Kto pierwszy użył broni chemicznej?

W niczym innym ludzkość nie wykazała większej inwencji niż w doskonaleniu narzędzi do zabijania. Szczytowym „osiągnięciem" tej ewolucji stała się broń wykorzystująca chorobotwórcze bakterie, toksyny i wirusy lub pociski, bomby czy pojemniki z zakażonymi owadami.

Aktualizacja: 10.08.2017 14:01 Publikacja: 10.08.2017 00:01

Kto pierwszy użył broni chemicznej?

Foto: AFP

10 sierpnia 1961 roku Amerykanie po raz pierwszy zastosowali defoliant Agent Orange. W związku z rocznicą tego wydarzenia przypominamy tekst, który ukazał się w "Rzeczy o historii" w marcu tego roku. 

Nikt nie potrafi w miarę dokładnie określić, kiedy nasi praprzodkowie zaczęli się orientować w korzyściach płynących z użycia broni, którą stworzyła natura. Obserwując przyrodę, zauważali, że mała ranka spowodowana ukąszeniem węża czy ukłuciem skorpiona jest równie skuteczna jak roztrzaskanie czaszki maczugą czy przebicie klatki piersiowej włócznią. Wydobywające się ze szczelin skalnych wulkaniczne opary siarki i innych gazów powodowały odurzenie, duszności, poparzenia dróg oddechowych i śmierć. Natura sama podsuwała ludziom rozmaite sposoby unicestwiania wrogów.

Mityczny Herkules miał zanurzać groty strzał w śmiercionośnej żółci hydry lernejskiej. Zatrutymi ostrzami zabijali swych przeciwników wojownicy trojańscy. Widok dużej liczby jadowitych węży i skorpionów wzbudzał popłoch. Wiedział o tym pomysłowy wódz kartagiński Hannibal. W zwycięskiej bitwie nad Eurymedonem w 190 r. p.n.e. jego wojownicy zbombardowali glinianymi garnkami pełnymi jadowitych węży okręty króla Pergamonu Eumenesa II. Podobną taktykę zastosowali około 198 r. n.e. Partowie broniący miasta Hatra w okolicach Mosulu. W stronę atakujących wojsk rzymskich prowadzonych przez Septymiusza Sewera poleciały garnki, ale tym razem pełne skorpionów. Najskuteczniejszą metodę obezwładniania przeciwnika stosowali wojownicy chińscy, którzy miotali w stronę wroga koszyki wypełnione rozwścieczonymi pszczołami. Nawet w dzisiejszych czasach prymitywne plemiona w Amazonii zatruwają ostrza strzałek w dmuchawkach najsilniejszym jadem pochodzącym z gruczołów naskórnych pewnego gatunku żab. Efektywne stosowanie toksyn odzwierzęcych było pierwszym wykorzystaniem broni chemicznej i biologicznej.

Wirusy na usługach armii

Wbrew pozorom historia stosowania broni biologicznej i chemicznej nie ogranicza się jedynie do XX wieku. Już w 1155 r. oblegający Tortonę w prowincji Piemont cesarz Barbarossa rozkazał, aby studnie z wodą pitną zatruwano wrzucanymi do nich zwłokami żołnierzami. Inną metodą niszczenia szeregów wroga było użycie zarazków chorób zakaźnych. W 1331 r. na stepach Azji Środkowej wybuchła pandemia dżumy. Jej niszczycielskie żniwo rozprzestrzeniło się na obszary Indii, Persji i Chin. W samych Chinach dżuma zabiła prawie połowę populacji. W latach 1345–1346 dotarła do południowych obszarów Rosji rządzonych przez Złotą Ordę. Zgodnie z relacją arabskiego pisarza Ibn al-Wardiego czarna śmierć zniszczyła wiele miasteczek i wsi, a pomiędzy październikiem a listopadem 1346 r. dotarła do Bizancjum i na Krym.

