Unia mogła uratować Bizancjum

Dość nudna i nieciekawa centralna cerkiew w historycznej Warnie ujęła mnie jedną, nieznaną mi dotąd ikoną.

Publikacja: 23.11.2023 21:00

Unia mogła uratować Bizancjum

Foto: Fotorzepa, Maciej Zieniewicz

W bocznym ołtarzyku, między tradycyjnymi i przesadnie kanonicznymi wizerunkami świętych Jerzych i Mikołajów, znalazłem dziełko, z którego spoglądało na mnie kilkudziesięcioma smutnymi oczami liczne grono idealnie do siebie podobnych młodzieńców. Wszyscy w aureolach, powłóczystych szatach, z jednym tylko górującym nad nimi starcem, co ten, kto pisał tę ikonę, zaznaczył siwizną włosów nie zaś odrębnymi rysami postaci górującej nad tłumem. Grono dublerów mieściło się symbolicznie w jakimś zamczysku czy wieży, pod którymi – równie symbolicznie – tańczyło kilka purpurowych płomyków. A przed bramą zamczyska czekał, zapewne w nie najlepszych intencjach, zagon rycerzy w krzyżowych szatach. Absolutne braterstwo cech fizycznych grupy oblężonych postaci nieznający mowy ikon mogliby wziąć za brak inwencji autora, co byłoby oczywistym błędem, bo owa identyczność świętych postaci na desce ikony ma przemawiać wyłącznie o tożsamości natury i losów młodzianków.

Opis pod ikoną był zdawkowy, ale udało mi się go rozwinąć po kilku godzinach przeszukiwania internetu. Jak się okazało, ikona przedstawiała marny los ponad 20 (w różnych źródłach jest ich 21 lub 23) zakonników z monasteru w bułgarskim Zograf, którzy nie podporządkowali się unii lyońskiej narzuconej prawosławnym przez cesarza Michała VIII Paloeloga (1225–1282) i – w obliczu mającej wymusić uległość ekspedycji karnej – zamknęli się w wieży i pozwolili spalić. Według którejś z legend jeden z nich – Parteniusz – przeżył pożar, ale zmarł od oparzeń po 30 dniach. Wedle innej najsłabszy duchem skoczył z wieży, zanim ogarnęły go płomienie, a samobójstwo, czyli grzech śmiertelny, wykluczyły na zawsze jego szanse na świętość. Historia, rzec można, jak tysiąc innych.

Chrześcijaństwo, zwłaszcza wschodnie, uwielbia nurzać się w zbiorowej martyrologii. Jednak tu bardziej od okoliczności uświęcenia niemal dwóch tuzinów mnichów zainteresowały mnie pewne analogie historyczne. Najpierw więc słówko o kontekście.

Chrześcijaństwo, zwłaszcza wschodnie, uwielbia nurzać się w zbiorowej martyrologii

Długo negocjowana unia lyońska (1274 r.) była próbą ratowania upadającego cesarstwa wschodniego przed atakami z Zachodu. Minęło ledwie kilkanaście lat od daty, kiedy Grekom udało się odzyskać Konstantynopol z rąk łacinników. Przypomnijmy, że ci ostatni przejęli go w wyniku łże-krucjaty w 1204 r. Zdradzieckie zajęcie stolicy przez krzyżowców omal nie zamknęło dziejów Bizancjum. Grecy – cudem – wrócili, ale dziedzictwo Justyniana chwiało się w posadach. O prawa łacinników chciał się upomnieć zbrojnie Karol Andegaweński, ale grecki cesarz Michał zwrócił się o pomoc do Grzegorza X. Ten obiecał interwencję, ale pod warunkiem zjednoczenia Kościołów – zachodniego ze wschodnim. To właśnie dekretowała unia lyońska; cesarz bizantyjski jako reprezentant Kościoła prawosławnego zaaprobował formułę „filioque”, podkreślił ważność siedmiu sakramentów, przyjął jako obowiązującą katolicką naukę o czyśćcu, a także uznał supremację papiestwa – tzw. Prymat Świętego Piotra. Obrządek zachodni triumfował. Ale raptem przez kilka lat.

Duchowieństwo prawosławne nie przyjęło zjednoczenia. Klasztory się buntowały, a część z nich – jak wspomniany Zograf – zostało zniszczonych. Sprawa zjednoczenia upadła ostatecznie wraz ze śmiercią cesarza. Źródła mówią, że umarł w takim potępieniu, iż odmówiono mu tradycyjnego pogrzebu. Jednak politycznie zwyciężył; łacinnicy nie wrócili nad Bosfor. Minęło niemal 200 lat i sytuacja się powtórzyła, ale w jakże zmienionych okolicznościach.

