Daremna śmierć gladiatora

W „Gladiatorze” Ridleya Scotta śmierć Maximusa nie jest daremna: zgładziwszy najpierw Kommodusa, bohater kona z nadzieją, że oto zapewnił Rzymowi spokój, ład i szansę na odrodzenie republiki. Aż żal, że ta budująca wizja przyszłości jest tylko fikcją.

Publikacja: 09.02.2023 20:37

Kadr z filmu „Gladiator” (2000 r.) Ridleya Scotta. Maximusa Decimusa Meridiusa zagrał Russell Crowe

Kadr z filmu „Gladiator” (2000 r.) Ridleya Scotta. Maximusa Decimusa Meridiusa zagrał Russell Crowe

Foto: East News

Dominującą w głównym nurcie kinematografii amerykańskiej konwencję filmu historycznego wykreował jeszcze David W. Griffith, producent i reżyser monumentalnych dzieł z okresu kina niemego. Zrealizowany zgodnie z takim schematem film historyczny jest więc przede wszystkim wypełnionym wartką akcją widowiskiem wykorzystującym ikonografię i kostium z epoki, w którym realia historyczne traktuje się jednak instrumentalnie i z dużą swobodą, bo całość nie służy rekonstrukcji przeszłości, ale zapewnieniu widzom rozrywki i pożądanych emocji oraz sformułowaniu wyrazistego przesłania. Aby te cele osiągnąć, twórcy filmów opisywanych w popularnych kompendiach jako dramaty historyczne przedstawiają co najmniej uproszczoną i przykrojoną do założeń, a często zmitologizowaną wersję przeszłości opartą na klarownych przeciwieństwach dobra i zła. Z tego właśnie wyrasta napięcie dramatyczne, które rodzi niepokój widza, budzi gniew i empatię, a wreszcie w spektakularnym finale przynosi ukojenie i nadzieję. „Gladiator” Scotta godnie reprezentuje tę odmianę gatunku.

Czy taki był pierwotny zamysł, czy też przedsięwzięcie miało być merytorycznie ambitniejsze? I Ridley Scott, i autor oryginalnego scenariusza David Franzoni włożyli wiele wysiłku w to, aby ich obraz Imperium Romanum z końca II wieku naszej ery był wiarygodny. W pierwszym szkicu scenariusza bohater nosił jeszcze imię Narcyz, jak – zgodnie z przekazem Herodiana – autentyczny zabójca Kommodusa, atleta, który udusił cesarza gołymi rękami. Franzoni zresztą postulat ścisłości historycznej potraktował bardzo poważnie: przystępując do pracy nad scenariuszem, sięgnął po zbiór biografii cesarzy, znany jako „Historia Augusta”, a także po prace historyków rzymskich opisujących przedstawiane w filmie zdarzenia z perspektywy świadków, a zatem po wspomnianego Herodiana i Kasjusza Diona. Echa tych lektur można odnaleźć w fabule filmu, wszak to Dion oskarżał Kommodusa o przyczynienie się do śmierci własnego ojca (zarzut ten uważany jest dzisiaj za bezpodstawny).

Reżyser również nie próżnował: zatrudnił historyków, by czuwali nad zgodnością narracji z prawdą dziejową. Ale w miarę postępów prac nad filmem zgodności było coraz mniej, naukowi doradcy rezygnowali, a priorytetem stawała się spójność i przejrzystość głównego wątku – morderczej rozgrywki między szlachetnym Maximusem i uzurpatorem Kommodusem. Sens tej rozgrywce nadaje nie pragnienie zemsty w sercu okrutnie skrzywdzonego generała, lecz wizja Rzymu, która „teraz się spełni”, jak brzmią jedne z ostatnich słów Maximusa. Wizja, która jest, jak się wydaje, najważniejszym przesłaniem reżysera i w której chodzi o „pojęcie istoty państwa demokratycznego z jednakim dla wszystkich uprawnieniem, rządzącego się według zasad równości i sprawiedliwości”. To nie są już słowa Maximusa ani w ogóle fragment ze scenariusza. To cytat z „Rozmyślań” Marka Aureliusza. Być może w czynach i myślach cesarza tkwi klucz do zrozumienia nieco irytującej jednoznaczności obu głównych bohaterów i fałszywej obietnicy świetlanej przyszłości Rzymu, którą składają widzom Maximus i Ridley Scott.

Dobry, zły i boski

Zacznijmy od tego ostatniego. Marek Aureliusz znika z filmu po kilkudziesięciu minutach, ale bez niego cała opowieść nie miałaby fundamentu. Zdaniem historyków jego panowanie było wspaniałym zwieńczeniem okresu nazwanego złotym wiekiem cesarstwa. Z taką oceną zgodziliby się poddani, którzy uczcili Marka Aureliusza m.in. włączeniem w poczet bogów oraz jedynym zachowanym z okresu antycznego pomnikiem konnym (stanowiącym wzór dla większości późniejszych takich pomników). I słusznie, bo był władcą niezwykłym. Jednym z ważniejszych źródeł do jego biografii (i kolejnym pomnikiem) jest to, które wyszło spod jego pióra, filozoficzny autoportret – „Rozmyślania”. W I księdze tego tomu cesarz z ogromnym szacunkiem opisuje członków najbliższej rodziny i nauczycieli, podkreślając, jak wiele im zawdzięcza. Ten osobisty zapis zawiera w sobie zarazem wizerunek władcy takiego, jakim Marek Aureliusz chciałby być i jakiego chciałby dla Rzymu. I jeśli wierzyć kronikarzom, autor „Rozmyślań” przynajmniej w znacznym stopniu stał się tym, o kim pisał. Rządził zatem surowo, ale sprawiedliwie, przestrzegając zasad, które głosił, i wymagając najwięcej od siebie. Za swój podstawowy obowiązek uważał służenie Rzymowi i jego ludowi, obronę granic i ich rozszerzanie w czasach, gdy sąsiedzi Rzymu – zwłaszcza plemiona germańskie – rzucali cesarstwu coraz groźniejsze wyzwania, a także przywracanie ładu i poczucia bezpieczeństwa, gdy przywleczona ze Wschodu epidemia i kolejne klęski żywiołowe niszczyły imperium od wewnątrz.

W latach pokoju zreformował prawo i administrację, ograniczył korupcję. W 178 r. wyruszył ponownie nad Dunaj, by ostatecznie pokonać Markomanów i Kwadów. Gdyby zaraza i nadmiar trosk nie zakończyły jego ziemskiej wędrówki w obozie legionów w Vindobonie (współczesny Wiedeń) w marcu 180 r., może podczas tej wyprawy założyłby dwie kolejne prowincje na obszarze dzisiejszych Czech i Słowacji, a potem ruszyłby dalej. Jak wtedy potoczyłyby się dzieje Polski? Wraz z jego śmiercią, jak już wspomniano, zakończył się złoty wiek. Zakończył, bo Marek Aureliusz popełnił najpoważniejszy ze swych nielicznych błędów – przekazał władzę jedynemu ze swoich synów, który dożył wieku młodzieńczego: Kommodusowi.

