Pani Krystyno, jak rozpoczęła się pani droga do „nieludzkiej ziemi”?
Niewątpliwie nastąpiło to wraz z wybuchem wojny. Już w sierpniu 1939 r. moja rodzina była świadoma, że katastrofa wisi na włosku, gdyż mój tata – jako dyrektor Biura Surowcowego w Ministerstwie Przemysłu i Handlu – był związany z wojskiem. Jako 12-latka bardzo silnie przeżywałam pierwsze bombardowania Warszawy. Cały czas płakałam. Trudno mi było uspokoić się zwłaszcza wówczas, gdy tata przebywał w biurze. Babcia dawała mi walerianę, ale zawsze najlepiej działał na mnie powrót taty do domu; wtedy miałam pewność, że wszyscy moi bliscy są pod jednym dachem. Moja mama pełniła służbę jako komendantka naszej ulicy – jej obowiązkiem było dopilnowanie, aby wszyscy mieszkańcy naszej żoliborskiej ulicy gasili światła. Zostaliśmy ewakuowani z Warszawy – rodzice, dziadkowie i ja – nocą z 4 na 5 września wraz ze wszystkimi urzędnikami Ministerstwa Przemysłu i Handlu. Dotarliśmy najpierw do Lublina, a potem kontynuowaliśmy podróż na wschód. Jechaliśmy wozami, głównie nocą, zatrzymując się za dnia w pustych szkołach albo u gościnnych wieśniaków. W ten sposób dotarliśmy do wsi Safjanówka, gdzie spadła na nas hiobowa wieść o ataku ZSRR na Polskę. W tej sytuacji dalsza ewakuacja na wschód nie tylko straciła sens, ale wręcz mogła zagrozić naszemu życiu. Zaczęliśmy cofać się na zachód. Krążyły informacje, że na uciekinierów często napadają Ukraińcy. Sami staliśmy się świadkami starcia między małym polskim oddziałem a Ukraińcami, koło wsi Hołoby. Walka odbywała się tuż koło nas, musieliśmy leżeć w rowie, a kule świstały nad naszymi głowami – w obawie przed nimi mama cały czas trzymała nad moją głową małą walizeczkę. Tej samej nocy we wsi zatrzymała nas milicja ukraińska i przeszukała pod kątem ukrywania broni. Ojciec miał pistolet, który na szczęście zdążył rozkręcić i jego części zagrzebać w rowie, zanim otoczyli nas milicjanci. Ledwie odeszli, usłyszeliśmy warkot samochodów ciężarowych. W świetle reflektorów zobaczyliśmy po raz pierwszy rosyjskich żołnierzy. Wjeżdżając do Kowla, o mały włos nie natknęliśmy się na kolejną strzelaninę. Mieszkaliśmy w Kowlu przez kilka tygodni. Warunki były straszne. Doskwierał nam głód, który mogliśmy zaspokoić jedynie czarną kawą bez cukru i chlebem, po który trzeba było stać w kolejce od 4 rano. Mimo że z Warszawy wzięliśmy dużo pieniędzy, to na niewiele się one zdały, gdyż po prostu niczego innego nie było do kupienia.
Udało się wam opuścić to miasto?
Zdecydowaliśmy się wyjechać do Lwowa, gdzie mój ojciec zaczął pracę na tamtejszej Politechnice. W porównaniu z Kowlem życie we Lwowie początkowo wydawało się nam idyllą. Funkcjonowały sklepy, restauracje, a nawet kina i teatry. Niestety, wojenna rzeczywistość zaczęła wkrótce dawać się nam we znaki również i we Lwowie. Nasze oszczędności topniały, pensja taty była niska, musieliśmy sprzedać część naszych rzeczy. W dodatku przydarzyło nam się nieszczęście: okradli nas bandyci podający się za milicjantów. Przyszli do mieszkania, które wynajmowaliśmy, zrobili rewizję (pod pretekstem szukania broni), a gdy nic nie znaleźli, to już otwarcie zabrali się za plądrowanie lokalu. Po ich wyjściu dom wyglądał jak pogorzelisko. Brakowało pieniędzy i biżuterii. Moja temperamentna mama od razu chciała zgłosić zajście na milicję, ale odradziliśmy jej wyjście z domu, sądząc, że możemy być nadal obserwowani. Przestępstwo zgłosiliśmy po kilku dniach i nawet podjęto śledztwo, które zakończyło się aresztowaniem jednego ze złodziei. Znaleziono przy nim część naszych rzeczy, które udało się odzyskać. Ten incydent uświadomił nam, że wbrew pozorom nie jesteśmy we Lwowie bezpieczni. W mieście coraz bardziej otwarcie panoszyli się Sowieci. Niesamowite wrażenie robiły żony oficerów, które paradowały po ulicach w koszulach nocnych, myśląc, że są to suknie wieczorowe. Postanowiliśmy wrócić do Warszawy. W maju zorganizowała się w mieście komisja niemiecka, która miała za zadanie zezwolić niektórym repatriantom na powrót do domu. Udało nam się dostać przepustki i od razu z radością wyjechaliśmy ze Lwowa... Tymczasem w Przemyślu, na granicy, usłyszeliśmy straszne słowa: „ujeżdżajtie abratno w Lwow” (ros.: wracajcie do Lwowa). Chociaż byłam już dorastającą panienką, to płakałam otwarcie, bez cienia wstydu. Funkcjonariusze NKWD zanieśli nasze bagaże do pociągu do Lwowa i wręczyli nam pieniądze na bilety. We Lwowie nie mieliśmy się gdzie podziać, dopiero jeden z kolegów z pracy mojego taty zaproponował nam pokój w swojej willi. 27 czerwca aresztowano tatę. Wiedzieliśmy, że wkrótce i po nas przyjdą, gromadzono auta i furmanki, zatem byliśmy spakowani i gotowi do drogi. Stało się to nocą z 28 na 29 czerwca. Przyszli po nas i zabrali na dworzec, gdzie czekały już tłumy aresztowanych. Rozglądaliśmy się z rozpaczliwą nadzieją, że chociaż dołączymy do taty, ale jego tam nie było. Musieliśmy więc wyruszyć w długą drogę w nieznane bez niego.
