Władysław Szpilman, bohater „Pianisty” Romana Polańskiego. Życie jako kontrapunkt

„Pianista” Romana Polańskiego to uniwersalna, a zarazem osobista i kameralna opowieść o czasach Zagłady ukazanej przez pryzmat losów jednego człowieka – który ocalał. Władysław Szpilman zmarł w Warszawie 6 lipca 2000 r., niespełna dwa lata przed premierą filmu.

Publikacja: 04.07.2024 21:00

Kadr z filmu „Pianista” (2002 r.) w reżyserii Romana Polańskiego. Władysława Szpilmana wybitnie zagr

Kadr z filmu „Pianista” (2002 r.) w reżyserii Romana Polańskiego. Władysława Szpilmana wybitnie zagrał Adrien Brody – otrzymał za tę rolę Oscara

Foto: Archives du 7e Art/Heritage Films/BE&W

Film, który światową premierę miał 24 maja 2002 r., odniósł ogromny sukces. Otrzymał trzy Oscary, i to w bardzo prestiżowych kategoriach: za reżyserię, scenariusz adaptowany i rolę pierwszoplanową, a nominowany był w czterech kolejnych, m.in. za najlepszy film. Obraz doceniło jury Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes, przyznając mu Złotą Palmę, nagrodzono go także francuskimi Cezarami, statuetkami BAFTA oraz polskimi Orłami, by wymienić tylko najbardziej prestiżowe wyróżnienia. Trzeba dodać, że prawdziwie europejska koprodukcja, pod którą podpisały się Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Polska, była osiągnięciem nie tylko artystycznym, ale też komercyjnym – film zarobił ponad 120 mln dolarów, czyli niemal cztery razy więcej, niż wynosił jego budżet.

Czytaj więcej

Powstanie warszawskie oczami Zachodu

Roman Polański w poświęconym mu filmie dokumentalnym podkreślał, że „Pianista” to w jego dorobku dokonanie najważniejsze, bo w dramatycznych losach Władysława Szpilmana odnalazł swoje własne doświadczenia z lat okupacji. Podobnie zresztą jak współproducent filmu, Gene Gutowski, urodzony jako Witold Bardach w zasymilowanej rodzinie żydowskiej we Lwowie. Nie może więc dziwić, że obaj filmowcy dołożyli wszelkich starań, aby powstało dzieło wyjątkowe. To reżyser, po odrzuceniu 1400 aktorów uczestniczących w castingu, wybrał do roli Szpilmana 29-letniego Adriena Brody’ego. Był to wybór na miarę Oscara, a Brody miał własne powody, żeby stworzyć niezapomnianą kreację: jego pradziadek, polski Żyd, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych przed II wojną światową. Ci z rodziny, którzy pozostali w Polsce, zginęli potem w Auschwitz.

Do współpracy zaproszono najlepszych specjalistów. Za zdjęcia odpowiadał Paweł Edelman, muzykę skomponował Wojciech Kilar, a scenografię przygotował Allan Starski, który współtworzył wcześniej „Listę Schindlera” (1993 r., reż. Steven Spielberg).

Wspomnienia Władysława Szpilmana

Podstawą scenariusza, napisanego przez znanego brytyjskiego dramaturga Ronalda Harwooda, była książka o randze świadectwa. Wspomnienia Władysława Szpilmana, pianisty i kompozytora żydowskiego pochodzenia, który dzięki własnej determinacji i pomocy odważnych ludzi przeżył w okupowanej Warszawie długie lata wojennego koszmaru, zostały wydane po raz pierwszy w 1946 r., w opracowaniu Jerzego Waldorffa i pod tytułem „Śmierć miasta. Pamiętniki Władysława Szpilmana 1939–1945”. Na wznowienie trzeba było czekać ponad pół wieku, i to nie polscy czytelnicy otrzymali je jako pierwsi. W 1998 r. książka ukazała się w Niemczech pod tytułem „Das wunderbare Überleben: Warschauer Erinnerungen 1939–1945” („Cudowne ocalenie. Wspomnienia warszawskie 1939–1945”), tym razem w opracowaniu Andrzeja Szpilmana, syna Władysława. Pomysłodawcą wydania wspomnień był przyjaciel syna, niemiecki poeta i dysydent w czasach NRD Wolf Biermann.

