakistańczyków dżihadystów – to nie były dla kraju złe lata. Poprzednie rządy Szarifa i wcześniej Benazir Bhutto – owszem, sprywatyzowały kawał krajowej gospodarki. Ale sposób, w jaki się to odbyło, ilustruje ksywka męża Benazir: „Pan 15 Procent” (w innych wersjach: 5, 10 czy 20 Procent), a dla gospodarki oznaczało to stagnację. Tymczasem za Musharrafa nastąpiła dalsza gospodarcza liberalizacja, uporządkowanie finansów publicznych, wzrost inwestycji napędzanych przekraczającymi 10 mld dol. zastrzykami dotacji od USA, wzrost PKB dochodzący do 9 proc. W czasach dyktatury powstało w kraju niemal 12 mln miejsc pracy, czego Pakistan chyba nigdy wcześniej nie doświadczył.

Wielki billboard wojskowego przywódcy Pakistanu, generała Perveza Musharrafa. Lahore, 23 październik

Wielki billboard wojskowego przywódcy Pakistanu, generała Perveza Musharrafa. Lahore, 23 października 1999 r.

AFP

„Ten prezydent chciał się podobać wszystkim” – powtarzają autorzy prac o Pakistanie czasów Musharrafa. I rzeczywiście dla zwesternizowanych rodaków miał aurę człowieka światowego, częstego gościa w Białym Domu, dla wierzących – fotografował się podczas modlitwy w trakcie hadżdżu, pielgrzymki do Mekki. Na dżihadystów polował, ale najchętniej na tych, którzy nie byli Pakistańczykami; swoim odpuszczał, dopóki oni nie zapolowali na niego. Partie funkcjonowały, ich reprezentacja wchodziła do parlamentu – ale prezydencka frakcja trzymała je z dala od realnych rządów. Media funkcjonowały bez większych zakłóceń, nawet mogły czasem wtrącić coś krytycznego o prezydencie. Gospodarka kwitła, ale i armia była zadowolona, bo trzymała w garści największe krajowe korporacje.

Gospodarka kwitła, ale i armia była zadowolona, bo trzymała w garści największe krajowe korporacje

Dziś trudno byłoby zrozumieć, dlaczego Musharraf zniknął, bez przypomnienia sobie ówczesnej atmosfery. Zachód był przekonany, że talibowie zostali pokonani na dobre, w Iraku sytuacja zaczynała się stabilizować, w USA do Białego Domu ruszył Obama. I akurat w tym momencie prezydent Musharraf postanowił w mało umiejętny sposób zawalczyć o kolejną kadencję u władzy. W pierwszym odruchu najbardziej zaangażowani w Pakistanie Amerykanie i Brytyjczycy udzielili mu politycznego błogosławieństwa. W kolejnym okazało się, że na salonach panuje odczucie, że czas Musharrafa dobiegł końca i pora postawić znowu na wracającą z wieloletniej emigracji Benazir Bhutto. Z perspektywy Zachodu wspieranie dyktatora, który bezwstydnie zamierzał przedłużyć sobie rządy, było coraz trudniejsze wizerunkowo. Nie wspominając już o tym, że narastało rozczarowanie rozdźwiękiem między deklarowanym zaangażowaniem Islamabadu w wojnę z terrorem a realnymi działaniami ISI zmierzającymi do ukrywania zarówno liderów Al-Kaidy, jak i rodzimych talibów na terytorium Pakistanu.

Czytaj więcej

Kim są talibowie?

Ale były komandos stracił też wyczucie taktyki na rodzimym froncie. Pakistańskim ortodoksom podpadł, przyzwalając na oblężenie radykałów w Islamabadzie (Czerwony Meczet, Lal Masjid). Zamieniło się ono w krwawy wielodniowy spektakl, sfinalizowany szturmem jednostek specjalnych na kompleks świątynny, w którym zginęło pewnie ponad stu obrońców i członków ich rodzin. Świeckim naraził się zmuszeniem do dymisji szefa sądownictwa, co wyprowadziło na ulice tysiące prawników w całym kraju. A oliwy do ognia dolała Bhutto, powtarzając na każdym wiecu – aż do tego feralnego, podczas którego została zastrzelona (27 grudnia 2007 r.) – że Musharraf chce sfałszować wybory. I ta śmierć obciążyła dyktatora. Musiał odpierać zarzuty, że Bhutto z premedytacją nie zapewniono stosownej ochrony. W końcu zareagował ostatecznością: raz jeszcze wprowadził stan wyjątkowy.

„To przesądziło o jego losie – podsumowuje Maleeha Lodhi w swojej pracy »Pakistan. Beyond the Crisis State«. – Rychło zniósł stan wyjątkowy, ale jego polityczna siła została zniszczona. W wyborach w lutym 2008 r. partia władzy została wyrwana. Partia Ludowa (ugrupowanie Bhutto) zajęła pierwsze miejsce, Liga Muzułmańska Szarifa – drugie. Było tylko kwestią czasu, kiedy Muszarraf zostanie zmuszony do ustąpienia”. I tak też się stało pół roku później. Jedynie 15 proc. ankietowanych rodaków generała wyrażało niezadowolenie z tej dymisji.

Wizerunkowe zwycięstwo?