W 1346 r. dżuma zaatakowała oblegającą port Kaffa armię mongolską. Wojownicy wielkiego chana nie załamali się z tego powodu, a nawet postanowili wykorzystać tę sytuację. Używając katapult, przerzucali martwe, zainfekowane ciała swych wojowników przez mury Kaffy, roznosząc w ten sposób zarazki wśród broniących się w mieście chrześcijan. Obrońcy Kaffy wrzucali zwłoki do Morza Czarnego, nie zdając sobie sprawy, że sami są już zarażeni. Ucieczka niektórych z nich z Kaffy do Konstantynopola, a potem do Italii wyznaczyła śmiercionośny szlak bakterii Yersinia pestis, przenoszonej przez pchły żerujące na szczurach. Owiany romantyczną legendą podróżniczą jedwabny szlak stał się za sprawą dżumy i taktyki wojennej Złotej Ordy szlakiem śmierci. Ogólną liczbę ofiar pandemii dżumy szacuje się w przybliżeniu na 100 mln ludzi i potrzeba było 150 lat, aby odbudować stan liczebny populacji europejskiej.

Na przełomie XV i XVI wieku hiszpańscy konkwistadorzy rozpoczęli podbój Karaibów, Meksyku Azteków, Ameryki Środkowej, a następnie imperium Inków w Ameryce Południowej. Ich cichym sojusznikiem w walce z Indianami był wirus ospy. Należy przy tym podkreślić, że zarażenie nieodpornych na ten wirus Indian nie było celowym działaniem Hiszpanów. W opinii profesora Krzysztofa Zielińskiego tylko w latach 1520–1522 od chorób przywleczonych przez Hiszpanów zginęło 3–3,5 mln Indian. Jeden zarażony ospą żołnierz Hernandeza Corteza powodował wśród poddanych Montezumy niewspółmiernie większe straty niż cała broń palna konkwistadorów.

Jeszcze tragiczniejsze żniwo epidemii ospy przyniosła ekspedycja Francisca Pizarra w trakcie podboju imperium Inków. Historycy podkreślają, że zarazek Variola vera uśmiercił ponad 90 proc. populacji inkaskiej. W ciągu 300 lat rdzenni mieszkańcy obu Ameryk zostali zdziesiątkowani przez 93 epidemie: ospy w latach 1520–1524, odry w latach 1531–1533, grypy w 1559 r., dżumy w latach 1545–1548, czerwonki w latach 1601–1602, tyfusu w 1586 r. i cholery w latach 1832–1834.

Tylko na początku hiszpańskich podbojów epidemie miały charakter przypadkowy. Europejczycy szybko uświadomili sobie, że Indianie nie są odporni na większość chorób, których nosicielami byli biali. W 1763 r. wódz plemienia Ottawów Pontiac podjął zbrojną próbę wyrzucenia Anglików z terenów swojego plemienia. Rebelię zakończyły pertraktacje pokojowe w forcie Pitt. Zaproszeni na rozmowy wodzowie indiańscy otrzymali od brytyjskiego generała Jeffreya Amhersta „prezenty" w postaci koców zainfekowanych zarazkami ospy.

26 lat później Brytyjczycy świadomie sprowadzili zarazek ospy prawdziwej do Australii. Zebrał on śmiertelne żniwo wśród plemion tubylczych zamieszkujących tereny Nowej Południowej Walii. Na przełomie XVIII i XIX wieku Amerykanie odkryli, że jednym ze sposobów zatrzymania rozprzestrzeniania się zarazków ospy i odry jest odizolowanie chorych od zdrowej populacji. Co ciekawe, rząd USA i Kanady nie zalecał stosowania takiej kwarantanny w wioskach i skupiskach indiańskich.

