Prawda o Holokauście. Aby dowiedział się świat

Na niewątpliwy sukces, jakim było w lipcu 1943 r. dotarcie Jana Karskiego do Ameryki wraz z dowodami Holokaustu, pracowało wielu ludzi. Ich odwaga i poświęcenie są godne pamięci nie mniej niż postawa legendarnego kuriera.

Publikacja: 09.06.2023 03:00

Brama śmierci z napisem po niemiecku: „Arbeit macht frei” (pol.: praca czyni wolnym) w obozie koncen

Brama śmierci z napisem po niemiecku: „Arbeit macht frei” (pol.: praca czyni wolnym) w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau

Foto: GRABOWSKI FOTO/SHUTTERSTOCK

Z historii wiemy, że niestety nasi sojusznicy nie stanęli wówczas na wysokości zadania. Nie potrafili docenić wagi dostarczonego raportu oraz zareagować w sposób adekwatny na największą zbrodnię w dziejach ludzkości. Prezydent USA Franklin Delano Roosevelt po wysłuchaniu relacji Karskiego płynnie przeszedł do zagadnień gospodarczych: „Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”. Niektórzy Amerykanie wprost mówili Polakowi, że nie są zdolni dać wiary jego relacjom. Sędzia Sądu Najwyższego Felix Frankfurter uczciwie przyznał: „Panie Karski, ja panu nie wierzę. Nie twierdzę, że pan jest kłamcą, ale ja po prostu nie jestem w stanie panu uwierzyć”.

Brawurowa ucieczka z Auschwitz

Na godną pożałowania reakcję świata nikt z polskich bohaterów nie miał już wpływu i w żaden sposób nie umniejsza ona wagi misji, dla której wykonania ryzykowali życiem. Jako pierwsi zrobili to ci, którzy uciekli z obozu koncentracyjnego Auschwitz 29 grudnia 1942 r. Byli to trzej Polacy: Jan Komski, Bolesław Kuczbara (bratanek generała Sikorskiego), Mieczysław Januszewski oraz Niemiec Otto Küsel. Przygotowania do ucieczki trwały kilka miesięcy, a w plan mężczyzn od początku wtajemniczony był rotmistrz Witold Pilecki, twórca konspiracji wojskowej w obozie, której członkowie z najwyższym trudem powiadomili o sprawie porucznika Andrzeja Harata (ps. Wicher) z Libiąża. Wraz z kilkoma podległymi mu żołnierzami AK miał on czekać na uciekinierów w Broszkowicach koło Oświęcimia, aby pomóc im w dalszej drodze.

Czytaj więcej

Jak Hitler kazał spalić Niemcy

Planujący ucieczkę śmiałkowie mieli całkowite błogosławieństwo Pileckiego – nie tylko dlatego, że zobowiązali się zabrać ze sobą niemieckie dokumenty i powiadomić wolny świat o masowej zagładzie dokonywanej za drutami obozu. W czasie kiedy Niemcy stosowali zasadę odpowiedzialności zbiorowej (za każdego uciekiniera dziesiątkując jego kolegów), kierowany przez rotmistrza Związek Organizacji Wojskowej piętnował ucieczki jako czyny egoistyczne. Pod koniec 1941 r., pod wpływem interwencji z Berlina władze obozu zniosły jednak tę nieludzką zasadę (prawdopodobnie za tym krokiem krył się zwykły pragmatyzm – po co marnować siłę roboczą?). Apel, podczas którego w lipcu 1941 r. ojciec Maksymilian Kolbe oddał życie za współwięźnia skazanego na śmierć w odwecie za czyjąś ucieczkę, był ostatnim takim wydarzeniem w obozie. Późniejsi uciekinierzy ryzykowali już tylko własnym życiem, co przesądziło o zmianie ogólnego nastawienia do nich i skłaniało do udzielania im większej pomocy.

