Tak oświadczyli. Nie byli grzeczni. Raczej opryskliwi i wilkiem na wszystkich patrzyli. Ta garbata fryzjerka dostała skurczów żołądka z nerwów.
Pobiegli do dyrektora. Przez scenę sobie skrócili drogę. Akurat mieliśmy próbę. „Płacz Hioba”. Tekst bardzo wymowny i koresponduje z obecnymi czasami. Kwestię Hioba wygłaszał Zbynio. Jeden z funkcjonariuszy zapatrzył się i zasłuchał. Zbynio świetnie mówi. Najlepszy w naszym zespole. Drugi funkcjonariusz warknął:
– Co tak się gapisz jak wół na malowane wrota! Czyli jeden na sztukę wrażliwy, a drugi nie.
Długo siedzieli u dyrektora. Podniesione głosy. Sprzątaczka Florczakowa podsłuchiwała jak zwykle. Przeżegnała się.
– Sądny dzień – wyszeptała.
Drzwi otwarły się z rozmachem i dostała klamką w czoło.
Dyrektor wyraźnie wściekły.
– Naszego charakteryzatora proszę tu natychmiast!
Pobiegliśmy go szukać. Był on zarazem sekretarzem naszej organizacji partyjnej. Nazywaliśmy go Świeckim Popem. Podobny do ruskich świętych z ikon. Wąska blada twarz i dzika broda.
Nie było go w teatrze. Wysłaliśmy gońca na miasto. Znalazł go Pod Różą przy piwku. Przybiegł cały w nerwach. (...)
Godzinę rozmawiali. Pierwszy wyszedł nasz Świecki Pop, czyli kierownik pracowni charakteryzatorskiej. Jeżeli przedtem był blady, to teraz stał się zielony.
– Niemożliwe! – powtarzał i brodę targał.
Za nim ci dwaj z SB, młodzi ludzie, ponure twarze. Dyrektor do samego westybulu ich odprowadził. Też rzadka mina.
Funkcjonariusze zabrali ze sobą charakteryzatora.
– Rzecz wyjaśnimy u nas – tak jeden z nich powiedział. Otworzył tylne drzwi samochodu.
Charakteryzator tak się obejrzał wymownie. Cały zespół go żegnał i personel techniczny również. Wszyscy w oknach i na schodach przed budynkiem. Szczerze mu współczuliśmy. Wiadomo, czy wróci? To niezły człowiek. Lubiany przez wszystkich. (...)
W teatrze wrzało. Tylko o tym mówiliśmy. Próba już nie szła. Wszyscy w bufecie. Na kilku wiadomych krzywo zaczęliśmy spoglądać. Może donos jakiś.
W międzyczasie jeszcze przyjechał funkcjonariusz innego usposobienia niż jego poprzednicy, grzeczny, układny, i dziurę w brzuchu wiercił fryzjerkom. Komu pożyczano peruki? Kto nie oddał? Nazwiska, adresy. Odpowiadały zgodnie z prawdą. Mieliśmy przecież umowę zatwierdzoną przez wydział kultury. Pomoc amatorskim zespołom w terenie. No to im pożyczaliśmy garderobę, dekoracje, peruki. Tak było. Funkcjonariusz zapisał ze cztery strony w swoim notesie i poszedł.
Dopiero przed samym spektaklem wrócił nasz charakteryzator. Wymęczyli go. Ledwie się trzymał na nogach. Spięty taki. Istny święty z ruskich ikon.– Chłopaki! – prosił. – Dajcie kielicha!
Dali mu głębszą miarkę. Elektrycy zawsze mają coś w zapasie. Wychylił jak szewc. O drugą poprosił. Nie można odmówić człowiekowi w takiej potrzebie. Doszedł nieco do siebie. Odtajał.
– Jestem zobowiązany do absolutnej dyskrecji – oświadczył. – Ale... – i ręką machnął.
Wszystko opowiedział. Sensacja! Schwytali przewodniczącego naszego regionu „Solidarności”. To był ostry facet. Cały czas działał z ukrycia. Niestety. Wpadł. Był w peruce. Oto przyczyna całej afery.
Dyrektor, który trzęsie się o swój dyrektorski stołek, nie wytrzymał i zapytał:
– I co? W naszej peruce był?
– Skąd! – zaprzeczył charakteryzator. – Tłumaczyłem im od początku. Tylko trudno ich przekonać.
– Taki przystojny! – rozczuliły się dziewczyny nad schwytanym przewodniczącym.
– Skandal! – zakończył charakteryzator. – Tak mnie traktowali jak złoczyńcę po prostu! Jeden siedział naprzeciw, rozparty, marynarka rozpięta i spluwę było widać. Drugi z tyłu, ponury drab, za plecami jego ciężki oddech słyszałem... Dajcie mi kielicha!
Tym razem dyrektor sięgnął do swojego barku po reprezentacyjny winiak.I tak to się ciągnie. Już czwarty dzień. Rano albo w południe wzywają charakteryzatora na przesłuchanie. Wychodzi blady. Wraca jeszcze bledszy. Jutro też musi do nich iść.