Narodziny bioterroryzmu

W 1800 r. do Stanów Zjednoczonych dotarł drogą morską zarazek żółtej febry (Febris flava). Choroba zbierała tak wielkie żniwo, że sekretariat stanu USA wprowadził przepisy nakazujące wywieszanie flagi z wielkim napisem „Yellow Jack" na wszystkich zakotwiczonych w portach statkach, na których zdarzył się przypadek żółtej febry. Nie ustrzegło to jednak Ameryki przed nawrotami tej choroby. Kolejne fale imigrantów przywoziły ze sobą zmienione ewolucyjnie szczepy tego wirusa. W 1853 r. epidemia zawitała do Nowego Orleanu i zabiła około 9 tys. mieszkańców, czyli 28 proc. populacji tego miasta. Epidemia nie uszła uwagi wojskowych. Pochodzący z Kentucky dr Luke P. Blackburn, zwolennik Konfederacji, w 1864 r. wpadł na pomysł zainfekowania ubrań wirusem Febris flava, a następnie przerzucenia ich na stronę wojsk Unii. Ostatecznym celem miał być prezydent Abraham Lincoln. Dowiedziawszy się, że na Bermudach wybuchła zaraza żółtej febry, Blackburn popłynął tam jako lekarz wolontariusz i skrzętnie zbierał to, co zostawało po ofiarach epidemii. Krwawe wymiociny, ubrania i koce spakował w paczki i wysłał pocztą morską do Dystryktu Kolumbii. Szczęśliwie paczki, które miały być bombami biologicznymi, nigdy do celu nie dotarły. Dr Blackburn nie wiedział wtedy, że jego wysiłki były skazane na niepowodzenie, gdyż zarazek żółtej febry przenosi się na człowieka jedynie w wyniku ukąszenia przez zainfekowanego komara. Pomysł kontrowersyjnego lekarza, aby rozsyłać zarazki żółtej febry w paczkach, to pierwszy akt współczesnego bioterroryzmu. Po klęsce Południa Blackburn wyjechał do Kanady, a do USA powrócił dopiero wtedy, gdy w południowych stanach wybuchła nowa zaraza żółtej febry, którą pomagał zwalczać. Mieszkańcy Kentucky uznali go za bohatera i w 1879 r. wybrali na gubernatora stanu.

Broń biologiczna nie była stosowana aż do I wojny światowej. Dopiero Niemcy jako pierwsi podjęli próby jej użycia w postaci wąglika i pałeczek nosacizny. W 1925 r. protokół genewski zabronił używania broni chemicznej i biologicznej, ale nie wykluczał badań nad nią, produkcji i składowania. W okresie międzywojennym w obliczu wzrastającego zagrożenia ze strony nazistowskich Niemiec Stany Zjednoczone i Wielka Brytania zainicjowały programy badawcze nad bojowym zastosowaniem zarazków tularemii, wąglika, brucelozy i botuliny. Prace nad rozwojem tych badań nadzorował Winston Churchill.

W latach 1930–1940 Japonia użyła zarazka dżumy i innych bakterii w wojnie przeciwko Chinom. Makabryczne eksperymenty medyczne na Chińczykach, Mandżurach, Koreańczykach i jeńcach wojennych prowadzili japońscy lekarze z jednostki 731, działającej od 1932 r. na terenie Mandżurii. Laboratoria, w których testowano broń biologiczną i chemiczną, znajdowały się od 1936 r. w Pingfang. Pod kierownictwem gen. dr. Shiro Ishii infekowano kobiety i dzieci wirusami dżumy, cholery, tyfusu oraz zakażano wąglikiem. Więźniowie byli truci fosgenem i cyjankiem potasu. Każdy kończący się śmiercią przypadek dokładnie opisywano. Należy podkreślić, że zbrodniarz wojenny Shiro Ishii i jego koledzy uniknęli po wojnie stryczka dzięki udostępnieniu Amerykanom dokumentacji badań, które w cywilizowanym świecie byłyby niemożliwe do przeprowadzenia. Oblicza się, że pseudonaukowcy z japońskiej jednostki 731 zabili od 3 tys. do 20 tys. ludzi.

Tajemniczy ogień grecki

Broń chemiczna powstała z uważnej obserwacji sił natury. Wydobywające się ze spękanych szczelin skalnych wulkaniczne opary siarki i innych gazów powodowały odurzenie, duszności, poparzenia dróg oddechowych i śmierć. Dlatego już w 400 r. p.n.e. podczas wojny peloponeskiej wojska spartańskie użyły gryzących oparów siarki przeciw wojownikom ateńskim. W 256 r. żołnierze perskiego króla Szapura, który oblegał twierdzę Dura Europos nad Eufratem, wpuścili do wykopanych tuneli toksyczne dymy powstałe ze spalenia kryształów bitumenu i siarki. Przerażeni Rzymianie poddali zamek.