Kommodus to na swój sposób również fenomen. Aleksander Krawczuk w „Poczcie cesarzy rzymskich” stawia go w jednym rzędzie z Kaligulą, Neronem i Domicjanem, i zasadniczo nie znajduje w nim żadnych zalet. Wieki wcześniej Herodian, który najwyraźniej chciał napisać coś dobrego o synu Marka Aureliusza, stwierdzał: „Urodzeniem górował on nad wszystkimi poprzednimi cesarzami, pięknością przewyższał wszystkich współczesnych mu ludzi, przy niezwykłej symetrii swej budowy fizycznej, a jeśli trzeba coś powiedzieć o jego dzielności, to nie ustępował nikomu w celności i pewności ręki, tylko że swe uzdolnienia – jak wyżej mówiłem – niesławą okrywał przez niegodny tryb życia”. Wiemy zatem, że tyran był przystojny. Ale poza tym Kommodus zniweczył szybko większość osiągnięć swego ojca i jego poprzedników. Zawarł niepewny pokój z naddunajskimi plemionami w chwili, gdy można było i należało je – w interesie Rzymu – ujarzmić. Jego zaniechanie miało się wkrótce zemścić. Następnie zraził do siebie Senat, a po groteskowym zamachu na jego życie doprowadził do śmierci wielu senatorów i patrycjuszy. Ludowi Rzymu miał do zaproponowania tylko igrzyska, w których sam chętnie brał udział jako gladiator i pogromca dzikich zwierząt. Zainteresowany głównie uciechami ciała zaniedbał sprawy państwowe, powierzając urzędy przypadkowym faworytom, np. byłemu tragarzowi z Frygii Kleanderowi. Niebawem Rzymem rządził już nie cesarz, lecz strach, korupcja, nepotyzm, intrygi i samowola tych, którzy zdobyli na chwilę cząstkę władzy i prawo rozkazywania wojsku. Taka sytuacja musiała doprowadzić do rozruchów, krwawo stłumionych przez zauszników cesarza. On sam bawił się dalej. Ogłosił się bogiem, rzymskim Herkulesem, a w końcu założycielem Rzymu, którego nazwę zmienił na Colonia Commodiana. Doprawdy trudno się dziwić, że jedną z pierwszych decyzji Senatu po jego gwałtownej śmierci w 192 r. było przyjęcie uchwały „damnatio memoriae” – „wymazującej” go z rzymskiej pamięci.

Co obok tych nieprzeciętnych figur historycznych robi w filmie Maximus Decimus Meridius? To postać całkowicie fikcyjna, ale wbrew pozorom nie całkiem nieprawdopodobna. Trzeba tu najpierw wyjaśnić, że Marek Aureliusz złamał pewną zasadę, której złoty wiek Cesarstwa Rzymskiego zawdzięczał swą nazwę. Otóż jako że żaden z jego poprzedników nie doczekał się męskiego potomka, który mógłby dziedziczyć tytuł, przyjęto, że urzędujący cesarz usynawia przez adopcję najwłaściwszego kandydata, a następnie wskazuje go jako następcę. Sam Aureliusz, osierocony za młodu, został adoptowany przez Antoninusa Piusa, a ten z kolei przez Hadriana. Spadkobierca Antoninusa miał jednak u boku Kommodusa i jego właśnie desygnował na kolejnego władcę, być może pragnąc zapobiec przyszłym walkom o sukcesję. W każdym razie Maximus jest w filmie tym właśnie kandydatem do cesarskiej adopcji: „Ty jesteś tym synem, którego powinienem mieć” – mówi do niego w jednej ze scen Marek Aureliusz. Twórcy filmu nie tyle więc przeinaczają historię, co ją „poprawiają”, dając widzom uwspółcześnione ucieleśnienie wyobrażeń cesarza filozofa o władcy doskonałym. Niezgodnie z faktami, ale zgodnie z rzymską tradycją. Ale sugerują przy okazji coś więcej. To mianowicie, że Kommodus był jedynie złym snem Rzymu, epizodem, który dzięki poświęceniu Maximusa szczęśliwie przeminął, by wszystko mogło wrócić do normy. A to już poważne nadużycie. Bo śmierć szaleńca nie przywróciła porządku. Zapoczątkowała chaos.

Rok Pięciu Cesarzy

Kommodus został zamordowany 31 grudnia 192 r. Następnego dnia rozpoczął się w dziejach Imperium Romanum dramatyczny okres zwany Rokiem Pięciu Cesarzy, bo w ciągu następnych 12 miesięcy Rzym miał aż pięciu władców. A był to dopiero początek nieszczęść, bo takie nagromadzenie pretendentów doprowadziło do krwawej i długotrwałej wojny domowej.