Czytaj więcej

Pianista Warszawy – w stulecie urodzin Władysława Szpilmana

Nieco później pojawiło się wydanie angielskie (to ono zainspirowało Gutowskiego i Polańskiego), a następnie: włoskie, szwedzkie, japońskie i amerykańskie. W Polsce książkę, już pod tytułem „Pianista. Warszawskie wspomnienia 1939–1945”, opublikowano dopiero w 2000 r. Nowa wersja – oprócz zapisków Szpilmana – zawierała też posłowie napisane właśnie przez Biermanna oraz fragmenty pamiętnika Wilma Hosenfelda, kapitana Wehrmachtu, który ochraniał Szpilmana i pomagał mu od jesieni 1944 r. Dodatki stanowiły niewątpliwy atut wydania.

I wspomnienia Szpilmana, i ich ekranizacja mają swoje miejsce w kanonie polskiej i żydowskiej kultury. Oba dzieła koncentrują się jednak na latach wojny i tragedii Holokaustu. A na niezwykłe życie ich bohatera warto spojrzeć w nieco szerszej perspektywie.

Władysław Szpilman – chłopak z Sosnowca

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak ważne miejsce na muzycznej mapie Polski zajmuje Sosnowiec. Chłopakiem z Sosnowca nazywano urodzonego tu najpopularniejszego polskiego tenora lat międzywojennych – Jana Kiepurę. Ale z Sosnowca wywodził się też Władysław Szpilman. Bohater filmu Polańskiego przyszedł na świat 5 grudnia 1911 r. w zasymilowanej rodzinie „od pokoleń zajmującej się muzyką”, jak wspominała w rozmowie z Filipem Mazurczakiem żona pianisty, Halina Szpilman. Ową pokoleniową pasję trudno zweryfikować, ponieważ Szpilman nie interesował się genealogią swojego rodu, niewątpliwie jednak wychował się w domu pełnym muzyki. Jego ojciec, Samuel (Szmul), pochodzący z Ostrowca Świętokrzyskiego (gdzie w 2016 r. tytuł honorowego obywatela miasta nadano Leonowi Szpilmanowi, kuzynowi Władysława, również muzykowi, którego biografia mogłaby być kanwą drugiej części „Pianisty”), grał w orkiestrze katowickiego Teatru Polskiego na skrzypcach i nauczał gry na tym instrumencie. Nauczycielką gry na fortepianie i członkinią sosnowieckiego zespołu teatralnego była także matka Władysława Szpilmana. To u niej pobierał pierwsze lekcje.

Bohater filmu Polańskiego przyszedł na świat 5 grudnia 1911 r. w zasymilowanej rodzinie „od pokoleń zajmującej się muzyką”

Rodzice byli z Sosnowcem związani emocjonalnie. Syn tego przywiązania nie podzielał. Opuścił dom rodzinny w wieku 16 lat, aby dalej kształcić się muzycznie. Najpierw, dzięki kontaktom ojca, mógł ćwiczyć w Katowicach. Potem kontynuował naukę w Warszawie, w Wyższej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina. W 1931 r. Szpilmanowi udało się zdobyć stypendium w Hochschule der Künste w Berlinie, gdzie studiował pod kierunkiem Artura Schnabla uznawanego za jednego z największych pianistów XX w., oraz sławnego wówczas kompozytora Franza Schrekera. Dekady później w rozmowie z Wolfem Biermannem Szpilman miał powiedzieć z lekką tylko ironią: „Nie mogę zrozumieć, co się stało z tymi Niemcami… byli przecież zawsze taaacy muzykalni!”. Dzisiaj można jedynie dodać, że i Schnabel, i Schreker byli z pochodzenia Żydami. Dojście nazistów do władzy położyło kres ich karierom w Niemczech.

