Próby jądrowe, czyli ćwiczenia z apokalipsy

Co nam grozi, gdy eksploduje 2,5 tys. głowic jądrowych? Zdążyliśmy zapomnieć, że taki kataklizm już przetrwaliśmy w XX wieku.

Publikacja: 05.10.2023 21:00

Amerykański personel wojskowy obserwuje test atomowy. Pustynia w Nevadzie, 1 listopada 1951 r.

Amerykański personel wojskowy obserwuje test atomowy. Pustynia w Nevadzie, 1 listopada 1951 r.

Foto: Everett Collection/Shutterstock

Żyjemy w epoce fobii przed drewnem w kominku i dymem papierosowym, a energia jądrowa budzi masową histerię. Trudno pojąć, że przez pół wieku ta sama cywilizacja detonowała średnio jedną bombę jądrową w tygodniu, a w złotej erze atomu nawet co trzy dni rósł do nieba nowy grzyb radioaktywny. Pojedyncze i wielokrotne eksplozje wstrząsały powietrzem, podziemnymi skałami, głębiną oceaniczną i przestrzenią kosmiczną w ponad 2 tys. testów broni jądrowej.

Uczniowie czarnoksiężnika

Nawet twórcy bomby nie byli pewni, co się wydarzy 16 lipca 1945 r. na pustyni (nomen omen) Jornada del Muerto, czyli Szlak Trupa w Nowym Meksyku, gdy „gadżet” wisiał pod szczytem wieży testowej. Uczeni byli jak uczniowie czarnoksiężnika: zbudowali coś, o czym zgoła nic nie wiedzieli.

Gdy pominąć obawy Enrico Fermiego, że kula ognia wchłonie całe powietrze Ziemi, niewiadomą była sama siła wybuchu; gdy Izydor Rabi obstawiał aż 18 kiloton, Robert Oppenheimer liczył na 60 razy mniejszą eksplozję. W grę wchodził także najczarniejszy scenariusz, że bomba po prostu nie działa, co wróżył Norman F. Ramsey – po fiasku należało wyjaśnić, na co poszły miliardy dolarów z projektu „Manhattan”.

Test „Trinity” był pierwszą i ostatnią próbą przed bojowym użyciem bomby, choć ataki na Hiroszimę i Nagasaki też były eksperymentem prowadzonym w bezkompromisowo realistycznych warunkach. Bomby dowiodły skuteczności w paleniu drewnianych miast i cywilów, jednak kapitulacja Japonii zapobiegła testowi broni na celach wojskowych.

Eksperyment z 1946 r. miał sprawdzić, czy bomba jądrowa podoła zniszczeniu floty wojennej, co zmieni marynarkę w anachroniczny przeżytek. Na cele wyznaczono 95 okrętów bliskich wycofania ze służby (w tym pancernik „Nevada” ocalały z nalotu na Pearl Harbor) oraz zdobyczne pancerniki z floty Japonii i Niemiec. Rywalizującej o fundusze marynarce zależało na zupełnie przeciwnych wnioskach, zabrała więc z okrętów paliwo i amunicję, co zakłamało efekt doświadczeń. W zastępstwie załóg na pokładach rozmieszczono żywą menażerię złożoną z kilkuset świń, kóz, świnek morskich i szczurów. Test Crossroads odbył się na rajskim atolu Bikini w archipelagu Wysp Marshalla, przejętym od Japonii wraz z plemieniem rdzennych mieszkańców, jakoś nakłonionych do ewakuacji – rzecz jasna tymczasowej – na niezamieszkaną wyspę, choć los atolu był przesądzony na wieki.

Czytaj więcej

Władimir Putin testuje najgroźniejszą rakietę. To „latający Czarnobyl”

Niemal w atmosferze wakacyjnego pikniku, z tortem w kształcie atomowego grzyba i pełną widownią VIP-ów, dziennikarzy i kamer, na ciasno stłoczone kotwicowisko spadła bomba o wdzięcznymi imieniu Gilda – na cześć femme fatale granej przez Hayworth. Jednak wybuch o sile 23 kiloton prawie nie naruszył okrętów, gdyż błąd pilota zniósł bombę prawie kilometr od celu. Druga część testu też była klapą, lecz z groźniejszymi konsekwencjami. Wybuch pod powierzchnią morza oblał okręty gejzerem skażonej wody, której później 5 tys. marynarzy nie zmyło mydłem i ługiem. Stwierdzono, że rozpylony uran wnika w warstwy poszycia, dlatego radioaktywnej floty (eksplozja zatopiła tylko dziewięć jednostek) nie sposób nawet złomować. Trzecią z planowanych prób odwołano, zwłaszcza że wtedy cały arsenał Ameryki stanowiło raptem siedem bomb atomowych. Testy wstrzymano, aż w 1949 r. Stalin zaskoczył świat własnym wybuchem.

