Japonia: Tam, gdzie żołnierze są bogami

Tokijska świątynia Yasukuni oraz muzeum wojskowe Yushukan to specyficzne wyspy w archipelagu wojennej pamięci. Stanowią enklawy dawnej, imperialnej Japonii na terytorium Japonii demokratycznej i pacyfistycznej.

Aktualizacja: 05.03.2017 20:21 Publikacja: 02.03.2017 17:41

Szintoistyczna świątynia Yasukuni w Tokio jest symbolem japońskiego militaryzmu

Szintoistyczna świątynia Yasukuni w Tokio jest symbolem japońskiego militaryzmu

Foto: Wikipedia

To najbardziej kontrowersyjna świątynia na świecie. Dla wielu Japończyków jest pomnikiem wojennej chwały i patriotycznego poświęcenia, miejscem hołdu dla bohaterów i ofiar wojny. Dla ponad miliarda mieszkańców państw Azji Wschodniej oraz innych krajów, które prowadziły wojnę z Japonią, jest to jednak miejsce, gdzie oddaje się niezasłużoną boską cześć tysiącom zbrodniarzy wojennych. Za każdym razem, gdy składają tam wizyty japońscy politycy, kanałami dyplomatycznymi i medialnymi idą w świat wyrazy oburzenia. Tokijska szintoistyczna świątynia Yasukuni jest uznawana za centrum militarystycznego japońskiego rewizjonizmu historycznego – swoistą „ambasadę" rządu gen. Hideki Tojo we współczesnej, demokratycznej i nominalnie pacyfistycznej Japonii. Czy ten mroczny image jest jednak słuszny? By to sprawdzić, odwiedziłem w zeszłym roku świątynię Yasukuni podczas swojej podróży po Japonii.

Miliony bogów

Kilkaset metrów od stacji metra Kudanshita, w ładnej parkowej okolicy, o rzut kamieniem od Pałacu Cesarskiego i Ministerstwa Obrony, stoi świątynia będąca symbolem japońskiego militaryzmu. By do niej dojść, trzeba przejść pod Daiichi Torii, monumentalnym stalowym łukiem świątynnym przywodzącym na myśl styl „realizmu faszystowskiego". Jego oryginał powstał w 1921 r., a obecna wersja stoi od 1974 r. Idąc dalej parkową drogą, dochodzimy do pomnika gen. Masujiro Omury, XIX-wiecznego twórcy nowoczesnej, narodowej armii japońskiej. Kontynuując wędrówkę, mijając sklepiki z nacjonalistycznymi i monarchistycznymi pamiątkami, docieramy do drugiego łuku świątynnego (największej tego typu japońskiej konstrukcji z brązu) i właściwej świątynnej bramy. Na drzwiach z drewna cyprysowego widnieją 1,5-metrowe złote chryzantemy, symbole domu cesarskiego. Takie symbole znajdowały się na dziobach japońskich pancerników walczących pod Cuszimą czy Leyte. Sama świątynia jest raczej skromnym drewnianym budynkiem odpowiadającym standardom szintoistycznego sanktuarium.

Yasukuni Jinja została założona w 1869 r. przez cesarza Meiji i początkowo upamiętniała wszystkich żołnierzy, którzy polegli dla niego w wojnie Boshin – konflikcie, który pozbawił rządów szoguna i jego zwolenników, otwierając drogę do modernizacji Japonii. Później do grona upamiętnionych w tym miejscu dołączyli żołnierze, marynarze i lotnicy (a także bohaterscy cywile) ginący za cesarza i ojczyznę w kolejnych wojnach – aż do końca II wojny światowej. Czczeni są tam jako bogowie. Blisko 2,5 mln bogów. Mężczyzn, kobiet i dzieci. Japończyków, ale też mieszkańców Korei czy Tajwanu. W gronie tych bogów znalazło się też 1068 zbrodniarzy wojennych, w tym 14 największych, skazanych po wojnie na śmierć przez Trybunał Tokijski.