Kiedy jednak wybiła godzina ucieczki, więźniowie mogli polegać już tylko na sobie, własnych siłach i opanowaniu. Wiedzieli, że stawką w tej grze jest życie; gdyby ich plan został wykryty, a oni zatrzymani, nie mogliby liczyć na łaskę. Karą za próbę ucieczki mogła być tylko śmierć. Otto Küsel, który jako kapo i Niemiec mógł pozwolić sobie w obozie na więcej niż Polacy, zorganizował wóz zaprzężony w konie, kluczowy w pierwszej fazie ucieczki. W tym pojeździe, pozorując wyjazd do pracy, mieli przekroczyć bramę Auschwitz. Aby taki scenariusz wypadł wiarygodnie w oczach wartowników, na wozie powinien znaleźć się jednak co najmniej jeden SS-mann pilnujący więźniów. Oznaczało to, że któryś z czterech mężczyzn musiał przebrać się za strażnika SS. Ostatecznie wybór padł na Bolesława Kuczbarę, który odznaczał się najbardziej aryjskim wyglądem. „Doskonale wyglądał jako SS-mann; miał takie ostre rysy” – wspominał Jan Komski. Problemem było jednak to, że mający udawać hitlerowca Kuczbara znał zaledwie kilka słów po niemiecku, toteż wszyscy się modlili, aby wartowników przy bramie nie naszła ochota na pogawędkę z nim.

Czytaj więcej

Ostatnia twierdza Hitlera

Esesmański mundur, najprawdopodobniej wyżebrany u obozowych krawców bądź wprost wykradziony z magazynów, rzeczywiście pasował na Kuczbarę jak ulał. Trudniejsze okazało się podrobienie dla niego legitymacji. Konspiracyjnymi szlakami Kuczbarze dostarczono z zewnątrz jego własne zdjęcie, na którym Komski domalował mundur i czapkę z trupią główką, a konspiracyjny fotograf pomniejszył zdjęcie do rozmiarów legitymacyjnego. Na zdobycie broni nie było żadnych szans, toteż Kuczbara włożył do kabury na pistolet latarkę, aby puste miejsce nie zwracało uwagi.

Modlitwy zostały wysłuchane i wóz opuścił teren Auschwitz, nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Zanim do tego doszło, jego pasażerowie przeżyli chwile grozy, gdy zatrzymał ich kierownik obozu Hans Aumeier, znany z okrucieństwa i bezwzględności sadysta. I chociaż więźniowie posłusznie zdjęli czapki, a udający SS-manna Kuczbara wzorcowo zasalutował, Aumeier długo się im przyglądał, zanim w końcu dał znać ręką, aby jechali dalej.

Minąwszy rogatki obozu, uciekinierzy natychmiast skierowali się do leżącej 4 km od niego miejscowości Broszkowice, gdzie mieli znaleźć schronienie w opuszczonym gospodarstwie Urbana Brożka, wysiedlonego przez Niemców w 1941 r. Droga była krótka, ale niebezpieczna; w okolicy pracowało wielu więźniów, pilnowanych przez SS-mannów gotowych w każdym momencie zatrzymać podejrzany wóz. Szczęście sprzyjało jednak konspiratorom i wkrótce znaleźli się we wspomnianym gospodarstwie, gdzie zostali przywitani przez oczekujących ich przybycia żołnierzy AK. Z okna stodoły, w której przebierali się w cywilne garnitury, obserwowali oddalonych o zaledwie kilkadziesiąt metrów SS-mannów, grzejących się przy ogniskach i nadzorujących pracę zziębniętych więźniów. Chociaż kierujący akcją porucznik „Wicher” miał nadzieję, że Niemcy niechętnie będą odchodzić od ciepłych ognisk w mroźny grudniowy dzień, to zdawał sobie sprawę, że ich bliskość stanowi realne zagrożenie. Właśnie podjął decyzję o ewakuacji byłych więźniów do współpracującego z podziemiem księdza Franciszka Flasińskiego z Libiąża, który zadeklarował możliwość przechowania zbiegów, gdy usłyszał dochodzący z podwórza hałas.