Następna dekada była istnym festiwalem eksperymentów koniecznych dla zdobycia przewagi. Broń przeszła modyfikacje, zmieniały się technologie, powstały nowe konstrukcje bomb, ale również koncepcje użycia i przenoszenia głowic w rakietach i artylerii, wymuszając miniaturyzację i redukcję masy, co wymagało testów. I choć więcej faktów wyciekło po zachodniej stronie żelaznej kurtyny, to wyczyny jednych były zazwyczaj lustrzanym odbiciem pomysłów drugich. Zarazem atom przyjęto z entuzjastyczną beztroską; gdy w 1951 r. Amerykanie założyli poligon testowy na pustyni w Nevadzie, w odległym o 100 km Las Vegas eksplozje były turystyczną atrakcją; hotele z widokiem na północny horyzont oferowały gościom niezapomniane chwile z szampanem i kontemplacją atomowego grzyba.

Siła żywa i inne zwierzęta

Wkrótce Bikini stało się za ciasne, poligon objął więc sąsiedni atol Eniwetok na Pacyfiku, żeby w 1951 r. zdetonować urządzenie pomysłu Stanisława Ulama i Edwarda Tellera. Ważąca 75 ton konstrukcja była prototypem bomb wodorowych – urządzenie skryte za trywialnym kryptonimem „Kiełbasa” zmieniło wysepkę Elugelab w podwodny krater o średnicy 2 km. Zarazem test przyniósł pierwszą ofiarę wodorowego przełomu – poległ pilot odrzutowca F-84, gdy wleciał w chmurę eksplozji, by zebrać próbki do badań; instrumenty pokładowe maszyny szalały od zakłóceń i samolot rozbił się w oceanie.

Pełnoprawną bombę wodorową, o masie zredukowanej do 11 ton, przetestowano na atolu Bikini dwa lata później, jednak z katastrofalnym skutkiem. Nawet twórcy modyfikacji nie przewidzieli piekielnej mocy konstrukcji, mimowolnie wyzwalając największą eksplozję w dziejach amerykańskich testów. Wyzwolona moc 15 megaton była dwukrotnie silniejsza niż wyliczono w projekcie, wynosząc kulę ognia nad stratosferę! Skażenie objęło bunkier obserwacyjny, wchłonęło lotniskowiec zakotwiczony 60 km od epicentrum i wywołało chorobę załogi, po czym z wiatrem dotarło na zamieszkałe wyspy archipelagu. Po krwawych biegunkach i wymiotach od oparzeń wewnętrznych mieszkańcom atoli wypadły włosy, nim władze wojskowe zaczęły ewakuację. Potem ujawniono, że w związku z tzw. projektem 4.1 wojsko bardziej interesowały badania efektów promieniowania niż pomoc ludności. Kolekcjonowano co ciekawsze okazy i martwe płody, które zwieziono do amerykańskich laboratoriów.

Szczególnie nerwowa była Japonia, przewrażliwiona na punkcie broni jądrowej, zwłaszcza po śmierci radiooperatora z kutra „Szczęśliwy Smok 5”, zagubionego w skażonej strefie. Bodaj pierwszy raz świat odczuł grozę zagłady, wnosząc strach do kultury masowej. Nastał boom na katastroficzne wizje, a projektant Louis Réard wykorzystał koniunkturę marketingową, promując dwuczęściowy strój kąpielowy pod nazwą „bikini” jako zwiastun przyszłości ludzi po nuklearnym kolapsie. Mimo to katastrofa nie zatrzymała testów w atolu: przez cztery lata zdetonowano w nim 21 bomb wodorowych – razem ekwiwalent 75 megaton trotylu!

Czytaj więcej

Czy marszałkowie uratowali świat przed Chruszczowem?

Ciszy nie było również w Nevadzie, gdzie w 1957 r. urządzono dość kontrowersyjne manewry. Wprawdzie już w 1951 r. badano wpływ eksplozji na „siły żywe”, czyli żołnierzy w obrębie skażenia, lecz ćwiczenia różniły się skalą. Tym razem na poligonie operowało 18 tys. żołnierzy wszystkich rodzajów sił zbrojnych, hartowanych w blasku 27 wybuchów jądrowych, a jednocześnie sprawdzono eksplozje na 1200 świniach poświęconych dla dobra nauki. Korzystając z okazji, propaganda oswajała społeczeństwo z nuklearną rzeczywistością. Pięciu oficerów zgodziło się zostać pod epicentrum wybuchu na wysokości 6 tys. metrów, by dowieść nieszkodliwości atomu (co szczególnie ciekawe, aż czterech z nich dożyło nowego stulecia!).