Masowa deifikacja ludzi mających sporo na sumieniu w oczywisty sposób oburza sąsiednie narody, ale dla Japończyków to nic szczególnego. W szintoizmie bogów są dziesiątki milionów. Własnego boga może mieć drzewo czy strumyk. Ponieważ w religiach Azji Wschodniej silnie rozbudowany jest kult przodków, bogiem może być też postać historyczna mająca krew na rękach albo nasz dziadek opiekujący się nami z zaświatów. Dla Japończyków świątynia Yasukuni jest przede wszystkim miejscem oddawania hołdu ich ojcom i dziadom zmiażdżonym przez wojenną zawieruchę. Zresztą jest tak nie tylko dla Japończyków. Wizyty w Yasukuni składają np. tajwańscy proniepodległościowi politycy. Denerwują tym rządzący do niedawna na Tajwanie Kuomintang, ale po prostu chcą oddać hołd rodakom walczącym w szeregach japońskich sił zbrojnych. W Yasukuni modlił się m.in. Lee Teng-hui, prezydent Republiki Chińskiej w latach 1988–2000 i były przewodniczący Kuomintangu (w latach 1944–1945 ochotniczo służył w Cesarskiej Armii Japonii, gdzie osiągnął stopień podporucznika. Przydzielono go do obrony przeciwlotniczej na Tajwanie, a w marcu 1945 r. pomagał w usuwaniu skutków wielkiego amerykańskiego nalotu na Tokio). Kontrowersyjną świątynię wizytowali też m.in. Dalajlama XIV, Jean-Marie Le Pen, wielokrotny premier Włoch Giulio Andreotti, a nawet idol nastolatek Justin Bieber (który, zamieszczając fotkę sprzed świątyni na Twitterze, pozdrowił swoje fanki w... Chinach).

Nie udało mi się ustalić, czy Yasukuni Jinja odwiedzili komendant Józef Piłsudski i Roman Dmowski podczas pobytu w Tokio, ale jest w dziejach tej świątyni silny polski akcent. W październiku 1936 r. do Krakowa przybyła delegacja japońskich sił zbrojnych. Przywiozła z sobą ziemię z dziedzińca świątyni Yasukuni, którą później wysypano na kopcu Piłsudskiego. „Każdy Japończyk uważa za największy honor oddać życie za ojczyznę, żeby w ten sposób duch jego przebywał po śmierci wśród duchów wybranych. Dlatego też ziemia z tej świątyni uważana jest za symbol poświęcenia się dla ojczyzny. (...) My, Japończycy, wielbimy waszego marszałka dlatego, że znajdujemy w nim tak wiele cech równych wzniosłym charakterom naszych samurajów" – mówił przewodniczący delegacji gen. Honjo Shigeru. Był on dowódcą Armii Kwantuńskiej podczas operacji zajęcia Mandżurii w 1931 r., później został adiutantem cesarza Hirohito i członkiem cesarskiej Tajnej Rady. W listopadzie 1945 r. popełnił samobójstwo w więzieniu, do którego wsadzili go Amerykanie podejrzewający go o zbrodnie wojenne. Obecnie jest jednym z bogów czczonych w świątyni Yasukuni.

Sama świątynia może być więc potraktowana jako rodzaj symbolicznego cmentarza wojennego i jako taka nie powinna być przedmiotem kontrowersji. Natomiast jej otoczenie i działające przy niej muzeum wojskowe Yushukan już jak najbardziej tak. W parku obok muzeum zwracają uwagę pomniki. Jest tam rzeźba upamiętniająca wojskowe konie, które zginęły w trakcie wojen prowadzonych dla cesarza. Jest pomnik wojskowych psów i pomnik gołębi. Jest ekspresyjna rzeźba oddająca hołd matkom walczącym o byt swych rodzin w bombardowanym i głodującym kraju. Jest pomnik pilotów z Korpusu Specjalnego, czyli kamikadze. Jest też specjalne upamiętnienie funkcjonariuszy Kempeitai, czyli wojskowej bezpieki nazywanej japońskim Gestapo. Znajduje się tam również pomnik Radhy Binoda Pala, indyjskiego sędziego Międzynarodowego Trybunału Wojennego dla Dalekiego Wschodu, który głosował za uniewinnieniem wszystkich sądzonych przez trybunał zbrodniarzy wojennych.