Tym razem groza szła ze Wschodu. Tureckie imperium sułtanów uznawało Bizancjum za bramę do Europy i postawiło – jak przed wiekami Rzymianie przeciw Kartaginie – na jego zniszczenie. Europa miała świadomość zbliżającego się horroru. W imię walki z tureckim zagrożeniem ogłoszono nawet krucjatę, której smutnym końcem była dramatyczna klęska polskiego króla Władysława Warneńczyka na polach u bram miasta, którego nazwa zrosła się na wieczność z jego imieniem. Kilka lat później jego rówieśnik Mehmed II Zdobywca przygotował się do oblężenia stolicy cesarzy z wyjątkową metodycznością. Miał kilkanaście razy więcej wojska. Zabezpieczył się przeciw próbom podejmowania odsieczy. U bram Konstantynopola kazał zbudować warownię Rumeli Hisari odcinającą miasto od morza. Proces przygotowań do ataku rozłożył na dwa lata, by ostatecznie uderzyć na miasto w kwietniu 1453 r.

Co na to cesarz, skądinąd krewny Michała VIII – Konstantyn IX Paleolog? Podobnie jak przodek też szukał wsparcia na Zachodzie. I znów wróciła sprawa zjednoczenia Kościołów. Konstantyn szermował hasłem unii florenckiej, którą podpisał z papieżem jego poprzednik Jan VIII Paleolog. Bardzo przypominała wcześniejszą, czyli unię lyońską, i podobnie jak ona została powszechnie odrzucona przez prawosławnych i ich liderów. Całkiem możliwe, że gdyby ją w obliczu oblężenia stolicy potwierdzono, Zachód wysłałby pomoc. Do niczego takiego jednak nie doszło. Dla większości prawosławnych, zwłaszcza ze średnich i niższych warstw duchowieństwa, nawet w obliczu hekatomby, odrębność i ortodoksja były ważniejsze. Do końca wierzono w moc Opatrzności i zesłanego przez Boga obrońcę, który przegoni Turków spod murów. Jaki był koniec, wszyscy wiemy. 29 maja 1453 r. Turcy wdarli się do miasta, łupiąc i mordując. Konstantyn zginął w walce wraz z dziesiątkami tysięcy mieszkańców miasta nad Bosforem. Tak skończyły się: średniowiecze i dzieje pierwszego Cesarstwa Rzymskiego, a zaczynał renesans. A muzułmanin Mehmed – o zgrozo! – przyjął miano Kayser-i Rum (cesarz Rzymu). Po co to wspomnienie? Bo historia lubi się powtarzać. Jedność, co jasne, buduje. Odrębność – separuje. A populizm nie popłaca.

W bocznym ołtarzyku, między tradycyjnymi i przesadnie kanonicznymi wizerunkami świętych Jerzych i Mikołajów, znalazłem dziełko, z którego spoglądało na mnie kilkudziesięcioma smutnymi oczami liczne grono idealnie do siebie podobnych młodzieńców. Wszyscy w aureolach, powłóczystych szatach, z jednym tylko górującym nad nimi starcem, co ten, kto pisał tę ikonę, zaznaczył siwizną włosów nie zaś odrębnymi rysami postaci górującej nad tłumem. Grono dublerów mieściło się symbolicznie w jakimś zamczysku czy wieży, pod którymi – równie symbolicznie – tańczyło kilka purpurowych płomyków. A przed bramą zamczyska czekał, zapewne w nie najlepszych intencjach, zagon rycerzy w krzyżowych szatach. Absolutne braterstwo cech fizycznych grupy oblężonych postaci nieznający mowy ikon mogliby wziąć za brak inwencji autora, co byłoby oczywistym błędem, bo owa identyczność świętych postaci na desce ikony ma przemawiać wyłącznie o tożsamości natury i losów młodzianków.

Pozostało 83% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Pomogliśmy im odejść z honorem. Powstanie w getcie warszawskim
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Historia
Jan Karski: nietypowy polski bohater
Historia
Yasukuni: świątynia sprawców i ofiar
Historia
„Paszporty życia”. Dyplomatyczna szansa na przetrwanie Holokaustu
Historia
Naruszony spokój faraonów. Jak plądrowano grobowce w Egipcie