Jeszcze większą sławę zyskały sowieckie ćwiczenia o kryptonimie „Bałwan” we wsi Tockoje pod Buzułukiem, gdzie marszałek Żukow wpędził 45 tys. żołnierzy w dymiące epicentrum wybuchu, jednak Tockoje tym się różniło od pustyni w Nevadzie, że leży wśród licznych i ludnych wiosek.

Wkrótce ciekawość demiurgów dotknęła również kosmosu, głównie w związku z koncepcją efektu elektromagnetycznego Christofiliosa. Potencjalnie wybuch w kosmosie mógł zatrzymać atak Sowietów, zakłócając lub niszcząc elektronikę układów sterowania rakiet balistycznych przed powrotem do atmosfery. W pewnym sensie test potwierdzał teorię, gdyż trzy eksplozje w wyższych warstwach atmosfery utworzyły sztuczny pas radiacyjny, tygodniami zakłócający łączność i fale radarów.

Eksplozje wróciły w kosmos, gdy w 1962 r. zdetonowano głowicę jądrową 400 km nad ziemią, by zbadać efekt impulsu elektromagnetycznego. Rezultatu nie dało się zmierzyć, gdyż w instrumentach zabrakło skali – tym razem sztuczny pas Van Allena świecił wiele miesięcy, powodując zorze w zaskakujących fragmentach nieba i zagładę satelitów na niskich orbitach. Okazjonalnie zniszczono również wysepkę Johnson na Pacyfiku, skąd startowały rakiety, gdyż pocisk Thor spłonął na wyrzutni razem głowicą, zalewając ziemię skażonym paliwem.

Każdy musi spróbować

Pod koniec dekady niepokój świata wymusił chwilowe moratorium na testy jądrowe, szybko przerwane kryzysem kubańskim. Jednak Sowietów gnębiła frustracja – wprawdzie od 1953, a praktycznie w 1955 r., zdobyli broń wodorową, lecz bezużyteczną – nie mieli rakiet zdolnych przenieść 20-tonową głowicę nad Amerykę. Postanowili dowieść przewagi, budując bombę największą na świecie. AN602, bardziej znana jako „Car-bomba” (jedna z tych szczególnych dla Rosji dużych i nieużytecznych rzeczy, jak gigantyczny dzwon i armata), miała moc 50 megaton, czyli energię dziesięciokrotnie większą od sumy materiałów wybuchowych użytych w czasie II wojny światowej, a z powodu 27 ton masy ledwo ją uniesiono w powietrze, dając pilotom nikłe szanse ucieczki. W 1961 r. ładunek zrzucono nad Nową Ziemią za kołem podbiegunowym i zdetonowano 4 km nad wyspą, dostarczając światła aż na Alaskę, a fala sejsmiczna trzykrotnie obiegła Ziemię – Norwegom z okien wypadły szyby, Andriej Sacharow zaś, ojciec nuklearnego sukcesu, po 15 latach otrzymał... Pokojową Nagrodę Nobla.

Siłę wybuchu jądrowego Amerykanie testowali na manekinach

Siłę wybuchu jądrowego Amerykanie testowali na manekinach

National Archives[7065495]

Tymczasem w miarę, jak rósł klub atomowych mocarstw, wybuchy jądrowe traciły na ekskluzywności i rozlały się po świecie jak ospa, daleko poza amerykańskie poligony testowe i kazachski step pod Semipałatyńskiem.

Pierwsza była Wielka Brytania, z potężnym problemem wyboru miejsca do testów – zwłaszcza gdy w 1950 r. Waszyngton odmówił użyczenia pustyni w Nevadzie. Dopiero dwa lata później, po sukcesie prób u brzegów Australii, USA zaoferowały pełną współpracę, choć Albion nie zaniechał testów w starym dominium i na Wyspie Bożego Narodzenia na Oceanie Indyjskim.

Francja, mimo toczonej wojny, nie wahała się prowadzić prób jądrowych w Algierii – mówiono wręcz, że detonacji czterech bomb dokonano ze strachu, że broń przejmą puczyści z francuskiej armii podczas zamachu stanu. Po stracie terytorium Paryż utrzymał kontrolę nad poligonem, dokonując jeszcze 14 testów, po czym atomowy tabor wywędrował na Polinezję. Testy na atolach Mururoa i Fangataufa prowadzono do 1996 r., z opłakanym skutkiem dla ludności i tragikomicznym epizodem zatopienia statku „Rainbow Warrior” przez nierozgarniętych agentów wywiadu w 1985 r.

Chiny nie były gorsze, testując co najmniej 45 ładunków jądrowych na poligonie Lop Nur, w tym 4-megatonową bombę wodorową w 1967 r., kończąc wybuchem atmosferycznym 16 lat później, choć podziemne próby trwały do 1996 r.

Indie ustami premier Ghandi uspokajały, że ich podziemna eksplozja z 1974 r. ma pokojowe zastosowanie – nawet kryptonim operacji („Uśmiechnięty Budda”) napawa błogością. Jednak Pakistan nie dał się zwieść, przeprowadzając aż 24 podziemne testy do 1994 r., co Indie skwitowały – tym razem nie owijając w bawełnę – pięcioma próbami, znów prowokując Islamabad do detonacji następnych sześciu bomb atomowych.

Prawie nic nie wiemy o testach przypisanych Korei Kimów, lecz doświadczenia Izraela są nie mniej tajemnicze, zwłaszcza gdy Tel Awiw konsekwentnie przemilcza kwestię arsenału atomowego. Nigdy nie potwierdzono izraelskiego testu, choć wiadomo o tajnej współpracy z Francją, nim zerwał ją prezydent de Gaulle. Pewnych sugestii dostarczył incydent z 1979 r., gdy satelita Vela 6911 – stworzony do detekcji rozbłysków jądrowych – zarejestrował eksplozję między Afryką i Antarktydą. Test przypisano Republice Południowej Afryki, lecz większość analityków sugeruje izraelską próbę jądrową, bo państwa ściśle współpracowały surowcowo i technologicznie.

Test jądrowy Crossroads na rajskim atolu Bikini w archipelagu Wysp Marshalla, lipiec 1946 r.

Test jądrowy Crossroads na rajskim atolu Bikini w archipelagu Wysp Marshalla, lipiec 1946 r.

Library of Congress Prints and Photographs Division Washington[LC-DIG-ds-02944]

Gdy dotkliwość skutków eksplozji stała się zbyt namacalna, pod naciskiem opinii publicznej ustalono ściślejsze rygory. W 1963 r. „stare” mocarstwa atomowe zgodziły się na zakaz prób jądrowych w powietrzu, morzu i przestrzeni kosmicznej; przejście do prób podziemnych, by ograniczyć emisję produktów rozpadu, na ogół respektowano, z wyjątkiem incydentalnych eksplozji atmosferycznych w państwach azjatyckich i Francji.

Dopiero pół wieku od rozbłysku nad Jornada del Muerto uznano wiedzę o broni jądrowej za kompletną i wystarczającą. Pierwsi (sześć lat przed Stanami Zjednoczonymi) erę prób zamknęli Sowieci, w 1990 r. detonując ostatnią bombę nad Nową Ziemią (choć zrobili to raczej z powodu zapaści ekonomicznej niż pacyfistycznego wzmożenia). Ostatni test przeprowadził Pakistan (jeśli pominąć niejasną sytuację Korei Północnej).

Przestrzegania podpisanego w 1996 r. zakazu prób jądrowych strzeże globalna sieć sejsmografów, hydrofonów i satelitów, jednak porozumienie jest raczej dżentelmeńską umową niż aktem prawnym, gdyż nigdy nie weszło w życie. Tylko od rozpoznania sytuacji międzynarodowej i poczucia zagrożenia mocarstw zależy, czy atomowa kanonada się nie powtórzy. Warto o tym przypomnieć, gdy w obliczu nowego napięcia blednie strach przed silnikami spalinowymi i węglem.

Żyjemy w epoce fobii przed drewnem w kominku i dymem papierosowym, a energia jądrowa budzi masową histerię. Trudno pojąć, że przez pół wieku ta sama cywilizacja detonowała średnio jedną bombę jądrową w tygodniu, a w złotej erze atomu nawet co trzy dni rósł do nieba nowy grzyb radioaktywny. Pojedyncze i wielokrotne eksplozje wstrząsały powietrzem, podziemnymi skałami, głębiną oceaniczną i przestrzenią kosmiczną w ponad 2 tys. testów broni jądrowej.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia świata
Gdy świat zostawił Saamów samych
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Historia świata
Feldmarszałek Hindenburg kontra kapral Hitler
Historia świata
Krwawiący czarnoziem. Lwów, spleciona historia Ukraińców i Polaków
Historia świata
Zdobycie Bastylii. Rewolucja pożera własne dzieci
Historia świata
Skomplikowane drogi Polaków do niemieckich oddziałów Schutza. Tak chcieli bronić Wołynia