Czytaj więcej
Fala deportacji Polaków na Sybir, która miała miejsce w czerwcu i lipcu 1940 r., jest uważana za drugą dużą falę. Pierwsza nastąpiła w lutym 1940 r., a ostatnia – wiosną 1941 r. Jak radzili sobie państwo w tej dramatycznej sytuacji?
Już same warunki transportu okazały się tragiczne. Wieziono nas zamkniętych w bydlęcych wagonach, karmiono zupą, kaszą, nadpsutym mięsem. Chociaż faktycznie mieliśmy więcej szczęścia niż ludzie, których wywieziono podczas pierwszej fali deportacji, w lutym. Oni w tej podróży masowo zamarzali. My w czerwcu mieliśmy znośniejsze warunki atmosferyczne. W wagonie w większości byli Polacy i Żydzi. W końcu trafiliśmy do przysiołka Nużjary. Stały tam baraki pośrodku puszczy. Mama zaczęła pracować przy piłowaniu i rąbaniu drzewa, dziadek jako stróż nocny przy stajni, a ja z babcią zajmowałyśmy się gospodarzeniem w baraku. Prawdziwa gehenna rozpoczęła się, gdy nadciągnęła zima, a wraz z nią mrozy sięgające minus 40 stopni. Biedna mama musiała pracować w tym mrozie. Zimą bardziej dokuczał nam też głód. Pamiętam, że dostałam awitaminozy, zęby mi się ruszały. Pluskwy w baraku były straszliwe. Pewnego razu, jak „rzucili naftę”, omal rąk sobie nie odmroziłam, stojąc w kolejce po nią. Ręce uratowała mi mama, która nacierała mi je na przemian śniegiem i naftą.
30 lipca 1941 r., po agresji III Rzeszy na ZSRR, został podpisany układ Sikorski- -Majski między polskim rządem na uchodźstwie a ambasadorem Rosji. Był on wynikiem działań dyplomatycznych ZSRR, który w obliczu wojny z Hitlerem szukał „sojuszników”. Dokument przewidywał ocieplenie stosunków między Polską a Rosją, z czym wiązać się miało uwolnienie przetrzymywanych w ZSRR polskich więźniów i zesłańców. Los pani rodziny nie był tu wyjątkiem.
Rzeczywiście w sierpniu 1941 r. dotarła do nas wiadomość o amnestii. Byliśmy wolni! Tylko co to dla nas oznaczało w praktyce? Znajdowaliśmy się w środku puszczy – w bezkresnym, ogromnym, dzikim kraju. Gdzie mieliśmy się udać? Wsiedliśmy na statek i transportem wojskowym płynęliśmy na południowy wschód. Później przesadzono nas do pociągu. Wybuchła epidemia odry, której ofiarami masowo padały dzieci. Na wielu stacjach po drodze musiano zakopywać ich ciała w prowizorycznych mogiłach. Nie mieliśmy żadnych zapasów jedzenia. W tym samym wagonie dawni osadnicy wojskowi mieli worki pleśniejących sucharów, ale nie podzielili się z nami. Ostatnim kawałkiem chleba podzieliła się za to z nami żydowska rodzina pana Etingera, adwokata z Krakowa. W baraku w Tarabu mieliśmy postój trwający około trzech tygodni. Zbieraliśmy tam na torach węgiel i kawałki drewna; gotowaliśmy na ognisku, stawiając garnek na cegłach. Wielbłądami wywieziono nas następnie do kołchozu. Podróż wielbłądem, która obecnie reklamowana jest często jako wykwintna rozrywka turystyczna, dla mnie była męczarnią. Na jednym wielbłądzie jechałam ja z dziadkiem, a na drugim – babcia z mamą. Do kołchozu dojechaliśmy 2 grudnia. Wpakowali nas do „kibitki”, czyli lepianki z gliny, bez pieca, chociaż mróz był koszmarny. Paliliśmy wprost na ziemi, aby choć trochę się rozgrzać, a dym wgryzał się nam w oczy. Noc z 4 na 5 grudnia była tragiczna – zmarł mój dziadziuś… Kiedy obudziłyśmy się z mamą i zorientowałyśmy się, że jest z nim bardzo źle, pobiegłyśmy po lekarkę, choć była to ciemna noc i okropna zamieć. Lekarka, Kozaczka, nie wpuściła nas nawet do domu; oświadczyła, że nie ma żadnych leków na serce. W tym momencie opuściła nas ostatnia nadzieja. Wróciłyśmy do lepianki, gdzie przy umierającym czuwała babcia. Dziadek został pochowany następnego dnia, bez trumny, zawinięty w palto. Ciężkie, zimowe dni, które nastały po jego śmierci, w zasadzie zlewają mi się w jedno: ciągły głód, przeszywające zimno, mama nieustannie walcząca z grypą i babcia, której stan zdrowia psychicznego po śmierci męża gwałtownie się pogorszył. Dzień i noc mówiła bez sensu, wyrywała się, krzyczała. Babcia podążyła za mężem, moim ukochanym dziadkiem. W wyniku zapalenia płuc zmarła w czerwcu. Zostałyśmy same z mamą.