Czytaj więcej

Paweł Łepkowski: Upokorzeni bohaterowie

Okazało się, że jeden z jego podwładnych, plutonowy Antoni Tomera, przejrzawszy pobieżnie wywiezioną z obozu teczkę zawierającą nazwiska kilkunastu tysięcy więźniów i plany krematoriów oraz komór gazowych, uznał ją za mało intrygującą i cisnął do studni. Tomera przez całe życie musiał tłumaczyć się ze swojej niefrasobliwości: „Teczkę dał mi jeden z więźniów, nim wszedł do stodoły się przebrać. Nie wiedziałem, gdzie ją schować. Przypadkowo dostrzegłem na podwórzu budowaną studnię. Miała około 2 metrów i nie było w niej jeszcze wody. Odruchowo wrzuciłem teczkę do studni. Sądziłem, że to jakaś zwykła książka do czytania, którą można wyciągnąć przy jakiejś okazji. W tamtej chwili byłem bardziej skupiony na tym, aby akcja się powiodła”.

Wściekły na bezmyślność żołnierza Andrzej Harat nie miał czasu, aby z czeluści studni wydobywać bezcenne dowody niemieckich zbrodni. Priorytetem było zapewnienie bezpieczeństwa zbiegom. Pod osłoną zapadającego zmroku przeprowadził całą czwórkę na plebanię w Libiążu, gdzie ks. Flasiński natychmiast ulokował ich w zamkniętej wieży kościoła oraz otoczył opieką. Duchowny przyniósł nawet dwie butelki wina mszalnego oraz pozostały z Bożego Narodzenia makowiec, aby uczcić udaną ucieczkę. Podczas radosnej biesiady doszło jednak do zgrzytu. Porucznik „Wicher” nie zareagował dobrze na wieść, że jeden z uciekinierów jest Niemcem. „To w obozie nie ma Polaków, których można wyciągnąć? Szwabom pomagacie?” – zapytał ostro. Sytuację załagodził Kuczbara, zapewniając wojskowego, że Küsel odnosił się zawsze przyjaźnie do Polaków i nigdy nikogo nie skrzywdził.

Bladym świtem Tomera pojechał rowerem do feralnej studni naprawić swój błąd i odzyskać cenne dokumenty, a „Wicher” zaprowadził uciekinierów do własnego domu. Mężczyźni spędzili w nim kilka tygodni, dochodząc do zdrowia po obozowej katordze. Niekończącym się rozmowom przysłuchiwała się uważnie 17-letnia córka gospodarza, Władysława Haratówna. Dziewczyna już od trzech lat pełniła rolę łączniczki ZWZ-AK w terenie. Jako 14-latka kursowała z meldunkami między Libiążem, Chrzanowem, Sosnowcem, Będzinem, Olkuszem a Trzebinią. „Byłam najstarsza z rodzeństwa i dość inteligentna, rodzice uznali więc, że nie uda im się utrzymać przede mną w tajemnicy ciągłych wizyt obcych osób i tajemniczych spotkań. Postanowili wprowadzić mnie do pewnego stopnia w to, co się zaczynało tworzyć, i zaprzysiąc, abym nigdy nie powiedziała czegoś za dużo. Tak się zaczęła moja epopeja wojskowa” – wspominała po latach.

Odważna kurierka

Czyż nieodrodna córka walczącego już od września 1939 roku AK-owca Andrzeja Harata mogłaby postąpić inaczej? Będąc już pod koniec 1942 r. kurierką między Okręgiem Śląskim AK a Komendą Główną w Warszawie, Władysława zaproponowała, że sama zawiezie zdobyte przez więźniów dokumenty do stolicy. W lutym 1943 roku, wyposażona w dokumenty na nazwisko Niemki Elisabeth Horn, wsiadła do pociągu zmierzającego do Warszawy. W rękach trzymała ciężką walizkę zapełnioną papierami pełnymi niemieckich pieczątek, przykrytymi kilkoma sukienkami i bluzkami. Chociaż nie była to pierwsza misja kurierki, tym razem denerwowała się wyjątkowo mocno: poprzednio wszystkie informacje i meldunki, nauczone na pamięć, przechowywała jedynie w głowie. Nastolatka zajęła miejsce w przedziale Nür für Deutsche, ale ten był całkowicie pusty, co groziło dokładniejszą kontrolą na granicy Generalnej Guberni (GG). Wiedziała jednak, że jeśli w trakcie podróży przesiądzie się z wygodnego niemieckiego przedziału do zatłoczonej polskiej części pociągu, zwróci na siebie uwagę.