Zwycięstwo polityczne Adolfa Hitlera w 1933 r. zaniepokoiło także rodziców Szpilmana, którzy nakłonili go do powrotu do Polski. Na pewien czas muzyk ponownie zamieszkał w Sosnowcu. Na ten okres datuje się początek jego przyjaźni z Bronisławem Gimplem, znanym już wtedy i cenionym za granicą skrzypkiem, który przyjechał do Polski na tournée. W czasie tej trasy koncertowej Szpilman towarzyszył Gimplowi jako pianista. Wkrótce potem Gimpel ponownie opuścił Polskę, ale zdążył jeszcze namówić nowego kolegę na ponowny wyjazd do Warszawy. Współpracę podjęli po raz kolejny już po wojnie.

Czytaj więcej

Polskość zapisana w nutach

W stolicy Szpilman pobierał prywatne lekcje fortepianu u profesora Aleksandra Michałowskiego, a w 1935 r. z polecenia Tadeusza Sygietyńskiego otrzymał pracę w Polskim Radiu. Grał tam w radiowej orkiestrze tanecznej, akompaniował, tworzył zaimprowizowane łączniki muzyczne między audycjami lub dłuższymi partiami symfonicznymi. Dał się w tym czasie poznać jako intrygujący interpretator utworów Chopina, zaczął też komponować, tworząc zarówno kompozycje klasyczne, jak i piosenki. Niemałą popularność przyniosły mu pierwsze szlagiery, w tym tango „Nie ma szczęścia bez miłości” napisane specjalnie do melodramatu „Wrzos” Juliusza Gardana z 1938 r. Szpilman był zresztą autorem muzyki do całego filmu, a kinową przygodę kontynuował rok później, gdy zamówiono u niego muzykę do znacznie poważniejszego filmu „Doktór Murek”, ekranizacji prozy Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, również w reżyserii Gardana. Tą oprawą muzyczną ówczesna kinowa publiczność nie zdążyła się jednak zachwycić. Wkrótce wybuchła wojna.

Władysław Szpilman – Robinson warszawski

23 września 1939 r. Władysław Szpilman grał Chopina w audycji na żywo – po raz ostatni w tym etapie swojego życia. Kilka godzin później Niemcy zbombardowali elektrownię i rozgłośnia przestała działać.

Pierwszy rok niemieckiej okupacji Szpilman spędził w mieszkaniu na Śliskiej wraz z rodziną (którą sprowadził do Warszawy w 1936 r.), próbując przetrwać mimo narastającego terroru i represji skierowanych zwłaszcza przeciw ludności żydowskiej. Potem powstało getto... Wbrew temu, co oglądamy w filmie, rodzina nie musiała się do niego przeprowadzać – kamienica na Śliskiej znalazła się po wewnętrznej stronie muru, Szpilmanowie opuścili ją ostatecznie w sierpniu 1942 r., żeby trafić na Umschlagplatz. Ocalony przez żydowskiego policjanta – wroga i współofiarę zarazem – powrócił z niego tylko Władysław. Wszystkich krewnych czekała śmierć w Treblince, jego zaś kolejne miesiące katorżniczej pracy, a po ucieczce z getta w lutym 1943 r. – naznaczona głodem i panicznym strachem samotna egzystencja na granicy szaleństwa, w ukryciu, w umierającym mieście.

Pierwszy rok niemieckiej okupacji Szpilman spędził w mieszkaniu na Śliskiej wraz z rodziną (którą sprowadził do Warszawy w 1936 r.), próbując przetrwać mimo narastającego terroru i represji skierowanych zwłaszcza przeciw ludności żydowskiej. Potem powstało getto...