Lucjusz Septymiusz Sewer (145–211)

Lucjusz Septymiusz Sewer (145–211)

Bibi Saint-Pol/wikipedia/domena publiczna

Pierwszym z nich był Publiusz Helwiusz Pertynaks, 66-letni prefekt stolicy – zesłany przez bogów dar dla Rzymu, którego Rzym nie docenił. Pertynaks był człowiekiem niskiego urodzenia, synem wyzwoleńca. Wszystko, co osiągnął, zawdzięczał ciężkiej pracy, ofiarności, niespożytej energii i pokorze. Zaczynał jako nauczyciel gramatyki, ale nie mógł się z tego utrzymać (aż trudno uwierzyć, ale w starożytnym Rzymie zarobki nauczycieli były marne), wybrał więc karierę wojskową. Przebieg jego służby mówi wiele o ekspansywności Rzymu i sprawności rzymskiej armii w latach potęgi cesarstwa – Pertynaks walczył z Partami nad Eufratem, potem dowodził w Brytanii, Dacji i Mezji nad Dunajem, a wreszcie w Afryce – już jako konsul. Miał szczęście i jego zasługi zostały zauważone i docenione, bo bronił Pax Romana za panowania cesarzy godnych tego miana, Antoninusa Piusa i Marka Aureliusza, którego nazywał przyjacielem. Z jego poparciem, lecz przede wszystkim dzięki zaletom charakteru prosty chłopak z Ligurii dotarł do szczytów władzy.

Dlatego, gdy w noworoczną noc spiskowcy odpowiedzialni za zabójstwo Kommodusa stanęli pod drzwiami jego domostwa, towarzysz broni Aureliusza był pewien, że to oddział egzekucyjny. Przyjął ich ze spokojem. Z równowagi wytrąciła go dopiero wiadomość, że nocni goście przybyli zaoferować mu cesarską purpurę. Weteran długo się przed tym zaszczytem bronił, ale w końcu się zgodził. I zabrał się za przywracanie porządku z właściwą sobie energią, rozumnie, jak przystało na doświadczonego praktyka i w duchu wojskowej dyscypliny. Zajął się naprawą finansów państwa, ograniczając wydatki administracyjne i wyprzedając majątek Kommodusa. Wprowadził reformy wzmacniające drobny handel i rolnictwo, polegające m.in. na zniesieniu wielu podatków. A do tego żył nad wyraz skromnie, odmawiając szczególnych przywilejów sobie i swojej rodzinie. Nie wziął jednak pod uwagę tego, że problemem Rzymu nie był wyłącznie Kommodus, ale głęboka demoralizacja wszystkich sfer władzy. Lud pokochał cesarza ze swojej warstwy od razu, ale elity znienawidziły go równie szybko. Senat jedynie złorzeczył, a pretorianie – najbardziej zdeprawowane przez Kommodusa środowisko, stęsknione za czasami bezkarnych rozbojów, grabieży i gwałtów – swoją dezaprobatę wyrażali czynem.

Marek Didiusz Julianus (133–193)

Marek Didiusz Julianus (133–193)

José Luiz Bernardes Ribeiro/CC BY-SA 4.0/Soerfm/wikipedia

28 marca 193 r. znaczna grupa pretorianów przybyła na Palatyn. Stary weteran nie krył się przed nimi, wyszedł im naprzeciw i wygłosił prostą mowę. Wielu przekonał, ale kilku zdeterminowanych gwardzistów cesarza (bo nimi wszak byli pretorianie) nie mogło zapomnieć, po co przyszli. Cesarz, którego rządy mogły być spełnieniem marzeń Marka Aureliusza, legł przebity włócznią na dziedzińcu swej siedziby. A potem było już tylko gorzej.