Obracając w dłoni kapsułkę z cyjankiem, pełna złych przeczuć Władysława siedziała jak na szpilkach. Wejście do przedziału oficera SS wydało się biednej dziewczynie ostatecznym przypieczętowaniem jej losu. Nie wiedziała wówczas, jak bardzo się myli. Zauroczony dziewczyną Niemiec, który przedstawił się jako Manfred von Zwischrecke, zaczął opowiadać jej o swojej pracy w kancelarii Hitlera, chwalił się rozbiciem siatki przeciwników nazizmu w Wiedniu i zapowiadał, że teraz jedzie walczyć z polskim podziemiem w Warszawie. Przekonany, że rozmawia z Niemką, dzielił się z nią informacjami o problemach armii na froncie wschodnim. Władysława orientowała się w tych faktach dzięki nasłuchowi Radia BBC w domu ojca, ale udawała naiwną i trzpiotowatą 17-latkę, którą jako ostatnią można by podejrzewać o jakąkolwiek nielegalną lub niebezpieczną działalność.

Pomimo zaskakująco miłej rozmowy z oficerem („był inny od swoich pysznych i aroganckich rodaków przekonanych, że są panami świata”), gdy pociąg zatrzymał się w stanowiącej granicę GG Trzebini, Władysława dyskretnie wsunęła cyjanek do ust i czekała na kontrolę. Tymczasem niemieccy policjanci i celnicy, ujrzawszy towarzyszącego jej wojskowego, zasalutowali i wyszli, nie sprawdzając dokumentów ani bagaży.

W Warszawie oficer osobiście pomógł dziewczynie wynieść feralną walizkę na peron, a nawet zaproponował, że odwiezie ją do domu swoim samochodem. Zbyła go, twierdząc, że ma ochotę na spacer po długiej podróży. Na szczęście nie upierał się, ale zanim odszedł, poprosił Haratównę o adres, gdyż był ewidentnie zainteresowany kontynuacją tej znajomości. Władysława podała mu fikcyjny adres w Katowicach, po czym niezwłocznie udała się do konspiracyjnego lokalu, gdzie musiała zdać przesyłkę. Pociąg powrotny miała już za kilka godzin, ale zdążyła jeszcze poinformować swoich warszawskich przełożonych o planowanych w stolicy aresztowaniach, o których dowiedziała się od SS-manna. Skrajnie wyczerpana tymi przeżyciami, w pociągu powrotnym zapadła w głęboki sen. Obudziła się w... Berlinie. Okazało się, że pomyliła pociągi.

Niezrażona tym nastolatka stwierdziła, że oto ma niepowtarzalną okazję zwiedzić stolicę wroga. Na dworcu kupiła plan miasta i raźno wyruszyła na „podbój” Berlina. Metropolia nie wypadła jednak korzystnie w oczach Polki: „Szare, betonowe, rządowe budynki, na których powiewały czerwone flagi ze swastyką, zrobiły na mnie upiorne wrażenie”.

Beztroski spacer po stolicy III Rzeszy był jednym z ostatnich momentów, gdy Władysława cieszyła się wolnością – cztery dni po jej powrocie do domu rodzina Haratów przeżyła nalot Gestapo. Chociaż przebywający w ich domu uciekinierzy z obozu zdążyli wyjechać, Niemcy aresztowali Władysławę i jej matkę. Do dziś nie wiadomo, dlaczego okupanci zapukali do drzwi Haratów. Możliwe, że na rodzinę doniósł któryś z sąsiadów, bądź też ktoś z aresztowanych wcześniej członków podziemia nie wytrzymał tortur i wyjawił ten adres.