Obraz tej egzystencji dokładnie i przejmująco oddają książka i film. Tutaj należy przypomnieć, że choć doświadczenia Szpilmana trudno z czymkolwiek porównywać, ukrywających się jak on było więcej, zwłaszcza po upadku powstania warszawskiego. Nazwano ich po wojnie Robinsonami warszawskimi. Nie wiadomo, kto wymyślił tę nazwę. Być może inspiracją były słowa samego Szpilmana, który we wspomnieniach porównywał swoją sytuację z położeniem bohatera powieści Daniela Defoe, podkreślając, że gdy Cruzoe żył nadzieją na spotkanie z ludźmi, dla niego takie spotkanie mogło być śmiertelnym zagrożeniem, nadzieję dawała jedynie samotność. A może scenariusz, nad którym tuż po wojnie pracowali Czesław Miłosz i Jerzy Andrzejewski, opatrzony pierwotnie tytułem „Robinson warszawski”, który ostatecznie został zmieniony w zmasakrowane przez komunistycznych cenzorów, ohydnie propagandowe „Miasto nieujarzmione” (1950 r., reż. Jerzy Zarzycki).

Aby przetrwało ciało, musi przetrwać umysł

Nie wiadomo też, ilu ich było. Historycy szacują ich liczbę na od kilkuset osób do nawet 2 tysięcy. Większość stanowili Żydzi, którzy przeżyli zagładę getta i którzy po klęsce powstańców warszawskich i exodusie ludności miasta mogli liczyć już tylko na siebie. Ale byli wśród nich także powstańcy, którzy nie chcieli pójść do niewoli, księża zdecydowani nieść pociechę niezdolnym do marszu rannym, cywile, którzy nie ufali niemieckim zapewnieniom o humanitarnym traktowaniu ocalałych z rzezi i egzekucji, jeńcy z Armii Czerwonej i sowieccy spadochroniarze.

Wbrew przemyśleniom Szpilmana ludzie ci ukrywali się na ogół w grupach. Taka metoda wiązała się z licznymi zagrożeniami, ale z drugiej strony należący do grupy mogli wspierać się nawzajem. Na kryjówki wybierano miejsca, które zapewniały choć minimum bezpieczeństwa, dawały się zamaskować i były położone blisko źródeł wody, cenniejszej wtedy niż złoto. Były to piwnice, bunkry, opuszczone przez Niemców rozległe gmachy, których nikomu nie chciało się już przeszukiwać, wyższe piętra grożących zawaleniem kamienic. Większość Robinsonów ukrywała się w Śródmieściu, bo tam pozostało coś poza morzem ruin.

W „Pianiście” pisał: „Miałem nadal zegarek, moją przedwojenną Omegę, której wraz z wiecznym piórem strzegłem jako jedynego majątku osobistego jak oczka w głowie. Według tego pilnie nakręcanego zegarka ułożyłem sobie plan zajęć"

Nawet dobra kryjówka nie zapewniała przetrwania. Wody było zbyt mało, by dbać o higienę. Wszędzie wokół rozkładały się niepochowane ciała. A w końcu stres – w każdej chwili ukrywających się mogli odkryć bezwzględni szabrownicy lub Niemcy wyznaczeni do obrony Festung Warschau. Tych, którzy trwali w grupach, ratować przed rozpaczą mogła rozmowa, skupienie się na potrzebach innych. Samotnym pozostawały pamięć, nadzieja, czasem przedmioty o mocy amuletów. Szpilman czerpał wolę życia ze wspomnień o utworach, które kiedyś wykonywał, i właśnie z osobistych przedmiotów. W „Pianiście” pisał: „Miałem nadal zegarek, moją przedwojenną Omegę, której wraz z wiecznym piórem strzegłem jako jedynego majątku osobistego jak oczka w głowie. Według tego pilnie nakręcanego zegarka ułożyłem sobie plan zajęć”. Zegarka, pióra i krawata, o którym wspominała później żona, nigdy nie wymienił na żywność, choć wiele razy cierpiał z głodu. Aby przetrwało ciało, musi przetrwać umysł.

Władysław Szpilman polskim Gershwinem

Nie wszyscy, którzy przetrwali, mieli dość sił, aby żyć dalej. Szpilman miał. Niemal od razu powrócił do pracy w radiu, którego siedziba mieściła się teraz na warszawskiej Pradze. Odpowiadał za repertuar, zdobywał nuty i partytury, czuwał nad orkiestrą – słowem, robił wiele. By nie tracić czasu (a także z braku lokum), spał w studiu, pod fortepianem. Dzięki temu mógł też codziennie ćwiczyć. Rychło objął stanowisko szefa działu muzyki rozrywkowej, potem był wicedyrektorem muzycznym Polskiego Radia.

Niektórzy mieli mu za złe, że stworzył muzykę do pieśni o wyraźnie propagandowym charakterze, jak choćby „Do roboty” – ale Szpilman nigdy nie zapisał się do partii, a socrealistyczne teksty z jego muzyką żyły własnym życiem

Przede wszystkim jednak komponował i grał. Skomponował muzykę do około tysiąca piosenek estradowych, takich jak „Tych lat nie odda nikt”, „Jutro będzie dobry dzień” czy „Autobus czerwony”. Niektórzy mieli mu za złe, że stworzył muzykę do pieśni o wyraźnie propagandowym charakterze, jak choćby „Do roboty” – ale Szpilman nigdy nie zapisał się do partii, a socrealistyczne teksty z jego muzyką żyły własnym życiem. Komponował muzykę do polskich spektakli muzycznych i filmów, w tym do czesko-polskiej koprodukcji „Zadzwońcie do mojej żony” (1958 r.), w której epizodyczną rolę zagrał Roman Polański. Stworzył kilkadziesiąt piosenek dla dzieci, oprawy muzyczne do słuchowisk radiowych oraz – w latach 40. XX w. – sygnał Polskiej Kroniki Filmowej. Jako kompozytor piosenek rozrywkowych, które wykonywały m.in. Irena Santor, Helena Majdaniec i Sława Przybylska, zdawał sobie zapewne sprawę z funkcji i znaczenia tego gatunku muzycznego. W każdym razie w 1961 r. wymyślił i zorganizował Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie.

Zbyt wiele jednak przeżył i zbyt cenił życie, by wsłuchiwać się w banalne dysonanse codzienności. Gdy w 1963 r. zarzucono mu brak „patriotyzmu muzycznego” na antenie, po prostu zrezygnował z pracy w radiu i wrócił do muzyki poważnej. Wraz ze starym przyjacielem Bronisławem Gimplem, Tadeuszem Wrońskim, Stefanem Kamasą i Aleksandrem Ciechańskim założył Kwintet Warszawski – jedyny w swoim rodzaju zespół, który przez kolejne ćwierć wieku dał ponad 2 tysiące koncertów na całym świecie, promując polską kulturę.

Czytaj więcej

Tadeusz Łomnicki: Pieśń o Małym Rycerzu

Amerykański pianista jazzowy Uri Caine nazwał Szpilmana „polskim Gershwinem” i stwierdził, że muzyk mógł zrobić karierę na Zachodzie. Szpilman miał takie propozycje, ale nigdy z nich nie skorzystał. Życie bywa kontrapunktem. Trzeba umieć to zagrać.

Film, który światową premierę miał 24 maja 2002 r., odniósł ogromny sukces. Otrzymał trzy Oscary, i to w bardzo prestiżowych kategoriach: za reżyserię, scenariusz adaptowany i rolę pierwszoplanową, a nominowany był w czterech kolejnych, m.in. za najlepszy film. Obraz doceniło jury Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes, przyznając mu Złotą Palmę, nagrodzono go także francuskimi Cezarami, statuetkami BAFTA oraz polskimi Orłami, by wymienić tylko najbardziej prestiżowe wyróżnienia. Trzeba dodać, że prawdziwie europejska koprodukcja, pod którą podpisały się Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Polska, była osiągnięciem nie tylko artystycznym, ale też komercyjnym – film zarobił ponad 120 mln dolarów, czyli niemal cztery razy więcej, niż wynosił jego budżet.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia Polski
Manifest PKWN: 22 lipca, dzień wielkiego kłamstwa
Historia Polski
Oto kufer Else Ledermann. 80 lat temu zlikwidowano obóz na Majdanku
Historia Polski
80 lat temu wybuchło Powstanie Warszawskie. Jak wygląda tegoroczny program obchodów?
Historia Polski
Wilczy Szaniec nie był pierwszy. Nieudane zamachy na Hitlera
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia Polski
50 lat temu Zamek Królewski w Warszawie ożył!