Z wyjazdem z kraju generał zwlekał jeszcze przez kilka miesięcy, może sprawdzając, co ewentualnie czeka go z rąk nowej władzy, może sondując swoje szanse na życie po dyktaturze. I jeśli w pierwszym przypadku zapowiadało się co najmniej na długie sądowe batalie, zarzuty zdrady stanu i terroryzmu, to już perspektywa emigracji zapowiadała się nieźle: Musharraf osiadł w Londynie, ale zarabiał w USA, głównie na wystąpieniach przed amerykańskimi decydentami oraz na forach czołowych think tanków.

Generał chciał chyba dopisać jeszcze jeden rozdział w swej politycznej biografii, ale najwyraźniej przeszarżował. O jego powrocie do Pakistanu mówiono od 2010 r., kiedy to jego zwolennicy sformowali partię polityczną mającą być jego zapleczem w ojczyźnie. W 2013 r. pokusił się o powrót: wylądował witany przez grupę członków swojej partii i zapowiedział start w zbliżających się wyborach. Ale na to nowe elity kraju nie miały zamiaru pozwolić: ogłoszono, że nie zostanie dopuszczony do wyborów, sąd anulował – właściwie tylko technicznie obowiązującą – kaucję, co skończyło się próbą skucia Musharrafa i odprowadzenia do aresztu. Ten scenariusz uniemożliwili wierni zwolennicy, którzy wywołali bijatykę w sądzie i wyprowadzili generała z budynku. Przez trzy kolejne lata trwała zabawa w kotka i myszkę: a to policja zabierała Musharrafa z jego rezydencji do aresztu, a to wracał; a to przebywał na wolności za kaucją, a to anulowano tę możliwość. W tym czasie raz jeszcze był celem zamachu, choć to nic pewnego.

Generał chciał chyba dopisać jeszcze jeden rozdział w swej politycznej biografii, ale najwyraźniej przeszarżował

Jednocześnie nasilały się prawdopodobnie objawy amyloidozy – rzadkiej choroby polegającej na gromadzeniu się w tkankach nieprawidłowych białek, co z czasem uszkadza narządy. Najwyraźniej zagubione w zamieszaniu z byłym dyktatorem pakistańskie urzędy, z pewną chyba ulgą, wyraziły w 2016 r. pozwolenie na podróże zagraniczne Musharrafa w celu leczenia. Generał skwapliwie z tego skorzystał: osiadł w Dubaju, skąd nawet próbował prowadzić polityczny talk-show. W tym czasie pakistańskie sądy poczuły się pewniej: zapadały wyroki o odebraniu mu majątku na terenie ojczyzny, a w 2019 r. wyrok śmierci in absentia za zdradę stanu (anulowany kilka tygodni później przez inny sąd).

To były jednak prawnicze harce bez większego znaczenia. Czas byłego dyktatora był już policzony: do szpitala trafił na stałe jeszcze wiosną 2022 r., miał wtedy 78 lat i zapewne świetnie wiedział, że już nie jest na linii ognia. Dzień po śmierci (5 lutego 2023 r.) wrócił do ojczyzny: pochowano go w Karaczi.

I natychmiast ton dyskusji o nim się zmienił. „Nie było w kraju silniejszej demokracji niż za jego czasów – mówił jeden z członków partii Imrana Khana, do niedawna rządzącego krajem. – Prowadził kraj w wyjątkowo trudnym czasie, a jednocześnie Pakistańczycy wierzą, że era jego rządów była jedną z najlepszych w historii”.

„Kiedyś nieprzejednany wróg Indii, w latach 2002–2007 stał się prawdziwą siłą prącą do pokoju na subkontynencie” – uzupełniał indyjski dyplomata i znany komentator Shashi Tharoor. Cóż, najwyraźniej generał odniósł wizerunkowe zwycięstwo zza grobu.

Weteran pakistańskiego reportażu politycznego Zahid Hussein na kartach książki „Frontline Pakistan” pisał: „Zza przyciemnionych szyb pędzącego mercedesa prezydent Musharraf mógł zobaczyć vana zmierzającego w stronę prezydenckiego konwoju z naprzeciwka, przejeżdżającego policjanta, który wybiegł na drogę, próbując zatrzymać auto. Było święto narodowe, szosa była pusta. Kilka sekund później van wybuchł, uderzając w wóz ochroniarzy w ogonie konwoju. Zapadła ciemność, kierowca odruchowo nacisnął hamulce. »Przyspieszaj! Nie zatrzymuj się!« – krzyknął na niego prezydent. Przejechali jakieś 150 jardów, kiedy kolejne auto wpadło w samochód tuż za prezydencką limuzyną, detonując 60 funtów materiałów wybuchowych. Trzy z czterech opon limuzyny pękły od tej eksplozji. Na karoserię chlusnęła krew i spadły skrawki ciał. Ale kierowca naciskał pedał gazu i dojechał do siedziby prezydenta na jedynej pozostałej oponie”. – Było blisko – wspominał potem Musharraf.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
Gdy świat zostawił Saamów samych
Historia świata
Feldmarszałek Hindenburg kontra kapral Hitler
Historia świata
Krwawiący czarnoziem. Lwów, spleciona historia Ukraińców i Polaków
Historia świata
Zdobycie Bastylii. Rewolucja pożera własne dzieci
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia świata
Skomplikowane drogi Polaków do niemieckich oddziałów Schutza. Tak chcieli bronić Wołynia