Kobiety trafiły do więzienia w Mysłowicach. „Więzienie było przepełnione. Do celi nie przebijało się dzienne światło, bo okna zabito deskami. Przesłuchiwali nas dzień i noc” – wspominała Władysława. Niemcy nie byli jednak usatysfakcjonowani rezultatem akcji, gdyż przede wszystkim zależało im na aresztowaniu Andrzeja Harata, a jego akurat nie zastali. To on był dla nich głównym podejrzanym, a przeciwko jego żonie i córce nie mieli żadnych dowodów; nie przyznawały się też one do żadnej nielegalnej działalności. Dla Niemców nie miało to jednak znaczenia i więzili kobiety przez ponad osiem miesięcy.

Jesienią 1943 r. Gestapo podjęło nietypową dla siebie decyzję i zwolniło obie więźniarki, chociaż większość aresztowanych na wiosnę osób albo zginęła już w trakcie brutalnych przesłuchań, albo została wysłana do Auschwitz z wyrokiem śmierci. Niemcami nie kierowały jednak żadne humanitarne względy, lecz czysty pragmatyzm: liczyli, że Andrzej Harat zapragnie nawiązać kontakt z uwolnioną rodziną, co umożliwi im aresztowanie go. Doświadczony konspirator utrzymał jednak emocje w ryzach i ani razu nie zjawił się w domu. Z bliskimi spotkał się dopiero po wojnie.

Powojenne losy także nie były łaskawe dla cichych bohaterów, których mrówcza praca niosła (zmarnowany niestety) potencjał zatrzymania zbrodni Holokaustu. Wojnę przeżyło tylko dwoje z czworga uciekinierów z Auschwitz. Z kolei Jan Karski do końca życia zmagał się z poczuciem porażki, które prześladowało go po bezowocnej misji do USA. Władysława Harat (po mężu Rzepecka) popadła w głęboką depresję spowodowaną koniecznością ukrywania swojej wojennej działalności. Jej ojciec spędził długie lata na Syberii i w peerelowskich więzieniach. Żyjąc w nieustannym lęku przed powtórzeniem jego losów, zniszczyła prawie wszystkie pamiątki z okresu wojny, a z ówczesnych zdjęć wydrapywała bądź zamazywała swoją twarz. Usunięta z wymarzonej medycyny z wilczym biletem (za działalność ojca), musiała zadowolić się ekonomią, a gdy po studiach starała się o pracę naukową na uczelni, przyznano jej jedynie etat w uczelnianej administracji. Zmarła w 2017 r., przeżywszy 92 lata.

Andrzej Harat zginął 14 października 1970 r. uderzony przez rozpędzone auto w rodzinnym Libiążu. Sprawca tragedii dostał natychmiast paszport do USA (a łatwo o niego w PRL nie było), wyjechał i śledztwo po wypadku umorzono. Czy to był tylko wypadek…? Zapewne nigdy się tego nie dowiemy.

Z historii wiemy, że niestety nasi sojusznicy nie stanęli wówczas na wysokości zadania. Nie potrafili docenić wagi dostarczonego raportu oraz zareagować w sposób adekwatny na największą zbrodnię w dziejach ludzkości. Prezydent USA Franklin Delano Roosevelt po wysłuchaniu relacji Karskiego płynnie przeszedł do zagadnień gospodarczych: „Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”. Niektórzy Amerykanie wprost mówili Polakowi, że nie są zdolni dać wiary jego relacjom. Sędzia Sądu Najwyższego Felix Frankfurter uczciwie przyznał: „Panie Karski, ja panu nie wierzę. Nie twierdzę, że pan jest kłamcą, ale ja po prostu nie jestem w stanie panu uwierzyć”.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia Polski
Manifest PKWN: 22 lipca, dzień wielkiego kłamstwa
Historia Polski
Oto kufer Else Ledermann. 80 lat temu zlikwidowano obóz na Majdanku
Historia Polski
80 lat temu wybuchło Powstanie Warszawskie. Jak wygląda tegoroczny program obchodów?
Historia Polski
Wilczy Szaniec nie był pierwszy. Nieudane zamachy na Hitlera
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia Polski
50 lat temu Zamek Królewski w Warszawie ożył!