Dla każdego miłośnika historii wojskowości pobyt w Yushukan to spora gratka. Wystawiono tam bowiem unikatowy sprzęt. Z bliska można się przyjrzeć myśliwcowi Zero, miniaturowej łodzi podwodnej Keiten, czołgowi typ 97 Chi-Ha czy używanemu przez kamikadze samolotowi odrzutowemu Okha. Wszystko to okraszone jest niesłychanie ekspresyjnymi obrazami w stylu japońskiego „realizmu faszystowskiego", przedstawiającymi epizody II wojny światowej. Znajduje się tam również japońska imperialna flaga podpisana przez wszystkich oskarżonych w procesie tokijskim. Możemy też zobaczyć eksponaty niosące z sobą olbrzymi ładunek emocjonalny, np. porcelanowe, pięknie wystrojone lalki „wiecznych towarzyszek", które rodziny poległych żołnierzy zostawiły w świątyni, by ich synowie i bracia, którzy zginęli, nie zaznając małżeńskiego szczęścia, mieli w zaświatach żony.

Narracja w muzeum bywa zaskakująca. Choć można się zgodzić z przekazem mówiącym, że Japonia została wepchnięta w wojnę z USA w wyniku prowokacyjnych działań administracji Roosevelta, to zdarzają się także przykłady zupełnie kuriozalnej interpretacji dziejów. Winą za wojnę w Chinach z lat 1937–1945 obarczono tylko i wyłącznie chiński nacjonalizm oraz Komintern. W wypadku masakry w Nankinie (rzeź co najmniej kilkudziesięciu tysięcy chińskich jeńców i cywilów po zdobyciu stolicy Republiki Chińskiej przez armię japońską w 1937 r.) czytamy, że „generał Iwane Matsui wydał rozkazy nakazujące szanowanie życia i majątku chińskiej ludności cywilnej, ale ukrywający się chińscy żołnierze byli bezwzględnie ścigani". Podsumowaniem II wojny światowej jest zaś przekaz, że wojna prowadzona przez Japonię przeciwko mocarstwom zachodnim pomogła azjatyckim narodom wyzwolić się spod ucisku kolonialnego. By podkreślić ten antykolonialny przekaz, mocno eksponuje się dzieje kolaborujących z Japończykami formacji „narodowowyzwoleńczych", takich jak Indyjska Armia Narodowa.

Jeśli komuś mało rewizjonizmu, może sobie poszperać w muzealnym sklepiku. Są tam całe regały publikacji „odkłamujących alianckie kłamstwa" (niestety, niemal wyłącznie w języku japońskim, ale można też znaleźć ciekawe albumy o II wojnie światowej). Jak to możliwe, by w centrum stolicy demokratycznego państwa znajdowała się taka „totalitarna" placówka? No cóż, istnieje, bo Japończycy trzymają się zaszczepionych im przez Amerykanów reguł demokracji. Państwo nie może ingerować w militarystyczną narrację przedstawioną w Yushukan, gdyż muzeum należy do szintoistycznej instytucji religijnej, a po wojnie Amerykanie narzucili Japończykom ścisły rozdział religii szinto od państwa. Chcieli w ten sposób zapobiec rozpowszechnianiu nacjonalistycznej propagandy przez instytucje religijne. Stworzyli jednak sytuację rodem z „Paragrafu 22".

Resortowe dzieci

Inną sprawą jest jednak to, że wielu japońskim politykom taki obraz historii przedstawiany w muzeum Yushukan nie przeszkadza. Wszak ich ojcowie i dziadkowie byli żołnierzami, funkcjonariuszami bezpieki, przemysłowcami, ekonomistami czy urzędnikami korzystającymi z japońskich podbojów. Tak jak demokratyczne Niemcy mają korzenie w totalitarnej Rzeszy, tak współczesna Japonia i jej sukces cywilizacyjny ma korzenie w dawnym imperium.

Premier Shinzo Abe i 15 z 18 ministrów jego dotychczasowego gabinetu (sprzed wyborów w lipcu 2016 r.) jest powiązanych z nacjonalistycznym stowarzyszeniem Nippon Kaigi, które oficjalnie dąży m.in. do przywrócenia cesarzowi statusu boga. Nippon Kaigi to organizacja, w której szeregach można spotkać wielu przedstawicieli japońskich „resortowych klanów". Z takiego klanu wywodzi się premier Abe. Jego dziadkiem był Nobosuke Kishi, jeden z twórców „cudu gospodarczego" w okupowanej Mandżurii, minister ds. amunicji w 1941 r., w latach 1945–1948 osadzony w więzieniu jako podejrzany o zbrodnie wojenne, a w latach 1957–1960 proamerykański premier Japonii. Inny członek Nippon Kaigi, minister finansów Taro Aso, pochodzi z rodziny, która w czasie wojny rzekomo korzystała z pracy przymusowej w swoich fabrykach. Hirofumi Nakasone, były minister spraw zagranicznych oraz edukacji, udzielający się w niezależnej komisji mającej oczyścić japońską armię i flotę z zarzutów o zmuszanie kobiet w krajach okupowanych do prostytucji, jest synem byłego premiera Yasuhiro Nakasone, który w 1942 r. jako młody porucznik marynarki dostał pochwałę za założenie wojskowego domu publicznego w Indonezji. Honorowym przewodniczącym liczącej 38 tys. osób organizacji jest Toru Miyoshi, były przewodniczący japońskiego Sądu Najwyższego. Nippon Kaigi popiera m.in. wysiłki rządu Abe dotyczące rewizji konstytucji, tak by pozwalała ona Japonii na prowadzenie wojny.

Czyżby więc Krajem Kwitnącej Wiśni za demokratyczną fasadą rządziła grupa spiskowców dążących do przywrócenia stosunków sprzed 1945 r.? To za dużo powiedziane. Nie da się aż tak mocno cofnąć zegara historii. Naród japoński nie jest już bowiem tym samym narodem co 77 lat temu. Rewizja konstytucji, do której przymierza się rząd Abe i która spotyka się z dużym oporem społecznym, raczej nie będzie radykalna i można ją potraktować jako przygotowanie kraju na takie wyzwania jak np. północnokoreańskie zagrożenie. Położyłaby również kres dziwacznej sytuacji, w której Japonia ma jedne z najsprawniejszych i najnowocześniejszych sił zbrojnych w regionie, ale nie może ich nazywać armią, tylko siłami samoobrony. Trudno się też spodziewać, by Japonia ryzykowała agresywną wojnę w sytuacji, w której zdobywa wpływy w regionie dzięki ekspansji swoich korporacji, pomocy zagranicznej i kulturowemu soft power.

Ludzie osobiście lub rodzinnie obciążeni wojennymi zbrodniami, występkami czy kontrowersyjnymi epizodami byli zresztą ważną częścią japońskiego systemu władzy politycznej, gospodarczej i kulturalnej jeszcze wtedy, gdy premier Abe i jego koledzy z Nippon Kaigi chodzili do przedszkola. Ludzie ci swoją energię kierowali nie na przygotowywanie nowej wojny, ale głównie na zapewnienie sobie dobrej przyszłości w nowej, demokratycznej i pacyfistycznej Japonii. I tak np. niemal wszyscy lekarze z Oddziału 731, dopuszczający się makabrycznych eksperymentów medycznych na tysiącach jeńców, robili wielkie kariery w publicznej służbie zdrowia. Jeden z nich został szefem Stowarzyszenia Lekarzy Japońskich, inny naczelnym chirurgiem Japońskich Sił Samoobrony.

Przykładem mieszania się imperialnego i demokratycznego porządku może być też kariera pułkownika Masanobu Tsuji. Organizował on wymierzoną w Chińczyków czystkę sookching w Singapurze, brał udział w zabijaniu amerykańskich jeńców na Filipinach, a po wojnie ukrywał się przed brytyjską prokuraturą. Początkowo znalazł przystań u Czang Kaj-szeka w Chinach, by w 1948 r. potajemnie wrócić do Japonii i oddać się pisaniu wspomnień wojennych oraz powieści, które nieźle się sprzedawały, mimo że ich autor wciąż był oficjalnie poszukiwany za zbrodnie wojenne. W 1952 r. został wybrany do parlamentu jako kandydat niezależny, a w 1955 r. współtworzył Partię Liberalno-Demokratyczną. Przyjmowali go w dyplomatycznych wojażach Tito i Zhou Enlai. W 1958 r. uzyskał trzeci najlepszy wynik w kraju w wyborach do wyższej izby parlamentu. Rok później wycofał się z polityki, gdyż nagłośniono jego wojenne przestępstwa, a w 1961 r. zaginął podczas tajnej misji w Laosie.

Tym, którzy uniknęli schwytania i kary śmierci z rąk aliantów, po cichu skracano czas odsiadki w japońskich więzieniach. W 1958 r. wyszli na wolność przy okazji amnestii powszechnej, a czas odbywania wyroku uwzględniono im w wyliczeniach emerytalnych jako „okres służby dla kraju". Jeden z wypuszczonych na wolność zbrodniarzy wojennych wspominał: „Choć Amerykanie nałożyli na mnie karę 30 lat za zbrodnię, którą popełniłem, poczytano to za werdykt wydany przez cudzoziemców, a więc bez znaczenia". Żadnej odpowiedzialności nie poniósł książę Naruhiko Higashikuni, prawdziwy inspirator przemiany Japonii w państwo totalitarne i rozpętania wojny w Azji Wschodniej. Choć prawda o nim przebija się nawet do Wikipedii, gdzie napisano, że „był odpowiedzialny za osiem fałszywych zamachów stanu, cztery śmiertelne zamachy polityczne, dwa religijne fałszerstwa oraz niezliczone groźby morderstw i szantaże w latach 1930–1936, co doprowadziło do zneutralizowania japońskich umiarkowanych polityków, którzy sprzeciwiali się wojnie", choć to on zrobił generała Tojo premierem, a później go obalił i sam stanął na czele rządu w sierpniu 1945 r., to po wojnie prowadził spokojny żywot biznesmena, pamiętnikarza i honorowego przewodniczącego Międzynarodowego Stowarzyszenia Sztuk Walki. Zmarł w 1990 r. w wieku 102 lat, przeżywając swojego bratanka Hirohito.

Ślady działania „resortowych klanów" takich jak Nippon Kaigi można dostrzec też w japońskim systemie edukacji. Co prawda na lekcjach historii nie gloryfikuje się dawnej imperialnej przeszłości i pokazuje II wojnę światową jako efekt błędnej polityki Japonii, ale pewne sprawy się relatywizuje, a inne przemilcza. Panuje przekonanie, że powojennym rządom nie zależało zbytnio, by młode pokolenia bardzo dokładnie poznawały najnowszą historię, gdyż mogłyby zacząć zadawać pytania, co robili w czasie wojny przedstawiciele establishmentu, ich ojcowie i dziadkowie. Pewnym usprawiedliwieniem dla Japończyków może być to, że wszystkie państwa regionu dopuszczają się podobnych przemilczeń i manipulacji. Na przykład w Korei Południowej niemal całkowicie pomija się kwestię ogromnej kolaboracji z japońskimi kolonizatorami w latach 1910–1945, a w polityce historycznej Wietnamu, Birmy czy Indonezji niewiele mówi się o wielkiej pomocy Japonii dla tamtejszych ruchów antykolonialnych. Są pewne fakty, do których nie lubią się przyznawać ani spadkobiercy agresorów, ani potomkowie ofiar.

Szersze tło

Oficjalna japońska narracja historyczna ma różne wersje w zależności od placówki. I tak np. w Prefekturalnym Muzeum Pokoju w miejscowości Mabuni na Okinawie całkiem otwarcie pokazuje się, że japońscy żołnierze w 1945 r. dopuszczali się zbrodni na miejscowej ludności cywilnej. Można się tam przekonać, że bitwa o Okinawę była „płonącym buddyjskim piekłem", a trwająca aż do 1972 r. amerykańska okupacja źródłem wielu uciążliwości dla mieszkańców, którzy entuzjastycznie przyjęli zwrot wyspy przez Nixona, a dzisiaj walczą o usunięcie pozostawionych tam baz sił zbrojnych USA. Natomiast w okinawskim mieście Naha w tunelach dawnej kwatery marynarki wojennej nacisk kładzie się na bohaterstwo mieszkańców wyspy i żołnierzy, którzy znaleźli śmierć podczas obrony „japońskiego Westerplatte". W klaustrofobicznym podziemnym labiryncie można się wczuć w fatalistyczną atmosferę tamtych dni.

Z kolei Muzeum Pancernika „Yamato" w Kure to nowoczesna multimedialna placówka, która jest przede wszystkim hołdem dla wkładu Imperialnej Marynarki Wojennej i pracującej dla niej stoczni w modernizację Japonii. Centrum wystawy stanowi robiący wrażenie model pancernika „Yamato" w skali 1:10. Okręt będący dumą cesarskiej floty, najcięższy i najsilniej uzbrojony pancernik w historii (zatopiony w kwietniu 1945 r. przez amerykańskie lotnictwo, gdy płynął w samobójczy rejs ku Okinawie), jest przedstawiony jako niesamowite osiągnięcie techniczne, a jego załoga jako grupa bohaterów, którzy oddali życie za swój kraj. Flotę wojenną czasów militaryzmu pokazano jako czynnik dający Japonii siłę, prestiż i nowoczesność. To muzeum wiele mówi też o powojennej transformacji Kraju Kwitnącej Wiśni. Od zdjęć zatopionych w porcie okrętów wojennych płynnie przechodzimy do ekspozycji poświęconej potędze przemysłu stoczniowego i naukowym innowacjom. Obraz ten dopełnia znajdujące się po sąsiedzku Muzeum Japońskich Morskich Sił Samoobrony, gdzie do zwiedzenia udostępniono m.in. zwodowany w latach 80. okręt podwodny „Akishio".

Kure jest położone godzinę jazdy kolejką od Hiroszimy, gdzie narracja historyczna siłą rzeczy jest ułożona zupełnie inaczej. Muzeum ataku nuklearnego na Hiroszimę robi wrażenie bardziej wstrząsające niż wizyta w dawnych niemieckich obozach koncentracyjnych. Popalone mundurki szkolne nałożone na dziecięce manekiny, stopione sprzęty domowe i dachówki, cień człowieka, który wyparował na schodach banku, dziecięcy rysunek pokazujący dziewczynkę poranioną dziesiątkami odłamków szkła...

W pełni pokazano tam grozę przełomowego momentu w dziejach ludzkości. Przy pobliskim Parku Pokoju stoi Kopuła Bomby Atomowej (A-Dome), dawnego pawilonu wystawowego, który po 6 sierpnia 1945 r. był jedyną niezniszczoną całkowicie budowlą w pobliżu epicentrum wybuchu „Little Boya". Wybebeszony przez nuklearną eksplozję żelbetowy budynek położony przy rzecznym bulwarze w dziwny sposób komponuje się z tą przyjemną okolicą i z grupkami dziewcząt w szkolnych mundurkach, nachodzących przechodniów z antynuklearną petycją. – Onegai shimasu (uprzejmie błagamy) – trójka uśmiechniętych licealistek w kraciastych spódniczkach podsuwa mi do podpisania petycję do ONZ, która wzywa do wprowadzenia całkowitego moratorium na broń nuklearną. Podpisałem, choć nie sądzę, by mój podpis miał w tej sprawie jakiekolwiek znaczenie. Czy dałem się złapać na haczyk japońskiej polityki historycznej?

To najbardziej kontrowersyjna świątynia na świecie. Dla wielu Japończyków jest pomnikiem wojennej chwały i patriotycznego poświęcenia, miejscem hołdu dla bohaterów i ofiar wojny. Dla ponad miliarda mieszkańców państw Azji Wschodniej oraz innych krajów, które prowadziły wojnę z Japonią, jest to jednak miejsce, gdzie oddaje się niezasłużoną boską cześć tysiącom zbrodniarzy wojennych. Za każdym razem, gdy składają tam wizyty japońscy politycy, kanałami dyplomatycznymi i medialnymi idą w świat wyrazy oburzenia. Tokijska szintoistyczna świątynia Yasukuni jest uznawana za centrum militarystycznego japońskiego rewizjonizmu historycznego – swoistą „ambasadę" rządu gen. Hideki Tojo we współczesnej, demokratycznej i nominalnie pacyfistycznej Japonii. Czy ten mroczny image jest jednak słuszny? By to sprawdzić, odwiedziłem w zeszłym roku świątynię Yasukuni podczas swojej podróży po Japonii.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Przez Warszawę przejdzie marsz pamięci
Historia
Prezydentura – zawód najwyższego ryzyka
Historia
Czesław Lasik: zapomniany agent wywiadu
Historia
Indyjscy „wyklęci” wracają do łask
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Historia
IPN poszukuje na Litwie szczątków poległych żołnierzy AK