Zanim ciało Pertynaksa ostygło, rozpoczął się wyścig o władzę. Najpierw próbował ją przejąć Flawiusz Sulpicjan, teść Pertynaksa, który w jego imieniu znalazł się w koszarach pretorianów, by załagodzić sytuację. Nie zdążył uratować zięcia, chciał więc ratować Rzym ponownie pozbawiony przywódcy. W tym czasie jednak do obozu dotarł również Marek Didiusz Julianus, jeden z najzamożniejszych mieszkańców stolicy. Nie jest pewne, skąd się tam wziął. Zdaniem Herodiana przybył zwabiony nowym pomysłem radosnej braci pretoriańskiej. Po zabójstwie Pertynaksa gwardziści postanowili bowiem bawić się dalej i ogłosili przetarg: kto da więcej, zostanie cesarzem!

Publiusz Helwiusz Pertynaks (126–193)

Publiusz Helwiusz Pertynaks (126–193)

Codrin.B/CC BY-SA 2.0/wikipedia

Didiusz zaoferował więcej – a dzielni wojowie powiedli go do senatu, żeby „przekonać” członków najważniejszej rzymskiej instytucji do zaakceptowania ich kandydata. Kasjusz Dion, naoczny świadek, relacjonował, że senatorowie byli zbyt przerażeni, by protestować. Poświęcił też fragment samemu Didiuszowi i nie była to pochlebna opinia. Nie nam ją kwestionować, warto więc tylko dodać, że to nie wady lub zalety Didiusza zadecydowały o jego losie. W stolicy wszyscy bali się pretorianów, ale Rzym nie kończył się na stolicy. W odległych prowincjach, w obozach legionów, których żołnierze codziennie narażali życie dla ludu i cesarza, źle przyjęto wieści o zabójstwie Pertynaksa, a pretorianie nie cieszyli się tu szacunkiem (i nikt się ich nie bał). Każda z prowincji miała swego namiestnika, a każdy namiestnik – swoje legiony, z którymi szedł do boju. W dalekiej, ale bogatej i potężnej Syrii wsłuchiwano się w głosy z Rzymu i zareagowano najwcześniej – w kwietniu cesarzem został obwołany namiestnik prowincji Gajusz Pescenniusz Niger.

Niemal w tym samym czasie w nasiąkniętej wiosennym deszczem Brytanii popierany przez swoich zgłosił pretensje do tronu prokonsul Decimus Klodiusz Albinus, a legiony naddunajskie w Panonii, w słynnym frontowym obozie Carnuntum (obecnie popularny Park Archeologiczny w Austrii), ogłosiły imperatorem najbardziej niezłomnego z wodzów – Lucjusza Septymiusza Sewera, który obiecał im pomścić cenionego tu bardzo Pertynaksa. Pięć miesięcy po śmierci Kommodusa Rzym nie mógł narzekać na brak cesarza – miał ich czterech.

Severus znaczy „twardy”

Wojna była nieunikniona, a legiony strzegące przed barbarzyńcami granic nad Dunajem były najbliżej Rzymu, Sewer wyruszył zresztą najrychlej. Jego szybki przemarsz wzbudził popłoch w Rzymie. Didiusz Julianus usiłował zorganizować obronę, ale rozleniwieni i sprawniejsi już w posługiwaniu się kielichem niż mieczem pretorianie nie potrafili nawet zbudować fortyfikacji. A Italia nie pamiętała już wojny, dlatego zacni gospodarze w wiejskich rezydencjach nie mieli wojskowego doświadczenia swoich przodków. Senat natomiast nie miał zamiaru rozgniewać zbliżającego się pretendenta – wszak Severus znaczy „twardy”. Uchwalono więc szybko, że Didiusza należy stracić. Stało się to najprawdopodobniej 1 czerwca, ale pewności nie mamy. Kasjusz Dion i Herodian poświęcili jego śmierci po dwa zdania. Nieszczęsny Julian…

Sewer tymczasem nie wkroczył do miasta, choć senatorowie już zawiadomili go o przekazaniu mu władzy. Założył obóz w okolicy i prowadził korespondencję z Albinusem, by go na razie zneutralizować, a równocześnie wezwał do siebie pretorianów. Ci, wreszcie czujący przed kimś respekt, przybyli bez zwłoki, niosąc gałązki wawrzynu. Daremny trud. Otoczeni przez kilka kohort zaprawionych w walce legionistów musieli wysłuchać mowy Sewera. A ta nie była przyjemna. Nowy cesarz zarzucił im zamordowanie czcigodnego Pertynaksa, sprzeniewierzenie się obowiązkom i pohańbienie cesarskiego majestatu. Zakończył zaś słowami: „Nie jesteście już żołnierzami. Złożycie tu i natychmiast cały strój i odejdziecie jak najdalej od Rzymu, a którykolwiek z was ośmieliłby się w przyszłości pojawić bliżej niż mil sto od miasta, zostanie ukarany śmiercią. To przysięgam”.

Kadr z filmu „Gladiator”. Na pierwszym planie Joaquin Phoenix jako cesarz Kommodus i Russell Crowe w

Kadr z filmu „Gladiator”. Na pierwszym planie Joaquin Phoenix jako cesarz Kommodus i Russell Crowe w roli Maximusa

DreamWorks/Courtesy Everett Collection/East News

Nowi pretorianie mieli być wkrótce werbowani spośród najdzielniejszych żołnierzy z placówek przygranicznych, a służba ta miała być nagrodą. W ten sposób surowy wódz położył kres jednej z chorób trawiących Rzym od środka – przynajmniej na jakiś czas. Dopiero wtedy Sewer wszedł do stolicy. Bez zbroi, w todze i pieszo, jak nakazywały prawo i tradycja. Zapewne z tego względu witano go entuzjastycznie, bo przecież nie z powodu pancernych kohort kroczących tuż za nim...

Długo jednak w mieście nie zabawił. Już w lipcu wyruszył, by zmierzyć się z Nigrem. Lojalność Albinusa, jak wspomniano, kupił sobie chwilowo adopcją i propozycją wspólnej władzy. Niger miał poparcie części rzymskiego Wschodu i był dzielnym dowódcą, ale Sewer był zręczniejszym politykiem i lepszym strategiem. We wrześniu 194 r. pod Issos (dzisiejsza Turcja) rozbił wojska Nigra, potem zaś spalił wspierające przeciwnika Bizancjum. Trzy lata później równie bezwzględnie rozprawił się z Albinusem. Tym samym zakończył wojnę i przywrócił w imperium spokój.

I można byłoby zakończyć tę opowieść jakimś budującym zdaniem z repertuaru filmowego Maximusa, gdyby nie fakt, że Sewer zostawił Rzym obu swoim synom, nienawidzącym się szczerze i namiętnie. Ale to już zupełnie inna historia.

Dominującą w głównym nurcie kinematografii amerykańskiej konwencję filmu historycznego wykreował jeszcze David W. Griffith, producent i reżyser monumentalnych dzieł z okresu kina niemego. Zrealizowany zgodnie z takim schematem film historyczny jest więc przede wszystkim wypełnionym wartką akcją widowiskiem wykorzystującym ikonografię i kostium z epoki, w którym realia historyczne traktuje się jednak instrumentalnie i z dużą swobodą, bo całość nie służy rekonstrukcji przeszłości, ale zapewnieniu widzom rozrywki i pożądanych emocji oraz sformułowaniu wyrazistego przesłania. Aby te cele osiągnąć, twórcy filmów opisywanych w popularnych kompendiach jako dramaty historyczne przedstawiają co najmniej uproszczoną i przykrojoną do założeń, a często zmitologizowaną wersję przeszłości opartą na klarownych przeciwieństwach dobra i zła. Z tego właśnie wyrasta napięcie dramatyczne, które rodzi niepokój widza, budzi gniew i empatię, a wreszcie w spektakularnym finale przynosi ukojenie i nadzieję. „Gladiator” Scotta godnie reprezentuje tę odmianę gatunku.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Przez Warszawę przejdzie marsz pamięci
Historia
Prezydentura – zawód najwyższego ryzyka
Historia
Czesław Lasik: zapomniany agent wywiadu
Historia
Indyjscy „wyklęci” wracają do łask
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia
IPN poszukuje na Litwie szczątków poległych żołnierzy AK