O ile znany jest skład chemiczny współczesnych toksycznych środków bojowych, takich jak związki chloru, gazu musztardowego, fosgenu, sarinu czy nawet gazu VX, o tyle wynaleziony we wczesnym średniowieczu ogień bizantyjski (zwany też greckim, rzymskim czy morskim) do dziś stanowi zagadkę dla historyków wojskowości. Przypuszcza się, że ten praprzodek współczesnego napalmu został użyty po raz pierwszy przez Bizantyjczyków 29 kwietnia 674 r. przeciw armii kalifa Damaszku oblegającej Konstantynopol. Zdaniem współczesnych historyków i chemików była to mieszanina oleju lub ropy naftowej, smoły, siarki, soli kamiennej, saletry, wapna palonego i żywicy. Umieszczano ją w rurach i wyrzucano w kierunku przeciwnika za pomocą machin miotających, takich jak katapulty i balisty. Na końcu tych rur płonął ogień, podobnie jak w miotaczach używanych podczas II wojny światowej. Podczas bitew morskich palone wapno w zetknięciu z wodą morską wytwarzało duże ilości ciepła. Oleista, łatwo przywierająca do ciała substancja była trudna do ugaszenia. Podobnie jak dzisiejszy napalm powodowała ciężkie oparzenia prowadzące do śmierci. W bitwie morskiej w 678 r. bizantyjska flota Konstantyna IV, używając ognia greckiego, spaliła flotę arabską, co ocaliło cesarstwo wschodniorzymskie. Ostatni udokumentowany w historii przypadek użycia ognia greckiego zdarzył się w 1187 r. podczas walk bizantyjskiego wodza Aleksego Branasa z Normanami.

Bałtyk zamieniony w toksyczną zupę

Pod koniec XVIII wieku narodziła się nowoczesna chemia. Starożytne i średniowieczne pracownie alchemików zastąpiły laboratoria, w których na zlecenie armii powstawały nowe związki chemiczne, mające okryć się ponurą sławą na polach bitewnych I wojny światowej. W latach 1914–1918 w wyniku zastosowania gazów bojowych po obu stronach konfliktu śmierć poniosło 85 tys. żołnierzy, a przeszło 1,2 mln zostało trwale oślepionych, poparzonych i okaleczonych psychicznie.

Podczas wojny z ZSRR w latach 1941–1944 żołnierze fińscy używali butelek wypełnionych benzyną z domieszką substancji oleistych, zatkanych szmatą lub nasączonym tamponem. Zastosowanie tak prostego rozwiązania okazało się niezwykle skuteczne. Butelki nazwano koktajlami Mołotowa i w tej formie były używane na wielu frontach, w tym także w czasie powstania warszawskiego w 1944 r.

W 1945 r. na konferencji w Poczdamie postanowiono pozbyć się 267,5 tys. ton bomb, pocisków i min zawierających broń chemiczną. Najtańszym sposobem było zatopienie tego arsenału w Bałtyku, głównie w Basenie Bornholmu (ok. 105 m. p.p.m. ) i Głębi Gotlandzkiej (okolice Głębi Landsort 459 m. p.p.m.). Wokół Bornholmu Rosjanie zatopili 40 tys. ton różnego typu kontenerów z adamsytem, clarkiem I i II, iperytem siarkowym, fosgenem, tabunem, solami cyjanowymi oraz kwasem pruskim. W 1945 r. w wodach Małego Bełtu (między duńskimi wyspami Aero i Fionia a Półwyspem Jutlandzkim) Brytyjczycy zatopili 69 tys. ton artyleryjskich nabojów z tabunem i 5 tys. ton bomb zawierających tabun i fosgen. Rok później Amerykanie w dwóch punktach Cieśnin Duńskich zatopili 42 okręty ze 130 tys. tonami niemieckiej amunicji chemicznej. Także wybrzeże niemieckie zostało narażone na katastrofę ekologiczną. Na początku lat 50. ZSRR i NRD zatopiły na pobliskich wodach 65 tys. ton bojowych środków trujących.

Żydowski twórca cyklonu B

Broń chemiczna w swej podstawowej formie miała postać gazów lub lotnych cieczy wystrzeliwanych w postaci aerozoli. Istnieje pięć podstawowych grup środków chemicznych tworzących w temperaturze pokojowej trujące opary o dużym stężeniu. Do środków duszących zalicza się cyjanowodór lub cyklon B, mający pierwotnie służyć do dezynsekcji i deratyzacji. Opracował go w latach 20. XX wieku Fritz Haber, niemiecki chemik żydowskiego pochodzenia. Ten znakomity uczony i laureat Nagrody Nobla odegrał niesławną rolę w wykorzystaniu chloru i iperytu podczas I wojny światowej. Jak na ironię, cyklon B uśmiercił także miliony współwyznawców Habera w komorach gazowych hitlerowskich obozów zagłady. Sam Fritz Haber zdołał jednak uciec z III Rzeszy do Szwajcarii.

W skład arsenału broni chemicznej wchodzi też grupa środków parzących, do których zalicza się m.in. iperyt, czyli gaz musztardowy. Odegrał on szczególnie ponurą rolę na polach I wojny światowej. Setki tysięcy żołnierzy zostało trwale poparzonych lub straciło wzrok po zetknięciu z iperytem. Inną równie przerażającą grupę stanowią środki krztuszące, a wśród nich fosgen i chlor. Podrażniają silnie drogi oddechowe, wywołują wymioty i krztuszenie. Pod względem skuteczności masowego zabijania nic jednak nie równa się z najbardziej śmiercionośną grupą środków paralityczno-drgawkowych. Należą do nich tabun, sarin, cyklosarin, soman i VX. Działając na ludzki system nerwowy, paraliżują działanie naturalnych transmiterów. Ostatnią grupę stanowią psychogazy, takie jak LSD 25, BZ, bufotenina, dimetylotryptamina, psylobicyna i meskalina. Psychogazy silnie oddziałują na system nerwowy, czyniąc żołnierza niezdolnym do walki.

Wszystkie te środki znalazły liczne zastosowanie w czasie I wojny światowej. Efekty były tak straszne, że nawet Adolf Hitler mimo posiadania ogromnych zapasów broni chemicznej nie zdecydował się na jej użycie. Jego decyzja o niestosowaniu tego typu broni nie wynikała z pobudek humanitarnych, ale prawdopodobnie z własnych doświadczeń wojennych (w 1918 r. Hitler został czasowo oślepiony bojowym środkiem trującym).

Wojny w Wietnamie i Iraku, czyli prawo Kalego

Środkami chemicznymi, które nie są wymierzone bezpośrednio w człowieka, są zalegające defolianty. Po raz pierwszy na masową skalę zostały użyte przez lotnictwo amerykańskie w Wietnamie. Ponurą sławę zyskały dwa rodzaje rozpylonych tam i zalegających herbicydów i defoliantów. Były to Agent Orange i trzykrotnie bardziej toksyczny Agent Purple, użyty w latach 1962–1964. Amerykańskie bombardowania chemiczne zniszczyły przynajmniej 6 proc. pól uprawnych północnego Wietnamu, mogących wyżywić około 600 tys. ludzi w ciągu roku. Trujące chemikalia spowodowały trwałe kalectwo u wielu wietnamskich cywilów, a także żołnierzy amerykańskich. Herbicydy i defolianty uszkadzały DNA żyjących, a tragicznym tego następstwem było przychodzenie na świat zdeformowanych i naznaczonych trwałym kalectwem dzieci. Przeciwko północnowietnamskim powstańcom używane były również niszczycielskie bomby napalmowe, a także granaty z ekstremalnie śmiertelnym białym fosforem.

W 1975 r. podczas walk o Timor Wschodni lotnictwo indonezyjskie rozpylało herbicydy nad polami uprawnymi. Na początku 1980 r. oficjalni przedstawiciele wywiadu USA twierdzili, że ZSRR używał broni chemicznej podczas najazdu na Afganistan. W czasie wojny iracko-irańskiej w latach 1980–1988 obie strony konfliktu używały broni chemicznej. W 1984 r. ONZ potwierdziła fakt użycia przez Irak przeciwko Irańczykom gazu musztardowego i gazu paraliżującego. Zginęło wtedy około 100 tys. Irańczyków. W latach 1985–1986 w ramach programu testowania broni biologicznej w otwartej przestrzeni powietrznej firmy amerykańskie zaczęły zaopatrywać Irak w tę broń. 16 marca 1988 r. armia Saddama Husajna przeprowadziła operację o kryptonimie Al-Anfal przeciw powstańcom kurdyjskim na północy kraju. Podczas nalotu na Halabdżę lotnictwo irackie zrzuciło bomby wypełnione sarinem, tabunem, gazem musztardowym i skrajnie śmiercionośnym gazem VX. Zginęło około 5 tys. osób, w tym wiele kobiet i dzieci. Tysiące innych zostało poparzonych i ciężko okaleczonych na resztę życia. W 2008 r. człowiek, który wydał rozkaz barbarzyńskiego ataku, Ali Hasan al-Madżid, zwany „Chemicznym Alim", został oskarżony o ludobójstwo i skazany na śmierć przez powieszenie.

Należy tu przypomnieć, że w latach 80. to rząd prezydenta Ronalda Reagana wspomagał militarnie siły zbrojne Saddama Husajna w walce z Iranem. Sojusz Stanów Zjednoczonych z Irakiem zakończyła iracka napaść na Kuwejt. Jak na ironię, Amerykanie byli zmuszeni zbombardować przynajmniej 28 fabryk i składów broni biologiczno-chemicznej, w tym cywilne fabryki produkujące nawozy sztuczne, które powstały przy ich znacznym udziale. Dowodem na produkcję irackiej broni chemicznej był reportaż telewizji CNN, ukazujący zielone płomienie unoszące się nad jedną ze zbombardowanych fabryk. Kilka tygodni później w okolicach tej fabryki zmarło 50 żołnierzy zatrutych wąglikiem, a egipski lekarz donosił o wybuchu dziwnej, nieznanej choroby. Po tym bombardowaniu „New York Times" przytoczył słowa rosyjskiego specjalisty od broni chemicznej, który stwierdził, że „ataki na fabryki chemiczne przynoszą niewiele pożytku, za to bombardowanie fabryk wytwarzających broń biologiczną może grozić nieobliczalnymi konsekwencjami". W 1992 r. lekarze badający weteranów pierwszej wojny w Zatoce Perskiej stwierdzili występowanie wielu problemów zdrowotnych, które zostały określone jako syndrom wojny w Zatoce.

W 1994 r. działające w Czeczenii wojska rosyjskie używały białego fosforu jako ładunków zapalających. Broń chemiczna dostała się również w ręce terrorystów. 20 marca 1995 r. członkowie japońskiej sekty religijnej Najwyższa Prawda rozpylili sarin na stacji tokijskiego metra i w pięciu pociągach. Śmierć poniosło 12 osób, a przeszło 5 tys. zostało rannych.

10 sierpnia 1961 roku Amerykanie po raz pierwszy zastosowali defoliant Agent Orange. W związku z rocznicą tego wydarzenia przypominamy tekst, który ukazał się w "Rzeczy o historii" w marcu tego roku. 

Nikt nie potrafi w miarę dokładnie określić, kiedy nasi praprzodkowie zaczęli się orientować w korzyściach płynących z użycia broni, którą stworzyła natura. Obserwując przyrodę, zauważali, że mała ranka spowodowana ukąszeniem węża czy ukłuciem skorpiona jest równie skuteczna jak roztrzaskanie czaszki maczugą czy przebicie klatki piersiowej włócznią. Wydobywające się ze szczelin skalnych wulkaniczne opary siarki i innych gazów powodowały odurzenie, duszności, poparzenia dróg oddechowych i śmierć. Natura sama podsuwała ludziom rozmaite sposoby unicestwiania wrogów.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Historia
Czesław Lasik: zapomniany agent wywiadu
Historia
Indyjscy „wyklęci” wracają do łask
Historia
IPN poszukuje na Litwie szczątków poległych żołnierzy AK
Historia
Pałac Saski na razie na etapie odkrywanych piwnic. Co z planowaną datą oddania do użytku?
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Historia
Zegarki, broszki, obrączki. Niemcy zwracają wyjątkowe depozyty
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą