„Rzeczpospolita”: Czy książka „Maj 1926. Zamach, którego nie było” jest o III Rzeczpospolitej?
Prof. Andrzej Chwalba: Nie było to moją intencją. Polityczna walka i język sto lat temu były brutalniejsze. Ale współczesne podziały zaszły za daleko.
W 1922 r. nastąpiło pęknięcie między obozem narodowym, a piłsudczykami i lewicą. Zamordowanie prezydenta Gabriela Narutowicza było aktem założycielskim „II Rzeczpospolitej przemocy”. Rok później – po raz pierwszy rządziła wówczas koalicja Chjeno-Piasta – w Krakowie wojsko i policja spacyfikowały protestujących robotników.
Innym problemem ówczesnej debaty publicznej było to, że jej uczestnicy radykalnie zmieniali zdanie. Marszałek Sejmu Wojciech Trąmpczyński w 1920 r. – mimo tego, że był endekiem – porównywał powracającego z wyprawy kijowskiej marszałka Józefa Piłsudskiego do Aleksandra Macedońskiego i Napoleona, by sześć lat później w mocnych słowach odmawiać mu kompetencji i zasług.
Zamach majowy, czyli dzieje pewnego przypadku
Jak uniknąć pułapek prezentyzmu i banału, rozmawiając o wydarzeniach, które rozegrały się 12 maja 1926 r.?
Mówiąc o nich szczerze, uczciwie i tak, jak było.
Jak więc było?
Inaczej niż miało być. To dzieje pewnego przypadku. A właściwie było ich kilka. I o nich właśnie jest ta książka.
Bardzo ważne w tej historii są również relacje prezydenta Stanisława Wojciechowskiego z marszałkiem Józefem Piłsudskim. Współpracowali w konspiracji, byli bliskimi przyjaciółmi. Wojciechowski zresztą poznał swoją żonę – Marię – dzięki Piłsudskiemu. Kiedy w 1920 r. Wojciechowski wszedł do rządu, obejmując tekę ministra spraw wewnętrznych, Piłsudski wciąż utrzymywał z nim bardzo dobre stosunki. Ale kiedy został prezydentem, ich przyjaźń zaczęła się sypać. Bo nie mógł dać Piłsudskiemu tego, czego ten chciał, czyli pełnej władzy nad wojskiem. W odpowiedzi piłsudczycy w bezlitosny sposób zaatakowali małżonkę prezydenta, który nie mógł przecież tego zignorować.
Stojąc na Moście Poniatowskiego – w tym miejscu Piłsudski spotkał się z Wojciechowskim, który wracał tędy do Warszawy – marszałek do końca się łudził, że prezydent mu ustąpi. Ale to Wojciechowski okazał się silniejszy, bo nie skapitulował.
A wszystko zaczęło się w 1923 r., kiedy oponenci Piłsudskiego wysłali go na wczesną emeryturę. Kolejne projekty ustaw, które miały ukształtować strukturę naczelnych władz wojskowych, wyłącznie drażniły marszałka, ponieważ oddalały go od celu. Brutalna polityka zniszczyła przyjaźń. A głęboka polaryzacja nie zostawiła miejsca na kompromis.
Czytaj więcej
W 100. rocznicę zamachu majowego warto zadać pytanie, czy musiało do niego dojść? Śledząc wydarzenia polityczne pierwszych lat niepodległości, trud...
Czy Piłsudski przygotowywał zbrojne przejęcie władzy?
Hasło „zamach majowy” w Wikipedii powinno zostać napisane od nowa. Ponieważ Józef Piłsudski nie planował przewrotu. I nie jest prawdą, że gromadził wojska pod Warszawą.
W nocy z 11 na 12 maja podjął decyzję, by przyjechać do stolicy z Sulejówka, ponieważ komisarz Rządu Miasta Stołecznego Warszawy Jan Tłuchowski wydał polecenie, by zatrzymać „Kurier Poranny” z wywiadem, którego marszałek udzielił 10 maja. Odpowiedział w nim Wincentemu Witosowi, który w „Nowym Kurierze Polskim” prowokował marszałka: „Niechże wreszcie wyjdzie z ukrycia, niechże stworzy rząd (…) Jeśli tego nie zrobi, będzie się musiało mieć wrażenie, że nie zależy mu naprawdę na uporządkowaniu stosunków w państwie”.
Pod jaki adres udał się Józef Piłsudski?
Nie zapowiadając się, przyjechał do Belwederu, będąc pewnym, że zastanie na miejscu Stanisława Wojciechowskiego. Przecież prezydent nie mógł robić nic innego niż czekać na Józefa Piłsudskiego. Przynajmniej tak zakładał marszałek. Podczas gdy Wojciechowski był w Spale, gdzie odpoczywał po bardzo ciężkim tygodniu – 10 maja 1926 r. powołał nowy rząd, na czele którego stanął Wincenty Witos. Chodzi o drugą koalicję Chjeno-Piasta (złożoną z PSL „Piast” i Związku Ludowo-Narodowego oraz dwóch partii o profilu chrześcijańskim oraz Narodowej Partii Robotniczej.
12 maja 1926 roku wygrała legenda wodza, który miał intuicję.
Na spotkanie z Wojciechowskim marszałek przyjechał w towarzystwie 7. Pułku Ułanów Lubelskich, których koszary położone były niedaleko Sulejówka. Nigdy wcześniej tego nie robił. A miało mu to zapewnić przewagę psychologiczną. Ale to, co się tego dnia wydarzyło, było improwizacją w tradycyjnym polskim stylu.
Demokrację krytykował zarówno Józef Piłsudski, jak i obóz centroprawicowy
To jest historia, w której są jednoznacznie źli i dobrzy bohaterowie?
Historyk nie jest ani prokuratorem, ani sędzią. Wyjaśnia kontekst i zadaje pytania. Marszałek miał swoje racje, ale to nie daje historykowi prawa do wartościującej oceny wydarzeń sprzed stu lat. Każdy zamach – nawet jeśli intencje były właściwe – uderza w demokratyczny ład, mimo tego, że jego kondycja w 1926 r. nie była najlepsza.
Dla Józefa Piłsudskiego najważniejsza była niepodległość, zaś ustrój polityczny był środkiem do osiągnięcia celu. A było nim przygotowanie do ewentualnej wojny i upowszechnienie wartości w społeczeństwie, które miało zrozumieć, że wojsko jest potrzebne. Po odzyskaniu niepodległości, Polskę czekała ciężka praca na rzecz wychowania obywateli do obrony państwa.
Czytaj więcej
Gdyby wcześniej nastąpiła korekta polityki prowadzonej w kryzysie, Polska rosłaby nie o 2,5, a o 3,5 proc. Jedynym okresem w dziejach Polski, który...
Traktat w Rapallo (16 kwietnia 1922 r. – red.) oraz traktat berliński (24 kwietnia 1926 r. – red.) oznaczały zbliżenie Niemiec i Rosji: Niemcy mogli ćwiczyć na sowieckich poligonach, oba państwa wymieniały się również usługami wywiadowczymi, co oznaczało penetrację państw systemu wersalskiego. Biorąc pod uwagę również ustalenia w Locarno (16 października 1925 r. – red.) z perspektywy Piłsudskiego Zachód jest słaby, ponieważ nie jest w stanie wymusić na Niemcach, którzy przegrali I wojnę światową, żeby uznali granice Polski i Czechosłowacji.
Prawem opozycji jest krytyka niepowodzeń, zaś lęki Piłsudskiego umacniają w nim przekonanie, że z demokracją przyjdzie się pożegnać. Ale jego oponenci wcale nie myślą inaczej: Wincenty Witos mówił o konstytucji marcowej (1921 r. – red.), że krawiec uszył garnitur, który nie pasuje na klienta. Obóz centroprawicowy również miał plany zmiany ustroju, czyli wzmocnienia władzy rządu i prezydenta kosztem Sejmu. O „sejmokracji” mówili jedni i drudzy.
W 1926 roku wygrała legenda Józefa Piłsudskiego
Ale Józef Piłsudski miał przewagę: słuch społeczny. Był w tym lepszy od Wincentego Witosa?
Wiele można odmówić Józefowi Piłsudskiemu, ale miał to, co jest największą wartością dla tej klasy polityka – wyczuwał, czego chcieli ludzie. Rozumiał, że kolejne rządy szybko się zużywały. Polacy nie nadążali za personalnymi zmianami, a przy tym – poza reformą Władysława Grabskiego – brakowało pomysłów.
W podręcznikach szkolnych odmalowany jest obraz samotnika z Sulejówka. Towarzyszy temu fotografia zadumanego „Dziadka” pośród książek. Ale to nie ma nic wspólnego z historyczną rzeczywistością. Był bardzo zajętym człowiekiem: codziennie gdzieś bywał, otwierając szkoły nazywane jego imieniem i odsłaniając pomniki oraz biorąc udział w zawodach hippicznych i meczach piłkarskich, a także zjazdach legionistów i POW-iaków. A jego imieniny były wielkim świętem. Podróżując po Polsce, Piłsudski przyspieszał bieg historii: popularność obozu narodowego malała, marszałek swoją obecnością wzmacniał negatywną ocenę rządzących i budował wizerunek „mesjasza”, o którym – relacjonowała Maria Dąbrowska – mówił lud, oczekujący rozpędzenia niepopularnych polityków. Kto wygrał 12 maja 1926 r.? Właśnie ona – legenda wodza, który miał intuicję. Piłsudskiemu niczego nie można było zarzucić – nie był wybredny, jego córki podróżowały komunikacją zbiorową (ich obraz w tramwaju utrwalił się w pamięci zbiorowej), zaś to, co zarobił, sprzedając książki i artykuły, przeznaczał na pomoc dla inwalidów i wdów.
Wcześniej Józef Piłsudski poszedł na wojnę o pamięć: chciał w ten sposób dowieść, że jest jedynym kandydatem do najwyższej godności w państwie – tworzył opowieść o wojnie polsko-bolszewickiej, która miała uzasadniać to, że powinien zostać naczelnym wodzem w okresie pokoju i wojny. Gwałtownie zmienił zdanie o generałach, których uważał za konkurentów, choć zaraz po bitwie warszawskiej szczerze im gratulował. Wcześniej lojalni wobec niego – obok Tadeusza Rozwadowskiego można wymienić Józefa Hallera – nie czuli się dłużej zobowiązani.
Biorąc pod uwagę przyczyny tego, co nazywamy zamachem majowym, udało się rozwiązać jakiekolwiek problemy ówczesnej Polski?
Stojąc na Moście Poniatowskiego – w tym miejscu Piłsudski spotkał się z Wojciechowskim, który wracał tędy do Warszawy – marszałek do końca się łudził, że prezydent mu ustąpi. Ale to Wojciechowski okazał się silniejszy, bo nie skapitulował.
Czytaj więcej
Rozliczenia po zamachu majowym trwały wiele miesięcy. Miały świadczyć o potrzebie przewrotu, który się dokonał, oraz o „moralnej sanacji”. Były też...
Do interesującej wymiany zdań doszło pomiędzy młodym porucznikiem Henrykiem Piątkowskim a Józefem Piłsudskim. Piątkowski nie chciał ustąpić Piłsudskiemu. Kiedy marszałek złapał go za rękę i zapytał, czy będzie do niego strzelał, odpowiedział twierdząco, bo nauczono go wierności Rzeczpospolitej. Piłsudski był przekonany, że wojsko pójdzie za nim. Przeżył więc szok. Był pogubiony, po 12 maja przeżył zresztą załamanie – podobnie jak w 1920 r.. W tym czasie inicjatywę przejął Gustaw Orlicz-Dreszer, organizując wiernych wobec marszałka ludzi. Sytuacja eskalowała, ale Piłsudski wciąż zakładał, że nie odda strzału pierwszy, bo rząd wpadnie w panikę, widząc – dopiero teraz – nadciągające oddziały. Witos zresztą wcale nie był przekonany do tego, by stawiać opór. Ale Wojciechowski i stojący obok niego generałowie absolutnie nie chcieli odpuścić. Rozkaz oddania strzału wyszedł ze strony wojsk po stronie rządu, co zresztą będzie w przyszłości wykorzystywane przeciwko Rozwadowskiemu.
Pierwotne plany Piłsudskiego, czyli pokojowa manifestacja wsparta przez pułk ułanów i orkiestrę, runęły. Bardziej niż naiwność, zgubiło go coś innego: politycy popełniają błędy, kiedy mają przekonanie, że są więksi niż w rzeczywistości.
W jakim sensie 1926 rok był cezurą?
Pozornie profesorowie – Ignacy Mościcki jako prezydent i Kazimierz Bartel w roli premiera – przejęli władzę. Piłsudczycy natomiast ogłosili dyktaturę. A Piłsudskiemu wcale się to nie spodobało, więc ich zbeształ, bo nie chciał, aby właśnie taki sygnał do europejskich partnerów wysyłała Polska. Ale choć de iure nie był dyktatorem, de facto nim się stał. Chciał wojska, ewentualnie wpływu na politykę zagraniczną, ale dostał całe państwo. Kształtował więc Polskę na swój obraz i podobieństwo oraz tak, jak mu podpowiadały ówczesne europejskie prądy, które nie sprzyjały demokracji. Stopniowo śruba była przykręcana. Szczególną cezurą był 1930 r., czyli Brześć: aresztowanie polityków (w tym Witosa i Wojciecha Korfantego), wobec których zarzuty były sfingowane, co stanowiło przemoc oraz sfałszowane wybory. Potem przyjdzie Bereza. Krok po kroku Rzeczpospolita zmierzała w złym kierunku, choć był to autorytaryzm light, a nie hard. W kwietniu 1935 r. system autokratyczny usankcjonowała nowa konstytucja.