Pokój zakończył wojnę, lecz nie rozwiązywał problemów gospodarczych, handlowych i politycznych nowego państwa. Amerykanie musieli teraz nauczyć się funkcjonować w systemie, który przez dziesięciolecia oglądali z perspektywy brytyjskich kolonii.
Jefferson nie płynął więc do Europy jako podróżnik ani nawet przede wszystkim jako autor Deklaracji Niepodległości. Kongres wysłał go jako jednego z trzech komisarzy, obok Benjamina Franklina i Johna Adamsa, których zadaniem było negocjowanie traktatów przyjaźni i handlu z państwami europejskimi. Był to nowy etap amerykańskiej obecności za Atlantykiem. W 1776 r. przedstawiciele zbuntowanych kolonii zabiegali w Europie o pomoc i uznanie. Osiem lat później mieli już występować w imieniu niepodległego państwa i przekonać europejskie dwory, że Stany Zjednoczone są partnerem, z którym warto zawierać trwałe umowy.
Czytaj więcej
Czy możemy wskazać choć jednego prezydenta USA szczerze sprzyjającego Polsce? Znajdujemy takich, którzy mieli pozytywny wpływ na nasze losy lub prz...
W poszukiwaniu nowych rynków i partnerów
Zadanie nie było łatwe. Ustrój oparty na Artykułach Konfederacji pozostawiał znaczną część realnej siły politycznej w rękach poszczególnych stanów, a Kongres, choć odpowiadał za sprawy zagraniczne, miał ograniczone możliwości działania. Jeszcze większym problemem była gospodarka. Wojna zniszczyła handel, przerwała dawne więzi z Wielką Brytanią i pozostawiła młodą republikę z pilną potrzebą znalezienia nowych rynków i partnerów.
Jefferson dobrze rozumiał, że zwycięstwo militarne było tylko pierwszym etapem budowania niezależności. Jeszcze przed wyjazdem na Stary Kontynent bardzo wyraźnie dostrzegał skalę powojennych trudności. 16 stycznia 1784 r. pisał do francuskiego generała i pisarza François-Jeana de Chastellux: „Był Pan świadkiem całkowitego zniszczenia naszego handlu, spustoszenia kraju i braku kruszców szlachetnych”. Napływ kruszców, dodawał, mógł nastąpić jedynie poprzez ponowne otwarcie „kanałów handlu”.
Dlatego misja z 1784 r. miała znaczenie większe niż sama podróż jednego z tzw. ojców założycieli. Była częścią próby przejścia od dyplomacji rewolucyjnej do dyplomacji państwowej. Stany Zjednoczone nie chciały już jedynie szukać w Europie protektora. Chciały zbudować sieć relacji opartych na handlu, wzajemności i możliwie dużej swobodzie żeglugi. Jefferson przybywał więc do Europy w chwili, gdy młoda republika zaczynała dopiero określać, czym ma być jej obecność w świecie.
Czytaj więcej
Nie była ani projektem gruntownej przebudowy społeczeństwa, ani aktem znoszącym istniejące nierówności. „Równość” nie dotyczyła niewolników, kobiet...
Odbudowa handlu wymagała jednak czegoś więcej niż powrotu amerykańskich statków na Atlantyk. Młoda republika potrzebowała trwałych zasad współpracy z państwami europejskimi. W maju 1784 r. Kongres powierzył Benjaminowi Franklinowi, Johnowi Adamsowi i Thomasowi Jeffersonowi zadanie negocjowania traktatów przyjaźni i handlu z szerokim gronem europejskich partnerów. Lista obejmowała zarówno największe mocarstwa, jak Wielka Brytania, Hiszpania czy Rosja, jak i Prusy, Danię, Portugalię, państwa włoskie oraz Imperium Osmańskie. Instrukcje zakładały wzajemny dostęp do portów i rynków oraz warunki handlowe możliwie zbliżone do tych, które otrzymywały państwa najbardziej uprzywilejowane.
Trudne negocjacje traktatów
Program był ambitny. Stany Zjednoczone chciały zerwać z sytuacją, w której ich handel zależał od jednego imperium, i zastąpić dawne więzi kolonialne siecią relacji z wieloma państwami. Nie chodziło więc tylko o znalezienie nowych odbiorców amerykańskich towarów, lecz również o potwierdzenie w praktyce, że republika, której niepodległość została uznana w traktacie pokojowym z 1783 r., potrafi występować wobec europejskich dworów jako samodzielny partner.
Ambicje szybko zderzyły się jednak z rzeczywistością. Rozmowy prowadzono z wieloma państwami, ale efekty okazały się znacznie skromniejsze, niż zakładano. Najbardziej wymiernym sukcesem był traktat przyjaźni i handlu z Prusami zawarty w 1785 r.; negocjacje z częścią pozostałych partnerów przeciągały się lub nie przyniosły porozumienia.
