Berlin, początek lat 40. XX w. W mieście pełnym szpicli, donosicieli i funkcjonariuszy tajnej policji Michał Rybikowski balansował na granicy życia i śmierci. Był śledzony. Czuł, że ktoś depcze mu po piętach. Wystarczył jeden błąd, który groził zatrzymaniem, przesłuchaniem, torturami. A potem? Prawdopodobnie śmierć w piwnicach hitlerowskich oprawców.
Tego dnia szybkim krokiem zmierzał do… ambasady Japonii. Placówka cesarskiego sojusznika Berlina była jedynym miejscem, gdzie mógł liczyć na ochronę. Ostatnia deska ratunku. Jeśli drzwi się nie otworzą – koniec. Pociągnął za klamkę. Wszedł. Przez moment odetchnął. Ale wtedy – stuk obcasów na marmurze, ciężkie kroki, ciemne płaszcze. Gestapo! Funkcjonariusze, pomimo protestów pracowników, ruszyli w głąb budynku. Otwierali drzwi jedne po drugich. Pokój. Pusty. Kolejny. Nikogo. Okna? Zakratowane. Ucieczki nie było. A przecież widzieli, jak mężczyzna wchodził do środka.