Jędrzej Moraczewski, były legionista z Pierwszej Brygady i drugi premier II Rzeczypospolitej, wspominał po latach: „Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma »ich«. Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze”. Rzeczywistość wyglądała jednak inaczej. Po 123 latach zaborów niepodległość nie była witana przez tłumy na ulicach. Nikt jej nie fetował w chłopskich chałupach, mieszczańskich domach czy na salonach arystokracji. Nie było nawet oficjalnej proklamacji nowej republiki. Dopiero dwa lata później przyjęto, że za dzień powstania nowego państwa należy uznać 11 listopada 1918 r., rzekomą datę przyjazdu Józefa Piłsudskiego do Warszawy. Ale nawet w wyborze tej daty od początku istniało przekłamanie. Piłsudski wrócił bowiem z Magdeburga dzień wcześniej, a 11 listopada wybrano na święto ze względu na rocznicę podpisania układu rozejmowego w Compiègne, kończącego I wojnę światową.
Czytaj więcej
Posłowie Konfederacji chcą, by Sejm potępił marszałka za to, że „podniósł zbrojną rękę przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej". I zapowiadają, że będą...
Wbrew zatem temu, co pisał Moraczewski, znaczna część społeczeństwa polskiego przyjęła ogłoszenie niepodległości z chłodnym dystansem. Starsze pokolenie Polaków żyjących w Kongresówce odrzucało informację, że carski rubel, oparty na parytecie złota, najpewniejsza waluta XIX wieku, nagle stał się bezwartościową makulaturą. Nikt już nie czuł bezpieczeństwa w świecie, który zaczynał bolesną rekonwalescencję po najstraszniejszej wojnie w dziejach. W tych nowych realiach wszystko zmieniało się z dnia na dzień. Budziło to opór tych, którzy jeszcze do niedawna sprawowali władzę w imieniu trzech zaborców.
W II Rzeczpospolitej doszło do odrodzenia narodowych waśni
11 listopada 1918 r. nikt nie wiedział, gdzie są granice nowego państwa polskiego, jak ma działać administracja, kto odpowiada za infrastrukturę, kto pilnuje porządku, jak powinien wyglądać system podatkowy, sądownictwo czy porządek policyjny. „Bo ni z tego, ni z owego mamy Polskę na pierwszego” – celnie spuentował ten stan rzeczy sam Józef Piłsudski. W tym ogólnym bezładzie najbardziej uporządkowany wydawał się proces tworzenia nowych sił zbrojnych.
Niewyjaśniona do końca przeszłość Marszałka i większości przedstawicieli elity politycznej II RP spowodowała konflikt, którego pokłosiem był zamach majowy, sanacyjny rozkład państwa, a w ostateczności klęska wrześniowa
28 października Rada Regencyjna mianowała generała Tadeusza Rozwadowskiego szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Powszechnie przyjęło się uważać, że to Józef Piłsudski, mianowany w styczniu 1917 r. referentem Komisji Wojskowej, był twórcą polskiej armii. W rzeczywistości od 22 lipca 1917 r., kiedy Piłsudski został aresztowany przez Niemców, a potem przebywał kolejno w więzieniach w Gdańsku, Spandau i Magdeburgu, prawdziwą, niezwykle żmudną i profesjonalną organizacją centralnych instytucji wojskowych oraz różnych formacji Wojska Polskiego zajął się generał Tadeusz Rozwadowski.
Powrót Piłsudskiego do Warszawy oznaczał jednak, że Rozwadowski musi odejść od kierowania siłami zbrojnymi. Już w pierwszych dniach istnienia niepodległego państwa czaił się ponury konflikt jego elit – ludzi wybitnych, ale śmiertelnie skłóconych. Przeszłość rzucała się cieniem na kariery tych, którzy mieli być nieskazitelnym wzorem patriotyzmu. Na liście płatnych konfidentów wywiadu Sztabu Generalnego Austro-Węgier (HK-Stelle) znajdowały się m.in. nazwiska Walerego Sławka oraz Józefa Piłsudskiego, którzy odpowiednio nosili pseudonimy: Stefan 1 i Stefan 2. Obu zwerbował pułkownik Sztabu Generalnego CK Armii Józef Artur Rybak, który już w grudniu 1918 r. został w niepodległej Polsce szefem Oddziału VI Informacyjnego Sztabu Generalnego, a później awansował na generała brygady. Nie jest też tajemnicą, że krakowskiego „Strzelca”, na którego czele stał Józef Piłsudski, założył, szkolił i uzbroił austro-węgierski wywiad. Piłsudski nie był zresztą tylko tajnym współpracownikiem HK-Stelle. Przypuszcza się, że w 1904 r. miał jakiś układ z wywiadem japońskim, a później francuskim. Niewyjaśniona do końca przeszłość Marszałka i większości przedstawicieli elity politycznej II RP spowodowała konflikt, którego pokłosiem był zamach majowy, sanacyjny rozkład państwa, a w ostateczności klęska wrześniowa.
Katastrofa na początku polskiej niepodległości. Zamach na Gabriela Narutowicza
16 grudnia 1922 r., w warszawskiej galerii sztuki Zachęta malarz Eligiusz Niewiadomski zastrzelił pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Opinia publiczna, wcześniej rozpalona sporem wokół wyboru Gabriela Narutowicza na ten urząd, nagle zamilkła. Polskie elity, ale także niższe klasy społeczne, zamarły w osłupieniu i wstydzie. Politycy i dziennikarze zdali sobie sprawę, że to ich kłótnie i nagonki doprowadziły do tej tragedii.
Przecież to na łamach ówczesnej „Rzeczpospolitej” endecki poseł Stanisław Stroński zapoczątkował swoim artykułem pt. „Ich prezydent”, opublikowanym 10 grudnia 1922 r., kampanię nienawiści pod adresem Narutowicza. Zaledwie siedem dni później, dzień po zamachu, Stroński opublikował, znowu w dzienniku „Rzeczpospolita”, wymowny i poruszający artykuł „Ciszej nad tą trumną!”. Uciszał atak na prawicę, bo zapewne sam czuł wyrzuty sumienia. W rzeczywistości zawsze w naszej historii wszystkie strony odwiecznego sporu politycznego są beneficjentami podziału i waśni w społeczeństwie. To spór i szczucie sobą nawzajem daje im siłę do pasożytniczego żerowania na ludziach, którzy każdego dnia ciężko pracują, budując dobrobyt kraju. Bo dobrobytu nie można po prostu zadekretować. Zawsze jest on produktem pracy tych, którzy są najbardziej niedocenieni – zarówno ci najciężej pracujący, jak i te 2–3 proc. o najwyższych zarobkach. To ci, którzy kontrolują kapitał i środki produkcji. Na nich żerują politycy zarówno propagandowo, jak i intelektualnie, obiecując wyborcom szklane góry dobrobytu socjalnego. Tymczasem bezpieczeństwo socjalne nie jest owocem lewicowej wrażliwości, ale ciężkiej pracy i skrupulatnego gromadzenia zasobów. Ronald Reagan celnie to podsumował, mówiąc, że „rząd nie może kontrolować gospodarki, nie kontrolując ludzi”.
Czytaj więcej
Rozliczenia po zamachu majowym trwały wiele miesięcy. Miały świadczyć o potrzebie przewrotu, który się dokonał, oraz o „moralnej sanacji”. Były też...
Spór między tzw. lewicą a tzw. prawicą to zwykła wojna o podział łupów usankcjonowana przez „majestat” państwa. Od dziecka podlegamy indoktrynacji, że państwo jest najważniejsze. „Dla faszysty wszystko mieści się w państwie i poza państwem nie istnieje nic ludzkiego ani duchowego, ani tym bardziej nie ma jakiejkolwiek wartości”. Dzisiaj te słowa Benito Mussoliniego, wygłoszone z loży Palazzo Venezia w Rzymie, słyszymy na każdym kroku w różnych wersjach podczas wieców wyborczych wszystkich partii politycznych. Zdumiewające, że każde pokolenie daje sobie bezkrytycznie wciskać te same frazesy. Tak też było wiek temu, gdy po 123 latach obywatelskiego oporu wobec zaborców naszym dziadkom i pradziadkom powiedziano: „teraz ten kraj jest znowu wasz. Co z nim uczynicie?”.
Czy Polakom po drodze z demokracją?
Monteskiusz, wielki francuski filozof doby oświecenia, 278 lat temu wydał w Genewie traktat filozoficzny „O duchu praw”, w którym przedstawił swoją wizję porządku ustrojowego nowoczesnego państwa. Postulował rewolucyjny jak na owe czasy trójpodział władzy. Swoją koncepcję oparł na teorii klasycznego republikanizmu angielskiego filozofa Johna Locke’a, który w 1690 r. opublikował „Dwa traktaty o rządzie”. Zarówno Locke, jak i Monteskiusz uważali, że władza jest powołana do ochrony niezbywalnych wartości, jakimi są wolność i własność. Dlatego powinna pochodzić z nadania ludu i być ograniczona w celu realizacji tylko tych zadań, do których została powołana.
Obaj myśliciele uważali, że spełnienie tych postulatów warunkuje rozdział kompetencji w obrębie poszczególnych władz. Naiwnie nie brali jednak pod uwagę prostego mechanizmu psychologicznego, który najlepiej sformułował John Acton: „Władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie”. Dzisiaj wszyscy bezmyślnie i bezkrytycznie powołują się na Monteskiusza niczym sekciarze na proroka. Ale czy jego wizja państwa była rzeczywiście taka doskonała?
Czytaj więcej
W 100. rocznicę zamachu majowego warto zadać pytanie, czy musiało do niego dojść? Śledząc wydarzenia polityczne pierwszych lat niepodległości, trud...
Z monteskiuszowskim podziałem władzy jest jak z demokracją. Ciągle w nią ślepo wierzymy, niczym w słuszność nakazu, że w Wielki Piątek nie należy jeść mięsa. A przecież, co zawsze powtarzam, demokracja jest iluzją. Jej ojcem był Perykles, a więc wojskowy dyktator, który swoimi decyzjami regulował każdy aspekt życia Ateńczyków. Autokrata znalazł w demokratycznej fikcji klucz do kontroli absolutnej. Wystarczyło tylko odpowiednio przekonać wyborców do swoich racji, a byliby gotowi zagłosować nawet na własną samozagładę. Wszystkie rewolucje, które stawiały sobie za przewodni postulat kreację egalitarnego i demokratycznego społeczeństwa, kończyły się krwawą rzezią różnej maści mniejszości. Historia uczy nas, że nic tak bardzo nie umacnia dyktatury, jak jej demokratyczne początki. Jaka jest więc alternatywa? Sanacja państwa zaproponowana przez piłsudczyków w 1926 roku? A może samoregulujący się rynek, wolny od wszelkiej interwencji państwa, który zredukowałby ośrodki władzy do roli wyłącznie kontrolnej? Niektórzy uważają, że gospodarka musi podlegać kontroli społecznej. Przypominają tych, którzy chcąc chronić nadrzeczne miejscowości, uregulowali brzegi górnego nurtu rzeki, prowadząc przez to do wielkich i katastrofalnych w skutkach powodzi w innych miejscach.
Powinniśmy pamiętać, że śmierć pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej była owocem pluralistycznego i demokratycznego sporu politycznego. Zamachowiec Eligiusz Niewiadomski był ekstremistą, ale całkowicie świadomym potworności swojego czynu. Jednocześnie był głęboko przekonany, że nie zabija jedynie człowieka, ale symbol ustroju państwa. Miał nadzieję, że zostanie skazany na karę śmierci, ponieważ pragnął przejść do historii jako męczennik w „sprawie narodowej”.
W więzieniu Niewiadomski napisał: „Nie chcę, aby wyrok na mnie wykonany stał się powodem zemsty krwi. Był on zgodny z prawem i życzeniem moim, był zatem sprawiedliwy, więcej – był potrzebny. Śmierć moja jest koniecznym uzupełnieniem mego czynu. Bez niej byłby on nie tylko bezpłodny, ale leżałby na nim cień mordu. Śmierć to zatrze, czyn mój zakwitnie dopiero podlany krwią moją. Zakwitnie to znaczy przemówi do Narodu. Głupcy i hipokryci widzą w nim akt szaleństwa albo fanatyzmu. Tak nie jest! Byłoby źle z Polską, gdyby odrobina charakteru wystarczała, aby być uznanym za wariata, a odrobina uczucia wychodzącego poza normy przeciętne dawała kwalifikacje na fanatyka. Czyn był straszny, bo musiałem uderzyć w naród. Nie słowem bezsilnym, lecz gromem. Gromem równym tej hańbie, jaką go opanowała spółka cynicznych hultajów i jawnych wrogów Polski”.
W tych słowach jest zawarte oskarżenie pod adresem wszystkich uczestników i beneficjentów sporu politycznego. Uważajcie, jak daleko zapędzacie się w wasze waśnie; uważajcie, jak bardzo podgrzewacie emocje, nad którymi któregoś dnia nie będziecie umieli zapanować. Zważcie na to, co stało się z Narutowiczem, Adamowiczem czy Rosiakiem. Pamiętajcie, co się stało w maju 1926 roku i w grudniu 1981 roku. I nie zapominajcie, że sprawcy tych katastrof zostali pochowani z honorami wojskowymi. Ta bezmyślna wojna ludzi chorych na władzę musi się skończyć. Sto lat temu dostaliśmy straszne ostrzeżenie. Tylko czy wyciągnęliśmy z niego wnioski?
Zamach majowy jak warcholstwo z okresu I Rzeczpospolitej
Odpowiedź na to pytanie ma charakter uniwersalny, dotyczy bowiem każdego przewrotu – od zabójstwa Gajusza Juliusza Cezara, przez rokosze polskich magnatów, aż po stan wojenny w 1981 r. czy pucz gen. Augusta Pinocheta w Chile.
Zawsze konsekwencją takich wydarzeń jest powstanie dyktatury wojskowej, która w ostateczności prowadzi państwo i naród do cywilizacyjnej przepaści. Podobnie było 100 lat temu w Polsce. Zamach majowy przypominał najgorsze akty warcholstwa z dziejów I Rzeczypospolitej – rokosze Zebrzydowskiego i Lubomirskiego. W pierwszym przypadku na władzę królewską rękę podniósł marszałek wielki koronny Mikołaj Zebrzydowski, który mimo niepowodzenia rebelii skutecznie udaremnił tak potrzebne dla uzdrowienia państwa wzmocnienie władzy królewskiej. Niewątpliwym błędem króla Zygmunta III Wazy było odstąpienie od wymierzenia kary przywódcom rebelii. To bowiem utwierdziło przyszłych buntowników w przekonaniu, że monarcha jest bezsilną marionetką w rękach wszechmocnych stronnictw magnackich. Uznanie przez króla Zygmunta III tzw. prawa oporu (łac. ius resistendi), pozwalającego szlachcie na „zegnanie” z tronu panującego, w przypadku gdy narusza on przywileje stanu szlacheckiego, przyniosło tragiczne konsekwencje w sposobie myślenia potomnych, w tym także rebeliantów w 1926 r. „Rokoszanie ulegli, ale ich wspólna idea, idea złotej wolności, wyszła bez szwanku, tryumfująca, nawet uświęcona nowemi ustawami” – pisał w 1918 r. o rokoszu sandomierskim wybitny krakowski historyk Władysław Konopczyński. Nie wiedział, że osiem lat później do tego wzoru nawiąże człowiek, który jako najwyższy rangą żołnierz Wojska Polskiego poprowadzi puczystów przeciw zwierzchnikowi sił zbrojnych.
Czy Piłsudski nie bał się konsekwencji swoich czynów? Świadkowie słynnej rozmowy na moście Poniatowskiego mówią, że był przerażony rozwojem sytuacji i wcale tego nie ukrywał przed prezydentem Wojciechowskim, którego znał przecież doskonale z czasów wspólnej działalności konspiracyjnej. Pamiętał jednak, że przed katem nie stanął w Polsce żaden rokoszanin. Nawet tak zasługujący na topór jak Jerzy Sebastian Lubomirski, pan na Nowym Wiśniczu i Jeresławiu, który jako hetman polny koronny ośmielił się podnieść rękę na królewski majestat i doprowadzić do wojny domowej. Już w roku 1664 został ukarany przez sąd sejmowy za wysługiwanie się obcym mocarstwom, buntowanie wojska i szlachty po sejmach. W obronie swoich utraconych przywilejów nie wahał się osłabić ojczyzny.
Świadkowie twierdzą, że 12 maja 1926 r. Piłsudski był przerażony rozwojem sytuacji i nie ukrywał tego przed prezydentem Wojciechowskim
Po krwawej bitwie stoczonej pod Mątwami 13 lipca 1666 r., w której wojska królewskie poniosły dotkliwą porażkę, tracąc ponad 3800 ludzi, buntownicy wymusili ugodę, która została zawarta w Łęgonicach 18 dni później. Król musiał zrezygnować z reform, czego konsekwencje miało odczuć wiele następnych pokoleń Polaków, a Jerzemu Lubomirskiemu, choć był zwyczajnym zdrajcą i spiskowcem, przywrócono godności i majątki skonfiskowane mu przez sąd sejmowy. Co prawda, musiał udać się na wygnanie, z którego już nie wrócił, ale to w żaden sposób nie ratowało sytuacji w kraju, bo także i odarty z majestatu król Jan II Kazimierz, którego współcześni nazywali „Initium Calamitatis Regni” (Początek Nieszczęść Królestwa), zrzekł się korony 16 września 1668 r., a niecały rok później wyjechał do Francji (gdzie zmarł 16 grudnia 1672 r.).
Bezkarność szkodników, którzy psuli ojczyznę w ciągu wieków, spowodowała, że kolejne akty warcholstwa były traktowane z niewiarygodną pobłażliwością. Liczył na nią nawet człowiek tak zasłużony dla odzyskania niepodległości jak Józef Piłsudski. Ku zdumieniu świata wybrał drogę buntu przeciw konstytucyjnemu porządkowi państwa, które sam przecież w tym kształcie budował. W wywiadzie dla „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z 24 maja 1926 r. Józef Piłsudski dość prozaicznie tłumaczył decyzję o przystąpieniu do rebelii przeciw konstytucyjnym władzom Rzeczypospolitej: „Oburzała mnie specjalnie absolutna bezkarność wszystkich nadużyć w państwie i wzrastająca coraz bardziej zależność państwa od dzisiejszych »nuworiszów« (...)”. Czy samo oburzenie wobec nepotyzmu i kumoterstwa rządzących było jednak wystarczającym usprawiedliwieniem dla wyprowadzenia na ulice zbuntowanych wojsk i pozwolenia im na strzelanie do żołnierzy noszących takie same polskie mundury? Karierowicze, koniunkturaliści i oportuniści lęgli się tak samo przed, jak i po zamachu majowym. Po maju 1926 r. awans lub degradacja społeczna w równym stopniu zależały od kwalifikacji, jak i od stopnia lojalności wobec Marszałka. Najgorszą jednak konsekwencją zamachu majowego było pokazanie potomnym, że konstytucja to tylko papier i słowa, które nic nie znaczą wobec brutalnej przemocy.
Bez względu bowiem na to, jakie zmiany miała przynieść ta rebelia, jej przywódca pozostaje odpowiedzialny za śmierć 17 oficerów i 81 szeregowych żołnierzy Wojska Polskiego, którzy w dniach 12–15 maja 1926 r. stanęli w obronie konstytucyjnego porządku państwa. Żadne wyższe racje nie usprawiedliwiają ich ofiary. Nie ma większego nieszczęścia niż wojna domowa.
W maju 1926 r. Piłsudski wybrał drogę buntu przeciw konstytucyjnemu porządkowi państwa, które sam przecież w tym kształcie budował
Jaki był zatem prawdziwy cel tego zamachu? Ulepszenie życia politycznego, wzmocnienie demokracji, obrona pluralizmu i wolności obywatelskich?
Nic z tych rzeczy. Cel był jeden: władza. Zresztą sam Józef Piłsudski wcale tego nie ukrywał. „Ja, zarówno, jak i wszyscy ci, którzy ściśle współpracują ze mną, przegrać nie jesteśmy w stanie, to znaczy, że niemożliwym jest przypuszczać, aby sejmowładztwo czy posłowładztwo w Polsce mogło zwyciężyć wraz ze swoją »suwerennością« w jakikolwiek sposób – i sprawa postawiona na wybory nie może polegać na jakiejś możliwości przegranej z mojej strony” – podkreślił w 1930 r.
Zamach majowy. Józef Piłsudski nie przegrał, ale co stało się z Polską?
Zamach majowy jest tragicznym precedensem w naszej historii. Stał się bowiem inspiracją dla kolejnych „mężów opatrznościowych”, którzy łamiąc konstytucję, będą się w przyszłości powoływać na poglądy Piłsudskiego nazywającego demokrację parlamentarną „sejmowładztwem”. O tym puczu nie wolno zapominać. Trzeba nieustannie eksponować jego fatalne konsekwencje i jeszcze raz poddać surowej ocenie rolę ludzi, którzy go przeprowadzili.
13 grudnia 1981 roku o dziewiątej rano inny rokoszanin, także potomek kresowego ziemiaństwa ogłosił: „Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do Was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego...”. Dalsza część nie pozostawiała żadnej wątpliwości, że marzenia o suwerennej i wolnorynkowej Polsce właśnie runęły w gruzy. Prawdziwe intencje mówcy ukazały słowa: „Awanturnikom trzeba skrępować ręce, zanim wtrącą ojczyznę w otchłań bratobójczej walki”. Po chwili padło ostrzeżenie: „Surowa zima mogłaby pomnożyć straty, pochłonąć liczne ofiary”. Słowo „ofiary” miało jednoznaczną wymowę. O tym, że Jaruzelski nie blefuje, przekonali się trzy dni później górnicy z kopalni Wujek w Katowicach.
Do dzisiaj nie rozliczyliśmy ludzi odpowiedzialnych za zamach grudniowy. Ale dlaczego mielibyśmy ich ukarać, skoro nie rozliczyliśmy zamachu majowego, a jego przywódcę stawiamy na pomnikach. Czy to przejaw naszej narodowej bezsilności, czy może nadzwyczajnej tolerancji? A może jakaś krępująca nasze myślenie tradycja historyczna? Nie rozliczyliśmy przecież wielu spisków w naszej historii: rokoszów Zebrzydowskiego, Lubomirskiego czy Radziejowskiego, zdrajców targowickich czy sprzedawczyków odpowiedzialnych za upadek powstania listopadowego. Dlaczego mielibyśmy zatem rozliczać buntowników z maja 1926 r., którzy także – powołując się na „dobro narodu” – użyli polskiego wojska przeciw konstytucyjnym władzom Rzeczypospolitej? Jakże często Jaruzelski powoływał się na decyzję Piłsudskiego!
Rzeczywiście, trudno odmówić logiki tej argumentacji. W Warszawie stoją dwa pomniki Józefa Piłsudskiego. A przecież człowiek ten ponosi odpowiedzialność za śmierć 17 oficerów i 91 żołnierzy (10 zaginionych), którzy, dochowując przysięgi, bronili prezydenta Rzeczypospolitej i rządu polskiego. Sumienie marszałka Piłsudskiego obciążała także śmierć 164 cywilnych mieszkańców Warszawy. Wojciech Jaruzelski ponosił moralną odpowiedzialność za śmierć 40 osób, w tym 9 górników.
Ludzie, którzy po zamachu majowym zachowali twarz
Wydarzenia maja 1926 roku były niczym papierek lakmusowy polskiej moralności. Byli także ludzie, o których można na tych łamach pisać z dumą. To byli oficerowie wierni przysiędze legalnej polskiej władzy, chociaż nierzadko o rodowodzie legionowym. Wśród tych „piłsudczyków”, którzy stanęli w obronie prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Stanisława Wojciechowskiego, byli legendarni bohaterowie Wojska Polskiego, postaci nieskazitelnie wzorcowe dla przyszłych pokoleń Polaków, jak dowódca 15. Pułku Ułanów w Poznaniu gen. Stanisław Grzmot-Skotnicki – bohater narodowy, który we wrześniu 1939 roku nie tylko nie uciekł z Polski do Rumunii, ale dowodząc Grupą Operacyjną Kawalerii swojego imienia oddał życie w bohaterskiej walce z niemieckim najeźdźcą w czasie Bitwy nad Bzurą; generałowie: Marian Kukiel, Stanisław Szeptycki, Włodzimierz Zagórski, a także płk Józef Olszyna-Wilczyński czy ówczesny szef sztabu dowódcy wojsk rządowych – płk Władysław Anders. Po upadku rządu Wincentego Witosa część z tych oficerów oddała się w służbę marszałkowi Piłsudskiemu. Wynikało to z ich poczucia obowiązku służby państwu i narodowi polskiemu.
Pragę podkreślić, że rzetelne rozliczenie zamachu majowego i stanu wojennego nie jest jakąś formą odwetu lub próbą zrównania Józefa Piłsudskiego z Wojciechem Jaruzelskim, który pod żadnym względem nie dorównywał Marszałkowi formatem. Taki sumiennie przeprowadzony rachunek krzywd jest jednak koniecznością dziejową. Tylko w ten sposób moglibyśmy wysłać w przyszłość ostrzeżenie adresowane do wszelkiej maści „zbawicieli Polski”, że za uwikłanie polskiego wojska w walkę przeciw własnemu narodowi i za łamanie konstytucji płaci się najwyższą cenę. Niestety, ta szansa nam przepadła. Winni odeszli nieukarani.
Zamach majowy, Warszawa 1926 r.
Żołnierze 7. Pułku Ułanów w okopach pod Belwederem
Niezależnie od intencji spiskowców oba zamachy – majowy i grudniowy – muszą być jednoznacznie potępione. Nie możemy zapominać, że za ich realizacją stało wielu ludzi, których nie rozliczono. W 1926 r. byli to oficerowie Wojska Polskiego zobowiązani przysięgą do lojalności wobec zwierzchnika sił zbrojnych, a w 1981 r. – 14 członków Rady Państwa pod przewodnictwem Henryka Jabłońskiego. Z tego grona tylko Ryszard Reiff zachował się przyzwoicie, głosując jako jedyny członek Rady Państwa przeciw uchwale o wprowadzeniu stanu wojennego, za co został odwołany ze stanowiska. Pozostali, podobnie jak 22 członków tzw. Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, nigdy nie stanęli przed Trybunałem Stanu. W ten sposób sami pozbawiliśmy się prawa do rozrachunku z własną historią.
Józef Piłsudski. Bohater, który zbłądził na końcu drogi
Byłoby jednak wielką niesprawiedliwością pozostawić w artykule jedynie krytyczną ocenę Józefa Piłsudskiego. Ten człowiek poświęcił bowiem całe swoje życie służbie ojczyźnie. Działał tak, jak umiał. I jak wierzył, że jest najsłuszniej. Wielokrotnie na tych łamach, idąc pod prąd bezrefleksyjnej apoteozie, krytykowałem Józefa Piłsudskiego za wybory, których dokonał w maju 1926 r. Nie zmienia to jednak ogólnej oceny, że należy on do panteonu największych polskich przywódców i bohaterów narodowych. Tylko bowiem człowiek o stalowym kręgosłupie moralnym jest w stanie dążyć, pomimo licznych upokorzeń w życiu i bez zważania na własne krzywdy, ku upatrzonemu nadrzędnemu celowi. Józef Piłsudski był wielokrotnie wystawiany na niezwykle trudne próby w swoim życiu. Inni nie zdołaliby przetrwać nawet pierwszej. Ale tak właśnie historia dokonuje selekcji swoich największych synów.
Czytaj więcej
Polacy potrafią sobie sami zgotować piekło i łamać konstytucję – nie tylko w państwie podległym Moskwie, ale także w państwie w pełni suwerennym.
22 marca 1887 r. niespełna 20-letni Józef Piłsudski trafił do rosyjskiego więzienia za pomoc udzieloną członkom Frakcji Terrorystycznej Narodnej Woli przy organizacji zamachu na życie cara Aleksandra III. 1 maja tego samego roku został skazany na pięcioletnie zesłanie w głąb Rosji. Pół roku później wyrok został powiększony za jego udział w buncie więźniów w irkuckim więzieniu. Młody Polak został tak dotkliwie pobity przez rosyjskich strażników i żołnierzy, że wybito mu wszystkie zęby, przez co okropnie cierpiał i miał ogromne problemy z odżywianiem. Wydawało się, że jego świat zapadł się w mroczną otchłań. Dla tego młodego człowieka nie było już przyszłości w ówczesnej rzeczywistości. Miał do wyboru wyjazd za granicę lub pracę w Wilnie bez jakiejkolwiek perspektywy na karierę. Notabene w o wiele gorszym położeniu znalazł się jego brat Bronisław: polski student wraz z innymi spiskowcami został skazany na karę śmierci, która kosztem bardzo wysokich kar pieniężnych została zamieniona na 15 lat ciężkich prac i zsyłkę na wyspę Sachalin. Żeby opłacić wszystkie kary, Piłsudscy musieli sprzedać cały swój majątek rodowy, w tym folwark Zułów we wsi Zułowo.
Obaj bracia na swój własny sposób poradzili sobie z pierwszym życiowym ciosem. Zamienili porażkę w nadzieję, a upokorzenie – w wolę dalszej walki. Historia lubi takie metamorfozy. Biada temu, kto nie rozumie jej mechanizmów, a chce władać nad innymi. Tyrani niemal zawsze okazują się głupcami, do których nie dociera, że systemem opresji nie tylko wzmaga opór i determinację ciemiężonych, ale sprawia, że ciemiężcy ostatecznie przegrywają. To niezawodny mechanizm cykliczny dziejów, pewny jak śmierć i podatki.
Bronisław Piłsudski przemienił swoje zesłanie w wyprawę badawczą, dzięki której dla mieszkańców Sachalina i japońskiej wyspy Hokkaido stał się bohaterem narodowym. Jego brat Józef ukierunkował swój gniew na jeden cel: restytucję Rzeczypospolitej.
Nie był człowiekiem naiwnym. Doskonale wiedział, że taka walka oznacza wyrzeczenia i życie w niedostatku. Ale w takich sytuacjach podporą są przyjaciele i oddani towarzysze walki. On znalazł to wsparcie w środowisku polskich socjalistów. Nieraz jeszcze w ciągu kolejnych trzech dekad trafiał do więzienia, czasami przekonany, że już z niego nie wyjdzie. Ostatni raz został aresztowany razem z Kazimierzem Sosnkowskim 22 lipca 1917 r. Osadzono ich w niewielkim drewnianym domku w Magdeburgu, gdzie mieszkali przez zaledwie 15 miesięcy. Po raz kolejny zaborcy niczego nie zrozumieli. To aresztowanie przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego. 10 listopada 1918 r. Józef Piłsudski powrócił do Warszawy. Następnego dnia objął zwierzchnictwo i naczelne dowództwo nad podległym Radzie Regencyjnej Wojskiem Polskim, a 12 listopada rozpoczął misję tworzenia rządu narodowego. Po 123 latach zaborów odebrano Rzeczpospolitą tym, którzy ją ukradli. Odzyskanie niepodległości było splotem bardzo wielu czynników, ale najwięcej zawdzięczamy kłótni zaborców i takim ludziom jak Piłsudski, którzy w chwili swojego największego upadku rozumieli, że jest to jedyna droga ku największej chwale.
Szkoda, że nieskazitelny wizerunek ojca polskiej niepodległości musiały zmącić wątpliwe decyzje podjęte przez niego w maju 1926 roku.