Problem polegał na tym, że państwo, które wysyłało komisarzy do Europy z tak rozległym programem, samo dopiero uczyło się prowadzić jednolitą politykę zagraniczną. Pod koniec sierpnia 1784 r. w Paryżu po raz pierwszy rozpoczęli wspólną pracę Franklin, Adams i Jefferson. Dwaj pierwsi mieli już za sobą wieloletnie doświadczenie europejskie. Franklin od 1776 r. budował we Francji poparcie dla sprawy amerykańskiej i odegrał zasadniczą rolę w zawarciu sojuszu z 1778 r. oraz w rokowaniach pokojowych. Adams reprezentował Stany Zjednoczone w Niderlandach i uczestniczył w negocjacjach kończących wojnę. Jefferson był w tym gronie najmniej doświadczonym dyplomatą, choć dobrze znał obu kolegów jeszcze z czasów Kongresu Kontynentalnego.
Wspólny wysiłek Franklina, Adamsa i Jeffersona
Pierwsze tygodnie wspólnej pracy dobrze pokazują, jak bardzo amerykańska dyplomacja zależała wtedy od niewielkiej grupy ludzi. Komisarze spotykali się w rezydencji Franklina w Passy, organizowali korespondencję, przygotowywali projekty traktatów oraz nawiązywali kontakty z przedstawicielami europejskich dworów. Sekretarzem komisji został David Humphreys. Nie istniał jeszcze rozbudowany aparat dyplomatyczny, który mógłby przejąć część tych obowiązków, a wiadomości z Ameryki docierały po wielu tygodniach. W praktyce ogromna część odpowiedzialności spoczywała więc na samych wysłannikach Kongresu.
Równocześnie każdy z trzech komisarzy wnosił do tej pracy coś innego. Franklin dysponował prestiżem i siecią francuskich kontaktów, których nie można było szybko zastąpić. Adams miał doświadczenie rokowań w Niderlandach i silne przekonanie, że młoda republika powinna prowadzić wobec Europy politykę możliwie niezależną. Jefferson początkowo korzystał z doświadczenia obu starszych kolegów, ale bardzo szybko musiał przejąć odpowiedzialność samodzielnie.
Tablica upamiętniająca miejsce zamieszkania Thomasa Jeffersona podczas jego misji dyplomatycznej w Paryżu
W roku 1785 nastąpiła bowiem zasadnicza zmiana. John Adams otrzymał nominację na ministra pełnomocnego w Londynie, a 10 marca Kongres powierzył Jeffersonowi funkcję ministra we Francji w miejsce Franklina. 17 maja Jefferson przedstawił listy uwierzytelniające Ludwikowi XVI i został oficjalnie przyjęty na dworze wersalskim. Franklin latem opuścił Francję i wyruszył do Ameryki. Od tego momentu Jefferson nie był już trzecim członkiem komisji uczącym się europejskiej dyplomacji u boku bardziej doświadczonych kolegów. Stał się samodzielnym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych przy głównym europejskim sojuszniku młodej republiki.
Jefferson: minister we Francji
W centrum jego zadań pozostawał handel. Dla Stanów Zjednoczonych nie był on wówczas jedynie sprawą gospodarczą. Od dostępu do zagranicznych rynków zależała realna możliwość uniezależnienia się od dawnego systemu kolonialnego i potwierdzenia, że niepodległość zdobyta w wojnie ma także wymiar ekonomiczny. Jefferson dobrze rozumiał tę zależność. Jako minister we Francji zabiegał o ułatwienia dla amerykańskich produktów, dostęp do portów i możliwie korzystne warunki żeglugi. Jednocześnie szybko przekonał się, że dawny sojusznik nie zamierza rezygnować z własnych interesów tylko dlatego, że kilka lat wcześniej pomógł Amerykanom wygrać wojnę.
To doświadczenie miało duże znaczenie. W czasie rewolucji Francja była dla Amerykanów głównym europejskim sprzymierzeńcem. Po 1783 r. relacja zaczęła jednak nabierać bardziej zwyczajnego charakteru. Pojawiały się spory o warunki handlu, status konsulów i zakres wzajemnych przywilejów. Sojusz wojenny nie usuwał sprzeczności interesów, a Jefferson musiał nauczyć się odróżniać polityczną sympatię od konkretnych korzyści, które należało negocjować.
Czytaj więcej
W lipcu 1776 r. ogłoszono zasady, na których miały opierać się Stany Zjednoczone. 11 lat później autorzy Deklaracji Niepodległości stanęli wobec no...
Właśnie dlatego amerykańscy dyplomaci nie chcieli opierać całej polityki zagranicznej na jednym partnerze. Program komisji z 1784 r. zakładał rozmowy z szerokim gronem państw europejskich. Chodziło o stworzenie sieci stosunków, która dawałaby Stanom Zjednoczonym większą swobodę działania i zmniejszała ryzyko ponownego uzależnienia od jednego mocarstwa. W tej wizji handel miał być zarazem narzędziem gospodarczym i politycznym.
Jefferson pozostawał zwolennikiem możliwie swobodnej wymiany. W praktyce szybko jednak zetknął się z ograniczeniami europejskiego systemu gospodarczego opartego na ochronie własnych rynków, przywilejach i wzajemnych restrykcjach. Jeszcze większym problemem była słabość samej Konfederacji. Europejscy partnerzy wiedzieli, że Kongres nie dysponował pełną kontrolą nad polityką handlową poszczególnych stanów, co osłabiało pozycję negocjacyjną amerykańskich przedstawicieli. Jefferson zdawał sobie z tego sprawę. W maju 1785 r. pisał do Jamesa Monroe, że wzmocnienie roli Kongresu w sprawach handlowych może przekonać Brytyjczyków, iż Amerykanie są zdolni „działać jako naród”. Problem europejskiej dyplomacji prowadził więc wprost do pytania o sprawność instytucji młodego państwa.
Kształcące podróże po Europie
Europa nie była dla Jeffersona jedynie miejscem oficjalnych rokowań. Pobyt na Starym Kontynencie dawał mu również możliwość bezpośredniego oglądu społeczeństw, gospodarek i ustrojów, które znał wcześniej głównie z lektur i korespondencji. Obserwował je jednak nie jak zwykły podróżnik. Niemal zawsze porównywał to, co widział, z doświadczeniem amerykańskim i zastanawiał się, które rozwiązania mogłyby okazać się użyteczne dla młodej republiki, a które powinny pozostać przestrogą.
W 1786 r. pojechał do Anglii. Wizyta miała również wymiar dyplomatyczny, ale Jefferson wykorzystał ją szerzej. Przyglądał się brytyjskiej gospodarce, technice i organizacji życia publicznego. Interesowały go urządzenia, rozwiązania praktyczne i infrastruktura, czyli wszystko to, co mogło znaleźć zastosowanie po drugiej stronie Atlantyku. Nie oznaczało to bezkrytycznego zachwytu nad dawną metropolią. Anglia była dla niego zarazem przykładem potęgi handlowej i państwa, od którego Stany Zjednoczone dopiero co się uniezależniły. Ten podwójny punkt widzenia dobrze charakteryzował jego sposób patrzenia na Europę.
Jeszcze wyraźniej widać to podczas podróży po Francji w 1787 r. Jefferson jechał incognito, jako wirginijski dżentelmen, a nie minister pełnomocny. Z Nicei pisał do Lafayette’a: „Nigdy nie mam dość wędrówek po polach i gospodarstwach, przyglądania się uprawom i tym, którzy się nimi zajmują”. To właśnie pola, gospodarstwa i warunki życia mieszkańców przyciągały jego uwagę równie mocno jak zabytki czy sztuka. Chciał wiedzieć nie tylko, jak żyją Europejczycy, lecz także co z ich doświadczeń mogłoby się przydać w Ameryce.
Czytaj więcej
Kiedy Thomas Jefferson redagował Deklarację Niepodległości, Ameryka była już krajem o dojrzałych instytucjach i świadomości politycznej kształtowan...
Podobnie było w Niderlandach. Thomas Jefferson obserwował tam zarówno handel i znaczenie republiki kupieckiej, jak i ostre konflikty polityczne. Śledził spór między Patriotami a zwolennikami stadhoudera (namiestnika) oraz zagraniczną ingerencję w sprawy republiki. Dla Jeffersona był to także obraz tego, jak łatwo republika może osłabnąć wskutek wewnętrznych podziałów i zewnętrznej presji.
Te doświadczenia nie układały się Jeffersonowi w prostą opowieść o wyższości Ameryki nad Europą. Stary Kontynent był dla niego jednocześnie źródłem wiedzy, inspiracji i ostrzeżeń. Podziwiał rozwinięte rolnictwo, technikę, architekturę i kulturę materialną, ale krytycznie oceniał nierówności społeczne, przywileje stanowe i polityczną zależność od monarchicznych dworów. W tym sensie jego europejska misja była czymś więcej niż służbą dyplomatyczną. Stała się również intensywnym ćwiczeniem porównawczym.
Nie próbował więc po prostu „przenieść Europy” do Ameryki. Interesowała go raczej selekcja i praktyczne wykorzystanie tego, co uznawał za przydatne dla młodej republiki. Był przy tym uważnym kolekcjonerem użytecznych rozwiązań. Ciekawiło go wszystko, co mogło znaleźć praktyczne zastosowanie po drugiej stronie Atlantyku: od narzędzi i urządzeń po architekturę, rolnictwo i organizację przestrzeni. Np. w Anglii zaprojektował przenośną wersję maszyny do kopiowania listów, którą następnie zlecił wykonać. Podczas podróży po Francji zapisywał szczegóły dotyczące upraw, hodowli i produkcji wina, a w Paryżu korzystał z kontaktów z architektami i ludźmi nauki. Takie przykłady pokazują, że jego europejskie doświadczenie nie ograniczało się do obserwacji. Jefferson stale myślał o wykorzystaniu zdobytej wiedzy w Ameryce.
Szczególnie dobrze widać to w architekturze. Kontakt z Charles’em-Louisem Clérisseau pomógł Jeffersonowi w pracach nad projektem Kapitolu Wirginii w Richmond. Europejskie wzory nie były jednak dla niego gotowym modelem do kopiowania. Interesowało go raczej to, jak można je przystosować do potrzeb nowej republiki oraz nadać im własny sens polityczny.
Kapitol Stanu Wirginia (Virginia State Capitol) w Richmond jest siedzibą władz stanowych oraz Zgromadzenia Ogólnego Wirginii – najstarszego wybieralnego organu ustawodawczego w Ameryce Północnej. Budynek wzniesiono według projektu Jeffersona i Clérisseau
Ta selektywność dotyczyła również spraw społecznych i ustrojowych. Jefferson potrafił podziwiać europejską naukę, technikę i kulturę materialną, ale znacznie krytyczniej oceniał porządek społeczny Starego Kontynentu. W sierpniu 1786 r. pisał do George’a Wythe’a: „Jeśli ktoś uważa, że królowie, arystokraci lub duchowni są dobrymi strażnikami pomyślności ogółu, niech przyjedzie tutaj”. Europa była więc dla niego nie tylko źródłem wzorów, lecz również ostrzeżeń.
Ważne wnioski przed powrotem do kraju
Właśnie dlatego lata 1784–1789 były dla Thomasa Jeffersona tak ważne. Jako dyplomata reprezentował młode państwo wobec europejskich mocarstw, ale jako obserwator uczył się jednocześnie patrzeć na własny kraj z większego dystansu. Europa pomagała mu lepiej widzieć zarówno możliwości, jak i słabości jego ojczyzny.
Kiedy Jefferson wracał do Stanów Zjednoczonych jesienią 1789 r., miał za sobą pięć lat doświadczeń, których nie dało się zdobyć z książek ani korespondencji. Poznał praktykę europejskiej dyplomacji, obserwował funkcjonowanie monarchii i republik, śledził handel, politykę i konflikty społeczne. Widział też z bliska, jak trudno młodemu państwu zdobyć trwałą pozycję w świecie, w którym o sile decydowały nie tylko idee, lecz także finanse, handel, flota i sprawne instytucje.
Jego misja nie zakończyła wszystkich problemów amerykańskiej polityki zagranicznej. Nie mogła ich zakończyć, bo wiele z nich wynikało ze słabości samej Konfederacji. Pokazała jednak, że Stany Zjednoczone zaczynały przechodzić od dyplomacji rewolucyjnej do regularnej obecności międzynarodowej. Franklin, Adams i Jefferson należeli do pierwszego pokolenia ludzi, którzy uczyli młodą republikę, jak rozmawiać z europejskimi mocarstwami nie jako petent, lecz jako partner.
Czytaj więcej
Dla milionów ludzi na całym świecie nie ma niczego bardziej pociągającego niż spiskowa teoria dziejów, na którą można zrzucić wszystkie nieszczęści...
W tym sensie historia Jeffersona w Europie jest czymś więcej niż epizodem w biografii przyszłego prezydenta. To fragment większej opowieści o Amerykanach, którzy przez kolejne dziesięciolecia przybywali na Stary Kontynent jako dyplomaci, politycy, wojskowi, pisarze i obserwatorzy. Każde pokolenie na nowo odpowiadało na pytanie, czym Europa jest dla Ameryki oraz jakie miejsce Ameryka chce zajmować wobec Europy.
Autorka jest doktorem nauk humanistycznych w zakresie historii, specjalizuje się w historii nowożytnej XVI–XVIII wieku ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Ameryki kolonialnej i pierwszych lat tworzenia Stanów Zjednoczonych. Obecnie związana zawodowo z Instytutem Historii i Polemologii Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie.